Świat jest stworzony po to, aby stać się kiedyś piękną książką
Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać
Blog > Komentarze do wpisu

Ja jestem Halderd - Elżbieta Cherezińska

Kiedy poznałam Halderd, nie wzbudziła mojej sympatii. Zimna, nieprzystępna, tak bardzo na dystans. Zupełne przeciwieństwo Sigrun – żony jarla Regina i bohaterki pierwszej części cyklu Elżbiety Cherezińskiej. Halderd pojawiła się tam zaledwie na chwilę – podczas krótkiej wizyty sąsiedzkiej, do której została zmuszona. Potem znów, gdy przywiozła swoich synów na wychowanie, by poczuli męską rękę. Po lekturze drugiej części, całkowicie poświęconej Pani Ynge, zupełnie inaczej ją postrzegam. Pod pancerzem powściągliwości, nieprzystępności, kryła się tak naprawdę kobieta krucha, delikatna, spragniona miłości. To rzeczywistość zmusiła ją do takiego, a nie innego zachowania. Najpierw smutne i biedne dzieciństwo, następnie nieszczęśliwe małżeństwo z wiecznie pijanym Helgim, przez którego traktowana była jak klacz do rodzenia kolejnych synów. I ten  świat – świat twardych mężczyzn, których nie było całymi miesiącami, a jak już pojawiali się w swoich dworach, rządzili pełną gębą, nie znosili sprzeciwu i kochali władzę. Tak właśnie żyła Halderd – czujna i ciągle przygotowana do ataku i do obrony. A wystarczyło trochę delikatności, ciepła, otwartego serca, by ta nieprzystępna Królowa Śniegu zaczynała tajać. Udało się to niewielu, ale dzięki nim, mogłam zaobserwować ciekawe studium kobiety – zmienne, w zależności od tego z kim przebywała i od miejsca, gdzie była. W jednym z programów telewizyjnych autorka wyznała, że kiedy kreśliła plan tej książki, chciała, by jej bohaterka była Słowianką. Potem zdała sobie sprawę, że o wiele więcej możliwości do ukazania siły i roli kobiety w tak zamierzchłych czasach, da jej przeniesienie akcji do innego kraju – Norwegii. Tam kobieta miała inną pozycję, nie była tak uległa, po śmierci męża mogła dziedziczyć, mogła być panią we dworze. To wielka zaleta tej książki – próba odtworzenia tamtych czasów – jakże obcych nam, znanych z historii tylko z lakonicznych podręcznikowych informacji. Bo kimże byli dla nas Wikingowie? Barbarzyńcami zza morza, którzy pojawiali się nagle, napadali, gwałcili, zostawiali spalone wioski, brali niewolnice. Elżbieta Cherezińska podjęła trudną próbę ucywilizowania diabłów z Północy. Dała im serca, dusze, nadała imiona. Obdarzyła ich wrażliwością i tkliwym sercem. Ciekawie opisała początki państwa norweskiego, zwyczaje, dzień codzienny we dworze jarla. Mnóstwo miejsca w książce zajmuje tematyka wprowadzania chrześcijaństwa w tym kraju,  polityczne rozgrywki, walkę o władzę, strach przed Chrystem. Dla osób, które czytały Sagę Sigrun będzie to możliwość kolejnego ciekawego spotkania ze starymi znajomymi, odwiedzenia miejsc z pierwszej części trylogii, a przede wszystkim poznania pewnych zdarzeń i ludzi z zupełnie innej perspektywy. Cherezińska tchnęła w swoich bohaterów życie – oni kochają, nienawidzą, zazdroszczą, knują, zabijają, żałują bądź nie. Są ludźmi z krwi i kośćmi. Nie zjawami, które pojawią się i znikną. Autorka ciekawie pisze. Często krótkie, konkretne zdania. Bo taka właśnie była Halderd – nie było w jej życiu sentymentów, rozczulania się nad sobą i ten klimat czujemy w książce.

Z przyjemnością przeczytałam drugą część trylogii. Nie ukrywam, że czekałam na nią z niecierpliwością. Jest pewna różnica w odbiorze – w porównaniu z pierwszą częścią – tym razem obeszło się bez wielkich emocji. Pewnie dlatego, że wiedziałam, czego mogę się spodziewać. Pieśń Sigrun była dla mnie olśnieniem. Halderd jest poniekąd jej kontynuacją. Nic mnie tu tak nie zaskoczyło, poza główną bohaterką oczywiście, która do samego końca pozostała tajemnicą. Jest nią jeszcze teraz…po zamknięciu ostatniej kartki. Książka spodoba się tym, którzy lubią historię w tle. Losy głównych bohaterów zostały ukazane na tle ważnych wydarzeń. Jak dla mnie, zbyt dużo polityki, zbyt wiele rozmów o nowym kształcie państwa. Brakowało mi pewnej zmysłowości, delikatności i finezji, w które obfitowała pierwsza część. W końcu dwie bohaterki poszczególnych części były tak różne od siebie, miały tak różny start życiowy, tak różne życiorysy. Dziwne by było, gdyby te książki nie różniły się od siebie, ale jednak jakiś niedosyt pozostaje.

Teraz czekam na trzecią część Północnej Drogi - Sagę Einara. W planach jest razem sześć części, na które już się cieszę.

Recenzja pierwszej części cyklu Północna Droga - Saga Sigrun

Wydawnictwo Zysk i S-ka

 

poniedziałek, 12 kwietnia 2010, be.el

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2010/04/12 12:06:59
Sagę Sigrun przeczytałam pod wpływem twojej recenzji, i niecierpliwie czekałam na kolejną część :) jak to dobrze że to juz ;-)
-
2010/04/13 15:20:52
Mam nadzieję, że kolejna część również Ci sie spodoba:)