|
Archiwum
Ostatnie notki
Zakładki:
A tutaj piszę o książkach
(c) copyright
Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Dekoratorskie
Książki- 2008
Książki- 2009
Napisz do mnie
Piszą o książkach
Strony o książkach
Szablon mojego bloga
Tu kupuję
Wydawnictwa
Wyzwania czytelnicze
Zaglądam również TU
|
wtorek, 17 listopada 2009
Książka spodobała się młodszej młodzieży w rodzinie. Sprawdziłam na własnej skórze i potwierdzam. Co nas szczególnie cieszy, znalazła się na liście książek nominowanych do nagrody IBBY. I to jak najbardziej zasłużenie. Recenzja na blogu Półeczka z książkami. Wydawnictwo Skrzat
poniedziałek, 16 listopada 2009
W pewnej baaaardzo znanej księgarni internetowej kliknęłam w Działach na link: PORADNIKI. Wyskoczyło całe mnóstwo tytułów i to z najróżniejszych dziedzin. Czegóż tam nie było. Podręczny NIEporadnik. Młotek, popełniony przez dwóch panów: Wojciecha Widłaka i Pawła Pawlaka, to ewenement na skalę światową. Każdy przeciętny zjadacz chleba, nawet nudny urzędas (jak mój mąż:) wie, do czego służy młotek. A proszę dla kontrastu zrobić test wśród najbliższych i postawić pytanie: A do czego Tobie nie służy młotek? Recenzja na blogu Półeczka z książkami. Wydawnictwo Czerwony Konik
niedziela, 15 listopada 2009
Ależ ja się bałam tego Karolka. Jako MAMA oczywiście. Przecież – skoro jest taki koszmarny – i to za każdym razem, w każdym odcinku, w każdej kolejnej części – to jeśli MÓJ Tomek o nim usłyszy, zobaczy go, to też stanie się k-o-s-z-m-a-r-n-y-m małym człowiekiem. Przemogłam się. Najpierw wyraziłam zgodę na kreskówkę. Niby nie oglądałam, ale cały czas trzymałam rękę na pulsie, by w razie czego, podbiec do telewizora, i jak Rejtan na Matejkowym obrazie, zasłonić własną piersią koszmarne sceny rozgrywające się na ekranie. O dziwo, Karolek to wprawdzie bachor przez duże B, ale sądziłam, że będzie gorzej. Spodobał się i sięgnęliśmy po książkę. Recenzję znajdziecie na blogu Półeczka z książkami. Wydawnictwo ZNAK
sobota, 14 listopada 2009
Loriot czyli – Bernhard Victor Christoph Carl von Bülow (1923), pokazuje światu, że Niemcy potrafią śmiać się z siebie. Książeczkę zakupiłam 15 lat temu w księgarni w Monachium. Dziś podczas porządków w biblioteczce domowej wpadła mi w ręce. Zaśmiewałam się tak, jak kiedyś. Dzielę się humorem w jesienny senny i melancholijny wieczór. Loriot patrzy na ludzkie wady z przymrużeniem oka. Co by było, gdybyśmy się kiedyś zamienili z pieskami? Jak wyglądałby świat? Oto kilka przykładów.
Pasuje!
Co też powiedzieliby ludzie, gdyby umieli szczekać!
Żre trawę- będzie deszcz... Pierwsze wydanie ukazało się w roku 1954. (Diogenes)
sobota, 07 listopada 2009
Kilka razy spotkałam się z opinią, jakoby A lasy wiecznie śpiewają były podobne do Krystyny, córki Lavransa. Właśnie dlatego po nie sięgnęłam. Tylko nie wiem, skąd to porównanie. Obie książki są znakomite i obie rozgrywają się w Norwegii - to chyba jedyne ich wspólne ogniwo.
Trygve Gulbranssen napisał dwie książki A lasy wiecznie śpiewają i Dziedzictwo na Björndal. Obydwie stanowią dzieje rodziny norweskiej, które autor umieścił na przestrzeni wieków - koniec XVIII i początek XIX. Gdzieś na świecie toczą się wojny, a daleko na Północy, w bogatym dworze chłopskim, życie toczy się swoim rytmem, często wyznaczanym przez zmieniające się pory roku. Dumny, nieprzystępny ród, który, jak głosi legenda, wywodzi się od możnych panów, słynie z męstwa, bogactwa i uporu, budzi strach i respekt wśród mieszkańców Równiny. Ciężkie warunki życia i surowy klimat sprawiły, że mieszkańcy Północy mają twarde serca. Dwór otoczony zewsząd lasami, których okiem zmierzyć niepodobna, z mieszkańcami, z dziada pradziada walczącymi o byt, spośród których niejeden, przez króla okolicznych lasów – niedźwiedzia, leżał na marach. Czy ktoś stamtąd może pokochać miłością gorącą i szczerą? Wydawać by się mogło, że to niemożliwe. A jednak. W pierwszej części śledzimy losy Starego Daga i jego żony Teresy, dziedziczki fortuny rodziny Holderów, starej panny z dalekiego miasta, która pewnego dnia zjawia się w tym zimnym i surowym miejscu. Druga część Dziedzictwo na Björndal to opowieść o synu, Młodym Dagu, i jego ślicznej żonie Adelajdzie. Do książek Gulbranssena trzeba mieć dużo cierpliwości. Wszystko toczy się swoim tempem, powoli. Autor poświęca dużo uwagi opisom przyrody, wewnętrznym rozterkom swoich bohaterów, wzrusza, każe rozkoszować się chwilą. Nie każdy to lubi. To literatura skandynawska, chłodna, na dystans, nie dbająca o uzewnętrznianie uczuć, zwłaszcza tych między kobietą i mężczyzną. Jakże inaczej spojrzała na tę sferę Elżbieta Cherezińska w Sadze Sigrun, książce o średniowiecznych Wikingach, w której aż gotuje się od emocji, erotyki, uczuć. Tutaj – Kocha? Nie kocha? A może jednak? Może tylko lubi? I gdy czytelnik oczekuje jakiejś kulminacji, spotęgowania uczuć, wówczas autor wysyła Młodego Daga do lasu, by tam cierpiał i myślał z powodu córki pułkownika. (Zresztą, podobne uczucia towarzyszyły mi przy czytaniu naszych rodzimych Nocy i Dni Dąbrowskiej. No, dobrze, są dni, ale gdzie są tytułowe noce?) Ale wracając do książek Gulbranssena - to też wielki ich urok. Jakże inna literatura od tej, która teraz opanowała półki księgarskie. Nic tu nie jest jednoznaczne, nic nie jest powiedziane wprost. Wspaniale skonstruowana proza norweskiego pisarza porusza delikatne niteczki wyobraźni, każe tworzyć dialogi pomiędzy bohaterami i dopowiadać sobie przemilczane i niewidzialne.
Obie książki swego czasu cieszyły się ogromnym powodzeniem na całym świecie. W latach 1959 i 1960 sfilmowano po kolei obie części. W samych tylko Niemczech obejrzało pierwszą z nich blisko 7 milionów widzów. Myślę, że i mnie spodobałby się ten film. Lubię od czasu do czasu takie przesłodzone, ckliwe starocie. Czy tak wyobrażałam sobie Daga? Może... Tajemniczy, zamknięty w sobie i ten błysk w oczach. Choć filmowa Adelajda mnie rozczarowała. Jakoś nie pasuje mi do opisu autora – ale cóż, kanony piękności się zmieniają.
Tutaj możecie zobaczyć trailer filmu (radzę obejrzeć po przeczytaniu książki, w myśl zasady – najpierw książka potem film(ik:) POLECAM!!! Ocena 6/5- za grę na moich uczuciach:) Jeśli kogoś zachęciłam do przeczytania książek Gulbranssena, spieszę donieść, że na Allegro są dostępne obie w bajecznych cenach - już od … 5 złotych. Trzeba uważać – moje wydanie zawiera obie części.
środa, 04 listopada 2009
Książka, wydawać by się mogło, jedna z wielu z tego gatunku. Jest jednak nietuzinkowa, bo traktuje o osobie wyjątkowej – ikonie polskiego i światowego himalaizmu – Wandzie Rutkiewicz. Toteż już z tego tylko faktu, warta jest przeczytania. Bo przecież Wanda Rutkiewicz to góry, i to te najwyższe, góry, które przytłaczają człowieka, każą sobie płacić obfitą daninę krwi i życia, a oferują pot, łzy, odmrożenia, odwodnienia, obrzęki płuc, lawiny, czyhające na „ofiarę” szczeliny, kilkudziesięciostopniowe mrozy, zamiecie. A jednak działają jak narkotyk, a ci co tam byli, wciąż wracają. Co dają zatem w zamian? Niekiedy rekompensują to śmiałkom pięknymi widokami, częściej jednak widoczność ograniczona jest do kilkunastu, kilkudziesięciu metrów. Zawsze jednak dają okazję do samotności, i to samotności, którą przeżywa się inaczej właśnie w tak ekstremalnych warunkach. Może o to chodzi, może tego szukają, balansując na krawędzi życia i śmierci, ludzie gór. Uciec jak najwyżej… Mount Everest, Nanga Parbat, K2, Shisha Pangma, Gasherbrum II, Gasherbrum I – to szczyty, które zdobyła. Ale książka Ewy Matuszewskiej jest szczególna z innego powodu. W tle zmagań człowieka z górą – których opisów przecież pełno na półkach księgarskich – daje obraz przede wszystkim postaci Wandy Rutkiewicz, człowieka, z wszystkimi zaletami i wadami, targanej siłą charakteru i niezwykłymi, jak na kobietę, namiętnościami. Okazuje się, że glina, z której lepieni są najlepsi, najtwardsi zdobywcy ośmiotysięczników, nie jest nieskazitelna. A może jest, tylko nam, osobom patrzącym z perspektywy książek czy albumów, trudnej zrozumieć pewne mechanizmy czy międzyludzką chemię, która na tak olbrzymich wysokościach ma jakąś inną konsystencję. Zatem dla wielu z nas ludzie ci mogą wydawać się dziwakami, a pewne ich zachowania czy życiowe postawy wręcz trudne do zniesienia. Ale przecież to nie my oddychamy rozrzedzonym powietrzem. Książka bardzo mocno pokazuje siłę pasji, czegoś, co całkowicie pochłania, zwodzi, poniekąd alienuje i niestety nierzadko prowadzi do zatracenia. Lista tych, którzy spoczęli w wiecznych śniegach jest długa. To jest częsty bilans żywota najlepszych. A po drodze, niewiele jest miejsca dla czegoś innego, i kogoś innego – jak w przypadku Rutkiewicz, stąd sezonowe małżeństwa, trudne - szarpane przyjaźnie. Chciała być najlepsza w tym, co robiła. Wszystko, co było gdzieś pomiędzy to środek wiodący do celu. I ta determinacja… Autorka – znająca osobiście Wandę Rutkiewicz – wspomina, że ta kochająca zwierzęta osoba bezwzględnie podejmuje decyzję o uśpieniu szczeniaków ukochanej suczki Yeti, bo mogły być przeszkodą w wyjeździe na Igrzyska do Moskwy. Choć trudno moralizować z perspektywy fotela, to jednak widać, że taka osobowość i takie relacje między ludźmi zdobywającymi szczyty, umykają naszym przyziemnym kryteriom. Pomóc koledze, który jest słabszy, czy iść razem, kiedy partner jest wyraźnie wolniejszy, zaczekać, bo wiem, że ktoś został z tyłu? Tam na górze wygląda to inaczej, czasami boleśnie inaczej. Odpowiedzi więc na pytania mogą wydawać się szokujące. Ale ci, co się wspinają znają reguły. Pod ośmiotysięcznikiem Broad Peak doświadcza jak dziwna potrafi być śmierć w górach i jak czasami niewiele potrzeba, by do niej nie dopuścić. Osłabiona koleżanka zawraca z obozu II i tonie w strumieniu, spływającym po lodowcu, bo nie mogła wstać przyduszona ciężarem własnego plecaka. Gdyby ktoś z nią był, nie byłoby tej tragedii. Ale była też zasada w górach: jeśli się źle czujesz, to twój problem i to jej podporządkowała się wtedy Wanda Rutkiewicz. Po kilku latach wróciła pod Szeroki Szczyt by pochować koleżankę i … „muszę przyznać, że tak mi ulżyło, jak nigdy w życiu”. Książka przybliża pewne reguły himalaizmu, zwyczaje i wyraźnie dostrzegalną zmianę epoki w tej dyscyplinie. Wanda Rutkiewicz reprezentowała jeszcze starą szkołę, która daleka była od dzisiejszego jakże częstego widoku – swoistego szturmu na górę, udziału całych zastępów ludzi, których praca pozwala w konsekwencji zdobywać szczyty ludziom, dla których góry wysokie to jedna z wielu globtroterskich przygód. Słynny K2 – szczyt szczytów, „bohater” wielu ekranizacji filmowych i książek. Latem 1986 zbiera obfite żniwo. Ginie wtedy 13 osób - nic po tym nie było już takie same. Wśród wielu wypraw, które wtedy są na K2 jest także ta z Wandą Rutkiewicz. Cała historia ma podwójne dno. Z jednej strony pokazuje, że „za dużo wypraw, za dużo indywidualnych planów, podszytych nadmierną ambicją, a niekiedy nie popartych odpowiednimi umiejętnościami”. W górach jest coraz większy tłok, a zdobywanie szczytów powoli traci elitarny charakter. Z drugiej strony, ten tłok wcale nie poprawia bezpieczeństwa uczestników, którzy traktują się z coraz większym dystansem: „im więcej alpinistów w górach, tym częściej zachowują się wobec siebie niczym przechodnie uliczni”. Tak naprawdę wielu z tych trzynastu nie zostało po prostu zauważonych przez kolegów. Nie nadążyli, osłabli. Pamiętajmy jednak przy wszelkich próbach ferowania osądów. Jeśli czekasz na takiej wysokości nigdy do końca nie wiesz, czy pomagasz tym samym partnerowi, czy podpisujesz wyrok na siebie. Wanda Rutkiewicz w tej nowej odsłonie himalaizmu, a zwłaszcza po śmierci na Lhotse Jerzego Kukuczki – zdobywcy korony Himalajów, a przy tym wielkiego – za takiego go zawsze uważała - szczęściarza w górach, już słabsza, już wolniejsza, tak jakby zaczęła szukać czegoś dla nas niepokojącego, tego dziwnego wymiaru samotności. I znalazła. W maju 1992 roku na Kangczendżondze (8586 metrów). Ulubieńcy bogów umierają młodo… (recenzję napisał M:) Wydawnictwo Iskry
wtorek, 03 listopada 2009
poniedziałek, 02 listopada 2009
Tą małą książeczką otwieram sezon bożonarodzeniowy. Większość opowiadań zawartych w tym zbiorku jest właśnie o tematyce świątecznej i zimowej. Pojawienie się na naszym rynku Dzielnej Kajsy bardzo mnie ucieszyło. To drugi, obok Południowej łąki tomik opowiadań szwedzkiej pisarki, jaki ostatnio po raz pierwszy ukazał się na naszym rynku. Kajsa swoją premierę miała w Szwecji w 1950 roku (!!!). Recenzja na blogu Półeczka z książkami. Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Po serii książek cegieł – przyszła pora na coś cieńszego i lżejszego, okraszonego niezłym humorem – na samotny jesienny babski wieczór. W towarzystwie ciepłego kocyka i szklaneczki ciepłego piwa z miodem i cynamonem – może okazać się naprawdę dobrym pomysłem. Już sam tytuł, kojarzący się z radosnym dziecięcym Kosi – kosi – łapci, sugeruje, że dotkniemy wielkiego świata. Armani, Gucci, Prada to marki, które przyjemnie łaskoczą ręce Ruby, bohaterki powieści. W londyńskim ekskluzywnym butiku z odzieżą ciążową i dziecięcą obsługuje bajecznie bogate klientki, znane z pierwszych stron kolorowych pism, które przebierają, wybrzydzają i … dają żyć. Brzmi snobistycznie? Pewnie, że tak. Mogę jednak zapewnić, że nasza Ruby jest normalną dziewczyną, bez fochów typowych dla rozkapryszonych panienek, ani super bogatą ani biedną, taka typowa londyńska trzydziestolatka z ogonkiem metrykalnym, która osiągnęła sukces. Praca, przyjaciele, praca, przyjemności i znów praca. To jest właśnie mały wielki świat miłej ekspedientki. No, są jeszcze kontrolne wizyty u ginekologa, realizowane z sumiennością godną pozazdroszczenia. I gdy wydawać by się mogło, że w monotonnym życiu Ruby nic ciekawego poza nową dostawą markowych ciuszków raczej już się nie wydarzy, los zaczyna płatać figle i figielki, a atrakcji jest aż nadto. Radosna nowina o ciąży (prawie) pięćdziesięcioletniej matki dziewczyny, wcale taka radosna dla zainteresowanej nie jest, ale stanowi ważny element fabuły, bowiem skłania do refleksji i do postawienia sobie ważnych pytań, jakie jest jej dotychczasowe życie i jakie ma być w przyszłości. Smaczku dodaje wątek kryminalny, w którym jedną z głównych ról odegra… fotel ginekologiczny. Śmieszna i żywa akcja, doprawiona czasem pikantnymi wstawkami, z dość dużą dawką emocji i napięcia. Polecam na odegnanie smutasów jesiennych. Wydawnictwo Nasza Księgarnia
niedziela, 01 listopada 2009
|