Świat jest stworzony po to, aby stać się kiedyś piękną książką
Zakładki:
Książki 2013
Książki 2012
Książki 2011
A tutaj piszę o książkach
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Dekoratorskie
Książki - 2010
Książki- 2008
Książki- 2009
Napisz do mnie
Piszą o książkach
Strony o książkach
Szablon mojego bloga
Wydawnictwa
Wyzwania czytelnicze
Zaglądam również TU
Tagi
Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać
czwartek, 22 czerwca 2017

Bolek i Lolek, postacie z kultowej kreskówki,  spędzają wakacje w Krakowie. Czekają na nich liczne atrakcje: Planty, zamek, „migotliwa wstęga Wisły” – a przede wszystkim ON – czyli SMOK WAWELSKI. Podczas odwiedzin pod pomnikiem Smoka chłopcy odkrywają mapę z napisem: „Tu byłem”. I choć na tej mapie nie zaznaczono żadnej trasy, od tej pory Smok będzie inspiracją dla chłopców do różnych wędrówek i podróży. Chłopcy śledzą ślady jego bytności, wypytują o niego, a przy okazji zwiedzają klimatyczne miejsca w Polsce i poznają różnych ludzi i postacie. I tak Bolek i Lolek sprawdzają czy ściany w Kopalni Soli w Wieliczce rzeczywiście są słone, w Katowicach spotykają tradycyjną górniczą orkiestrę, odwiedzają Studio filmów rysunkowych w Bielsko-Białej (skąd zresztą pochodzą), przeżywają chwile grozy w zamku w Mosznej – a to za sprawą Białej Damy, odwiedzają Kaplicę Czaszek, zaglądają do wrocławskich krasnali, na Jasną Górę, gdzie wita ich sam ksiądz Augustyn Kordecki. Pech w tym, że Smoka nigdzie nie ma. Był, ale się … zmył. Chłopcy odwiedzają mnóstwo takich miejsc – słynnych i mniej popularnych. W tle znane osoby, ciekawostki, konkretne informacje. Czy chłopakom uda się w końcu odnaleźć Smoka?

Każda rozkładówka (dużego formatu) to ilustrowane przygody Bolka i Lolka wraz z krótką historyjką. Mnie osobiście przypominają się czasy dzieciństwa, kiedy to kreskówka o dwóch urwisach „leciała” w sobotę na dobranoc. Charakterystyczne obrazki, nawet nazwy miejsc, nawet cena książki (!)  nawiązują do dobranocki sprzed lat.

Na końcu: zagadki. A w nich ukryte krakowskie gołębie, porozrzucane solniczki, kufry ze skarbami, zgubiona torebka, rozsypane cukierki, złodziej a nawet najprawdziwszy … ninja. Każda ilustracja to kolejna przygoda i zagadka. Dzieci liczą, ćwiczą wyobraźnię i spostrzegawczość. Książka do poczytania we wakacje i zachęta do odwiedzenia ciekawych miejsc w Polsce.

Wiek 5+

Wydawnictwo Znak

wtorek, 20 czerwca 2017

Ach! Mieć takiego pana Cebulę za nauczyciela historii. Koniecznie z jego wynalazkiem: magicznymi ławkami,  dzięki którym uczniowie mogą przenosić się w czasie do różnych epok. Ale od początku. Pan Cebula tak naprawdę nazywa się inaczej. To ze względu na jego osobliwy styl ubierania i … rozbierania zyskał taki a nie inny przydomek. Góra swetrów ściąganych podczas zajęć wprost proporcjonalnie do rosnących emocji. A tych jest naprawdę wiele.

To już trzecia wyprawa historyczna opisana przez Grażynę Bąkiewicz. Tym razem Karol vel Gruby przenosi się do czasów Jadwigi i Władysława Jagiełłów. W ciągu paru minut chłopiec z kolegami z klasy musi znaleźć jakiś szczegół dotyczący króla, o którym milczą oficjalne źródła. Ktoś powie: 8 i pół minuty to naprawdę niewiele. Tak – tyle że podczas tych Cebulowych wypraw czas biegnie inaczej. Wszystko się wydłuuuuuża.

Inny świat, kultura, polityka, knowania, spiski, przygody. Młodziutka Jadwiga, do której smolił cholewki Wilhelm Habsburg. Jej przyszły mąż: Władysław: Polak? Litwin? Poganin? Jaka jest prawda o dawnych czasach?

 Grażyna Bąkiewicz dzięki atrakcyjnej formie udziela niesamowitej lekcji historii. Właściwie – czytelnik jest uczestnikiem ciekawej przygody, a w tak zwanym międzyczasie uczy się na temat epoki  z zamierzchłych czasów. To taka wartość dodana tej lektury.  Historia z humorem – a to też za sprawą zabawnych komiksów Artura Nowickiego, których jestem wielką fanką. W końcu – to też historia z pazurem – mnóstwo tu nie tylko konkretnych informacji, ale i ciekawostek, o których niestety (stety?) milczą podręczniki historii. Piszę tak – bo gdyby nie milczały, któż by sięgał po takie przygodowe perełki.

 

Wiek 9+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

piątek, 16 czerwca 2017

Obcowanie z naturą stało się modne. Obcowanie z naturą jest ważne. Dowodzą tego liczne badania i obserwacje.

Kolejna wersja elementarza – po udanych edycjach: Elementarza (do nauki czytania) i Elementarza matematycznego, zwraca uwagę właśnie na przyrodę wokół nas.

Autorka uświadamia małemu dziecku, że rzeczy wielkie mogą dziać się zaraz obok niego – po wyjściu na dwór, za próg mieszkania, w najbliższym parku czy ogrodzie. Wystarczy mieć oczy szeroko otwarte. Julek i Maciuś uczą się tego od swojego dziadka. Ten potrafi godzinami przypatrywać się drzewu rosnącemu w jego ogrodzie. Obserwować – jak zmienia się w poszczególnych porach roku.

Jest wesoło, niekiedy nawet filozoficznie, rodzinnie, przyjacielsko, a przede wszystkim przyrodniczo. Ponad 20 krótkich scenek z życia wziętych, w których przewijają się rozmowy na temat przemijania w życiu i przyrodzie, różnic w krajobrazach, kreciego kopca, burzy, obiegu wody, tęczy, kwiatów i owadów, kalendarza pogody, fasolowej plantacji. Mali przyrodnicy – kilkuletnie dzieci, są przewodnikami po świecie darów jesieni, piesków, dżdżownic, powietrza. Można zaznajamiać dzieci z powyższymi i innymi zagadnieniami już w przedszkolu.

Książka stanowi  też  świetne uzupełnienie i utrwalenie przyrodniczej wiedzy szkolnej. Mnóstwo ilustracji przedstawiających bohaterów tych historii  w różnych sytuacjach obrazujących niekiedy skomplikowane zagadnienia przyrodnicze. Dzięki nim takie hasła jak: piramida żywieniowa, wdychanie i wydychanie powietrza, budowa psa czy fasolowa plantacja będą łatwiejsze do zrozumienia i zapamiętania. Książka zachęca do przeprowadzania swoich obserwacji i eksperymentów. Dobry pomysł na spędzanie wolnego czasu podczas wakacji.

Wiek 6+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

czwartek, 15 czerwca 2017

Akademia Pana Kleksa powstała podczas II wojny światowej. Za oknem było szaro, ponuro, niebezpiecznie, nieprzyjemnie.

„To była jakaś forma ucieczki przed rzeczywistością” – mówił Jan Brzechwa*. To świat, do którego uciekał autor. Może nie całkiem bezpieczny – ale było w nim miejsce na fantazję, marzenia, bajki. Zresztą w samej książce ponoć mnóstwo jest aluzji do II wojny światowej. Czyż nie przerażała Was horda wilków, o której opowiadał szpak Mateusz? Siała zgrozę w miasteczkach i wsiach, nie było na nią rady. Plądrowała, grabiła, mordowała. Nikt nie pomógł Mateuszowi, tak jak nikt nie pomógł Polsce w 1939 roku.


„Na koniec jednak wszystko jeszcze raz okazuje się baśnią. Okrutną, ale z dobrym zakończeniem. Szpak Mateusz zmienia się w „wytwornego pana w wieku lat czterdziestu, o włosach przyprószonych lekką siwizną”, czyli … Jana Brzechwę.

-Jestem autorem historii o Panu Kleksie – mówi elegancki pan. - Napisałem tę opowieść, gdyż ogromnie lubię opowieści fantastyczne i pisząc je, sam bawię się znakomicie.”*

 

Akademia Pana Kleksa to kawał świetnej literatury i dobrze się stało, że znalazła się w kanonie lektur szkolnych. To też moje najmilsze wspomnienie z dzieciństwa. Przygody Adasia Niezgódki i jego przyjaciół. I ta jedna myśl, która przed laty towarzyszyła mi podczas czytania – dlaczego ta sławna uczelnia była tylko dla chłopaków? Brzechwa w dzisiejszych czasach dostałby niezłego prztyczka w nos od feministek (śmiech). Mam przed sobą nowiutki, pachnący jeszcze farbą drukarską egzemplarz Naszej Księgarni. Książka wydana starannie, apetycznie. Zawiera w środku nie tylko „Akademię” ale i dwie dalsze części: Podróże pana Kleksa i Tryumf pana Kleksa. Mniej znane, ale również zasługujące na uwagę.

Książka swego czasu robiła furorę dzięki udanej adaptacji filmowej. Jednak – jak to zwykle w takich przypadkach bywa – książka oczywiście jest lepsza od filmu (nie odwołam).  Najnowsza wersja – z ilustracjami Marianny Sztymy, którą lubię za wiele ilustracji do innych tytułów. Na pewno ilustratorka zdawała sobie sprawę z tego, że podjęcie taaaakiego wyzwania, jakim jest stworzenie nowego wizerunku profesora Kleksa, to jest wyczyn nie lada. I że trzeba będzie zmierzyć się z opinią miłośników Szancerowego Kleksa. Tam – rozczochranego wariata – tutaj bardziej stonowanego, wyciszonego pana. Myślę, że Kleks pani Marianny ma szansę chwycić za serducho. Też z chochlikiem w oku, z zawadiackim uśmiechem, kolorowymi piegami spodoba się współczesnym – i dzieciom, i rodzicom, również tym, „skażonym" Szancerem.


Podróże Pana Kleksa i Tryumf pana Kleksa powstały już w czasach powojennych. Kolejno lata: 1961 i 1965. Podróże, w których sławny mędrzec, dziwak i podróżnik, uczeń wielkiego doktora Paj – Chi – Wo, założyciel słynnej Akademii, Ambroży Kleks wyrusza na spotkanie ku przygodzie. W dalekim kraju – Bajdocji jego mieszkańcy piszą białym atramentem na białym papierze. Nikt nie zna sposobu zapisywania bajek, a kiedy niestety zawodzi system supełkowy, cały kraj pogrąża się w żałobie. I właśnie wtedy przed Wielkim Bajarzem staje pan Kleks, który przekonuje go do wyprawy na trójmasztowcu „Apolinarym Mrku” (mieszkańcy nie zali litery „u”) w celu dotarcia do składników czarnej i białej barwy. Tryumf pana Kleksa to z kolei przygody w krainie: Alamakota. Moim zdaniem to najsłabsza z trzech części – choć na pewno warta poznania. Dużo tu miejsca na przygodę, wyobraźnię i …. filozofowanie.


Klasyka dla dzieci – z nowym wizerunkiem kultowego dla wielu bohatera. Czy dacie mu szansę? Sama, przyzwyczajona do wizerunku autorstwa Szancera, już teraz polubiłam Kleksa pani Marianny. A w samej grubaśnej książce znajdziecie tyle przygód, że starczy na całe wakacje. A może natchną one dzieci do wspaniałych zabaw, zniechęcą choć trochę do komputera?


*- cytaty pochodzą z książki Mariusza Urbanka – „Brzechwa nie dla dzieci”


Wiek  8+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

środa, 14 czerwca 2017

Jak ja lubię taaaaakie niespodzianki. Bo…. Pomyśleć by można, że w kwestii „Śpiącej Królewny” zostało już wszystko powiedziane. Tymczasem Wydawnictwo Nasza Księgarnia prezentuje nam takie jak ta perełki. Gdy czytałam informacje o autorce nie mogłam uwierzyć, że wierszowana opowieść o królewnie powstała pod koniec lat 20-tych ubiegłego wieku, i że za chwilę liczyć sobie będzie sto lat. Tymczasem ta baśniowa staruszka jest w doskonałej formie, ma wiele werwy, lekkości. Manuel Peña Muñoz pisze, że ta uśpiona bajka została wybudzona po niemal stu latach od momentu jej napisania przez Gabrielę Mistral (ur. 1889). Sama autorka to odrębny ciekawy temat. Z chilijskiej prowincji, najpierw skromna nauczycielka, potem również poetka, działaczka oświatowa  i … dyplomatka. W końcu – uwaga - Laureatka Literackiej Nagrody Nobla z 1945 roku. Przebywając w Europie zachwyciła się klasycznymi baśniami Charlesa Perraulta i braci Grimmów. Jak bardzo zafascynowały ją te stare teksty? Można powiedzieć, że baaaardzo. Dowodem na to jest m.in. ta książka i inne, które nawiązują do starych tekstów: o Czerwonym Kapturku, Kopciuszku i Królewnie Śnieżce.

Ta historia czaruje, jest pięknie opowiedziana. Ciekawym doświadczeniem jest to, że można na własnej skórze przekonać się, jak nasze dziedzictwo kulturowe postrzegane było przez innych – bo sami przyznajmy, kultura europejska znacznie różni się od kultury obu Ameryk.

A zaczyna się tak:

Bardzo dawno, dawno to było,

wiele upłynęło już wody,

gdy pewna królowa powiła

córeczkę nieziemskiej urody.

 

Prześliczne to było stworzenie,

zjawisko nie z tego świata.

Piękna niczym senne marzenie,

z zachwytu aż chciało się płakać.

 

Na chrzciny malutkiej królewny

zjechało wielu możnych gości,

król zaś dodatkowo zaprosił

wróżki, co potrafią zapewne

zło i dobro jak mąkę przesiać.

Siedem wróżek się pojawiło

na wystawnej uczcie królewskiej.

 Na uwagę zasługują ilustracje Carmen Cardemil. Nierówna faktura tła, postacie niekiedy jakby zamazane, ni to we śnie, ni w ruchu, zyskując tym samym na swego rodzaju autentyczności. Oryginalne przedstawienie uśpionego dworu królewskiego wnosi nową jakość w tradycyjną ilustrację do baśni, która liczy sobie kilkanaście, jak nie kilkadziesiąt różnych wersji; która doczekała się wielu adaptacji filmowych i animowanych, i która liczy sobie …. kilkaset lat.

Na koniec dodam, że książka była wielokrotnie nagradzana; wspomnę tutaj choćby Honorowe Wyróżnienie w kategorii "Nowe horyzonty" na Międzynarodowych Targach Książki dla Dzieci w Bolonii w 2014 roku.

Wiek 4+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

wtorek, 13 czerwca 2017

Lektura najnowszej "Basi" świetnie wpisuje się w ogólnopolską akcję „Noc w bibliotece”. Niedawno jak Polska długa i szeroka hucznie korzystano z dobrodziejstw tego wydarzenia. Historia z książki Zofii Staneckiej przypomniała mi o czasach, kiedy to moi synowie wędrowali regularnie ze swoimi grupami przedszkolnymi do biblioteki – bardzo to lubili i miło wspominają  „stare dobre czasy”.

Tymczasem w książce nauczycielka przedszkola: pani Marta – zabiera Basiną grupę na warsztaty biblioteczne. Mali czytelnicy mają możliwość poznania bliżej tego magicznego miejsca – jakim jest właśnie biblioteka. Tym bardziej, że z tekstu wynika, że nie wszystkie dzieci znają bibliotekę. Poprzez tę książkę, można bibliotekę odwiedzić w wyobraźni. Dzieci dowiadują się, że w bibliotece można wypożyczać książki za darmo, i że trzeba o nie dbać. „Nie można do nich chować kanapek. Ani czytać w wannie” – baaaaardzo spodobał mi się ten fragment. W bibliotece panuje też cisza, by nie przeszkadzać innym . Grupa Basi bierze udział też w warsztatach artystycznych prowadzonych przez popularną i znaną pisarkę. Emocje przed spotkaniem są tak duże, że Basia nie może spać. Pod poduszka pieniążki od mamy na książkę z autografem autorki. Nie ma się co dziwić, rasowe moliki książkowe mogą w takiej sytuacji marzyć i śnić tylko o książkach. W jaki sposób Basia spędzi dzień w bibliotece? Czego się dowie i czego nauczy? Czy jej się tam spodoba? Odpowiedzi oczywiście należy szukać w książce – a jakże.

Basia od kilku już lat pomaga najmłodszym poznać świat. Tym razem temat dla moli książkowych. Właściwie molików książkowych – biblioteczne sale i regały pełne książek. Spotkanie autorskie, podczas którego dużą rolę odgrywa mała i wielka zarazem wyobraźnia. Dzieci dowiadują się dużo na temat odpowiedniego zachowania w tym miejscu. A może lektura zachęci do tego, by razem z rodzicami albo starszym rodzeństwem udać się do biblioteki? Bo Basię naprawdę warto naśladować. Zwłaszcza w tym przypadku.

Wiek 4+

Wydawnictwo Egmont

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Dawno nie pisałam o Kici Koci. Tymczasem Kica ciutkę urosła i już potrafi jeździć rowerem. Niedawno dostała od rodziców niespodziankę – nowy rower. Cudowny pojazd stoi w przedpokoju i cieszy oko Kici Koci. Dzięki małej przyjaciółce maluchy mogą poznać wiele spraw związanych z rowerem i jazdą na rowerze: poszczególne elementy wyposażenia, ubiór – koniecznie kask i wygodne buty. Do świadomości małego dziecka dociera również ważna informacja, że na rowerze można pierwszorzędnie spędzić czas razem z przyjaciółmi. Zamiast siedzieć przed telewizorem albo tabletem, lepiej wyjść na dwór, na świeże powietrze i pohasać na dwóch (czterech) kółkach. Kicia Kocia wie o tym doskonale, dlatego też śmiga razem z Packiem i Adelką. Przyjaciółka Koci ma rowerek biegowy – bez pedałów. Dla maluchów to żadna nowość, bo w tej chwili widać mnóstwo takich pojazdów na naszych (chciałam napisać "na ulicach"), chodnikach, ścieżkach rowerowych i w parkach. To też doskonała okazja, by spędzać czas wspólnie z rodzicami i rodzeństwem. Zatem – jak widzimy – jazda na rowerze ma same plusy. Kicia Kocia rozpoczyna naukę jazdy na rowerze, doświadcza wzlotów i upadków (dosłownie): zalicza wywrotki, poznaje ból, a na ciałku pojawiają się guz i stłuczone kolano. Jednocześnie sukcesy rowerowe wywołują uśmiech na małym pyszczku – wprawdzie czasem można sobie coś zrobić – ale – „co z tego, skoro frajdy jest o wiele więcej”. I tym optymistycznym akcentem kończę dzisiejszy wpis – wszyscy na rowery!

Książka świetnie sprawdza się jako lektura dla maluchów. Język, ilustracje, doświadczenia, świat doznań. Znam z najbliższego otoczenia co najmniej dwie fanki Kici Koci, które znają książki o niej na pamięć. I zawsze cieszą się, gdy pojawia się nowy tytuł.  

Wiek 0 +

Wydawnictwo Media Rodzina

czwartek, 08 czerwca 2017

Astrid Lindgren zaczęła to opowiadanie takim oto zdaniem: „To jest opowieść o wielkim byku Adamie Engelbrekcie, który dawno temu, w Niedzielę Wielkanocną, nagle zerwał się z powroza”. Tymczasem jest to opowieść również o malutkim Kallem, który okiełznał wielkiego zwierza. I po trosze o oborowym, który opiekował się bydłem w gospodarstwie. Wreszcie i o właścicielu tegoż gospodarstwa i jego rodzinie. Każdy  z nich ma w tej historii swój, niekiedy niewielki, udział. Jak to się mówi: swoje 5 minut. Jednak prawdziwą bohaterką, która wysuwa się na plan pierwszy dzięki ilustracjom Marit Törnqvist, jest sama … Szwecja. Tak myślę:charakterystyczne drewniane czerwone domki z białymi oknami i ościeżnicami drzwi, bielusieńkie rzeźbione w drewnie werandy, kolorowe chodniczki z tkanin, w pokojach biała boazeria do połowy ściany, solidne meble. Styl, który dziś tak wielu próbuje naśladować, co widać na wielu różnojęzycznych blogach wnętrzarskich. Do tego: czystość, skromność, dbałość o porządek, a jednoznacznie dobry gust i smak. I jeszcze na sam koniec -  piękna czysta przyroda. Oniemiałam, gdy zobaczyłam Kallego wędrującego z zarobioną monetą w brzozowym lesie. W końcu ta opowieść to również obraz dawnej szwedzkiej wsi – niezbyt bogatej, biednej wręcz. Jakże ciężkie to było życie pokazuje szwedzka literatura dla dorosłych. Tutaj kilka scen z życia wiejskiej gawiedzi poruszonej zachowaniem byka. Uwagę na pewno przykuwa dbałość o szczegóły strojów kobiet, mężczyzn i dzieci: spodnie na szelkach, koszule w drobne paski, nakrycia głowy znane z innych powieści Astrid Lindgren – jak choćby tej o Emilu. Sama opowieść nie jest specjalnie wyszukana. Ot – scena rodzajowa z życia pewnej małej społeczności. Lindgren zbierała takie – znała takie zarówno ze swojego doświadczenia jak i z opowieści swoich rodziców. Tytułowy byk wpada w złość i nikt i nic nie jest w stanie go uspokoić. Tylko mały chłopiec – Kalle, wie dobrze, co należy zrobić. Jak dzielny torreador podchodzi do byka, który prawie … je mu z ręki. Lindgren pięknie przedstawia tu obraz dziecka, które mądrością i sprytem góruje nad dorosłymi. Wzruszają jego delikatność, spokój i czułość, które chłopiec okazuje rozeźlonemu zwierzęciu. Stoją one w opozycji do zachowań dorosłych. Przecież patrząc na ilustrację słychać na nich dosłownie hałas, poruszenie, porykiwania byka. Wszystko jest jakby w ruchu, bardzo ekspresywne. Tymczasem sam Kalle to oaza spokoju. Dostrzega w zwierzęciu dobro i to sprawia, że chłopiec zwycięża. Tym samym Lindgren pokazuje, że dobrym słowem można osiągnąć znacznie więcej niż groźbami, siłą czy hałasem.

Książka dla tych, którzy lubią klasyczne opowieści.

Wiek 3+

Wydawnictwo Zakamarki

środa, 07 czerwca 2017

W dniu codziennym towarzyszą nam różne rzeczy, bez których trudno wyobrazić nam sobie nasze zwykłe życie: opony do samochodu (dojeżdżam do pracy codziennie), T-shirt w upalny dzień, ziemniaki (wszak wielkopolska pyra ze mnie) , długopis (mimo ery komputerów – nadal zużywam ogromne ilości – m.in. do pisania książkowych recenzji, ponieważ mogę to robić wszędzie i o każdej porze – co za wygoda), cola (u nas w domu – tylko od wielkiego dzwonu), krzesło, książka. I mnóstwo innych rzeczy, z których każda ma swoją historię i opowieść. Związani z nimi ludzie, wydarzenia, przypadki, szczęścia i nieszczęścia, podróże i wiele wiele innych powodów, dzięki którym mamy dziś okulary, śruby, termometr, sól i cukier (ten ostatni mógłby zniknąć – choć na jakiś czas), papier toaletowy. Rzeczy, co do których mamy osobisty stosunek – jedne lubimy, innych nie. Jedne bardziej zauważamy, inne są dla nas niewidzialne – ot są, tak po postu. Jedne bardziej potrzebne od drugich. Związane z kulturą – jak choćby widelec. W niektórych krajach je się przecież ręką. Jedne z opisanych tu rzeczy mają długaśny życiorys – inne znów to racjonalizatorskie niemowlęta. Bo czymże jest taki 70-letni długopis w porównaniu z 9000-letnim … chlebem. Każda rzecz opisana jest na osobnej karcie dużego formatu. Znajdziecie tu mnóstwo opowieści, ludzi z pasją, ciekawostek. W tle wydarzenia kulturowe, historyczne, społeczne. Odkrycie lub wynalezienie każdej z tych rzeczy związane jest z jakimś człowiekiem. Od zawsze dąży on do poznania świata, jego ulepszenia. Stąd wynalazki mniejszego i większego kalibru. Kto wie – a może któryś z małych czytelników wynajdzie w przyszłości coś, o czym będą pisali w książkach takich jak ta? Czego szczerze życzę.

Książka jest bogato ilustrowana. Lubię taki współczesny minimalizm współgrający z tekstem – nienachlany a jednocześnie świetnie uzupełniający się z warstwą narracji.

Książkę można kupić tutaj.

Wiek 6+

Wydawnictwo Zuzu toys

niedziela, 04 czerwca 2017

Michael Bond dla wielu to przede wszystkim autor kultowego misia Paddingtona. Tymczasem pisał on również inne książki dla dzieci. Jak tę: „Bajka o mysiej rodzinie”.

Bohaterkami tej książki jest piętnaście myszek, które zamieszkiwały domek dla lalek zdobiący wnętrza pewnego wiekowego pałacu. Rodzice i aż trzynaścioro małych mysiątek.  Dodam zresztą, że sam domek również nagryziony był przez ząb czasu. Pałac ów był codziennie odwiedzany przez tłumy turystów. Turyści zatrzymywali się przed domkiem dla lalek i robili zdjęcia. Dlatego tak ważne było, by wszystko w nim dokładnie wysprzątać, by zatrzeć ślady mysiej bytności. Myszki wiodły sobie swój dostatni i spokojny żywot aż do czasu. Pewnego dnia w pałacu zaczął się remont. Okazało się, że stary zniszczony domek dla lalek nie pasuje do nowych ekskluzywnych wnętrz. Wprawdzie mysie dzieci na swój sposób chciały ratować domostwo – ale skutek tego był wręcz tragiczny. Domek z pałacu zabrano, natomiast rodzina zmuszona była przeprowadzić się do ogrodowej szopy na narzędzia.  Chłodna i głodna była pierwsza zima w szopie. Jakże myszki tęskniły za swoim dawnym życiem. Tymczasem nadeszła wiosna – a wraz z nią wrócił  …. – ku ucieszy małych stworzeń i tłumów turystów, domek dla lalek. Historia ma zatem swój happyend, bowiem myszki  znów zamieszkały w swoich starych-nowych kątkach.

Krótka opowieść klasycznie zilustrowana przez Emily Sutton. Zaobserwowałam małą dziewczynkę z mojej rodziny, która dosłownie „zatopiła się” w obrazach z myszkami. Szczególnie długo zatrzymała się na rozkładówce zaraz na początku książki przedstawiającej domostwo państwa Malutkich. Łazienka z wanną na mosiężnych lwich łapach, stylowe kurki do wody, kominki w pokojach i (ach) prawdziwy ogród zimowy, sypialnia z łóżkiem z baldachimem, spiżarnia pełna smakołyków, biblioteka pełna miniaturowych książek. Mała czytelniczka liczyła i liczyła licznych członków rodziny, zachwycała się szczegółami i mruczała pod nosem swoje mysie historyjki. Mnóstwo tu zakamarków i schowków, do których warto zajrzeć. Myślę, że ta książka spodoba się maluchom.

Wiek 3+

Wydawnictwo Znak

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 91