Świat jest stworzony po to, aby stać się kiedyś piękną książką
Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać
Blog > Komentarze do wpisu

Uciec jak najwyżej. Nie dokończone życie Wandy Rutkiewicz- Ewa Matuszewska

Książka, wydawać by się mogło, jedna z wielu z tego gatunku. Jest jednak nietuzinkowa, bo traktuje o osobie wyjątkowej – ikonie polskiego i światowego himalaizmu – Wandzie Rutkiewicz. Toteż już z tego tylko faktu, warta jest przeczytania. Bo przecież Wanda Rutkiewicz to góry, i to te najwyższe, góry, które przytłaczają człowieka, każą sobie płacić obfitą daninę krwi i życia, a oferują pot, łzy, odmrożenia, odwodnienia, obrzęki płuc, lawiny, czyhające na „ofiarę” szczeliny, kilkudziesięciostopniowe mrozy, zamiecie. A jednak działają jak narkotyk, a ci co tam byli, wciąż wracają. Co dają zatem w zamian? Niekiedy rekompensują to śmiałkom pięknymi widokami, częściej jednak widoczność ograniczona jest do kilkunastu, kilkudziesięciu metrów. Zawsze jednak dają okazję do samotności, i to samotności, którą przeżywa się inaczej właśnie w tak ekstremalnych warunkach. Może o to chodzi, może tego szukają, balansując na krawędzi życia i śmierci, ludzie gór. Uciec jak najwyżej… Mount Everest, Nanga Parbat, K2, Shisha Pangma, Gasherbrum II, Gasherbrum I – to szczyty, które zdobyła.

Ale książka Ewy Matuszewskiej jest szczególna z innego powodu. W tle zmagań człowieka z górą – których opisów przecież pełno na półkach księgarskich – daje obraz przede wszystkim postaci Wandy Rutkiewicz, człowieka, z wszystkimi zaletami i wadami, targanej siłą charakteru i niezwykłymi, jak na kobietę, namiętnościami. Okazuje się, że glina, z której lepieni są najlepsi, najtwardsi zdobywcy ośmiotysięczników, nie jest nieskazitelna. A może jest, tylko nam, osobom patrzącym z perspektywy książek czy albumów, trudnej zrozumieć pewne mechanizmy czy międzyludzką chemię, która na tak olbrzymich wysokościach ma jakąś inną konsystencję. Zatem dla wielu z nas ludzie ci mogą wydawać się dziwakami, a pewne ich zachowania czy życiowe postawy wręcz trudne do zniesienia. Ale przecież to nie my oddychamy rozrzedzonym powietrzem. Książka bardzo mocno pokazuje siłę pasji, czegoś, co całkowicie pochłania, zwodzi, poniekąd alienuje i niestety nierzadko prowadzi do zatracenia. Lista tych, którzy spoczęli w wiecznych śniegach jest długa. To jest częsty bilans żywota najlepszych. A po drodze, niewiele jest miejsca dla czegoś innego, i kogoś innego – jak w przypadku Rutkiewicz, stąd sezonowe małżeństwa, trudne - szarpane przyjaźnie.

Chciała być najlepsza w tym, co robiła. Wszystko, co było gdzieś pomiędzy to środek wiodący do celu. I ta determinacja… Autorka – znająca osobiście Wandę Rutkiewicz – wspomina, że ta kochająca zwierzęta osoba bezwzględnie podejmuje decyzję o uśpieniu szczeniaków ukochanej suczki Yeti, bo mogły być przeszkodą w wyjeździe na Igrzyska do Moskwy. Choć trudno moralizować z perspektywy fotela, to jednak widać, że taka osobowość i takie relacje między ludźmi zdobywającymi szczyty, umykają naszym przyziemnym kryteriom. Pomóc koledze, który jest słabszy, czy iść razem, kiedy partner jest wyraźnie wolniejszy, zaczekać, bo wiem, że ktoś został z tyłu? Tam na górze wygląda to inaczej, czasami boleśnie inaczej. Odpowiedzi więc na pytania mogą wydawać się szokujące. Ale ci, co się wspinają znają reguły. Pod ośmiotysięcznikiem Broad Peak doświadcza jak dziwna potrafi być śmierć w górach i jak czasami niewiele potrzeba, by do niej nie dopuścić. Osłabiona koleżanka zawraca z obozu II i tonie w strumieniu, spływającym po lodowcu, bo nie mogła wstać przyduszona ciężarem własnego plecaka. Gdyby ktoś z nią był, nie byłoby tej tragedii. Ale była też zasada w górach: jeśli się źle czujesz, to twój problem i to jej podporządkowała się wtedy Wanda Rutkiewicz. Po kilku latach wróciła pod Szeroki Szczyt by pochować koleżankę i … „muszę przyznać, że tak mi ulżyło, jak nigdy w życiu”.

Książka przybliża pewne reguły himalaizmu, zwyczaje i wyraźnie dostrzegalną zmianę epoki w tej dyscyplinie. Wanda Rutkiewicz reprezentowała jeszcze starą szkołę, która daleka była od dzisiejszego jakże częstego widoku – swoistego szturmu na górę, udziału całych zastępów ludzi, których praca pozwala w konsekwencji zdobywać szczyty ludziom, dla których góry wysokie to jedna z wielu globtroterskich przygód.

Słynny K2 – szczyt szczytów, „bohater” wielu ekranizacji filmowych i książek. Latem 1986 zbiera obfite żniwo. Ginie wtedy 13 osób - nic po tym nie było już takie same. Wśród wielu wypraw, które wtedy są na K2 jest także ta z Wandą Rutkiewicz. Cała historia ma podwójne dno. Z jednej strony pokazuje, że „za dużo wypraw, za dużo indywidualnych planów, podszytych nadmierną ambicją, a niekiedy nie popartych odpowiednimi umiejętnościami”. W górach jest coraz większy tłok, a zdobywanie szczytów powoli traci elitarny charakter. Z drugiej strony, ten tłok wcale nie poprawia bezpieczeństwa uczestników, którzy traktują się z coraz większym dystansem: „im więcej alpinistów w górach, tym częściej zachowują się wobec siebie niczym przechodnie uliczni”. Tak naprawdę wielu z tych trzynastu nie zostało po prostu zauważonych przez kolegów. Nie nadążyli, osłabli. Pamiętajmy jednak przy wszelkich próbach ferowania osądów. Jeśli czekasz na takiej wysokości nigdy do końca nie wiesz, czy pomagasz tym samym partnerowi, czy podpisujesz wyrok na siebie.

Wanda Rutkiewicz w tej nowej odsłonie himalaizmu, a zwłaszcza po śmierci na Lhotse Jerzego Kukuczki – zdobywcy korony Himalajów,  a przy tym wielkiego – za takiego go zawsze uważała - szczęściarza w górach, już słabsza, już wolniejsza, tak jakby zaczęła szukać czegoś dla nas niepokojącego, tego dziwnego wymiaru samotności. I znalazła. W maju 1992 roku na Kangczendżondze (8586 metrów). Ulubieńcy bogów umierają młodo…

(recenzję napisał M:)

Wydawnictwo Iskry

 

środa, 04 listopada 2009, be.el

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2009/11/04 15:24:49
Kiedy ja się doczekam pierwszej recenzji członka rodziny? :D
Bazyl
-
2009/11/07 21:07:39
U mnieteż raczej posucha. Rzaaadko, baaaaardzo rzaaaaadko:( Ale pierwsza już jest, czego i koledze życzę:)))