Świat jest stworzony po to, aby stać się kiedyś piękną książką
Archiwum
Zakładki:
Książki 2013
Książki 2012
Książki 2011
A tutaj piszę o książkach
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Dekoratorskie
Książki - 2010
Książki- 2008
Książki- 2009
Napisz do mnie
Piszą o książkach
Strony o książkach
Szablon mojego bloga
Wydawnictwa
Wyzwania czytelnicze
Zaglądam również TU
Tagi
Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać
piątek, 30 listopada 2018

Tę książkę mogłabym czytać i czytać. Po pierwsze - swego czasu też lubiłam zagłębiać się w „Ballady i romanse”. I drugi powód: dzięki objaśnieniom Emilii Kiereś, jej interpretacjom, można czytać romantyczne utwory z większym zrozumieniem. Powiem nawet: to, co wydawało się trudne, teraz jest łatwe. Mało tego, wartość dodana tej książki jest taka, że ona właśnie uczy czytać dawną literaturę – nie tylko romantyczną, ale również z innych epok. Odkrywanie poszczególnych wersów krok po kroku, jak obieranie cebuli – pod niby suchą łuską, kryje się soczysty środek. Emilia Kiereś przyznaje się do wielkiej pasji, zamiłowania do tych utworów – i to wszystko tutaj wyraźnie widać. Podoba mi się, w jaki sposób autorka buduje relacje z nami, czytelnikami. Zwraca się do nas: „Widać różnice, prawda?”, „Jak się wkrótce przekonacie”, „Spróbujmy sobie wyobrazić”, „Na pewno nieraz słyszeliście”. Już we wstępie autorka stara się nas przekonać do swego zamiaru okiełznania Mickiewicza. Widać swego rodzaju nieśmiałość – bo czy ją zrozumiemy? Emilia Kiereś ma nadzieję, że przeczytamy książkę z przyjemnością. Ja mogę powiedzieć tylko o swoim odbiorze. Lektura jest REWELACYJNA. Wśród utworów te najbardziej znane: „Świteź”, „Świtezianka”, „Powrót taty”, „Pani Twardowska”, „Lilije”, „Romantyczność”. Są i te mniej znane: „Pierwiosnek”, „Kurhanek Maryli”,  „Dudarz”, „Rybka”. Razem 14 ballad i romansów. Pierwszy raz ujrzały one światło dzienne w 1822 roku.  Za cztery lata będziemy obchodzić ich 200-tny jubileusz. Nic dziwnego, że ich lektura może współczesnym sprawiać trudności. Zmienił się język, nie wszystek kontekst kulturowy, społeczny, topograficzny jest wszystkim jasny. A przecież ma to wpływ na odbiór tej poezji. Książka wygląda tak: najpierw przytoczony jest każdy z utworów Mickiewicza. Zaraz po nim następuje interpretacja Emilii Kiereś. Jej omówienia są jak gawędy, których słucha się naprawdę z przyjemnością, które czyta się z przyjemnością – powinnam właściwie napisać. Wprowadza nas do świata, który na pierwszy rzut oka wydaje się być nieprzystępny, obcy. Bo nie rozumiemy pewnych słów, które przecież wyszły dawno z użycia. Albo kontekstu – społecznego, historycznego, politycznego, kulturowego albo i biograficznego. Bo jak się okazuje, niektóre rzeczy należy czytać właśnie w oparciu o prywatne życie i doświadczenie samego poety. Dzięki komentarzom autorki poznajemy ludzi, miejsca, miejscowe legendy, fakty z życia poety, ludowe tradycje i obyczaje, które akurat w przypadku „Ballad i romansów” odgrywały niezwykle ważną rolę. I nie sięga przy tym po jakiś wyszukany język, ale tłumaczy przystępnie, zrozumiale, a co najważniejsze – ciekawie. Jest takie przysłowie: jeśli chcesz zapalić innych, sam musisz płonąć. Ta miłość do poezji Mickiewicza jest tu widoczna. Jest też mnóstwo ciekawostek, o których milczą podręczniki: zasuszony listek podarowany Adamowi przez Marylę, który ten przechowywał w swoim biurku do końca życia. Informacje o wstręcie Mickiewicza w czasie dzieciństwa do … pisania. Musiał ćwiczyć kaligrafię na deszczułkach. I o tym, że nasz wieszcz był … figlarzem, który np. w nietypowy, poetycki sposób podpowiadał koledze na lekcji historii.

Książka została pięknie zilustrowana przez Mariannę Sztymę. Jej prace świetnie budują klimat, tajemniczość, baśniowość utworów. Natomiast sama okładka z tytułem w odcieniu ostrym – żółtym to strzał w dziesiątkę.  Do tego sama czcionka, krój liter – jakby podrygiwały one w rytm jakiejś muzyki. To też swego rodzaju potraktowanie tematu na luzie, odbrązowienie Mickiewicza i ukłon w stronę współczesnego czytelnika. Jakby ktoś dodatkowo chciał powiedzieć – Mickiewicz jest naprawdę dla ludzi! Młodych ludzi  też – gwoli ścisłości.

Wydawnictwo Egmont

poniedziałek, 26 listopada 2018

Zawsze ciągnęło mnie na Mazury. Początek tej fascynacji miał miejsce w pewien mroźny, zimowy dzień – lata temu. Czasy dzieciństwa. Właśnie wróciłam z biblioteki. Zmarznięta, rozgrzewałam się gorącą herbatą przy radiu, w którym usłyszałam baśń dla dzieci „Czarownica znad Bełdan”. Są rzeczy, których się nie zapomina. I to jest właśnie ta chwila. Brak czasu, spora odległość nie pozwalają, by odwiedzać Mazury dość często, ale od czego są książki? Mazury w książkach Katarzyny Enerlich – bo autorka pochodzi właśnie stamtąd, z Mrągowa. I do tego smaczny – kąsek czyli to, co lubię przede wszystkim, pomieszanie przeszłości z teraźniejszością. Anna jest dziennikarką w lokalnej gazecie. W tak wiele spraw się angażuje – pomoc bezdomnym, konkursy dla dzieci i młodzieży, poszukiwanie zaginionych krewnych pewnego tajemniczego przybysza z daleka. A przede wszystkim – w swoją pracę – jest jej oddana bez reszty. Zresztą opisy jej dziennikarskich poczynań zajmują sporo miejsca w lekturze. Anna właśnie dowiedziała się, że jej najbliższa przyjaciółka, wychowanka domku dziecka, do niedawna bibliotekarka w jednej z mazurskich wsi, popełniła samobójstwo. Dziennikarka ma nosa i nie wierzy, żeby Marta targnęła się na swoje życie. Mimo sprzeciwu dawnej sympatii – policjanta, prowadzi na własną rękę prywatne śledztwo. Równolegle do tych wydarzeń rozgrywających się pod koniec lat 90-tych ubiegłego wieku jesteśmy świadkami powstawania mormońskiej społeczności w miejscowości Sellbongen (dziś Zełwągi). Tym razem przenosimy się w lata 20-te, również do wieku XX. Młodziutka, zaledwie 22-letnia, Agata, wychodzi za mąż za Brunona. Wkrótce rodzą im się dzieci. Na świecie coraz więcej mówi się o zbliżającej wojnie. Tymczasem mieszkańcy wioski, jakby odgrodzeni od trosk świata doczesnego, wiodą swój spokojny i w miarę dostatni żywot, chwaląc Boga i wypełniając zasady nowej religii. Pokazany jest trudny los Mazurów – na dodatek mormonów. Przez Niemców traktowani jako Polacy, przez Polaków – jako Niemców balansują na granicy dwóch światów, pielęgnując jednocześnie swoje tradycje i zwyczaje, dbając z pietyzmem o swoją mazurską tożsamość.  

W książce Katarzyny Enerlich obok ciekawej, wciągającej fabuły dostałam solidną porcję interesujących wiadomości na temat naszych regionów leżących na terenach północno–wschodnich. Odwiedzane tłumnie latem przez turystów wyciszają się zimą – właśnie w tym czasie rozgrywa się powieść w latach bardziej nam współczesnych (ach, gdzie te zimy z tamtych lat). Nie wiedziałam, że w Polsce była spora grupa mormonów, i że żyła ona właśnie na Mazurach. Jak się okazuje, w Internecie jest sporo informacji na ten temat. Autorka odkrywa zresztą wiele tajemnic małych miejscowościach – wyciąga smakowite kąski historyczne, przyrodnicze i społeczne. Pewnie domyślacie się, że wydarzenia z dwóch epok są ze sobą w jakiś sposób powiązane. Ale jak? – odsyłam już do lektury, którą się bardzo przyjemnie czytało.

Wydawnictwo MG

środa, 21 listopada 2018

 

Ostatnio w krótkim czasie udało mi się przeczytać dwie książki Katarzyny Enerlich. Odkryte przypadkiem (tak jak i ich autorka) – oprócz ciekawej fabuły mają również porządną garść informacji na temat Mazur. To miejsce, skąd pochodzi autorka. Zdaje się, że to Camilla Läckberg powiedziała kiedyś, że najlepiej pisać o tym, co się dobrze zna, a akcję książek umieszczać w dobrze znanym środowisku. Tak właśnie czyni Katarzyna Enerlich. Pochodzi z Mrągowa, jest z tym miejscem związana – nic dziwnego, że to miejsce po prostu nas przekonuje do siebie. Bo ono jest, namacalne i prawdziwe. W życiorysie autorki czytamy, że pracowała w lokalnych mediach. Ten wątek pojawił się w dwóch przeczytanych książkach, a z tego, co zdążyłam dowiedzieć się i o innych tytułach, jest on częstym elementem książek mazurskiej autorki. W tej najnowszej „Czas w dom zaklęty” – podczas lektury zaczęło mi nagle czegoś brakować (śmiech!). Jednak, jak się potem okazało, niepotrzebnie, bo i wspomniany już temat również tu się pojawia – choć w małym stopniu i nie dotyczył głównej bohaterki, ale jednak.

Ta książka porusza tak wiele tematów: wybaczenie, miłość, wspomnienia, relacje z innymi ludźmi, zakazana miłość, złość, zmierzenie się z demonami przeszłości. Ruta odwiedza w domu opieki swoją dawną sąsiadkę. Robi to zresztą niechętnie – wyczuwa się jej strach, liczne obawy, potęgowane przez uzasadnione niemiłe wspomnienia. Serafina – to postać wręcz demoniczna, nieczuła. W swoim czasie napsuła dość krwi i Rucie i jej matce. Ruta wchodzi do pokoju, dzisiaj już słabej i schorowanej staruszki, i przypomina sobie, co kiedyś się wydarzyło. Poznajemy tytułowy dom na Mazurach. To w nim, na parterze, mieszka Serafina z mężem. Mieszkanie na górze kupuje matka nastoletniej wówczas Ruty. Dom rodzinny powinien kojarzyć się z ciepłymi chwilami w gronie najbliższych, z ludźmi, którzy przekroczyli jego próg i byli gośćmi, potrawami, które się smakowało, zapachami, które tworzyły jego Klimta. Tymczasem Ruta ma same bolesne wspomnienia. Kłótnie z sąsiadką, rękoczyny, wyzwiska, utrata najbliższych. Czy w takiej sytuacji można komuś przebaczyć? To nie jest łatwa książka – dawno nie czułam się podczas lektury tak wchłonięta i zaangażowana w fabułę. Przejawiało się to zdenerwowaniem i obawą o główną bohaterkę, ale to odbiór bardzo subiektywny. Mnie po prostu ta cała sytuacja po ludzku bardzo przeraziła. Oczywiście jest zapowiadany wątek miłosny, jednak został on wpleciony w inne, koncentrujące się na relacjach z ludźmi w ogóle. I na sztuce – bo to ona też zajmuje wiele miejsca w tej książce. Generalnie po lekturze mam ochotę i na kolejne książki pani Katarzyny i na Mazury – miejsce magiczne i tajemnicze.

Wydawnictwo MG

wtorek, 20 listopada 2018

 

Mały chłopiec Pip wychowywany jest przez starszą siostrę i jej męża parającego się kowalstwem. Pewnego dnia chłopak spotyka na pobliskim cmentarzu przestępcę. Ten znalazł tu schronienie przed policją. Chłopiec, mimo strachu, przynosi mu z domu siostry jedzenie i pilnik.  Udzielenie pomocy zbiegowi jak i spotkanie z bogatą miss Havisham i jej wychowanką Estellą, będą miały wpływ na dalsze życie chłopca. Kim jest anonimowy darczyńca, który chce zmienić życie chłopaka na lepsze? Który chce pomóc mu wydostać się z nizin społecznych na salony? Na razie jest to tajemnica – zarówno dla bohatera jak i czytelnika. Pip otrzymuje szansę, jaka w tamtych czasach była dana raczej niewielu. Już nie będzie kowalem – tamto życie bez żalu zostawia za sobą. Teraz ma inne marzenia. I ma też (tytułowe) wielkie nadzieje. Duże pieniądze, edukacja w Londynie, wejście do towarzystwa, miłość do znajomej z czasów dzieciństwa - Estelli. Teraz to już dojrzała kobieta, nadal jest obiektem miłości Pipa. Darzy ją uczuciem szczerym i czystym. Powieść często zaskakuje – jeśli ktoś wcześniej nie widział filmu, to w wielu momentach nie wie, co mu kolejna strona przyniesie. Jakie życie będzie wiódł Pip? Czy sprawdzi się stare przysłowie: „łatwo przyszło, łatwo poszło”? Jakie będą relacje z Estellą? Wiele tu pytań, które wywołują emocje u współczesnego czytelnika. W każdym razie można nabrać szczerego przekonania, że nie ma spotkań przypadkowych. Powieść Dickensa mimo swojego wieku  (została po raz pierwszy wydana w odcinkach w latach 1860-1861) potrafi wzbudzić zainteresowanie. Wyrazisty główny bohater, ze swoimi rozterkami, planami musi odnaleźć się w nowym życiu, co łatwe nie jest. Balansuje na granicy dwóch światów: dawnego, biednego, w którym przeznaczony był do wykonywania profesji kowala, gdzieś na angielskiej prowincji. I drugiego świata – pełnego blichtru, bogactwa, egoizmu. Do którego należy? To nie jest kwestia wyboru – to proces zbyt skomplikowany, by dać łatwą odpowiedź. Istnieją też przesłanki moralne wynikające ze sprawy pochodzenia podarowanych pieniędzy. Pozostaje oczywiście ocena Pipa, jego wyborów i postępowania. Czy sekunduje się mu, czy raczej z rozdrażnieniem oceniamy jego „lepsze” życie.

Tematy aktualne, ciekawe, o czym mogą świadczyć ciągle wznowienia powieści jak i częste przenoszenie jej na ekran filmowy – jako filmy bądź seriale. Przyznam się, że nie wiedziałam jeszcze żadnej ekranizacji – dopiero teraz, po lekturze mam ochotę na obejrzenie filmu.

Wydawnictwo MG

poniedziałek, 19 listopada 2018

Najpierw był wywiad z Piotrem Sochą, dopiero potem książka. Piękna. Piękna. Piękna. Można kartkować w nieskończoność „w te i wewte”. Podziwiać wszystkie listki, słoje, korę – przez które ilustrator został prawie samotnikiem, o czym też możecie poczytać w przytoczonym powyżej wywiadzie. W tej książce dominują zdecydowanie ilustracje. Przewraca się kolejną rozkładówkę – olbrzymią, i wchodzi się w obraz. Dopiero potem zauważa się tekst (przepraszam za to najmocniej Wojciecha Grajkowskiego). Obraz porywa nas w miejsca rodzime i egzotyczne, między gatunki znane z literatury, mediów, lekcji przyrody czy geografii i … gatunki zupełnie nam obce. Drzewa – na swój sposób oswajane, bo niektórzy z nas nie rozumieją wagi drzew dla naszego środowiska. Bo drzewo to tylko drzewo. Nie, nie zgadzam się z tym – drzewo, to AŻ drzewo! Wielu traktuje drzewa jako zwykłego „przeszkadzcza” na osiedlowym skwerku – bo liście, pszczoły i ptaki. Albo na drogach – przeszkody, bo wypadki i utrudnienia widoczności. A kim bylibyśmy bez drzew? Myślę o tym grabiąc właśnie teraz kilogramy liści z trawnika (te na grządkach zarezerwowane dla jeży), bo akurat my kochamy drzewa: mamy owocowe, lipę, brzozy, jarzębinę, klony.

A więc obrazy, nad którymi Piotr Socha spędził wiele miesięcy, które wykluczyły go z życia towarzyskiego może i w dużym stopniu z rodzinnego. Patrzę na tę ilość listków namalowanych i aż nie chce mi się wierzyć w to, że wszystkie one pochłaniały uwagę ich autora – każde z osobna. Zobaczcie ile ich jest! Dużo wyjaśniają teksty w bocznych szpaltach obok ilustracji. Znajdziemy tu skarbnicę informacji na temat liści, korzeni, zmian zachodzących w drzewach podczas poszczególnych pór roku. Czy wiecie na przykład, że drzewa mogą udać się w podróż? A najwyższe drzewa – w Kalifornii w USA osiągają ponad 115 metrów wysokości i są wyższe od takiego choćby Big Bena (96 m) czy Statuy Wolności (93 m). A cypryśnik meksykański Árbol del Tule, który w obwodzie ma (uwaga) 36 metrów to przykład drzewnych grubasów wagi ciężkiej. Zadziwią Was pewnie ciekawostki na temat wieku drzew na świecie. Nasze dęby to prawdziwe młodzieniaszki w porównaniu z takim choćby świerkiem pospolitym ze Szwecji. Stary (poczciwy) Tijkko liczy sobie (ba!) 9550 lat! Każde drzewo to niemy świadek historii. Każdego roku przybywa pod korą jedna cieniutka warstwa. Słoje mówią prawdę o wieku drzewa. Niektóre z gigantów wykiełkowały na przełomie epok brązu i żelaza – mowa tu o olbrzymich mamutowcach. Poznacie drwala i jego pracę, najsłynniejsze budowle drewniane – w tym cudo architektury: cerkiew na wyspie Kiży liczącą sobie 22 kopuły. Dalej: drewniane wehikuły, np. projekty maszyn latających Leonarda da Vinci, arka Noego czy mityczny koń trojański.  Drewniane maski z różnych zakątków świata: Meksyku, Gwatemali, Kongo, Nigerii. Instrumenty drewniane, domki na drzewach, bonsai, sztuka przycinana drzew, Darwinowskie drzewo życia, drzewo genealogiczne, drzewo w różnych religiach, święte drzewa – jak figowiec pagodowy buddyzmu i hinduizmu, święte dęby ludów pogańskich w Europie. Las, który pojawia się w tak wielu baśniach i legendach. Zamieszkały przez dziwaczne stworzenia: elfy, driady, duchy i duszki, wiedźmy, wesołą kompanię Robin Hooda. Jeszcze Wam mało? Temat jeszcze nie został wyczerpany. Po prostu nie jestem w stanie napisać tu o wszystkim. I pomyśleć (to na podstawie wywiadu), że pomysłów było jeszcze więcej, tylko z nich zrezygnowano. Piękna książka – podpowiadam: święta się zbliżają – idealny pomysł na prezent. Do czytania przez całe życie.

 

Wydawnictwo Dwie Siostry

środa, 14 listopada 2018

Książka, która tak trzyma przy sobie, że trzeba przeczytać jeszcze kolejną stronę, i kolejną, albo i cały rozdział najlepiej. I czyta się do późna w nocy. Losy trójki ludzi – na pozór sobie obcych, a jednak… Nadchodzi ten moment, kiedy ich drogi się schodzą, kiedy nie ma już odwrotu od przeszłości i przyszłości. Jest rok 2010. Jenna kilka lat temu straciła swoją siostrę bliźniaczkę. Dziewczyna zaginęła w tajemniczy sposób, ciała nigdy nie znaleziono. Tymczasem po latach okazuje się, że siostra najprawdopodobniej została porwana przez agentów Korei Północnej.  Pani Moon – biedna kobieta, która ledwie wiąże koniec z końcem. Wpada na pomysł podreperowania domowego budżetu. Chce gotować dla podróżujących pociągiem w pobliskim miasteczku. Ile trzeba jednak zachodu, by ten plan zrealizować. Czytając człowiek kręci głową z niedowierzania, że takie rzeczy dzieją się na świecie. Wysoki rangą urzędnik państwowy Cho zostaje wysłany do USA w ramach misji. Jedzie do „zepsutego świata jankesów”, by wyciągnąć od nich miliardy dolarów, tony żywności w zamian za odstąpienie od programu nuklearnego. Wizyta za oceanem otwiera mu oczy na wiele spraw: rodzinnych, politycznych i społecznych. Po Ameryce nic już nie będzie takie samo jakie było przed wizytą.

Jakiś czas temu czytałam ciekawy artykuł na temat rzekomych uprowadzeń przez agentów Korei Północnej. Mieszkańcy Japonii, Korei Południowej wyszli na chwilę na spacer brzegiem morza, na zakupy i nigdy nie wrócili do domu. Dziesiątki, a może i setki niewyjaśnionych zaginięć. Porywane były również dzieci, młodziutkie osoby, które miały Koreańczykom przekazywać informacje na temat stylu życia w krajach zachodnich, uczyć języka, zachowania – w  celu wykształcenia siatki szpiegów pracujących dla Korei Pn. Oczywiście Korea Północna wypiera się takich działań – a ta książka jest próbą wyjaśnienia jednego porwania. Tylko jednego z nich. A co z tymi okrutnymi liczbami, które zmieniły losy setek rodzin na zawsze? Książka wstrząsająca. Niewiele wiem na temat życia w Korei Pn. Tylko tyle, ile od czasu do czasu dowiaduję się  z mediów. Przerażający jest obraz życia ludzi w wiecznym strachu, dyscyplinie, niepewności o jutro. Przypominają się makabryczne opowieści i wspomnienia z rodzimego podwórka z czasów stalinizmu Polsce. Bieda, głód, przestępczość, gułagi z jednej strony. Z drugiej zaś – uprzywilejowana klasa rządząca, która ma wszystko. Jak się okazuje - może tylko na chwilę, bo tak łatwo popaść w niełaskę wodza i jego dworu. W myśl starej zasady: dziś jesteś, jutro cię nie ma. Wszystko to zostało pokazane w tej książce: mechanizmy działania, powiązania, taktyka postępowania. Są też i wydarzenia, w które trudno uwierzyć – ale dodają one smaczku i dramaturgii. Nic nie jest przewidywalne, wiele rzeczy zaskakuje. To dlatego po skończeniu rozdziału przechodzi się zaraz do kolejnego, bo nie tego się spodziewaliśmy. Ale to w końcu cecha naprawdę dobrych książek.

Oczywiście pojawiają się myśli na końcu tej książki: jak to możliwe, że to wszystko się dzieje na naszych oczach? Że tyle milionów ludzi tak żyje. I denerwuje bezsilność - czy naprawdę nie można nic zrobić? 

Wydawnictwo Zysk i S-ka

środa, 07 listopada 2018

Tego nazwiska nie trzeba chyba bliżej przedstawiać. David Attenborough - znany reżyser filmów przyrodniczych, podróżnik, pisarz. Takich filmów, od których nie można się oderwać: świetne zdjęcia, podejmowanie trudnych i nowych tematów. I ten głos – męski, jednocześnie ciepły, którego chce się słuchać. Bo nie tylko treści są ważne, ale i lektor. I wiek, którym obdarzyła go natura – 92. Dobry pomysł, by podzielić się swoim życiem, doświadczeniami i przeżyciami. Zresztą, przyznaję, lubię podglądać czyjeś życie – ale tylko w książkach. W codzienności nie mam na to ani czasu, ani ochoty – jest przecież tyle fajniejszych zajęć.

Sir David Attenborough związany od 1952 roku z telewizją BBC, która miała w tym właśnie czasie zaledwie 10-letnie doświadczenie w przygotowywaniu programów. Przecież zaledwie kilka lat temu skończyła się wojna – kto myślał wówczas o telewizji dla ludzi i programach rozrywkowych? Tymczasem okazało się, że pewne eksperymentalne filmy kręcone przez przyrodników żyjących w egzotycznych krajach budzą euforię i ogromne zainteresowanie widzów i że jest to nisza, którą należałoby wypełnić. Programy nadawane na żywo, małe fundusze, aktorzy wygłaszający swoje kwestie z pamięci, politycy tracący swoje dobre nazwisko na oczach tysięcy przed ekranami – tak można w skrócie podsumować telewizję brytyjską tamtego okresu. Do tego dochodziły programy przyrodnicze ze zwierzętami – na żywo, w studiu. Niekiedy główni bohaterowie nie spełniali oczekiwań prowadzących. Zwierzęta, i mniejsze i większe, uciekały, chowały się w kątkach i zakątkach pomieszczeń telewizyjnych często nieprzystosowanych do wizyt menażerii. I w środku tych wydarzeń mniejszego i większego kalibru, on – znany niewielu, zaledwie 26-letni, z małym doświadczeniem, absolwent studiów zoologicznych. To właśnie wtedy rodzi się pomysł ambitniejszych programów przyrodniczych, chęć pokazania ludziom dalekiego świata i jego mieszkańców. BBC i londyńskie zoo chcą ze sobą współpracować. Ekspedycja ma zagwarantować zoo nowe zwierzęta, natomiast telewizja ma mieć z tych podróży ciekawy materiał. Ta książka to zapiski z wyprawy do Ameryki Południowej i do Azji – i to zaledwie do wybranych rejonów. Możliwość poznania fauny i flory nienaruszonych jeszcze przez białego człowieka, dziewicze miejsca, mieszkańcy tych rejonów, którzy często po raz pierwszy widzieli białych i nowinki techniczne w postaci kamery i aparatu fotograficznego. Wśród nich niekiedy również potomkowie osadników europejskich, którzy z pewnych przyczyn osiedlili się w egzotycznych krainach. Wśród opisywanych gatunków, na których David Attenborough koncentruje się przede wszystkim, jest wiele dziś takich, które są zagrożone wyginięciem. Na podstawie tej książki widać, jak świat w ciągu ponad 60 lat się zmieniał. Jak zmieniali się ludzie, którzy kiedyś odziani w prymitywne ubrania, dzisiaj noszą jeansy i t-shirty. Oczywiście te wspomnienia to nie tylko zwierzęta. To też ludzie, z którymi autor współpracował, to też trudności w kręceniu materiału i łowieniu zwierząt. Bo jak się okazuje, nawet szerokość taśmy mogła stać się przyczyną konfliktu i powodem do zwołania narady ważnych osobistości z TV. To też szukanie kompetentnych osób, na których można polegać na wyprawie (jak choćby kamerzysta czy dozorca zwierząt), opisy krajobrazów, ciekawostki. Jak wielkim przeżyciem musiało być odkrycie tajemniczych malowideł na klifie w Gujanie. Zostawione odciski dłoni pozostawione najprawdopodobniej przez praludzi wiele tysięcy lat temu. Niesamowite.

Książka ma w sobie coś z gawędy. Dziś jest tak, że chcemy widzieć świat nie swoimi oczami lecz obiektywami aparatów, telefonów komórkowych. Jaką fotograficzną pamięć musiał mieć autor, jaki dar opowiadania, że i po latach (ponad pół wieku) potrafi odtworzyć przeżycia i widziane obrazy. Miał oczywiście do dyspozycji sprzęt, ale nie sądzę, by wszystko fotografował w takich ilościach jak czyni to obecnie przeciętny Kowalski. Coraz więcej ludzi podróżuje po świecie, lecz coraz mniej mają oni do powiedzenia. Niekiedy ma się wrażenie, że ktoś jedzie w świat po to tylko, by napisać książkę. Potem powstają zaledwie relacje z podróży, suche, nie wywołujące emocji. Tak w tym przypadku nie ma. Bo trzeba mieć coś do przekazania.

Wydawnictwo Prószyński i S-ka

wtorek, 06 listopada 2018

Jest rok 1654, Holandia. Catrijn właśnie została wdową. Jednak jej serce pozostaje zimne i nieczułe. Nie kochała swojego męża, który pił i bił ją. Młodziutka wdowa marzy o tym, by jak najszybciej sprzedać gospodarstwo i wynieść się ze wsi do miasta. Chciałaby pracować tam jako służąca, by zarobić na lepsze życie. Jednak jej największą pasją jest malowanie – do czego zresztą ma talent. Przypadkiem poznaje bogatego kupca i podróżnika, który poleca ją jako gospodyni u swojego brata w Amsterdamie. Wkrótce okaże się, że jednak losy Catrijn zwiążą się ze sztuką. Będzie tworzyć, a jej życie zmieni się na lepsze. Jednak odzywają się demony z przeszłości. Ktoś coś zobaczył, czego widzieć nie powinien. Teraz szantażuje kobietę, grozi, że ją wyda w ręce prawa, a ona sama trafi na szubienicę.

Tak w skrócie przedstawia się zarys fabuły. Podoba mi się sam pomysł na książkę. Pokazanie losów pojedynczej bohaterki na tle ciekawej epoki. To Holandia XVII wieku. Rozwija się gospodarka, rolnictwo, kwitnie rzemiosło i handel z dalekimi krainami – zwłaszcza Chinami. Mieszkaniec wsi cieszy się swobodą – może decydować o sobie, nie jest dożywotnio przywiązany do ziemi pana (tak jak to miało miejsce na przykład w Polsce w tym samym czasie). Catrijn przecież szybciutko pozbywa się ciążącego jej gospodarstwa i opuszcza rodzinną wioskę. Widzimy gwarny Amsterdam, mnóstwo ludzi na ulicach, jarmarku, w gospodzie. Bogate mieszczaństwo mieszka w pięknych kamienicach, kupuje obrazy, drogą ceramikę. Wybitni malarze mają pełne ręce roboty. Handel, kanały, podróże kupieckie do Indii Wschodnich, skąd sprowadzano drogie przyprawy i barwniki do malowania, porcelanę chińską - cieniutką i delikatną jak papier. To czas twórczości najsłynniejszego malarza holenderskiego Rembrandta. Mamy sposobność odwiedzić go w tej powieści, w jego pracowni podczas pracy. Holandia to też wiatraki, które gdzieniegdzie pojawiają się w tle, są elementem holenderskiego krajobrazu. Właśnie to tło zainteresowało mnie w szczególności. Też pozycja kobiety w dawnych czasach – ta może decydować o sobie, jednak mąż pijak może sobie poczynać z nią do woli, bez większych prawnych konsekwencji. Również zarobki kobiet pozostawiają wiele do życzenia. Przecież Catrijn została zatrudniona w manufakturze w Delft nie tylko ze względu na talent malarski i artystyczne wyczucie. Właściciel płacił jej o wiele mniej niż mężczyźnie zatrudnionym na tym samym stanowisku. Ciekawe są losy Catrijn, choć zawiódł mnie wątek miłosny. Rozwijał się zdecydowanie za szybko. Czy w tamtych czasach „powściągliwości”, religijnej dyscypliny i surowości protestantyzmu było to aby możliwe?

Wydawnictwo Zysk i S-ka

piątek, 02 listopada 2018

Charley Bordelon razem ze swoją nastoletnią córką opuszcza wielkie miasto i udaje się na Południe do Luizjany. Dwa światy: Los Angeles i plantacja trzciny cukrowej, którą Charley dostaje w spadku po śmierci ojca. Co ciekawe – kobieta nie ma zielonego pojęcia o pracy na roli, uprawianiu trzciny, planowaniu robót, zatrudnianiu robotników do pomocy. Ma też mentalność mieszczucha. Natomiast na miejscu musi zmierzyć się z miejscowymi – ich podejściem do życia. Musi zrozumieć ich złożoność, problemy, receptę na życie. Oczywiście, że zadałam sobie pytanie - pułapkę: mając taki trudny start nie lepiej byłoby po prostu pozbyć się tej planacji, którą ja rozumiałam jako potężny ciężar do udźwignięcia? Mimo wsparcia najbliższej rodziny: córki i babci Miss Honey.  Nic z tego (zresztą bez tego nie byłoby tej książki:)). Zapisy w testamencie wykluczają taką ewentualność. A gdyby Charley mimo wszystko uparła się i pozbyła plantacji – wówczas traci wszystko. Jak skończy się ta historia – wciągająca, odkrywająca co rusz nowe wątki?

Każdy z bohaterów to postać bardzo wyrazista, ze swoją złożoną historią. Nie ma tu łatwych relacji, cukierkowych i słodkich. Każdy w swoim życiorysie ma jakąś ciemną plamę. Problemy, problemy, problemy. W książce się od nich roi. Charley ma wewnętrzną siłę. Mimo wielu przeciwności nie poddaje się – a to pogoda nie taka, a to nieufność tubylców, brak pieniędzy, zerwana nić porozumienia z dorastającą córką, opłakany stan pól, wrogość cukrowej konkurencji, relacje z bratem, którego nie widziała szmat czasu. I jej czarna skóra, która odsłania prawdziwe przekonania ludzi z Południa. Naturalnie nie wszystkich, ale jednak. Mimo tego, że jest wiek XXI, w ludziach drzemią nadal te same stare wrogie stereotypy, przekonania i antagonizmy. Bohaterem drugiego planu jest prowincjonalna Ameryka  -  nie taka jak w wysokobudżetowych filmach z Hollywood. Nie przesłodzona, raczej biedna, ze swoimi niedoborami i niedostatkami, prawdziwa i niekiedy wręcz szokująca. Niekiedy lektura przygniata wręcz swoja dosadnością – ale dzięki temu jest to opowieść prawdziwa.

Debiut literacki, który zaskakuje swoją dojrzałością – o marzeniach, wybieraniu drogi pod górkę, tolerancji i uprzedzeniach rasowych. I szukaniu drogi do drugiego człowieka. Drogi, która jest często wyboista i kręta.

Wydawnictwo Literackie

wtorek, 30 października 2018

Wielka księga prawdziwych tropicieli – myślę jednak, że nie tylko dla tropicieli. Również dla nas, zwykłych zjadaczy chleba – trochę być może zbyt leniwych, zalatanych, by rzucić wszystko i „pójść w naturę”.  Za to tęskniących czasem, może nawet często, za światem przyrody. Światem, który dla wielu wcale nie jest na wyciągnięcie ręki. Zatem z jednej strony to arcyciekawy poradnik dla tych, którzy idą (lub chcą iść) przez życie śladami przyrody. Z drugiej zaś – to odskocznia dla nas, zwykłych mieszczuchów – za to niesamowicie uwrażliwiająca, ucząca empatii w stosunku do zwierząt i roślin i kierująca naszą uwagę na przyrodę wokół.  Bo wcale nie chodzi o to, by od razu bociek na naszej posesji wybudował gniazdo. Albo by spotkać na którejś z wędrówek żmiję lub węża. Bardziej o to, by dostrzec to COŚ:)) Też w maleńkim wymiarze, w szczegółach i szczególikach – czasem trzeba przyłożyć nos do kory drzewa, schylić się ku ziemi. Wielu z nas nie ma ogrodów, pola, ścieżki za domem, która poprowadzi w siną dal. Niekiedy nasz kontakt z zielenią, zapachem kwitnących drew, brzęczących pszczół ogranicza się tylko do kilku kroków: od klatki wejściowej bloku do samochodu stojącego na osiedlowym parkingu. Warto dostrzec uroki świata obok. I tego uczy właśnie Adam Wajrak – znany dziennikarz, autor poczytnych książek i filmów. Odkrywa mnóstwo tajemnic przyrody. A pisze o tym tak, że człowiek dostaje gęsiej skórki, zaczyna drążyć temat i stawia sobie pytanie: „Dlaczego wcześniej to mnie NIE interesowało? To przecież FASCYNUJĄCE!”. Wajrak podzielił książkę na cztery pory roku. To nie tylko zbiór dziesiątek cennych informacji. To również ciekawostki, ploteczki z lasu, łąki, pasa zieleni, plaży (te najbardziej oplotkowane ploteczki, nieformalne, na luzie lubimy najbardziej). To w końcu dzielenie się swoimi doświadczeniami – jako zaprawionego w boju tropiciela i obserwatora, potrafiącego przejść dziesiątki kilometrów dla jakiegoś rzadkiego gatunku zwierząt, mogącego leżeć godzinami pod jakąś norką, w krzakach – w mokrym, niewygodnym, chłodnym środowisku – dla jednego zdjęcia, czasem obrazu, który koduje się w głowie na długie lata. Autor podpowiada jak zachowywać się w określonych sytuacjach i warunkach, w zależności od pory roku, jak się ubrać, maskować  terenie, jak podczas wypadku kontaktować się z pilotem helikoptera, jak tropić zwierzęta, jaki sprzęt zabrać ze sobą na wyprawę. Tych porad jest naprawdę dużo – i pewnie najlepiej uczyć się na dobrych praktykach i … cudzych błędach. Oczywiście jest też mnóstwo wiedzy na temat, głównie zwierząt. Ale w tle są też informacje o roślinach, środowisku – różne różności. Np. w jaki sposób owce pomagają górskim krokusom, jak przygotować miksturę wabiącą motyle, jak wygląda Puszcza Białowieska nocą, ile lat tak naprawdę mają najstarsze dęby w Polsce, jak wygląda życie modliszek, dlaczego Mikołaj Rej (tak, tak ów znany pisarz i poeta) nie lubił dudków, jak się naprawdę sprawa ma z kontrowersyjnym kornikiem w Białowieży, jak się zachować podczas spotkania oko w oko z młodym zwierzęciem? Treść wzbogacona licznymi fotografiami.

Osobiście jestem też miłośniczką książek Lechosława Herza (warto je poznać – pokazują m.in. uroki małych wsi i miasteczek). To tam kiedyś wyczytałam, że Adam Wajrak uczył się obserwacji świata od swojego wujka, który od wielu lat zabierał małego Adasia na pierwsze wyprawy. Zresztą wujka wspomina również Wajrak  w tej książce: (Lechosław Herz) „wbił mi do głowy najważniejszą rzecz. Od niego wiem, że najciekawsze przygody i największe wyzwania dla prawdziwych tropicieli nie czekają gdzieś hen daleko, ale zupełnie blisko. Dosłownie tuż za rogiem.” I niech to będzie podsumowanie tej książki, z którą warto się zaprzyjaźnić.

 

Wydawnictwo Agora

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 107