|
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Książki 2011
A tutaj piszę o książkach
(c) copyright
Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Dekoratorskie
Książki - 2010
Książki- 2008
Książki- 2009
Napisz do mnie
Piszą o książkach
Strony o książkach
Szablon mojego bloga
Wydawnictwa
Wyzwania czytelnicze
Zaglądam również TU
Tagi
![]() Wypromuj również swoją stronę
|
wtorek, 24 stycznia 2012
O książce zrobi się pewnie głośno właśnie teraz, gdy w telewizji można co środę śledzić – serial wszechczasów. Przyznaję, że to dzięki tym zapowiedziom dotarłam do lektury napisanej przez człowieka, który dotąd kojarzył mi się głównie z książkami innego gatunku. A tu taka niespodzianka. Właściwie wpadła w moje ręce sama, w bibliotece, przeczytałam informację okładkową i przepadłam. Spodoba się tym, którzy lubią historię w tle. A to ona jest tu główną bohaterką – XII wieczna Anglia, a akcja rozgrywa się na przestrzeni ponad 50 lat. Tom ma wybudować kamienny dom mieszkalny dla syna miejscowego możnowładcy Williama. Kiedy zepsuty młodzian dostaje kosza od swojej narzeczonej – budowniczy traci pracę. Wyrusza wraz z żoną i dziećmi w poszukiwaniu i pracy i nowego domu. Marzy o wybudowaniu katedry – to oznaczałoby dla nich bezpieczeństwo na całe życie. Kiedyś taka budowa trwała w nieskończoność – latami – ku uciesze majstra i jego pomocników. Nieszczęście Toma, problemy ze znalezieniem nowego miejsca pracy stają się początkiem wszystkiego – większych i mniejszych radości i smutków. Follett stworzył całą plejadę wspaniałych charakterów – tych, których tak bardzo lubimy, i tych czarnych, od których nas odrzuca. Najpierw świetny rys szlachetnego Toma (jego serialowy wizerunek nijak mi pasuje do opisu w książce), potem przeora Philipa, Jacka - przybranego syna, rudowłosego zadziory, w końcu Alieny, hrabianki, której uroda tak bardzo olśniewa na kartach książki. Potem czarne charaktery – mistrzowsko nakreślony wreda William i biskup Waleran i cała armia ich sługusów. Ważne i mniej ważne postacie – którym autor poświęca dużo uwagi, a które tak dużo wnoszą do całej powieści. Follett zabrał się za całkiem nudny temat – budowa katedry – a stworzył świetną powieść, gdzie splata się tak wiele wątków: walka o władzę i wpływy, namiętności, nienawiść i zemsta. Historia to jeden z ciekawszych bohaterów – dzięki narracji Folletta widzi się dawne miasteczka angielskie utaplane w błocie, gawiedź myjącą się dwa razy do roku, słyszy się chrzęst mieczy podczas krwawych bitew, miarowe powtarzanie modlitw przez mnichów w środku nocy. Można zajrzeć do średniowiecznego domu, do alkowy, do gara ze strawą na palenisku. Trochę marudziłam przy wyprawie Alieny na kontynent w poszukiwaniu swojego ukochanego. Dziwne zbiegi okoliczności drażnią, autor naciąga pewne fakty, by osiągnąć swój cel – w efekcie ta podróż kończy się trochę przesłodzonym happyendem – dla mnie kiczowatym. I to jest mój jedyny zarzut. Potem wszystko wraca do normy, akcja rozwija się bez takich dziwacznych niespodzianek. Po przeczytaniu pierwszego tomu skusiłam się na wspomniany powyżej serial wszechczasów. Bez wcześniej przeczytanej książki – faktycznie może się podobać. Ale po lekturze? Jest tak jak z kozą, która na ulicy znajduje taśmę filmową. Drażnią skróty, przeinaczenia i wyobrażenia bohaterów. Nie skorzystałam ponownie z możliwości obejrzenia dalszego ciągu.
Liczba stron niech nie przeraża – 830 – naprawdę świetnie się czyta. Wydawnictwo Albatros
sobota, 07 stycznia 2012
Myślę, że ci którzy czytali dwa poprzednie tomy Cukierni pod Amorem z niecierpliwością wyczekiwali trzeciego – ostatniego. Autorka trzymała nas w napięciu przez niemal cały ostatni rok. Pamiętam w listopadzie 2010 byłam z dziećmi nad morzem w sanatorium i tam pochłonęłam Cieślaków. Kilka miesięcy wcześniej Zajezierskich. Teraz – Hryciów. Losy trzech rodzin splecione ze sobą. Trzy grube tomy, każdy blisko 500 stron. Od żadnego nijak się odkleić, tak że lektury starcza zaledwie na 2 - 3 dni. W ostatnim – miało się w końcu wyjaśnić, co to za mumia spoczywała przez długie lata pod gutowickim rynkiem. I się wyjaśniło. Przy czym, gdy czytałam o tym, przypomniałam sobie, słowa wypowiedziane przez Adama, którzy zauważył podczas rozmowy z młodym dziennikarzem: Niewyjaśnione tajemnice prawie się nie zdarzają. Zresztą czasem zagadka jest ciekawsza od rozwiązania. Bo przecież całe to zamieszanie wokół szczątek odkrytych przez archeologów było początkiem fascynującego cyklu, a sama tajemnica …. też zaskakuje, choć u mnie pozostał niedosyt. Zresztą bohaterowie po tym odkryciu i tak szybko przechodzą do porządku dziennego. Muszę przyznać, że całe to zamieszanie wokół sprawy spowodowało, że oczekiwałam chyba więcej sensacji, więcej nieoczekiwanego i tajemnicy. Ot, Autorce udało się mnie owinąć wokół palca. Warto, by ci, którzy nie czytali książki, zaczęli jednak od początku. Mam doświadczenie z tytułami (Ostatnio Millennium Larssona), które czytałam od numeru drugiego, albo trzeciego – a te zdradzały informacje z pozostałych części. Potem nie było frajdy z czytaniem pozostałych części. Mimo że Autorka wyjaśnia wiele, przynajmniej na początku wprowadza w klimat, wyjaśnia co i jak, na czym stanęło w ostatnim tomie, to jednak – wierzcie mi – to nie to. Wszystko zaczyna się w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia. Tajemniczy pierścień, jaki miała na palcu wyżej wymieniona mumia należał kiedyś do rodziny Hryciów, właścicieli Cukierni pod Amorem. Okazuje się, że ich losy są tak powiązane z innymi, w dodatku poplątane, niesamowicie zamieszane, że wyszła z tego naprawdę pasjonująca historia. W dodatku Autorka pokusiła się tu o zabieg, który lubię – miesza współczesność z przeszłością. Przenosimy się do wieków wcześniejszych, poznajemy historie wszystkich rodzin, ciekawe tło społeczne, kulturowe, jest dużo informacji z historii. I jak to zwykle w takich książkach bywa – Autorka stanęła przed trudnym zadaniem – jak to wszystko pogodzić – by zainteresować, nie zanudzić, mało tego – by po pierwszym tomie zostać wiernym czytelnikiem i popędzić do księgarni, jak tylko pojawi się kolejna część. Jej udało się to znakomicie – o czym świadczą achy i ochy czytelniczek. W moim domu też ogarnęła nas Cukieromania. Najpierw ja, potem mama, teraz siostra w Danii. Jeśli ktoś lubi takie klimaty – naprawdę polecam.
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
sobota, 31 grudnia 2011
piątek, 30 grudnia 2011
Nie ma dziś trudniejszego zadania dla politologów i znawców polityki zagranicznej, jak zdefiniowanie obrazu świata w perspektywie kolejnych pięciu, dziesięciu, dwudziestu lat. Obecna rzeczywistość wykazuje bowiem ponadprzeciętną zmienność i nieprzewidywalność. Przykładów mamy aż nadto. Arabska wiosna, upadek Mubaraka w Egipcie, kryzys waluty euro, co stawia pod znakiem zapytania w ogóle europejską integrację, realne zagrożenie bankructwem – z powodu zadłużenia - Grecji, Włoch (czwarta europejska gospodarka), fiasko rewolucji informacyjnej i tzw. nowej gospodarki dot-com, chaos na rynkach finansowych i giełdach. W końcu fakt, że komunistyczne Chiny stały się największym wierzycielem świata. Istny koniec świata, przynajmniej tego dotychczas nam znanego. Czy w obliczu takiego geopolitycznego i ekonomicznego „rozgardiaszu” można być wiarygodnym prorokiem? Jak grząski to grunt doświadczyło już wielu politologów, jak choćby Francis Fukuyama, który wylansował swego czasu tezę „końca historii”. Zupełnie inny scenariusz nakreśliło życie, a autor popadł w zapomnienie. Pamiętam też, jak wynoszony na piedestał był Alan Greespan – szef amerykańskiego banku centralnego, traktowany niczym wyrocznia, nazywany „carem światowych finansów”, który „dzieli i rządzi”. Potem oskarżany, że swą polityką doprowadził Stany Zjednoczone, a tym samym i świat do kryzysu, którego końca nie widać. W tym obszarze – ferowania przyszłości, najwyraźniej… łaska Pana na pstrym koniu jeździ. Koniec hegemonii Ameryki na szczęście nie wydaje się być książką sezonową. Autor, Fared Zakaria, publicysta i dziennikarz Newsweek’a i stacji CNN, z pochodzenia – co nie jest bez znaczenia – Hindus, podejmuje próbę określenia roli Stanów Zjednoczonych, w całej złożoności nowego globalnego układu sił. Trzeba zwrócić uwagę, że książka została wydana w momencie, kiedy międzynarodowe turbulencje już odcisnęły swe piętno. Mógł więc autor konstatować, na przykład, coraz bardziej widoczny wzrost potęgi Chin, czy innych mocarstw in statu nascendi, przy jednocześnie słabnącej dominacji i podupadającym autorytecie Stanów Zjednoczonych. To po prostu widać gołym okiem. Książkę skutecznie „bronią” nie tylko racjonalne tezy, ale także przyjęta i zastosowana analiza, poparta wieloma odniesieniami historycznymi, sięgającymi aż XVI wieku czy czasów imperium brytyjskiego, faktami politycznymi, militarnymi i gospodarczymi. Można powiedzieć, że pod tym względem opracowanie jest kompletne. Zakaria formułuje Ameryko-centryczne, pozytywne przesłanie, że koniec hegemonii w tradycyjnym słowa znaczeniu – przykład dawnego imperium brytyjskiego, czy samych Stanów Zjednoczonych XX wieku, w niczym nie musi podważać pozycji USA jako największego mocarstwa, o niesłabnących wpływach. Przypomina w tym trochę Wolny świat, autorstwa Timoth’ego Gartona Asha. Warunek, który do tego przybliża, to umiejętność współpracy i dialogu z innymi państwami, organizacjami międzynarodowymi, poparte wiedzą i empatią, przywiązaniem do zasad ustalanych wspólnie, a nie jednostronnie. Szukając analogii, polityka Waszyngtonu ma być bliżej linii Bismarcka (dobre stosunki z mocarstwami) niż Busha juniora z najgorszymi praktykami: zawieruchy irackiej, zapatrzonej w siebie administracji, lekceważenia sojuszników itp. Słusznie przywołane zostało trafne określenie Samuela Huntingtona o „jedno-wielobiegunowości”. Zatem, choć Stany Zjednoczone pod wieloma względami pozostają najpotężniejszym z krajów, mają już do czynienia z innymi liczącymi się siłami, które ponadto wykazują zdecydowanie większą aktywność i pewność siebie niż przedtem. Trudno nad tym przejść do porządku dziennego, konkluduje Zakaria. Czy ten wniosek znajdzie podatny grunt w Białym Domu; z pewnością prezydent Obama jest, co do takiego kierunku, bardziej predestynowany niż jego poprzednik. Ameryka musi nauczyć się koegzystować z innymi, w tym przede wszystkim z Chinami, które śmiało wkraczają na scenę, jako mocarstwo, i to z coraz większymi ambicjami i aspiracjami. Przez ostatnie stulecia najbogatsze kraje były zarazem krajami o niewielkiej liczbie ludności. Teraz się to zmienia, pomimo, że obywatel Chin czy Indii pozostaje wciąż relatywnie biedny, w ostatecznym rozrachunku zagregowana wielkość wynikająca z ogromnej populacji decyduje, że ich gospodarki należą do największych i decydują tym samym o kondycji gospodarki globalnej. W ślad za rosnącym znaczeniem gospodarczym formułowane będą coraz dalej idące cele polityczne. Chiny dziś zmieniają swój pogląd na własne interesy, młodsza generacja polityków wydaje się być oswojona z faktem własnej potęgi i może oczekiwać adekwatnych wpływów. Czy jest kwestią czasu, kiedy porzucą dotychczasową ostrożność kopciuszka w stosunkach zewnętrznych? Z drugiej strony, Chiny zdają sobie sprawę jak niekorzystny jest dla nich układ sił pod względem militarnym. Dlatego nie zamierzają iść w ślady Związku Radzieckiego , który usiłował dotrzymać kroku Stanom Zjednoczonym w wyścigu zbrojeń. Pekin nie wykazuje poza zarysowującą się ekspansją ekonomiczną, jakiś konfrontacyjnych ambicji. Nie zamyka się też na świat, jak to już bywało w historii tego kraju, a co na dłuższą metę zaowocowało upadkiem i poniżeniem przez inne mocarstwa. O tyle dzisiaj są wszyscy mądrzejsi. Jest zatem płaszczyzna do konstruktywnego dialogu i wspierania międzynarodowej stabilności. A co o nas, Europejczykach, jaka nasza rola? Dziwnie skąpo jest na temat Unii Europejskiej w ogóle, nie mówiąc już o poszczególnych państwach Starego Kontynentu. Czyżby zmierzch Europy? Oby w tej mierze zawiodła intuicja Zakari. Jednego możemy być pewni. Jeśli idzie o geopolitykę, czekają nas arcyciekawe czasy. Skoro niosą ze sobą wiele niewiadomych, warto w nie wkroczyć z wiedzą zaczerpniętą właśnie z tej książki. Świetne wprowadzenie i posłowie Andrzeja Kostarczyka. W tekście kilka literówek, czcionka niczym z maszynopisu, ale na szczęście nie wpływa to na jej wartość poznawczą.
Recenzję napisał mój mąż Michał:) Wydawnictwo Nadir
wtorek, 27 grudnia 2011
Książki Normana Daviesa, które w ostatnich dwóch dekadach skutecznie „okupują” eksponowane witryny i półki polskich księgarń, specjalnych rekomendacji nie potrzebują. Jednak wydana niedawno monografia wojny polsko-bolszewickiej, to coś innego, coś szczególnego. Po pierwsze, książka trafia do polskiego czytelnika cztery dekady po jej debiucie. Ukazując się po raz pierwszy w języku angielskim musiała wywołać niezłą konsternację ówczesnych zachodnich środowisk intelektualnych czy akademickich, które generalnie – nie ma co ukrywać – Związek Sowiecki postrzegały dość przychylnie. Dla niektórych mogła być swego rodzaju szokiem, bo okazało się, że wojna powstałego na gruzach zaborców młodego państwa polskiego z rewolucyjną Rosją bolszewicką miała swój europejski czy nawet cywilizacyjny wymiar. Jej kulminacyjny punkt – czyli Bitwę Warszawską streścił obrazowo naoczny świadek wydarzeń lord D’Abernon nazywając ją „osiemnastą decydującą bitwą w dziejach świata”. Po drugie, książka była kamieniem milowym w naukowe karierze samego autora, który wraz z nią dopiero wkroczył do grona poważnych i zauważonych historyków. Jeszcze bez doktoratu, ani nawet pewnego miejsca na uczelni, Davies dał się poznać jako znawca i pasjonat Europy Środkowo-Wschodniej. Wykazywał w tym względzie niemałe zawzięcie, przejawiające się choćby znajomością – trudnego dla przeciętnego obcokrajowca – języka polskiego, późniejszymi studiami i doktoratem na Uniwersytecie Jagiellońskim, czy małżeństwem z Polką. Dzisiaj Orzeł Biały musi być konfrontowany w nowym kontekście, mierząc się z opinią mieszkańców kraju, którego burzliwe losy podejmuje. A nie jest to łatwe. Jako społeczeństwo chłoniemy jak gąbka wydarzenia i postacie z międzywojnia. Odwołujemy się do spuścizny tego okresu, czegoś co choć minęło, formowało następnie pokolenia, stanowiąc niedościgniony wzorzec nowoczesnego państwa. Zresztą wystarczy popatrzeć na obchodzone w listopadzie każdego roku Święto Niepodległości, z jakim pokładem emocji i narodowej dumy się wiąże. Dlatego dopiero teraz możemy mówić o prawdziwym debiucie książki. Wystawiona jest na nasz osąd, tym ostrzejszy, że dotyka naszej narodowej świętości. Bo jak inaczej interpretować gloryfikowaną II Rzeczpospolitą, jak inaczej postrzegać postać Marszałka Józefa Piłsudskiego, słusznie umieszczonego w narodowym panteonie ostatnich wielkich wodzów. Wszystko okraszone żywą tradycją legionową i niepodległościową. Dowód: pietyzm, z jakim obchodzimy 15 sierpnia jako rocznicę Cudu nad Wisłą, mistycznie wplecioną we Wniebowzięcie Maryi, a także święto Wojska Polskiego. Czyż Davies początku lat 70., czyli historyk - żółtodziób, mógł przeczuwać, że przyjdzie mu się po tylu latach, już jako historykowi – legendzie, poddać się ocenie czytelnika w Polsce, dla którego koleje wojny z bolszewikami mają szczególny wymiar. Orzeł Biały przedstawia całą złożoność wojny lat 1919 i 1920. Oczywiście punktem kulminacyjnym jest Bitwa Warszawska, ale wartością samą w sobie jest przedstawienie wszystkich okoliczności, które ją poprzedziły. Mamy przy tym analizę wszelkiej maści: polityczną, dyplomatyczną, wojskową i społeczną. Krok po kroku, strona po stronie odkrywamy, a w części, odkłamujemy fakty. Jak choćby ten o wyprawie kijowskiej, którą można by poczytywać za kosztowną megalomanię, która żadnych korzyści nie przyniosła. W istocie był to atak uprzedzający. Armia Czerwona uwikłana w tym czasie w wojnę domową z Denikinem, łatwo oddawała pole, ale dla Piłsudskiego było oczywiste, że w ciągu kilku tygodni byłaby w stanie zmobilizować siły o miażdżącej przewadze. 6 maja wojska polskie wkroczyły do Kijowa maszerując wcześniej w praktyce w próżni, dość obojętnie przyjęci przez mieszkańców, którzy nie „zwracali większej uwagi na piętnastą zmianę władzy w ciągu trzech lat”. Ważnym elementem wyprawy kijowskiej było narodzenie się polskich sił powietrznych. Po raz pierwszy w tej wojnie samoloty odegrały ważną i samodzielną rolę, były oczami armii, budziły grozę i zaskoczenie wśród czerwonoarmiejców. Miało to później zaprocentować. Autor sporo miejsca poświęca wojskom Budionnego, słynnej Konarmii, która charakteryzowała się niesamowitą mobilnością, szybkością i zwinnością manewru. Jej pojawienie się wzbudzało przerażenie i grozę – i jak oceniają znawcy przedmiotu ta formacja była najbardziej udanym wynalazkiem wojny domowej. Doświadczyli tego Polacy: Garnizon w Żytomierzu zaskoczony i wycięty w pień, w Berdyczowie spalono doszczętnie szpital z 600 rannymi polskimi żołnierzami. „Wszystkich Polaków na zachód od Dniepru ogarnęło śmiertelne przerażenie”. Po trudnej dla obu stron zimie 1919/1920 wiosną rozpoczął się pochód Armii Czerwonej, której celem było zainstalowanie bolszewizmu w ogarniętej fermentem rewolucyjnym Europie Zachodniej. Polska była tylko etapem. Zgodnie ze słynnym rozkazem Tuchaczewskiego: „…Przez trupa Białej Polski prowadzi droga ku ogólnoświatowej pożodze…”. Ciekawie Davies odkrywa różnicę zdań i poglądów między samymi przywódcami bolszewickimi co do charakteru wojny i ostatecznej formy ustrojowej podbijanych państw. Dzierżyński, Cziczerin czy Karol Radek reprezentowali frakcję, która ostrożnie podchodziła do wojny. Zresztą ten ostatni głośno – ku irytacji Lenina – wyrażał pogląd, że polscy chłopi nie powitają Armii Czerwonej z otwartymi ramionami. Z kolei doświadczenie Stalina jako komisarza do spraw narodowości podpowiadały mu, że nie da się traktować historycznych narodów jak Polska tak samo jak Ukraińców i włączyć ich do federacji, ale raczej szerszej wspólnoty państw sowieckich. Do wojny parł Trocki i Lenin, i na tym w końcu stanęło. To co z pewnością przemawia do wyobraźni to ukazany ogromny wysiłek militarny młodego państwa polskiego. Dopiero co złączone na bazie trzech zaborów, z odrębnymi systemami gospodarczymi i tradycjami prawno-istytucjonalnymi, różnymi regulaminami wojskowymi, uzbrojeniem, narosłymi między wojskowymi animozjami, stanęło w obliczu śmiertelnego zagrożenia. Do tego dochodziły walki na Śląsku oraz w Wielkopolsce. Wydatki na wojsko w tym okresie stanowiły 49% dochodu narodowego. We wrześniu 1919 roku pod bronią było już 540 tys. ludzi, w dużym stopniu – jeśli idzie o wyposażenie i uzbrojenie – w dość opłakanym stanie. Jak szacowano, brakowało 1,2 mln kompletów umundurowania i blisko 400 tys. kompletów ekwipunku. Francuska pomoc wojskowa w gruncie rzeczy – jak wyliczył Davies – nie starczyłaby na pokrycie jednodniowych kosztów utrzymania armii francuskiej podczas wojny światowej. W sierpniu – kulminacyjnym momencie - wojsko polskie liczyło ponad 730 tys. żołnierzy. I w końcu akt decydujący - w połowie sierpnia, na przedpolach Warszawy. Polacy mieli niewątpliwe atuty: bronili swojej ziemi, świadomi, że kolejnej szansy nie będzie, w dodatku wybitni dowódcy: Piłsudski, Rozwadowski jako szef sztabu, Sosnkowski jako mister spraw wojskowych, czy Władysław Sikorski. Ale zasadniczy atut to projekt kontrofensywy i podjęta tylko i wyłącznie przez Piłsudskiego decyzja o przegrupowaniu całego wojska w ciągu jednego tygodnia. Ryzyko ogromne. To była operacja o niewyobrażalnej skali, wojska znużone i wyczerpane kilkotygodniowym odwrotem miały przejść w wzdłuż przedpola i w poprzek linii komunikacyjnych 150-300 km. Ofensywa Tuchaczewskiego znad Bugu pozostawiła ponad 300 km odkrytej flanki, zachęcając tym samym do kontrataku, który faktycznie nastąpił. Tak zrodził się Cud nad Wisłą. Epilog wojny: 31 sierpnia doszło do ostatniej bitwy kawaleryjskiej w historii Europy, z jednej strony znienawidzona Konarmia, z drugiej polska dywizja kawalerii pułkownika Juliusza Rómmla, zwycięska dywizja. (Recenzję napisał mój mąż Michał)
Wydawnictwo Znak
wtorek, 20 grudnia 2011
Cholonka chciałam przeczytać od dawna. Natrafiłam na niego kiedyś w biografii Janoscha – tak, tak tego pana od Misia, Tygryska, Tygryskowej kaczki i całej dziwacznej ferajny. Bo Janosch popełnił bardzo dawno temu książkę dla dorosłych. Zresztą, jak się okazuje – nie jedyną. Cholonek znalazł się w każdym razie na liście książek pożądanych. W bibliotece – brak, na allegro cena wysoka, nawet bardzo. W końcu zmiłowano się i wydano na nowo – i jak czytamy we wstępie - w wersji nieocenzurowanej. W czasach komunizmu, kiedy to Cholonek po raz pierwszy ujrzał światło dzienne, usunięto w polskim wydaniu niewygodne fragmenty – z wiadomych względów. Bo Janosch w swojej książce ma gębę niewyparzoną i paple o Śląsku, co mu ślina na język przyniesie: i o tym jak Krasnoarmiejcy Śląsk wyzwalali i jak poczynali sobie ze śląskimi dziouchami też. Adolf Cholonek to syn Michci i Stanika. Właśnie ma się urodzić. Pech, że to akurat końcówka lutego, w dodatku rok przestępny. A jak się urodzi 29? Wszak dziecko 29 lutego urodzone, po wsze czasy i na amen stracone. Cały ten Cholonek, zamieszanie w związku z jego przyjściem na świat, to tylko pretekst, by opowiedzieć o Śląsku od kuchni, bez wielkich słów, z humorem, przaśnie, z przymrużeniem oka i czasem z ironią. A więc dziecko w drodze, a narrator w oczekiwaniu na zjawienie się chłopaka na świecie osprowio o Śląsku, rodzinie malucha, znajomych, zwłaszcza sąsiadach, rzeczywistości sprzed kilkudziesięciu lat. Raz po raz zaglądając do Michci, by zobaczyć, czy aby mały Cholonek nie raczył nas już zaszczycić swoją obecnością. Czasem mam wrażenie jakby jakiś poduszkowiec osiedlowy rozsiadł się wygodnie w oknie i zdawał relację dokładnie z tego, co widzi. O życiu w śląskim familioku, o wszystkich troskach i radościach zwykłych prostych ludzi. Narodzinach, pogrzebach, weselach, zakupach, świniobiciu, podglądaniu śląskich dziouch w toalecie. O tej swoistej symbiozie Polaków i Niemców, wzajemnych sympatiach i antypatiach. Janosch odbrązowił Śląsk, który mnie osobiście kojarzy się z filmami Kutza. Śląsk, który należy darzyć szacunkiem, ze względu na przeszłość, historię, kulturę. Dzięki Cholonkowi ten Śląsk wydał mi się jednocześnie taki jakiś bliższy i swojski. Książka – gawęda. Książka plotka, która się niesie że hej. Dzień powszedni na Śląsku w latach 30-tych i 40-tych ubiegłego wieku. Z pijanymi chłopami, wiecznie kwiączącymi babami, o tym co na talerzu, w sercu, polityce, kościele, gazecie, modzie, kurniku, kalendarzu, łóżku. Pełna mądrości i pseudomądrości ludowych – jak dzieci wychowywać, jak z chłopem poczynać, jak pluskwy wytępić, jak ptaki łapać. Bo i głupoty tu dużo, fałszu, nietolerancji. Nic to, trzeba pokornie przyznać, że – chyba i tacy jesteśmy – bo Janosch skądś musiał czerpać pomysły na swoich bohaterów. Gorzka prawda. Patrząc na życiorys najsłynniejszego Ślązaka zachodzę jednak w głowę, jak to się stało, że Janosch znalazł w sobie tyle wewnętrznej odwagi, by tam powrócić we wspomnieniach, w wymyślonych, a może i nie, opowieściach. Cholonka czyta się i co rusz wybuch rubasznym śmiechem. Nie sądzę jednak, by autor miał na celu jedynie rozbawienie nas. Świetne tłumaczenie Leona Bielasa, ze wszystkimi zakrętasami i zawiłościami śląskiej mowy (słowniczek na końcu). Rysunki Ewy Sataleckiej do złudzenia przypominają mi makatki, które kiedyś wisiały u mojej babki w kuchni: Świeża woda zdrowia doda. Tyle że tutaj – cytaty bohaterów, nie zawsze mądre. Polecam ciekawy wstęp autorstwa Jerzego Ilga. To szkic o perypetiach życiowych autora i jego książki. Wstęp bądź posłowie to naprawdę cenna część każdej lektury. Gdy takowe odkrywam – zaczynam właśnie od nich. Może to błąd – może najpierw samemu przeczytać, a nie doszukiwać się drogowskazów opracowanych przez znawców. Ilg akurat w tej książce wiele spaw wyjaśnił i przekazał takie informacje, których nie znajdziemy w necie.
Wydawnictwo Znak
wtorek, 29 listopada 2011
Popatrzcie na ten obraz. Co widzicie?
Ja najpierw zobaczyłam leżącą kobietę. Moje dziecko krajobraz pełen szczegółów i szczególików. Każdy może w danym obrazie dopatrzeć się czegoś innego, inaczej go ocenić, zinterpretować. Wywołuje różne uczucia – od sympatii, poprzez obojętność, do całkowitego odrzucenia. Autorka przytoczyła słowa amerykańskiej malarki Georgi O’Keeffe: „Nie mamy dość czasu na patrzenie, a patrzenie wymaga czasu, podobnie jak zdobywanie przyjaźni”. Jednocześnie bardzo spodobało mi się to, co Maria Poprzęcka napisała o samym patrzeniu na obrazy. Zachęca do tego, nie narzuca swoich interpretacji, bo sposobów patrzenia jest tyle, ile patrzących oczu. Ja z natury jestem trochę przekorna, stąd pewnie bardzo ostrożnie podchodzę do wszelakiej maści poradników. Książki o sztuce też dość często narzucają interpretację; masz widzieć to tak, a nie inaczej. Czy nie brzmi to jak swego rodzaju podręcznik do sztuki? Tutaj jest inaczej. Myślę, że ta niepozorna książka zachęci do obcowania ze sztuką. Eseje autorki jakiś czas temu ukazywały się regularnie w cotygodniowym wydaniu Wysokich Obcasów. Teraz zebrane w jednym miejscu. W środku – przykłady z różnych epok i stylów. Kogóż tu nie ma Jan van Eyck (Portret Arnolfich), Leonardo da Vinci (Dama z łasiczką), Diego Velazquez (Chrystus w domu Marii i Marty), Gustav Klimt (Pallas Atena), Wojciech Weiss (Demon) i inni. Autorka nie koncentruje się tylko na danym dziele sztuki. Szuka punktów zaczepienia w danej epoce, podaje informacje z życia artysty, zadaje czasem pytania, na które sami musimy odpowiedzieć.
Wydawnictwo Stentor
czwartek, 27 października 2011
To moje pierwsze spotkanie z tą autorką, którą czytelnicy wychwalają pod niebiosa w Internecie. Rozglądam się teraz za kolejnymi książkami P. Greogry, bowiem Dwie królowe było wyśmienitą podróżą w czasie i żywię nadzieję, że podobnie będzie z innymi tytułami. Henryk VIII właśnie pochował swoją trzecią żonę Jane Seymour. Wybór pada na niemiecką księżniczkę – Annę Kliwijską. Wiadomo, to małżeństwo czysto polityczne. Król szuka sprzymierzeńców do przeciwstawienia się katolickiej Hiszpanii i Francji. Znajduje go w osobie brata Anny – okrutnego, zadufanego w sobie tyrana. Anna jest zachwycona Anglią – tym, że jest daleko od znienawidzonego domu rodzinnego. Tymczasem na dworze pojawia się zaledwie 14-letnia Katarzyna Howard. Gąska, zaledwie podlotek, która szybko owija sobie króla wokół paluszka. Philippa Gregory, historyk z zawodu, ma dar czynienia rzeczy skomplikowanych bardziej zrozumiałymi. Bo nagle ta historia – tak zawiła, trudna, staje się wręcz pasjonującą. Ukazane zostają nie tylko sylwetki osób, ale mechanizmy działania, sztuczki, intrygi, o których najczęściej milczą raczej nudnawe podręczniki. Przedstawia swoją wizję małżeństwa monarchy z dwiema królowymi, o których tak naprawdę niewiele wiadomo. O Annie Kliwijskiej zwykło się powtarzać słowa Henryka VIII, który szukał uzasadnienia do unieważnienia małżeństwa: że gruba, z obwisłymi piersiami, że nie mogła podobać się mężczyznom. Tymczasem Phillippa Gregory przedstawia ją jako osobę z daleka, nową, ale otwartą na nowinki angielskiej kultury. Po rozwodzie z królem jej uroda rozkwita, jest kobietą niezależną, wolną (przynajmniej od śmierci Henryka VIII). Od samego początku budzi moją sympatię. Nie znając za bardzo historii sześciu żon króla, zaczęłam powoli obgryzać paznokcie z nerwów o jej dalszy żywot. To co mi spodobało się przede wszystkim to przedstawienie postaci Katarzyny Howard, która często bardziej zachowywała się jak ladacznica a nie monarchini. Autorka nie potępia jej. Usprawiedliwia jej rozwiązły tryb życia – niedostatecznym wychowaniem, ignorancją jej opiekunów oraz młodym wiekiem. Nie pozostawia suchej nitki na Henryku VIII. Nie budzi sympatii – śmierdzi, puszcza bąki, beka, wszędzie szuka szpiegów i spiskowców, Anglia jak długa i szeroka śmierdzi dymem ze stosów. Szaleniec, który sam nazywa się bogiem, tworzy nową religię, by zagarnąć ziemie Kościołowi, tyran, potwór wręcz, który wywołuje strach i przerażenie nawet u czytelnika. Nie zdradzam nic więcej. Zachęcam do sięgnięcia po książkę.
Anna Kliwijska
Katarzyna Howard Wydawnictwo: Grupa Publicat
środa, 12 października 2011
Jakiś czas temu zostałam zaproszona przez Padmę - autorkę jednego z najpopularniejszych blogów literackich do ... złożenia jej wizyty. Jeśli chcecie dowiedzieć się czegoś o moich fascynacjach literackich, ulubionych książkach - zapraszam na stronę Miasta Książek. |