Świat jest stworzony po to, aby stać się kiedyś piękną książką
Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać
Blog > Komentarze do wpisu

Kresy kresów. Stanisławów - Tadeusz Olszański

Recenzję napisał - gościnnie i po raz pierwszy - (mam nadzieję, że nie ostatni) mój mąż - Michał:)

Przygodę z kresami miałem dotąd niestety tylko raz. W maju 1992 roku, z kołem historyków, pojechaliśmy szlakiem sienkiewiczowskiej trylogii, w podróż, która w tamtych czasach miała wszelkie znamiona podróży egzotycznej. Na granicy mijaliśmy autobus z wyraźnymi śladami ostrzału. W samym  Lwowie, skąd wyruszaliśmy na dzikie pola, nie znano jeszcze wówczas czegoś takiego jak parking. Tę rolę pełniła ulica, a parkingowymi  okazało się pięciu milicjantów, którzy tuż po naszym przyjeździe wyłonili się z pobliskiej bramy z mało dla nas intratną propozycją zadbania o to, aby na drugi dzień pojazd nadawał się do jazdy. Początek kresów? Nie, to był powiew nieodległych czasów, spuścizna i trwałe ślady przynależności dawnych ziem polskich do Związku Radzieckiego i wynikającego stąd nastawienia  typowego dla homo sovieticus. Zresztą moje spotkanie ze Stanisławowem – choć w tym przypadku lepiej napisać Iwano-Frankiwskiem, za sprawą naszego lokalnego przewodnika, a może raczej opiekuna, też miało pewien symbolizm. Będąc już na przedmieściach zapewniał nas, że w zasadzie w tym mieście nie ma co zwiedzać i wysadził gdzieś daleko od centrum. Nikt z nas nie chodził po dawnym Stanisławowie, choć wyjeżdżając z miasta zza szyb autobusu zobaczyliśmy namiastkę tego, co nas ominęło.

Teraz, dzięki książce Tadeusza Olszańskiego, miałem sposobność wrócić do Stanisławowa, rozkoszować się spacerem po jego uliczkach, poznawać architekturę, ludzi, a zatem zajrzeć do jego duszy.  Tego miasta już nie ma. Ulica Cicha, Pełesza, Kamińskiego,  Sapieżyńska, Ormiańska… Spotykamy ludzi ciekawych, ważnych dla historii, dzieci ze wspólnych zabaw, szkoły – wszystkich w jakimś konkretnym miejscu. Autor umiejętnie oprowadza po mieście przedstawiając  losy mieszkańców. Dla wielu z nas, którzy nigdy się ze Stanisławowem nie zetknęli, książka wydobywa to magiczne miejsce, a przede wszystkim mieszkańców,  z zapomnienia. Olszański przenosi czytelnika w czasy swego dzieciństwa, w miejsca w których żył, odkrywając  piękno i nastrój przedwojennej II Rzeczpospolitej – matki narodów, a następnie ukazując bolesną, wojenną historię miasta kresowego.  Mamy więc ulicę Kolejową, inaczej zwaną na Sybir, getto, Gmach Sądów, gdzie mieściły się katownie najpierw NKWD, a następnie Gestapo.  I coraz mniej osób z rodziny, przyjaciół, szkolnych profesorów, znajomych: rozstrzelany, wywieziony, zakatowany, zniknął bez śladu. Dla wielu rozpoczyna się wieczna tułaczka. Wojna pokazuje najbardziej dramatyczne i bolesne oblicze. Hitleryzm i bolszewizm odcisnęły  szczególne piętno, doświadczając mieszkańców chyba największym z możliwych okrucieństw – nie tylko tyranii najeźdźców, ale także walki między ludźmi, którzy do niedawna żyli w zgodnym sąsiedztwie.

Sąsiedztwo. To słowo w takim miejscu miało szczególny wymiar. Zresztą sam Olszański – syn wziętego w mieście lekarza i Węgierki. Jego matka na dobrą sprawę nigdy się polskiego dobrze nie nauczyła, ale w niczym to jej nie przeszkadzało. W mieście takich rodzin było wiele, bo było w latach dwudziestych wręcz modne mieć żonę z Węgier, życie towarzyskie rodzin polsko- węgierskich kwitło więc w pełni. Gdy dodać do tego Żydów, a także liczne społeczności Ukraińców, Rosjan, Niemców czy w końcu nielicznych ale wpływowych Ormian, mamy prawdziwą mozaikę, bogactwo narodowości. Sam kościół katolicki był reprezentowany przez trzy obrządki: łaciński, grecki i ormiański. Społeczności te miały daleko jak na owe czasy idącą autonomię. Na przykład Ukraińcy korzystali z własnych szkół, pielęgnowali swój język – którego notabene nauczano także w polskich szkołach, partie polityczne, teatr, organizacje harcerskie i społeczne, zajmowali też ważne stanowiska. Rolę i wkład Żydów w mieście można było ocenić nie tylko po ich liczebności (27 tys. na 70 tys. mieszkańców w ogóle). Było aż 50 żydowskich bożnic, a także robiąca imponujące wrażenie Synagoga, zwana Templum, z tej społeczności wywodził się poseł, senator, a także wiceprezydent Stanisławowa, funkcjonowały szkoły, partie polityczne, organizacje społeczne i aż trzy kluby sportowe.

Wojna zniszczyła wszystko, prócz pamięci o przedwojennym mieście. Jak to się mogło stać, że pojawiły się pogromy na ludności polskiej ze strony ich dawnych sąsiadów Ukraińców, że część ludności żydowskiej witała sowieckich okupantów jak wyzwolicieli. Część ludności ukraińskiej i żydowskiej darła polskie flagi, pluła na nasze godło i entuzjastycznie witała wyzwolicieli. Z upadkiem państwa polskiego przestawała również istnieć zgoda żyjących obok siebie narodów. A może to tylko nam, Polakom, tak się wydawało?. Wszystkich połączyły tragiczne losy: w getcie w ciągu jednego dnia 12 października 1941 roku zgładzono 10 tys. stanisławowskich Żydów, z rąk tych samych oprawców ginęli Ukraińcy. Gestapo i NKWD na terenie województwa stanisławowskiego wymordowało 50 tys. ukraińskiej inteligencji, która w przeważającej mierze wykształciła się w II Rzeczpospolitej. Tamtego Stanisławowa już nie ma. Jakie to szczęście, że jest książka Tadeusza Olszańskiego Kresy kresów. Stanisławów.

 

Wydawnictwo Iskry

poniedziałek, 08 czerwca 2009, be.el

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2009/06/08 18:26:47
To dobrze, że pisze się takie książki. Szkoda, że tak późno, bo wielu ludzi z ciekawą historią życia na Kresach odeszło. Rozproszyły się wspomnienia, nie wolno było zakładać Towarzystw Miłośników Kresów. Aż żal, że Niemcy przez tyle lat mają swoich wypędzonych (teraz to nawet dzieci wypędzonych), a u nas jest to bardziej pamięć rodzinna. Niedawno czytałam w Internecie dwa spojrzenia na przeszłość miasteczka koło Zbaraża, które nazywa się Skałat - to dwa różne spojrzenia, bardziej polityczne niż historyczne. Ech, dzieje!
-
2009/06/10 08:06:05
No, Michał - jeśli "Kresy kresów" czyta się tak samo dobrze, jak Twoją recenzję, to rzeczywiście muszę po nią sięgnąć. Gratuluję lekkeigo pióra i ciekawego przedstawienia książki, a ta jest z gatunku moich ostatnio bardzo lubianych, o tematyce kresowej, wpomnieniowej, z pożółkłymi fotografiami, o ludziach, których już nie ma i o pięknych miejscach. Super, że jest taka książka - oczywiście dopisuje na listę "doprzeczytajek", która rośnie bardzo szybko, a mój czas się ciągle kurczy w zatrważającym tempie... Pozdrawiam:-)
-
2009/06/10 08:11:07
A ten dynks na dole "Live Traffic Feed" bzdury pokazuje - poinformuje Was, że jestem z Drezdenka - Gorzowa. Matko jedyna, toż to ponad 100 km stąd od miejsca, gdzie teraz jestem, (czyli w pracy). Pozdrawiam więc z Drezdenka:-)
-
2009/06/11 14:21:21
Gratulacje dla Michala za ciekawa recezje!

Chcialabym kiedys wybrac sie w podobna podroz po Kresach, moze niekoniecznie z powiesciami Sienkiewicza w reku :) Mielismy pojechac w te wakacje, ale nic z tego nie wyjdzie.

Pozdrowienia
-
2009/06/12 12:28:29
Dziękuję za miłe słowa w imienu Michała. Wszystko mu powtórzę:)
-
2009/06/19 16:13:34
Interesująca recenzja :)
Zwłaszcza że niedawno czytałam tą książkę i... jakoś nabrałam ochoty na takie klimaty , całkiem przypadkowo trafiła w ręce:
merlin.pl/Dom-na-Kresach_Philip-Marsden/browse/product/1,616363.html;jsessionid=1413850DF3D73083F7500D4AF3176C95.LB3

-
2015/01/03 19:23:29
Świetny tekst! Aż chce się sięgnąć po tę książkę. Gratuluję lekkiego pióra.

Ponieważ nie mogę znaleźć na stronie adresu e-mail, czy mogłabym prosić o kontakt? Mój adres: kayecik@gmail.com Pozdrawiam!
-
2015/01/04 09:31:09
Można pisać na: nata442@op.pl
Pozdrawiam:)