Świat jest stworzony po to, aby stać się kiedyś piękną książką
Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać
Blog > Komentarze do wpisu

Wyrwane z pustki- Włodzimierz Kruszona

Wyrwane z pustki Włodzimierza Kruszony to obraz mieszkańców Kolbergu na przestrzeni prawie 200 lat. Choćby rodzina Knop- jak tysiące innych, żyjąca w bezpośredniej bliskości z Polakami, trochę z przymusu, bo przez dziwną i pokręconą historię naszych obu narodów. W tle Kołobrzeg- u Kruszony pierwszorzędny drugoplanowy bohater- w różnych epokach, obecny nieobecny, ściśle związany z losami Knopów, Friebów, Jeleńskich i innych-  niemy świadek ich życia.

Z początku, przyznaję, przeszkadzała mi stylizacja językowa epoki- autor rozpoczyna swoją opowieść w XIX wieku.  Musiałam niekiedy dłużej zatrzymywać się nad jakimś fragmentem,  wracać na początek strony, ale wraz z przewracaniem kolejnych kartek, coraz bardziej przyzwyczajałam się do nowej sytuacji, języka i … czasów. I coraz bardziej wsiąkałam w klimat książki.

Książka została podzielona na trzy części- w których poznajemy losy różnych ludzi na innym przystanku dziejowym- od początków XIX wieku po czasy współczesne.

Najbardziej spodobała mi się część trzecia książki- czyli wybrane fragmenty z dziennika Georga Knopa, obejmujące lata- 1 stycznia 1901 – 23 czerwca 1933. Georg zaczyna swój pamiętnik jako dwunastoletni chłopiec-  niepokorny ladaco znający posmak  profesorskiej trzcinki w szkole. Z biegiem czasu przeistoczy się w staromodnego i śmiesznego ramola, starego kawalera, przez którego życie przewiną się różne dziewczyny i kobiety- Renate, Ulla, Resi, Wandzia, Helena Rotherówna,  „przyjmowane” w  garsonierze na Ziegelschanze. Z żadną nie związany. Nie zdąży, bo jego życie zostanie przerwane w okrutny sposób w 1933 roku. Ojciec Georga, Marcin- nie cierpi sąsiada Żyda- właściciela hotelu „Victoria” , wbija bezustannie synowi do głowy by się uczył, bo tylko z dyplomem będzie mógł kiedyś pokonać „przeklętych Behrendtów”. Nawet nie przeczuwa, że w tym przedsięwzięciu pomoże mu za lat kilka niepozorny człowiek z czarnym wąsikiem  pod nosem, przyciętym w charakterystyczny kwadracik. Chłopak opisuje swoje miasto, rodzinę, szkołę i stosunki społeczne: pensjonat- familijny interes, radość z posiadania lamp elektrycznych, pieców w nowo odświeżonych pokojach i rodzinnej restauracji, siostry- Cecylkę i Magdę, ich dość nieapetycznych mężów i ulubionego siostrzeńca- Chimka. Georg pisze niekiedy z wielką wrażliwością człowieka wyczulonego na piękno i niepowtarzalnośc swojego miasta, kiedy indziej potrafi wyrazić się bardzo dosadnie, szczerze i nie przebierając w słowach- szczególnie przy opisie nielubianych szwagrów. Georgowa antypatia w stosunku do nich rośnie wprost proporcjonalnie do coraz starszych dat w najpierw w chłopięcym, potem w męskim, Tagebuch.

Opój z niego przebrzydły, wór brzucha dźwiga przed sobą z coraz większym trudem, posapując jeszcze głośniej niż kiedyś. Zmęczona, wiecznie spocona góra mięsa. Gdzie siądzie, tam by zaraz ciął sobie drzemkę. Pysk tłusty niczym z łoju, w którym toną oczy, nos i wywinięte wargi.

Pruski ordnung , czasy I wojny światowej (Ja taki głupi nie jestem, nie dam się obałamucić niby durna czerń. Oświadczył żem się wyraźnie przeciwko wojnie), rozwój miasta pod rządami niemieckiego burmistrza Żyda- Lehmanna, kryzys w latach dwudziestych, inflacja  ( za wstęp na molo płacimy 55 milionów),  śmierć najbliższych- ojca, babki Eleonory, matki, coraz większa fascynacja członków rodziny Hitlerem (Chucherko, a puszył się niczym kogut w kurniku. Ten człowiek zachowuje się zupełnie bez godności. Tupie, miota się jak oparzony, wydziera się na całe gardło, młóci rękoma powietrze, on ośmiesza Niemcy, dziecinko!), radość z zakupu pierwszego w rodzinie radioodbiornika, coraz większa faszyzacja społeczeństwa- to tylko niektóre z podjętych przez Georga tematów. Pisze przede wszystkim o Kolbergu, Ostsee i fotografiach, które zrobił swoją lustrzanką.

Ostsee bywa stalowoniebieskie jak mundury naszej armii, zielonkawe na podobieństwo brukselki bądź rozgotowanej kapusty leżącej na talerzu, a najczęściej szare niczym porzucony w zaroślach płat blachy. Takie jest nasze Ostsee. Wiecznie inne. Zbyt duże, żeby je sfotografować.

Dopatrzyłam się jednej nieścisłości i jestem tu skłonna polemizować z Kruszoną. Autor przypisał słynne zdanie- gdzie pali się książki- palić się będzie ludzi- Heglowi, gdy tymczasem jestem pewna, że chodziło tu o Heinego. Być może było to posunięcie celowe, trudno wypowiadać mi się na ten temat.(str.258)

Mam nadzieję, że książka ta zostanie dostrzeżona przez czytelników- bo moim zdaniem to jedna z ambitniejszych pozycji, jakie ostatnimi czasy zaproponowali nam nasi rodzimi autorzy- pełna topograficznych szczegółów, napisana specyficznym językiem, staranną polszczyzną, która przeplata się z licznymi germanizmami, wyrazami niemieckimi i gwarą Pomorza (przynajmniej w dwóch pierwszych częściach) . Nie da się tej książki przeczytać szybko, pobieżnie- wymaga od czytelnika koncentracji, zaangażowania.  Nie ma tu żadnych sensacji- jest historia prostych ludzi, historia miasta- oryginalnie ujęta- jeżeli ktoś lubi takie klimaty-  zapewniam, że będzie ukontentowany.

wtorek, 17 lutego 2009, be.el

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: