Świat jest stworzony po to, aby stać się kiedyś piękną książką
Zakładki:
Książki 2013
Książki 2012
Książki 2011
A tutaj piszę o książkach
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Dekoratorskie
Książki - 2010
Książki- 2008
Książki- 2009
Napisz do mnie
Piszą o książkach
Strony o książkach
Szablon mojego bloga
Wydawnictwa
Wyzwania czytelnicze
Zaglądam również TU
Tagi
Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać
czwartek, 16 marca 2017

 

Kiedy kilka lat temu J. K. Rowling zapowiedziała, że ukaże się ostatni tom Harry’ego Pottera, pomyślałam sobie przekornie  – „Jeszcze zobaczymy”. Pewnie nie byłam w tym odosobniona. Bo popatrzcie sami – ktoś napisał bestseller na miarę wszechczasów – wciągającą książkę, która sprawiła, że niejadki książkowe zaczęły pożerać strony zapełnione literkami – a tu taka informacja – TO JUŻ JEST KONIEC. Po latach ukazała się kontynuacja – w innej formie, już w innych czasach – wszak Harry dorósł, założył rodzinę i pracuje. Książka jest i wywołała różne reakcje – przynajmniej tak mogę powiedzieć po obserwacji własnego podwórka. Jak się okazuje- opinie są podzielone – jedni zadowoleni, inni kręcą nosem. Moje starsze dziecko zachwycone – odpowiadała mu przede wszystkim forma – „Harry Potter i Przeklęte Dziecko” to tak naprawdę scenariusz sztuki teatralnej, który ma w gruncie rzeczy aż trzech autorów. Tomek przeczytał szybko – z łatwością odnalazł się w krótkich teksach, szerszej interlinii, wciągającej fabule. Natomiast moja młodsza siostra, która przed laty po nocach chodziła do księgarni po nowy tom serii, tęskni za dawnym Harrym – opisami oddającymi klimat czarodziejskiej krainy i wojny jaka toczyła się między Dobrem i Złem. Monia siedziała u nas, przeglądała książkę pociętą na role, cmokała i cmokała. Potem pożyczyła przeczytała i stwierdziła, że miała rację.

Kontynuacja Harry’ego …. hm hm hm. Tak sobie głośno myślę, że każdy fan książek lub filmów tak naprawdę choć raz zastanowił się nad tym, jak ułożyło się życie bohaterów książkowej sagi. A jeśli nie ułożył w głowie gotowego scenariusza to pewnie choć raz zadał sobie pytanie: „Ciekawe, co było dalej?”. Ponoć miłośnicy książki na różnych forach wymieniali poglądy, snuli domysły, tworzyli swoje wizje. Tutaj tytułowy ulubieniec milionów Harry Potter tak naprawdę nie do końca jest na pierwszym planie. To jego syn Albus wysuwa się na prowadzenie. Harry musi unieść brzemię sławy – wszak nazwisko i czyny zobowiązują. Syn nie jest dzieckiem łatwym. Jego upór często irytuje – chciałoby się nim potrzasnąć i powiedzieć: „Chłopie, co masz ze swojego ojca?” Może wynika to znów ze swego rodzaju porównań z małym Harrym, biednym sierotą, który od samego początku chwycił wszystkich za serce i zaskarbił sobie sympatię milionów dzieciaków i dorosłych, którzy z zapartym tchem śledzili losy małego czarodzieja. W moim przypadku musiało trochę wody upłynąć, by przekonać się do Albusa – ale to sprawa indywidualna. Trzymałam kciuki za Harry’ego, który musiał poradzić sobie z wychowaniem syna, jego decyzjami i wyborami. Znów można było odwiedzić dawne miejsca, spotkać dawnych bohaterów - Rona, Hermionę, nauczycieli Hogwartu. Pytanie – jak odbieracie ich po latach – czy zmienili się – a jeśli tak – to na lepsze czy na gorsze? Autorzy znów przekazują jak ważne w życiu są pewne nieprzemijające wartości: miłość, przyjaźń, honor, odwaga. Słowa w dzisiejszych czasach brzmiące jakoś dziwnie. Myślę, że w ocenie tej książki miesza się dosłownie wszystko – ciekawość, sentyment, otwarcie na nowe, przyzwyczajenia. Ja osobiście lubię książki klasyczne – ale jestem świadkiem czytelniczego zadowolenia mojego syna i jego kolegów. Można by tu dyskutować chyba do wieczora – więc niech każdy sam wyrobi sobie zdanie na temat książki. A na sam koniec oczywiście pojawia się stare pytanie – a jakże – czy będzie ciąg dalszy?

Wiek 11+

Wydawnictwo Media Rodzina

niedziela, 12 marca 2017

 

Katarzyna Bogucka nie nadała głównemu bohaterowi imienia i to był strzał w dziesiątkę. Dziadek to w końcu dziadek. Każdy bardzo swój, osobisty, rodzinny. Znam kilku dziadków i wszyscy pałają miłością do ogrodu. Ach te dziadki: Geniu, Stasiu, Paweł, Piotr. A babcie? Wprawdzie nie o nich ta książka, ale nie sposób tutaj ich nie wspomnieć. Działkowicze całą gębą i z oddanym sercem. Gotowi poświęcić cały wolny czas, by tylko realizować swoją ogrodniczą pasję. Co to nie tylko wyhodują, ale i przetwory zrobią. Tak jak książkowy dziadek. Dlatego też twierdzę, że ta książkowa historia jest zaledwie początkiem mnóstwa innych rodzinnych przedsięwzięć. U nas dziadek Geniu przez długie lata był w dodatku prezesem ogródków działkowych w naszym miasteczku. Zna mnóstwo ludzi, historii, opowieści działkowych. No i świetnie zna się na ogrodzie. Ktoś kiedyś powiedział: chcesz być szczęśliwy przez cale życie – załóż ogród. I coś w tym jest. Potwierdzam.

Katarzyna Bogucka w klimatycznej historii opowiada o tym, co się dzieje na działce. Jest czas prac wiosennych, jest w końcu czas dojrzewania i zbierania owoców pracy. Z tej książki dzieci dowiadują się jakie prace należy przeprowadzić na działce, jakie warzywa i owoce można zebrać. Kto pomaga i w czym. Oprócz pielenia, sadzenia, zbierania warzyw i owoców jest też kwestia wyżywienia wszystkich pomocników. Bo przecież na działce na pewno jedzenia jest w bród. A na świeżym powietrzu wszystko wyjątkowo dobrze smakuje. Autorka na końcu zauważa, że nie każdy ma dziadka z działką. Dlatego też zachęca do zakładania mini-ogródeczków na parapetach okiennych i balkonach. Podpowiada rośliny, które można uprawiać w takich utrudnionych minimalistycznych warunkach. Podaje też przepisy na wyborne potrawy. Przecież to, co się wyhoduje, trzeba zjeść. Nie da się tego zrobić od razu, więc działkowe skarby można zamknąć w słoikach. Jesienią i zimą docenimy ich smaki. Jak zrobić przecier pomidorowy, lemoniadę bazyliową, ciepłe maliny, powidła śliwkowe bez cukru, sok z malin. Jak suszyć zioła i morele, jak zamrozić natkę pietruszki. Być może dzieci po lekturze tej książki zainteresują się kulinariami. Na samym końcu został przedstawiony wykres  zbioru popularnych warzyw i owoców. W książce mnóstwo plenerów ogrodowych, w których pierwsze skrzypce grają skarby z drzew i grządek. Przewijają się liczne osoby – pomocnicy. Charakterystyczne ilustracje Katarzyny Boguckiej, które znamy już z innych książek. Najważniejsze jest to, że pewnie odnajdziemy tutaj i siebie i najbliższych z naszej rodziny buszujących chętnie w naturze.

Wiek 5+

Wydawnictwo Widnokrąg

sobota, 11 marca 2017

Roald Dahl w niebie siedzi obok Astrid Lindgren. Nie słyszeliście o tym? Możecie się sami zresztą przekonać, jak pisze ten brytyjski autor wielu książek dla dzieci. Gdy jeszcze dodam, że pisał scenariusze dla wielkiego Alfreda, tak tak,  TEGO Alfreda z Hollywood ma się rozumieć, hm hm, to robi się już naprawdę ciekawie. MatyldaCharlie z fabryki czekolady, wreszcie Fantastyczny Pan Lis. Krótka historia. A jak wciąga. Dzieciaki wbija w fotel jak podczas startu samolotem. Od początku do końca. Bo kogóż my tutaj mamy? Trzech typków, których wygląd może przyprawić o zawał serca. A ich charakterki. To już zupełnie osobny temat. Przebiegłe to i skąpe. Bo też jednej kaczuszki albo kurki od czasu do czasu przeboleć nie mogą. Za to Pan Lis jest FANTASTYCZNY. Mądry, o wiele sprytniejszy od tamtej trójki od siedmiu boleści, odważny, szybki, dobry. Przejrzy zamiary przeciwników na wskroś i znajdzie rozwiązanie.

W książce ciągle coś się dzieje, niebezpieczeństwo trzyma czytelników w napięciu, głodne liski wzruszają, koparka kopie bez przerwy i hałasuje, lisy kopią tunele, a groźne typki czekają – ze strzelbami. A wszystko to bogato okraszone kultowymi czarno- białymi  ilustracjami Quenita Blake’a.  Oczywiście opowieść kończy się happyendem – jakżeby inaczej – Uff!!! - Zadowolone dzieci zasypiają – a my nareszcie mamy wolny wieczór.

Książka jest ładnie wydana - w twardej oprawie, z mnóstwem ilustracji. 

Wiek 5+

Wydawnictwo Znak

piątek, 10 marca 2017

 

Jak tylko „Drzewo” znalazło się w moich rękach pomyślałam: „Oooo, rozlatuje się”. I rozleciało się faktycznie, bo… taka jest właśnie idea tej książki – tablic. Ruchome 15 części, które w całości tworzą niezwykłą panoramę drzewa – od jego korzeni po wierzchołek. Temat niezwykle ważny  - właśnie teraz – gdy tak wiele mówi się o wycince drzew. Gdy tak wielu ludzi pozostaje obojętnych wobec pojedynczych drzew i wielkich połaci lasów. Tymczasem Katarzyna Bajerowicz w bardzo przystępny sposób pokazuje jak wiele jedno drzewo znaczy dla człowieka i całego środowiska. Jest domem wielu stworzeń, pochłania dwutlenek węgla, produkuje tlen. To  nasze zielone płuca, które oddychają dla nas – choć często o tym nie wiemy bądź zapominamy.

Na planszach widzimy drzewo od korzeni po sam wierzchołek. Pod korzeniami leżą szczątki zwierząt, toczy się życie w borsuczej i lisiej norze, korytarzach kreta i mrówek. Pod koroną drzew znajdują cień żubry, dziki, jeleń z łanią, głuszec i zając. W samej koronie – istne ptasie radio: sroki, wrony, gołębie, sójki dzięcioły – i to najróżniejsze gatunki. Są też owady: kozieróg dębosz, szerszeń, paśnik, jelonek rogacz, chrabąszcz majowy, galasówka. Oczywiście dzieci dowiedzą się, które z nich są pożyteczne a które szkodliwe. Co to takiego „spałowanie dębu”? Kto jeszcze oprócz ptaków buduje gniazda?

A żeby dzieciom się nie nudziło – mogą wykonać różne zdania, które zabiją nudę i poszerzą wiedzę o świecie. Książka zachęca do zrobienia własnego zielnika – trzeba tylko wybrać się po liście do lasu albo parku. Przy dębie można pobawić się w szukanie spiżarni dzięciołów – może uda się najmłodszym odnaleźć kilka ukrytych żołędzi „na potem”. Można poszukać szyszek, patyków, listki, kasztany, żołędzie i zrobić z nich ludziki. A może ktoś pokusi się o wyhodowanie własnego dębu. Autorka pokazuje, jak z żołędzia na naszych oczach może narodzić się dąb. To zadania, które namawiają do wyjścia z domu. Są i takie, które związane są z planszami.

Książka jest istną skarbnicą wiedzy – w ilości w sam raz dla najmłodszych – w atrakcyjny sposób, aktywujący różne zmysły.

Plansze zapakowane są w gustowną teczkę z gumką. Kiedy podzielimy książkę na poszczególne plansze, nie będzie problemu, by je przechowywać w bezpiecznym i uporządkowanym miejscu.

Wiek 5+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

piątek, 03 marca 2017

Czy wiecie, że Lucky Luke ma wiele wspólnego z Mikołajkiem i Astreiksem i Obeliksem? A co? A raczej kogo, należałoby spytać. Te wszystkie postacie łączy francuski pisarz René Goscinny, który jest również jednym ze współautorów komiksów o Lucky Luke’a. Obok Morris’a – pod tym nazwiskiem kryje się belgijski rysownik i scenarzysta Maurice de Bevere. Po śmierci Goscinnego seria, która odniosła wielki sukces, była kontynuowana. Dwie książki, które chce dziś przedstawić , mają właśnie różnych autorów. „Jesse James” to Goscinny, natomiast „Fingers” –to już  Lo Hartog van Banda, niderlandzki autor komiksów. Oczywiście idea głównego bohatera nic a nic się nie zmienia. Od samego początku zawsze ta sama. Lucky Luke jest niereformowalny – klasyczny kowboj, niczym średniowieczny rycerz,  zawsze gotowy, by nieść pomoc słabszym , chronić ciemiężonych , mający nerwy ze stali sługa sprawiedliwości. Razem ze swoim koniem, wiernym towarzyszem, ściga przestępców. Rumak pomaga swemu panu w każdych okolicznościach, a koń zna różne sztuczki, które wykorzystuje w pozytywnym tego słowa znaczeniu w dążeniu do celu – co potwierdzają liczne przykłady z książki.

W „Fingers” pojawia się bardzo kontrowersyjna postać. Z jednej strony rzezimieszek, do którego paluszków dosłownie wszystko się klei: klucze, biżuteria dam. Z drugiej strony – to istny czarodziej, który swoim urokiem dosłownie zniewala kobiety, rzuca je na kolana. I mimo tego, że te zostały wcześniej przez zacnego dżentelmena w kulturalny sposób (jakkolwiek to brzmi) obrabowane, to damy te nie mają złodziejaszkowi za złe, nie pielęgnują urazy. Gorzej – mają innym wręcz za złe, że traktują faceta jak złodzieja i bandytę. Oj bardzo rozbawiła mnie scena ze strony 31 komiksu – „Ferdynandzie! Daj panu dojść do słowa!” . Koniecznie poszukajcie:)


W kolejnej książce pojawia się prawdziwy bohater, bowiem Jesse James żył naprawdę. Krótką notkę biograficzną znajdziecie zresztą na końcu książki. Weteran wojny secesyjnej zapragnął zostać Robin Hoodem Dzikiego Zachodu. Chciał odbierać bogatym, by darować biednym. Ale czy tak czynił w rzeczywistości? Lucky Luke dowiaduje się, że banda Jessego zmierza do Teksasu. Dzielny kowboj musi stawić im czoła i wymierzyć sprawiedliwość.

Przygoda, humor słowny i sytuacyjny, wyraźny podział na dobre i złe, świetne rysunki, wartka i trzymająca w napięciu akcja. To powinien mieć dobry komiks – a Lucky Luk TO właśnie ma.

Wiek 8+

Wydawnictwo Egmont

środa, 01 marca 2017

Książka w mądry sposób pokazuje, że w każdym człowieku kryją się olbrzymie pokłady dobra, trzeba je tylko wydobyć na zewnątrz. Gębolud jest ponoć okrutnym czarownikiem. Ponoć to dobre określenie. Niby jest zły do szpiku kości, ale sam nie jest o tym do końca przekonany. Ooo – trudno mu się samemu zdefiniować. Tkwi po uszy w swoim złym, brudnym i złym świecie, choć w głębi swojej Gęboludowej duszy marzy o zupełnie czymś innym. Podczas lektury wyczuwa się jego rozterki i wahania. Dlatego tak dobrze czuje się u wróżki Hortensji, u której panuje porządek aż miło: wszystko pokładane, czyściutkie, na swoim miejscu. Nieeee, Gębolud nigdy się do takich ciepłych uczuć i tęsknot publicznie nie przyzna. Ale wykorzystuje sytuacje, wyszukuje je wręcz, by od czasu do czasu – niby to z jakiejś głębokiej potrzeby, odwiedzić swoją miłą sąsiadkę. Tym razem Gębolud zapragnął pożyczyć zieloną piórkową miotełkę. Człek ów bowiem ma zamiar doprowadzić choć trochę do porządku swoje zapuszczone domostwo. Jakże będzie wielkie zdziwienie – i Gęboluda i nasze, gdy miotełka przemieni się w ...

Nieeee, nie zdradzam , bo zakończenie jest tak zaskakujące, że po zdradzie, iż sprawcą był ogrodnik, nie mielibyście tak wielkiej frajdy z lektury.

Zabawna i mądra historia o tym, że każdy tak naprawdę tęskni za poukładanym życiu, cieple rodzinnym, bliskiej mu osobie. W końcu to lektura o nadziei, że wszystko może się zmienić o 180 stopni. Trzeba tylko wziąć się za siebie. A jeśli pomoże w przemianie ktoś bliski – to radość z sukcesu jest co najmniej potrójna.

Książka wyraźnie podzielona jest na dwie części: ciemniejszą i jaśniejszą. Ta ciemna to przeszłość Gęboluda. Jasność – nowe życie. Do Agnieszki Żelewskiej mam generalnie słabość. Jej ilustracje są promyczkiem w podręcznikach szkolnych moich dzieci. Na półce mamy kilka książek, które zdobią ilustracje pani Agnieszki. Lubię jej wizję dziecięcego świata. Tutaj Gębolud od samego początku budzi mimo wszystko sympatię.  Na początku gębula niby obleśna, zarośnięta i brudna – a  jednak widać pod nią przyzwoitego osobnika, który szuka recepty na życie. I baaaardzo mi się podobają elementy florystyczne. Ja po prostu lubię ogród. I cieszę się razem z podarku Hortensji, którym został obdarowany nasz bohater na końcu książki.

Rozumiem Hortensję, że do róży można mieć słabość.


Wiek 5+

Wydawnictwo Bajka

poniedziałek, 27 lutego 2017

Na pewno słyszeliście, że nasionko mniszka lekarskiego z naszego ogródka niesione wiatrem może powędrować w świat, daleko daleko – za góry, rzeki, morza i góry. Może spaść na ziemię w takiej oto Szwecji albo Norwegii, może zapuścić korzenie. Dzieje się tak za sprawą puchu kielichowego, który moje dzieci potocznie nazywają „helikopterem”.  I z takiej oto malutkiej (uwaga uwaga – sprawdziłam) niełupki wyrasta całkiem nowa roślina, która swój początek miała na naszej grządce, pobliskiej polnej dróżce czy łące. 

Właśnie o tym – między innymi jest kolejna książka z serii: Historia bez słów. To opowieść o nasionku, które pewnego dnia ląduje na pewnej wyspie. Jej mieszkańcy (nie ludzie – małe świnki?) pielęgnują go: sadzą, podlewają, doglądają okiem troskliwego ogrodnika. Nie na darmo – bo przyszłość pewnego dnia zaskoczy owych mieszkańców, a roślina odwdzięczy im się za okazaną troskę. Dorodny mlecz uratuje mieszkańców przed wulkanem, który ni stąd ni zowąd wybucha i stanowi ogromne zagrożenie dla wszelkich istot zamieszkujących wyspę. Dojrzałe nasionka mniszka przypominające olbrzymie parasole pomogą świnkom przy ewakuacji z wyspy. Za ich pomocą mieszkańcy wraz z dobytkiem docierają do bezpiecznego miejsca, gdzie zaczną nowe życie.

To historia dla wszystkich – nie tylko tych, którzy jeszcze nie potrafią czytać. Fascynująca, trzymająca w napięciu walka o przetrwanie. Niczym thriller – tyle że bez słów, opowiedziany obrazami. To właśnie ilustracje motywują, by mówić o tym, co się widzi, by opowiedzieć tę historię po swojemu. Poruszają wszystkie nitki wyobraźni, rozwiązują język. Tę książkę można czytać na różne sposoby – głównym bohaterem mogą być świnki, może być roślina, może być sama wyspa. Jakże ciekawym doświadczeniem będzie odczytanie tej historii z różnych perspektyw.

Poszukałam w necie – jak się okazuje – Przenosiny to nie jedyna książka o losach mieszkańców wyspy. Puszczamy zatem oko do Wydawnictwa o jeszcze. Może kiedyś…

Wydawnictwo Zakamarki

czwartek, 23 lutego 2017

 

Zainteresowałam się książką ze względu na Józefa Wilkonia. Dla mnie to mistrz nad mistrzami w kwestii ilustracji. Śledzę zawsze z wypiekami na twarzy jego najnowsze pomysły i realizacje (ach, niedawno wydany „Don Kichot”). Nic dziwnego, że moje oczy wypatrzyły szybko  „W to mi graj”. Najpierw były zatem ilustracje. Tymczasem szybko okazało się, że całość wciągnęła mnie błyskawicznie. Zatęskniłam za wiosną i latem. Bo w muzyce, którą naprawdę można usłyszeć czytając teksty Justyny Bednarek, przede wszystkim słyszy się dźwięki tych dwóch pór roku: śpiew ptaków, kiełkujące nasiona, żerujące turkucie podjadki, pękające pąki drzew. Oprócz dużej dozy baśniowości, autorka przemyciła mnóstwo informacji ze świata przyrodniczego. Bohaterowie – rośliny i zwierzęta, mówią, radują się, złoszczą – zupełnie jak my, ludzie. Ale tuż obok tego są konkretne informacje, jak choćby ta, że nietoperze słyszą dźwięki niesłyszalne dla innych. Jednak to muzyka gra pierwsze skrzypce. Ona jest tutaj najważniejsza. Nie jest to tematyka łatwa - jak zresztą sama muzyka poważna, klasyczna. Książka Justyny Bednarek przygotowuje dzieci do odbioru muzyki wyższych lotów, ponadczasowej. Stara się zainteresować tematyką, przyzwyczaić ucho do odbioru innego rodzaju utworów niż piosenki współczesne, które - prawdę mówiąc - i tak przeminą. No, może z małymi wyjątkami:) Jednak Bolero, Marsz żałobny, Marsz turecki, Cztery pory roku - one będą zawsze - czy się to komuś podoba, czy nie:) To one są górą w świecie muzyki:)

Oprócz wspomnianych postaci każda kolejna z 12 opowieści ma swojego bohatera. Dziecko, które wprowadza w świat swoich problemów, a które rozwiązywane są właśnie za sprawą muzyki. Losy tych dzieci splatają się ze sobą, z losami zwierząt, które stanowią tło tych muzycznych historii. Miejscem docelowym jest szkoła muzyczna, mająca powstać w domu starszej pani Genowefy. Co ciekawe, Autorka wybrała na swoich bohaterów jednostki nieprzeciętne: dzieci, dla których ważna jest właśnie muzyka. Dzieci buntownicze, uparte, niezrozumiane przez innych, oryginalne, wrażliwe i … z charakterem. Karolek, który uwielbia słuchać płyt. Teodozja, ze swoim odstającym (dosłownie) uchem, które pewnej nocy wyruszyło na chwilę w świat. Antek – chłopiec, który ożywił Ducha Dawnych Czasów. Kasia – która mimo wbrew swojej woli (jakkolwiek to brzmi!) pomaga staruszce Genowefie. 

Każda z tych opowieści, każdy z życiorysów to okazja, by przedstawić znane postacie ze świata muzyki: m. in. Mozarta, Ravela, Vivaldiego, Bacha, Beethovena, Chopina, Gershwina, Bizeta, Czajkowskiego. Krótkie biografie z ciekawostkami o ich życiu. Powinny zainteresować dzieci. Doskonałym uzupełnieniem tej lektury będzie zapewne odsłuchanie jakiegoś utworu danego kompozytora.

Są oczywiście ilustracje – niesłychanie muzyczne, plastyczne, jakby w ruchu. W ilustracji do tekstu o Marszu Tureckim czuje się wrzawę, tempo utworu Mozarta. Ilustracja tętni życiem. Małe postacie wirują przed oczami. Józef Wilkoń po raz pierwszy pokazał tło tego utworu dosłownie. Jednak myślę, że wielu z nas, w swojej wyobraźni miało właśnie taką scenę w swojej głowie. 

Książka dla wszystkich - młodszych i starszych, uwrażliwiająca nie tylko muzycznie. Justyna Bednarek uczy dostrzegać na pierwszy rzut oka rzeczy niewielkie i niewidoczne. Brawo!

Wiek 5+

Wydawnictwo Poradnia K

środa, 22 lutego 2017

Kropkowany przewodnik po Warszawie. Znane miejsca, które z jednej strony trzeba samemu stworzyć poprzez połączenie ponumerowanych kropeczek. Z drugiej – można poznać te miejsca dosłownie, bowiem obok każdego kropkowego warszawskiego zabytku znajduje się zdjęcie z oryginałem i krótki opis. Tę kropkowaną wycieczkę zaczynamy od krótkiego rysu historycznego, z którego dowiadujemy się o tym, kiedy powstała nazwa miasta i kto przeniósł stolicę z Krakowa, kiedy stała się oficjalną stolicą Polski po latach zaborów i ilu mieszkańców liczy sobie gród nad Wisłą. Opisy poszczególnych obiektów nie są zbyt długie – wybrane najważniejsze informacje i ciekawostki.

Wśród zabytków do odkrycia znajdziecie tutaj takie obiekty jak: Zamek Królewski, Kolumna Zygmunta III Wazy, Syrenka Warszawska, Pałac Kultury i Nauki, Metro, Most Świętokrzyski, Centrum Nauki Kopernik, Plac Grzybowski, Grób Nieznanego Żołnierza, Teatr Wielki Opera Narodowa, Zachęta – Galeria, Zamek Ujazdowski, Łazienki Królewskie, pomnik Chopina w Łazienkach, Pałac Prezydencki, Uniwersytet Warszawski, Stadion Narodowy.

Nie jest to pozycja dla najmłodszych dzieci – ze względu na duże liczby, z którymi nie poradziłyby sobie maluchy. Chyba, że rodzice wytłumaczą, pomogą. Zatem ołówki , kredki w ręce i do roboty! A może książka zachęci Was do zwiedzenia stolicy waśnie z tą książką.

W ramach kropkowanej serii ukazały się również: Kraków i Paryż.

Wiek 7+

Wydawnictwo Egmont

poniedziałek, 20 lutego 2017

Zima jeszcze trwa, a najlepiej zimą smakują baśnie. To pora roku, gdy mamy więcej czasu dla siebie, dzieci, rodziny i znajomych. Ogród śpi, dni krótkie, w domu ciepło. Nic, tylko zatopić się w lekturze – a to czytając, to znów słuchając audiobooków. Baśnie Andersena - bo to one występują dziś w roli głównej w nowym tłumaczeniu Bogusławy Sochańskiej. Tłumaczka wróciła w swoim przekładzie do korzeni, do języka mówionego baśniopisarza. Faktycznie, porównując nowy przekład ze starymi wersjami (było ich naprawdę wiele), widać różnicę.

Sam Andersen napisał: „W stylu miało być słychać, że ktoś baśń opowiada, dlatego język musiał się zbliżać do powieści ustnej”. Za jego czasów tylko wybrane dzieci miały dostęp do książek. Bieda, panujący analfabetyzm sprawiały, że książkowe wersje znali nieliczni. Baśnie za to żyły swoim życiem: opowiadano je na spotkaniach towarzyskich, na rogach ulic inscenizując dla najmłodszych teatrzyki, baaa – specjalnie zapraszano autorów do bogatych domów, gdzie przed widownią popisywali się swoimi utworami. Sam Andersen wykorzystywał w tym swoje wycinanki, grę cieni.

Na pewno baśnie Andersena do najłatwiejszych nie należą. Mimo uwspółcześnionego przekładu stanowią jednak niemałą trudność w odbiorze w przypadku dzieci najmłodszych. Długie opisy, wyszukane słownictwo. Jest to wyzwanie nawet dla kogoś oczytanego, a przyzwyczajonego do współczesnej literatury dziecięcej (patrz ¾ dialogów i liche opisy). Dlatego wtedy właśnie świetnie sprawdzają się audiobooki albo wspólne rodzinne czytanie (to zdecydowanie lepsze, ale nie zawsze możliwe).

Audiobook zawiera 19 baśni – mniej i bardziej znanych: Latający kufer, Narzeczeni, Ojciec wie najlepiej, Wzgórze elfów, To pewna wiadomość, Krasnoludek u kupca, Księżniczka na ziarnku grochu, Calineczka, Głupi Jaś, Krzesiwo, Nowe szaty cesarza, Mały Klaus i duży Klaus, Świniopas, Śniegowy bałwan, Kwiaty małej Idy, Słowik, Brzydkie kaczątko, Pasterka i kominiarczyk, Dzielny cynowy żołnierzyk. Niektóre baśnie pewnie znacie pod innym tytułem: dla mnie (niekiedy niereformowalnej istoty) zwłaszcza ostatnia baśń zawsze będzie „Dzielnym ołowianym żołnierzem”.

Baśnie Andersena polubił zwłaszcza mój młodszy syn. Do jego ulubionych tytułów należą: „Nowe szaty cesarza” (zakończenie zawsze wywołuje tubalny i szczery śmiech – jak również zdziwienie, że dorośli tak łatwo dali się nabrać parze oszustów) i „Krzesiwo”. Zwłaszcza ta druga baśń często rozbrzmiewa w naszym domu. Pewnie ze względu na żołnierza – głównego bohatera.

Myślę, że do interpretacji Jerzego Stuhra namawiać nie trzeba. Jego gra głosem sprawia, że nagle zaczyna robić się ludno od postaci. Łatwo rozróżnić charczącą wiedźmę, hardego żołnierza, niepewny głos ministra, który zastanawia się, czy na rozłożonych krosnach aby na pewno widzi delikatną tkaninę na szatę cesarza.  

Czy namówiłam was do baśniowych rodzinnych wieczorów?

Czas nagrania 4 godziny 20 minut

Wiek 5+

Wydawnictwo Media Rodzina

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 88