|
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Książki 2011
A tutaj piszę o książkach
(c) copyright
Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Dekoratorskie
Książki - 2010
Książki- 2008
Książki- 2009
Książki 2012
Napisz do mnie
Piszą o książkach
Strony o książkach
Szablon mojego bloga
Wydawnictwa
Wyzwania czytelnicze
Zaglądam również TU
Tagi
![]() Wypromuj również swoją stronę
|
środa, 02 maja 2012
A co zrobili - można zobaczyć tutaj:) Pozdrawiam Basię i Marysię - zdjęcie nr 10 "Wszystkich, którzy dla dobra Trzeciej Rzeczypospolitej tę Konstytucję będą stosowali,
wtorek, 01 maja 2012
Zawsze z ciekawością czekam na pojawienie się takich perełek. Oczywiście z westchnieniem ulgi – że nareszcie jest. Przecież jeszcze trochę – i książka będzie miała 200 lat (po raz pierwszy ukazała się w 1848r.) A dlaczego wzbudza takie moje zainteresowanie? Autorką jest nie kto inny, jak Anne Brontë, jedna ze słynnych sióstr Brontë – utalentowanych pisarek, które zmarły w młodym wieku, związane z magiczną plebanią w Haworth. Jakiś czas temu ukazała się Shirly – Charlotte Brontë (autorki ponadczasowej Jane Eyre) – i aż wypada zapytać, co nas czeka w przyszłości:) Mam nadzieję, że kolejna wydawnicza niespodzianka. Mogę sobie jedynie wyobrazić, jakie poruszenie wywołała ta książka w tzw. wyższych sferach, kiedy tylko się ukazała. I mogę sobie wyobrazić, że na pewno niejednej mężatce dodała sił i odwagi, by coś zmienić w swoim życiu. Bowiem główna bohaterka - młodziutka Helen, pewnego dnia zjawia się znikąd gdzieś na angielskiej prowincji i razem z jedną służąca i małym synkiem zamieszkuje w opuszczonym dworze. Helen żyje skromnie, nie udziela się towarzysko, stroni od sąsiadów i plotek. Nie trzeba chyba dodawać, że jej dziwne zachowanie to woda na młyn w tutejszym towarzystwie. Ciekawskie sąsiadki zaczynają plotkować, drążyć, oczerniać. W jej obronie staje młody szlachcic, któremu to Helen powierza tajemnicę swego nieszczęśliwego życia. A to faktycznie nie było usłane różami. Kobieta wiele wycierpiała zanim trafiła w to ustronne miejsce. Jeśli ktoś oczekuje jakichś sensacji, pikantnych opisów, spektakularnych kłótni – może poczuć coś w rodzaju rozczarowania. Anne Brontë była damą – i pisała jak dama. Jej bohaterkami też były damami. Jeśli się kłóciły – robiły to z klasą, jeśli opuszczały mężów – również. Jeśli kogoś kochały – to górę brała miłość – doznania duchowe – nad tymi cielesnymi. Helen znajduje odwagę, by walczyć o spokojne i godne życie, ale kieruje się przy tym również ważnymi zasadami, które wpojone zostały jej od dziecka: Bóg i honor. Jeśli składa przysięgę – to nie są to słowa rzucone na wiatr. Bo mimo, że książka z pewnością wywołała skandal – to bije z niej jakiś …spokój. Dziś odejście od partnera, męża nie szokuje. Wtedy – tak. Zrobiła to w dodatku kobieta z arystokracji, która kilka lat wcześniej wyszła za mąż z prawdziwej miłości. Akcja rozwija się powoli, autorka zwraca uwagę na leniwy prowincjonalny krajobraz, opisuje dokładnie swoich bohaterów, nie zaniedbując postaci drugoplanowych, panującej mody, potraw, które pojawiły się na stole. Lubię takie klimaty, niespieszną literaturę, rozmowy, z których wiele wynika. Czytając tę książkę, nie opuszczała mnie pewna myśl, że jej autorka od samego początku wyznaczyła jej pewną misję – i wszystko jej podporządkowała. Na owe czasy był to wyczyn nie lada, na który niewielu potrafiło się zdobyć. Zwłaszcza kobieta. I tu mój ukłon w stronę Autorki.
Portret Autorki znalazłam na stronie Wikipedii Wydawnictwo MG
środa, 21 marca 2012
Jedna z mocniejszych książek, jakie przeczytałam ostatnio Kto śledzi moje recenzje, wie, że raczej nie jest to typ książek, do których często zaglądam. Może to pewien rodzaj asekuracji. Coś w rodzaju – o pewnych rzeczach to lepiej nie myśleć, nie wiedzieć, nie słyszeć. Więzienie. Strasznie nieprzyjemne miejsce. Wiadomo, z czym się kojarzy – gwałty, przemoc, morderstwo, znęcanie się, koszmarne życiorysy. I inaczej tutaj nie będzie. Zaczytałam się i o to daleko w noc. Jednym słowem – świetna powieść. I tu chylę kapelusza przed Autorką. Kiedyś czytałam jej świetne Listy miłości. Potem poległam na Pannach i Wdowach i ... powiedziałam sobie – wystarczy. A tu niespodzianka. Naprawdę dobra literatura. Mroczna, bardzo absorbująca psychicznie. Absolutnie nie lekka – nie tylko z uwagi na tematykę. Między opisy więziennej rzeczywistości Nurowska wplata sceny z życia małżeńskiego głównej bohaterki – czterdziestoletniej Darii i jej dużo starszego małżonka Edwarda. Nie tyle opisy zwykłej szarej rzeczywistości, co … gry małżeńskiej. Gry, która spowodowała, ze Daria – mądra, wykształcona, delikatna kobieta znalazła się w piekle. Przynajmniej takie na początku odniosłam wrażenie. Tymczasem jak się potem okazało – Autorka sama prowadziła ze mną …grę. Bo to, co na początku okazało się oczywiste, bliżej końca już takie nie było – a samo zakończenie … faktycznie mnie zaskoczyło. To przeskakiwanie w zupełnie inny wymiar, między dwóch małżonków, z których każdy w sobie miał tajemnicę, inne potrzeby, inną wizję małżeństwa, przyszłości, szczęścia – było i fascynujące i …wyczerpujące zarazem. Nie wiem, na ile angażujecie się w lekturę, ale ja po tej książce poczułam, jak z moich ramion uwalnia się jakieś napięcie, jakbym zrzuciła stukilowy worek. W dodatku ten mroczny, odpychający i niebezpieczny więzienny świat. Takie państwo w państwie, gdzie trzeba walczyć o swoje miejsce. Od samego początku czułam jednak sympatię do Darii - morderczyni. Była ważnym elementem, w tej całej więziennej układance. Do piekła wniosła godność, honor, człowieczeństwo. I może to głupio zabrzmi – kobiecość – biorąc pod uwagę, że to w końcu więzienie dla kobiet. Im dalej brniemy w książkę, tym częściej pojawia się pytanie – dlaczego? Ale na to pytanie nie odpowiem – bo zepsuję reguły gry. Mam jedno zastrzeżenie – brakowało mi jasnego podziału – świat więzienny i sceny z życia rodzinnego. Może powinny być oddzielone, może drukowane kursywą. A może takie było celowe działanie – przenikanie jednego świata do drugiego. Nakładanie się. Kilka razy gubiłam się, szukałam punktów odniesienia i zastanawiałam się – gdzie ja teraz jestem – tu…czy tam?
Książka po raz pierwszy ukazała się w 1994 roku pod tytułem Gry małżeńskie.
Wydawnictwo Znak
wtorek, 28 lutego 2012
Przenosimy się do XV wieku – dokładnie do roku 1464. Celowo tak napisałam – przenosimy się – bo autorka pisze tak, że nie sposób oprzeć się jakiemuś dziwnemu odczuciu, że świat dookoła, czas i rzeczywistość swoje – a my w zupełnie innym wymiarze. Przynajmniej ja odniosłam takie wrażenie. Byłam bardzo ciekawa tej mojej drugiej książki Gregory. Jakiś czas temu pisałam o Dwóch królowych – i oczywiście, że nie obyło się bez porównań. Choć nie ukrywam, trochę to ryzykowne – inna epoka, charakterologicznie wszystkie trzy królowe – zupełnie inne. Ta część raczej nie przypomina powieści historycznej, choć zwykło się mówić, że Gregory właśnie takowe pisze. Bardziej autobiografia. Początek wygląda tak: Moim ojcem jest sir Ryszard Woodville hrabia Rivers, angielski arystokrata, możnowładca, poplecznik prawdziwych królów tej ziemi, Lancasterów. Elżbieta Woodville (źródło - Wikipedia) To Elżbieta ma głos. Opowiada o swoim życiu – najpierw przy boku pierwszego męża – z dwójką synów, potem już jako żona króla Anglii Edwarda IV. O początku tej znajomości – na rozstaju dróg, by prosić króla o łaskę. O rozmiłowaniu w sobie tego pięknego mężczyzny, o którym mówiło się, że najprzystojniejszy w całej Anglii. Elżbieta – bardzo powściągliwa, uparta, niedostępna – tylko na tym zyskała. Poślubiona potajemnie, potem wprowadzona oficjalnie na salony, czym wzbudziła niechęć w towarzystwie i narobiła sobie wrogów. No cóż – przyjaciele z otoczenia króla marzyli o małżeństwie politycznym dla swego pana, co byłoby bardziej korzystne dla Anglii w epoce licznych wojen i zawirowań w całej Europie i Ziemi Świętej.
król Edward IV ( źródło Wikipedia) Możemy sobie tylko wyobrazić, jak będzie wyglądało życie Elżbiety – ciągły strach o utrzymanie korony, liczne intrygi na dworze, rywalizacje rodów – tych sławnych i tych, które szukają dopiero przyjaźni pary królewskiej – dla niej samej – dążenia do wzrostu znaczenia jej rodziny, głównie braci i dzieci. A po nagłej śmierci Edwarda w kwiecie wieku – ciągły strach o życie, w końcu tajemnicze i do dziś niewyjaśnione zniknięcie dwójki jej synów z Tower. Biała królowa znajdzie wiernych czytelników wśród tych, którzy lubią historię. Ta jest tu na każdym kroku. Prawdę powiedziawszy niewiele wiedziałam o rządach Edwarda IV. W szkołach króluje Henryk VIII i jego żony (choć nie wiem jak jest teraz po reformie). Tutaj można zobaczyć, jak rośli w siłę możni, jak łatwo można było zdradzić, by potem znów wrócić do łaski i gry. Zaciekawiła mnie sama natura króla – z jednej strony zakochany w żonie, z drugiej ciągły Romeo, który miał kochanek na pęczki. I to jego niezdecydowanie w kwestii brata – zdrajcy. Gregory świetnie przedstawiła jego wątpliwości – ludzką twarz i wyrzuty sumienia. Ciekawy jest też wątek Meluzyny – boginki – do której często odwoływała się królowa i jej matka. Nie jest to literatura ciężkiego kalibru – choć jeśli ktoś spodziewa się akurat frywolnej i romantycznej historyjki z królem i królową w tle – będzie zawiedziony. To kawałek dobrej literatury na temat Anglii w latach 1464 – 1485, próba wyjaśnienia pewnych wydarzeń sprzed wieków. Pozostały znaki zapytania – o których pisze autorka na końcu książki. Podaje też bogatą bibliografię – jeśli ktoś połknął bakcyla, na pewno będzie szukał dalej.
Wydawnictwo Publicat SA
sobota, 18 lutego 2012
Rebecca – archeolog tkanin przybywa ze swoją córką na malutką irlandzką wyspę, by zebrać materiał do swojej książki. O gansejach usłyszała przed laty od swojej przyjaciółki – dla której ta wysepka była domem rodzinnym. Ganseje to nie są zwykłe swetry – to cała prawda o ich właścicielu, jego cechach charakteru, przywarach i zaletach, jego życiu. Kobiety z wyspy znane są z tego, że robią na drutach od dziecka i same wymyślają wzory swetrów dla danej osoby – by w razie wypadku na morzu rozpoznać ciało wyrzucone na brzeg. Swetry - według legendy były też przekaźnikiem informacji – wzory miały wyrażać to, o czym nie można było, bądź nie wypadało, mówić otwarcie. Cała historia pokoleń zaklęta we wzory, mity, legendy, gawędy, wspomnienia. Rebecca chce poznać te swetry, ich autorki i opowieści. Na zdobycie materiału ma zaledwie dwa miesiące. Przybywając na wyspę nawet nie wie co ją tam czeka. Bowiem mała wysepka ma specyficzny charakter – wszyscy się tu dobrze znają, potrafią odgrzebać historię każdej rodziny daleko w przeszłości, znają swoje przyzwyczajenia, dobre i złe strony, ulubione potrawy i trunki, znają swoje …swetry. W końcu – jak się okazuje ku zdziwieniu bohaterki – znają również ją i jej córkę, bowiem Sharon, przyjaciółka ze studiów, w długie wieczory opowiadała o Rebecce swoim znajomym przy kominku w którym palił się miejscowy torf. A ta swoją historię – jest kobietą po przejściach, która uwolniła się od męża despoty. Z początku bardzo powściągliwa, z biegiem czasu staje się bardziej otwarta i coraz większa życzliwością darzy mieszkańców wyspy. Czy uwierzy jeszcze w miłość? Kolejnym bohaterem jest Sean – stary rybak, który stracił swoich czterech synów na morzu. Co rusz przypomina sobie przeszłość – jak źle traktował swoją żonę i chłopców. Coś lub ktoś sprawi, że ta dziwna para spróbuje dokonać rozrachunku z przeszłością, ale i z ufnością spojrzy w przyszłość. Książka ma fajny irlandzki klimat – musiała pojawić się ruda głowa, i wiatr wiejący od morza, ruiny jakiegoś prehistorycznego fortu, wspomniany już torf, niezłomna wiara w Boga, muzyka – skrzypce i fujarka co rusz gdzieś rozbrzmiewają w różnych miejscach na wyspie . Wyspa – to trzeci z wyrazistych bohaterów. Bez niej pewnie nie byłoby tej powieści. Autorka miesza teraźniejszość z przeszłością, wyjaśniając tym samym decyzje i zachowanie bohaterów. Miłość, przyjaźń, optymizm, nienawiść, strach, poczucie winy i żalu – dużo tu uczuć i emocji – mnie bardzo się podobało. Ciekawa jest historia samej książki – Nicole R. Dickson wzięła udział w konkursie literackim. Nie wygrała, ale wraz z setką innych – została wyróżniona. Znalazła wydawcę i mamy fajną książkę.
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
środa, 08 lutego 2012
Polecam artykuł autorstwa Jacka Dehnela. Pewnie niejeden z nas się w nim odnajdzie:) http://ksiazki.wp.pl/page,2,tytul,Wspollokatorzy-ksiazek,wid,18475,felieton.html
wtorek, 31 stycznia 2012
Bardzo lubię książki Pearl S. Buck. Chyba żadna z nich mnie dotąd nie zawiodła – a przeczytałam już ich kilka. Patrząc na dorobek noblistki z 1938 roku – 85 tytułów - to jeszcze wiele przede mną. Jak na razie ukazują się wznowienia – ciekawa jestem, czy możemy w przyszłości liczyć na coś nowego. Tak się złożyło, że zaczęłam czytać tę książkę w dniu moich urodzin. Okazało się, że jesteśmy z bohaterką, Panią Wu, rówieśniczkami. I choć w moje urodziny nie zrobiłam bardzo poważnego rachunku sumienia, nie dokonałam wielkich zmian w moim życiu, to jednak jakaś część tej książki tkwi gdzieś we mnie – ale nie będę pisała o tym, gdyż wszystko byłoby zbyt osobiste. Pani Wu po 22 latach małżeństwa (ja mam zdecydowanie krótszy staż i młodsze dzieci), długoletnim matkowaniu i mężowi i dzieciom – powiedziała w końcu dość. Teraz chcę żyć głównie dla siebie. Chcę robić to, co mnie sprawia przyjemność, chcę czytać księgi, uczyć się, chcę odpocząć od trosk wielkiej rodziny. Wyszukuje dla męża konkubinę, a synom pozostawia rozwiązywanie ich problemów. Tyle że powiedzieć łatwo, zrobić trudniej. Dla swojego najmłodszego syna Pani Wu zatrudnia nauczyciela języka angielskiego – chrześcijańskiego księdza. To on zmienia jej życie o 180 stopni, sprawia, że Pani Wu patrzy na wiele rzeczy inaczej, dojrzalej i rozsądniej. Tak w kilku zdaniach przedstawia się treść tej książki – lecz za każdym razem, gdy sczytuję ten tekst, przebiegam oczami po napisanych wersach, zachodzę w głowę – czy aby o tym na pewno. Właściwie każdy z niej wyczyta coś dla siebie – bo wątek przewodni czyli Pani Wu i jej rodzina to tylko pretekst do tego, by poruszyć wiele innych ważniejszych tematów. I na tym polega wielkość Pearl S Buck. Jak wspomniałam wcześniej – noblistki. Zawsze gdy czytam jej kolejną książkę – składam ukłon w stronę szacownej Akademii – czego niestety nie zrobiłabym obecnie (zwłaszcza ostatni Nobel mnie rozczarował). Książki Buck – głębokie, mądre, niosą z sobą coś więcej aniżeli chęć pokazania jakiegoś dalekiego kawałka świata. W tym przypadku - polityka, wiara, religia, miłość, filozofia, tradycja, historia, sprawy społeczne – tego jest tak wiele, i wszystko tak umiejętnie ujęte, ubrane w dialog, opis, jakąś dygresję – przemawia za tym olbrzymi talent literacki. Dla zafascynowanych kulturą Dalekiego Wschodu – znajdziecie w tej książce Chiny jakich dziś już nie ma. Zniszczył je komunizm. Do domu Pani Wu dochodzą wprawdzie informacje o wielkich zmianach w dużych miastach – ale rewolucja jeszcze się nie zaczęła. Tylko od czasu do czasu wyczuwamy zapędy prokomunistyczne u jednej z synowych bohaterki. Dom Pani Wu – nie wiedzieć czemu – w tytule określony mianem pałacu, wydaje się mieć mocne fundamenty. Musi jednak stawić czoła zmianom. Zmieniają się czasy, ludzie, mieszkańcy domu. Również Pani Wu…
Wydawnictwo MUZA
wtorek, 24 stycznia 2012
O książce zrobi się pewnie głośno właśnie teraz, gdy w telewizji można co środę śledzić – serial wszechczasów. Przyznaję, że to dzięki tym zapowiedziom dotarłam do lektury napisanej przez człowieka, który dotąd kojarzył mi się głównie z książkami innego gatunku. A tu taka niespodzianka. Właściwie wpadła w moje ręce sama, w bibliotece, przeczytałam informację okładkową i przepadłam. Spodoba się tym, którzy lubią historię w tle. A to ona jest tu główną bohaterką – XII wieczna Anglia, a akcja rozgrywa się na przestrzeni ponad 50 lat. Tom ma wybudować kamienny dom mieszkalny dla syna miejscowego możnowładcy Williama. Kiedy zepsuty młodzian dostaje kosza od swojej narzeczonej – budowniczy traci pracę. Wyrusza wraz z żoną i dziećmi w poszukiwaniu i pracy i nowego domu. Marzy o wybudowaniu katedry – to oznaczałoby dla nich bezpieczeństwo na całe życie. Kiedyś taka budowa trwała w nieskończoność – latami – ku uciesze majstra i jego pomocników. Nieszczęście Toma, problemy ze znalezieniem nowego miejsca pracy stają się początkiem wszystkiego – większych i mniejszych radości i smutków. Follett stworzył całą plejadę wspaniałych charakterów – tych, których tak bardzo lubimy, i tych czarnych, od których nas odrzuca. Najpierw świetny rys szlachetnego Toma (jego serialowy wizerunek nijak mi pasuje do opisu w książce), potem przeora Philipa, Jacka - przybranego syna, rudowłosego zadziory, w końcu Alieny, hrabianki, której uroda tak bardzo olśniewa na kartach książki. Potem czarne charaktery – mistrzowsko nakreślony wreda William i biskup Waleran i cała armia ich sługusów. Ważne i mniej ważne postacie – którym autor poświęca dużo uwagi, a które tak dużo wnoszą do całej powieści. Follett zabrał się za całkiem nudny temat – budowa katedry – a stworzył świetną powieść, gdzie splata się tak wiele wątków: walka o władzę i wpływy, namiętności, nienawiść i zemsta. Historia to jeden z ciekawszych bohaterów – dzięki narracji Folletta widzi się dawne miasteczka angielskie utaplane w błocie, gawiedź myjącą się dwa razy do roku, słyszy się chrzęst mieczy podczas krwawych bitew, miarowe powtarzanie modlitw przez mnichów w środku nocy. Można zajrzeć do średniowiecznego domu, do alkowy, do gara ze strawą na palenisku. Trochę marudziłam przy wyprawie Alieny na kontynent w poszukiwaniu swojego ukochanego. Dziwne zbiegi okoliczności drażnią, autor naciąga pewne fakty, by osiągnąć swój cel – w efekcie ta podróż kończy się trochę przesłodzonym happyendem – dla mnie kiczowatym. I to jest mój jedyny zarzut. Potem wszystko wraca do normy, akcja rozwija się bez takich dziwacznych niespodzianek. Po przeczytaniu pierwszego tomu skusiłam się na wspomniany powyżej serial wszechczasów. Bez wcześniej przeczytanej książki – faktycznie może się podobać. Ale po lekturze? Jest tak jak z kozą, która na ulicy znajduje taśmę filmową. Drażnią skróty, przeinaczenia i wyobrażenia bohaterów. Nie skorzystałam ponownie z możliwości obejrzenia dalszego ciągu.
Liczba stron niech nie przeraża – 830 – naprawdę świetnie się czyta. Wydawnictwo Albatros
sobota, 07 stycznia 2012
Myślę, że ci którzy czytali dwa poprzednie tomy Cukierni pod Amorem z niecierpliwością wyczekiwali trzeciego – ostatniego. Autorka trzymała nas w napięciu przez niemal cały ostatni rok. Pamiętam w listopadzie 2010 byłam z dziećmi nad morzem w sanatorium i tam pochłonęłam Cieślaków. Kilka miesięcy wcześniej Zajezierskich. Teraz – Hryciów. Losy trzech rodzin splecione ze sobą. Trzy grube tomy, każdy blisko 500 stron. Od żadnego nijak się odkleić, tak że lektury starcza zaledwie na 2 - 3 dni. W ostatnim – miało się w końcu wyjaśnić, co to za mumia spoczywała przez długie lata pod gutowickim rynkiem. I się wyjaśniło. Przy czym, gdy czytałam o tym, przypomniałam sobie, słowa wypowiedziane przez Adama, którzy zauważył podczas rozmowy z młodym dziennikarzem: Niewyjaśnione tajemnice prawie się nie zdarzają. Zresztą czasem zagadka jest ciekawsza od rozwiązania. Bo przecież całe to zamieszanie wokół szczątek odkrytych przez archeologów było początkiem fascynującego cyklu, a sama tajemnica …. też zaskakuje, choć u mnie pozostał niedosyt. Zresztą bohaterowie po tym odkryciu i tak szybko przechodzą do porządku dziennego. Muszę przyznać, że całe to zamieszanie wokół sprawy spowodowało, że oczekiwałam chyba więcej sensacji, więcej nieoczekiwanego i tajemnicy. Ot, Autorce udało się mnie owinąć wokół palca. Warto, by ci, którzy nie czytali książki, zaczęli jednak od początku. Mam doświadczenie z tytułami (Ostatnio Millennium Larssona), które czytałam od numeru drugiego, albo trzeciego – a te zdradzały informacje z pozostałych części. Potem nie było frajdy z czytaniem pozostałych części. Mimo że Autorka wyjaśnia wiele, przynajmniej na początku wprowadza w klimat, wyjaśnia co i jak, na czym stanęło w ostatnim tomie, to jednak – wierzcie mi – to nie to. Wszystko zaczyna się w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia. Tajemniczy pierścień, jaki miała na palcu wyżej wymieniona mumia należał kiedyś do rodziny Hryciów, właścicieli Cukierni pod Amorem. Okazuje się, że ich losy są tak powiązane z innymi, w dodatku poplątane, niesamowicie zamieszane, że wyszła z tego naprawdę pasjonująca historia. W dodatku Autorka pokusiła się tu o zabieg, który lubię – miesza współczesność z przeszłością. Przenosimy się do wieków wcześniejszych, poznajemy historie wszystkich rodzin, ciekawe tło społeczne, kulturowe, jest dużo informacji z historii. I jak to zwykle w takich książkach bywa – Autorka stanęła przed trudnym zadaniem – jak to wszystko pogodzić – by zainteresować, nie zanudzić, mało tego – by po pierwszym tomie zostać wiernym czytelnikiem i popędzić do księgarni, jak tylko pojawi się kolejna część. Jej udało się to znakomicie – o czym świadczą achy i ochy czytelniczek. W moim domu też ogarnęła nas Cukieromania. Najpierw ja, potem mama, teraz siostra w Danii. Jeśli ktoś lubi takie klimaty – naprawdę polecam.
Wydawnictwo Nasza Księgarnia |