Świat jest stworzony po to, aby stać się kiedyś piękną książką
Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać
Blog > Komentarze do wpisu

Bunt mas - Jose Ortega y Gasset

Trudno o książkę  z gatunku nauk politycznych czy socjologii, która podejmując próbę wyjaśnienia jakże dynamicznej rzeczywistości społeczno-politycznej, zachowałaby aktualność przez kilka sezonów. W ostatnich latach księgarskie półki zalewały pozycje autorstwa przeważnie teoretyków i praktyków zza Oceanu, a każdemu ważnemu wydarzeniu politycznemu towarzyszyły coraz to nowe „przepowiednie" na temat tego, co nas czeka. Większość nie wytrzymała próby czasu i konfrontacji z wydarzeniami, które próbowały opisać, a tym bardziej przewidzieć.  Pamiętamy głośny „Koniec historii" Francisa Fukuyamy - dziś o słuszności tez tam zawartych jest przekonany już tylko ich autor. Z drugiej strony są i lektury, które dla wszystkich chcących zrozumieć meandry współczesnego świata, są wręcz nieocenione. Do takich należało na przykład „Zderzenie cywilizacji" niedawno zmarłego Samuela Huntingtona. Przyznam, że była to pierwsza książka, opatrzona znakiem wydawnictwa Muza i raczkującej jeszcze serii spectrum, którą dostałam w prezencie, będąc na studiach. Jakże udana intelektualna inwestycja, niestety prorocza w wielu aspektach, o czym przekonujemy się niemal codziennie z serwisów informacyjnych.

Zapewniam, że taką samą intelektualną „rozkosz" przyniesie przeczytanie „Buntu mas" - książki ponadczasowej. Zdumiewa w niej wszystko lub prawie wszystko, począwszy od autora - nie jest nim kolejny Amerykanin z listy najlepszych uniwersytetów, tylko i ...aż Europejczyk, nie jest naszpikowana danymi statystycznymi, z prostego powodu - te najszybciej się dezaktualizują, ma formę eseju (co podkreśla Szacki), gdzie wybija się myśl i refleksja, w końcu czytelnik, zwłaszcza ten nie znający autora, nie do końca się zorientuje, kiedy była napisana. Zresztą zabieg wydawnictwa, aby nie przytaczać daty wydania oryginału, ma swoje uzasadnienie - to tezy i argumenty samej książki mają jej bronić. Świadomość czytelnika, że została po raz pierwszy wydana przed laty i nie stoi za nią potężny bagaż historii powojennej i taki sam poligon doświadczeń ekonomicznych, ustrojowych, kulturalnych, nic nie wniesie. Gasset stworzył świetne, nowoczesne dzieło, pomimo że do tego celu użył starych narzędzi - czyli analizy świata i społeczeństwa przełomu XIX i XX wieku.

No i najważniejsze wkład do współczesnej socjologii i politologii. Wiele tez wręcz szokuje aktualnością. Tak jak wylansowane pojęcie hiperdemokracji - ten etap rozwoju społeczeństwa i jego demokratycznych struktur, które żywią się masowością i powszechnością.  Tytułowe masy  to nie, jak zaznacza autor na wstępie, masy robotnicze, czy jakiekolwiek inne związane ze statusem społecznym czy ekonomicznym, masy to „ludzie przeciętni" - jak sam przyznaje dalej: „nie ma bohaterów, jest tylko chór". Wiemy, że o wartości chóru decyduje to, na ile potrafi „wchłonąć" poszczególne jednostki, a  najwybitniejszych równać do przeciętności, bo z istoty swej jest bez twarzy. Jest siłą ogółu. Człowiek - element owej masy, wpada w pułapkę, która sam misternie przez lata buduje. Pułapka to przekonanie, że uczestniczy w postępie, rozwoju cywilizacyjnym, natomiast w rzeczywistości korzysta tylko z ich „produktów", i to tych, które najszybciej się starzeją.

Bez fałszywej szczerości stwierdzam, że dziś „Bunt mas" ma jeszcze większe uzasadnienie i potwierdzenie, niż wtedy kiedy książka ta była pisana. Stopniowo zanikające bariery komunikacyjne, globalny obieg informacji i kapitału, przepływ prądów myślowych, mody i standaryzacja zachowań, powodują, że jednostka żyje życiem całego świata. Przestrzeń geograficzna kurczy się, coraz lepsza technologia, doskonalsze osiągnięcia naukowe i... co dalej. Gasset  stawia diagnozę (to nic, że w czasach młodości naszych dziadków): „żyjemy w epoce, którą cechuje poczucie olbrzymich możliwości realizacji, ale która nie wie co ma realizować. Panuje nad wszystkimi rzeczami, ale nie jest panią samej siebie. Czuje się zagubiona w nadmiarze własnych możliwości". 

Dlaczego tak jest? Bo mamy do czynienia z logiką masy. Co niektórzy szybko dorzucą: te same „masy" potrafią wysłać człowieka w kosmos, a osiągnięcia naukowe wskazują  na wręcz nieograniczone możliwości. Czy są w ogóle jakieś granice dla umysłu człowieka?  Fakt, ale „ludzie nauki , pokolenie za pokoleniem, coraz bardziej się rozchodzą, ograniczając się do coraz węższych zakresów pracy intelektualnej. Dochodzi do tego, że za cnotę uznaje nieznajomość wszystkiego, co leży poza małym poletkiem przez nią uprawianym, a ciekowość dla całości wiedzy ludzkiej określa się mianem dyletantyzmu. Rozczłonkowanie wiedzy możliwe jest dzięki stałości i dokładności metod. Za pomocą tych metod pracuje się jak przy użyciu maszyny". Lub inaczej, dosadniej: czym się różni dzisiejszy noblista z fizyki od Michała Anioła. Tym, że prawdopodobnie na niczym innym się nie zna, łącznie z pozostałymi działami swej ukochanej fizyki. A Mikołaj Kopernik kim był: lekarzem, ekonomistą (teoria wypierania dobrego pieniądza), prawnikiem, poetą, tłumaczem. Oh, bym zapomniała : no i jeszcze astronomem. Nic dodać, nic ująć.

Paradoks: współczesny świat wie coraz więcej, ale części składowe masy - człowiek w sumie wie i potrafi coraz mniej.  Ludzie rozwijają się na bazie coraz węższych specjalizacji, a wszystko pozostałe, co uznają za potrzebne do egzystencji czy konsumpcji jest podane na tacy. Wszechobecna reklama skutecznie przy tym tępi refleksję i narzuca wzór dla masowego odbiorcy.  W końcu wygląda to tak, że człowiek potrafi korzystać z najnowocześniejszych cywilizacyjnych narzędzi, ale jednocześnie nie zna podstaw swej cywilizacji. Ponadto, świat wie coraz więcej, ale nie staje się coraz lepszy. Wiedza intelektualna jest addytywna, tzn. dzisiaj dziecko nie uczy się łowić czy polować, jak jego przodkowie mieszkający w jaskiniach, tylko włączać telewizor i DVD (mój 1,5-roczny synek robi to z powodzeniem). Wiedza moralna taką nie jest, tej nie możemy uzyskać w spadku, nie można od razu zacząć z wyższej półki. Ją mój synek musi nabywać od podstaw.  Dlatego tym ważniejszy jest kontekst społeczny, w jakim przyjdzie mu wzrastać. Im szersze będzie miał horyzonty i wsparcie autorytetów, tym będzie łatwiej. Niestety, w świecie mas są to dobra coraz rzadsze. 

„Bunt mas" Gasset'a to lektura aktualna, szczera, niekiedy boleśnie prawdziwa o naszym świecie i... obowiązkowa.

 

wtorek, 14 kwietnia 2009, be.el

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2009/04/17 15:18:05
Na studiach ktoś ( z wykladowców) ją nam polecał - ale niestety nie przeczytałam :-(
-
2009/04/21 09:30:13
Nie wszystko stracone- zawsze można po nią sięgnąć. Warto:)
-
2011/07/24 20:26:44
Jestem na świeżo po lekturze. Cóż, masy są jak dresy albo turyści, to znaczy każdy wie co to jest ale nikt nim nie jest (bo przecież nie jesteśmy turystami tylko Podróżnikami). Sam Ortega, pochodzący z dobrze wyedukowanej burżuazji hiszpańskiej zapewne miał wpojone poczucie wyższości: my to my a oni to masy. Masa nie istnieje, masa to abstrakcyjny konstrukt, społeczeństwo do zbiór indywidualności a nie masa. Tak było kiedyś i tak też jest dziś. Dorobek naukowy i techniczny rośnie w tempie zastraszającym. O ile w czasach Ortegi, a zwłaszcza w jego dzieciństwie na przełomie wieków istniał jakiś standard edukacji, który dało się pi razy oko objąć rozumem, to teraz to wszystko poszło naprzód do tego stopnia że się zwyczajnie nie da wiedzieć wszystkiego. Co do naukowców: gdyby wiedzieli wszystko, nie byliby naukowcami, nauka nie poszła by do przodu. Przez to, że całe życie poświęcają swojemu poletku, nauka idzie do przodu. Po co mi biolog morski, który pisze wiersze? W interesie ludzkości istotne jest żeby istnieli dobrzy biolodzy morscy, którzy nie rozmieniają się na drobne tylko chronią wieloryby.
W ogóle się z Ortegą nie zgadzam, jego esej trąci mi ekskluzywizmem i dużo upraszcza. Poza tym przynajmniej w pierwszej części to jest takie jojczenie starego dziada: "Jest źle, kiedyś było lepiej". No okej, wiadomo, że zawsze mogłoby być lepiej, ale świat wygląda tak a nie inaczej i raczej nie da się ani nie dało się w przeszłości zrobić niczego, co by mogło zmienić to w jakim kierunku pójdzie ludzkość. Więc zamiast publikować mało konstruktywną krytykę (bo w pierwszej części nie daje żadnych rozwiązań, tylko narzekanie) trzeba się wziąć do roboty.

Aha, i na koniec uwaga: Jeśli chcemy się pozbyć jednego członu hiszpańskiego nazwiska, pozbywamy się drugiego, tego po matce, w tym przypadku "Gasset". Czyli mówimy o autorze "Jose Ortega" albo po prostu "Ortega". Tak się przyjęło w hiszpańskim.