|
Archiwum
Ostatnie notki
Zakładki:
A tutaj piszę o książkach
(c) copyright
Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Dekoratorskie
Książki - 2010
Książki- 2008
Książki- 2009
Napisz do mnie
Piszą o książkach
Strony o książkach
Szablon mojego bloga
Wydawnictwa
Wyzwania czytelnicze
Zaglądam również TU
|
wtorek, 09 lutego 2010
Ruszamy po przygodę - cz.1 Oko w oko z przygodą - cz.2 Dzisiaj jakoś łatwiej o wielką podróż i przygodę, niż sto lat temu. Wystarczy dotrzeć do pierwszego lepszego biura podróży i skorzystać ze specjalnej, na taką okazję, oferty. Pod warunkiem oczywiście, że owe biuro do dnia wyjazdu nie zdąży upaść, o co też niestety dziś nietrudno. Dla bardziej ambitnych, planujących we własnym zakresie podróż, mnóstwo fachowej literatury, doświadczenia innych, opisane i dostępne w Internecie, dość szerokie i chętnie wykorzystywane możliwości sponsoringu, patronatów medialnych, odpowiednie branżowe organizacje wspierające, jak związki alpinistów, kluby wysokogórskie i podróżnicze. Łatwiej zatem wyprawę zaplanować, przeprowadzić i po części sfinansować. No i co najważniejsze współczesna cywilizacja praktycznie nie stawia barier komunikacyjnych, dostać się można wszędzie i dość szybko. Pomijam oczywiste ułatwienia typu GPS, telefony komórkowe, e-mail, karty płatnicze. Świat się niebywale skurczył, jest jakby na wyciągnięcie ręki. Nawet jeśli jakiś skrawek planety pozostaje niedostępny, jest z pewnością rozpoznany i opisany na wszelkie możliwe sposoby. Tadeusz Perkitny wraz z przyjacielem Leonem Mroczkiewiczem, nic z tych rzeczy nie mieli. Skandynawię, Francję, Brazylię, Argentynę, Stany Zjednoczone, Japonię, Chiny, Indochiny, Afrykę, pokonywali uzbrojeni jedynie w toporne plecaki, w rzeczy na upał i mróz bynajmniej nie ze specjalnych, wytrzymałych, wodoodpornych i oddychających tkanin, bez lekkich śpiworów, czy butów z Gore-tex’u. Wiedza, z jaką wyruszali w podróż dookoła świata w dniu 11 września 1926 roku z pewnością nie była zbyt bogata. Była wręcz odwrotnie proporcjonalna do ich pasji i determinacji w dążeniu do poznania innych kultur, ludzi, regionów. Dokładną trasę i czas jej przebiegu wytyczał głównie splot wydarzeń, najczęściej sprowadzający się do faktu posiadania pieniędzy, bo to one – i to istotne podobieństwo z dniem dzisiejszym – determinowały środki transportu i warunki bytowe. Zatem i mapa była w takich okolicznościach nieszczególnie przydatna, choć takową mieli, wydartą z jakiegoś starego atlasu. A że pieniędzy chronicznie im brakowało – dość wspomnieć, że oszczędności, z którymi wyruszyli w podróż życia skończyły się już na pierwszym jej etapie, czyli w Skandynawii, planowanie czegokolwiek w szczegółach nie miało większego sensu. I tak brnęli przez trzy i pół roku, dłuższe i bardziej kapitałochłonne odcinki, jak podróż statkiem przez Ocean do Ameryki, później do Japonii, albo bardzo drogą koleją Transandiną (tą inżyniera Malinowskiego, jeszcze do niedawna najwyżej położoną koleją na świecie) musiała poprzedzać praca, najczęściej fizyczna, pozwalająca sfinansować kolejne etapy. Trafiały im się splendory dobrej posady – jak na przykład w roli dość przypadkowych kierowników ekspedycji mierniczej w Indochinach Francuskich. Prawda, posadę przyjęli nieco na wyrost, na wyrost przedstawili też swoje kompetencje w tym zakresie, ale skoro jedyną alternatywą był głód i noce na parkowych ławkach. Rzemiosła mierniczego uczyli się szybko, w pociągu, studiując księgę z … 1860 roku (bo tylko taką naprędce znaleźli w jedynej księgarni w mieście) „O … pomiarach ziemi, tudzież ciał niebieskich”, która bardziej przypominała tę Kopernikową. No i to poczucie humoru, niby ludzi z innej epoki: „wertujemy ją coraz gwałtowniej! Coraz bliżsi płaczu! Z coraz gorszym skutkiem! Wertujemy ją wciąż szybciej i szybciej, bo jakże nie wertować, skoro sinus z cosinusem coraz bardziej się plącze, a miejsce katastrofy nieuchronnie się zbliża”. Częściej jednak parali się rolą parobków, zwykłych robotników, albo zarabiali robiąc fotki ludziom, którzy na fotografii się nigdy nie widzieli. Doświadczali ciemnej strony dalekiej wędrówki: głodu, zimna, nieznośnego upału, morderczego wysiłku, nie wiedząc często przy tym, co przyniesie następny dzień, a czasami czy w ogóle do niego dotrwają.
Tak wyglądaliśmy 21.10.1928 roku, gdy zaczynamy chodzić po mieście w poszukiwaniu roboty. Książka barwnie i z detalami odsłania przed czytelnikiem zakamarki podróży. Dwa tomy wspomnień, blisko tysiąc stron, wzbogacone fotografiami z podróży. Ma ona tę przewagę nad innymi, współczesnymi, że jej bohaterzy nie funkcjonowali w oderwaniu od mieszkańców terenów, na których przebywali. Oni przez te długie miesiące egzystowali – na pełnych prawach – wedle społecznych, w danym miejscu obowiązujących, uwarunkowań. Nie byli jak wycieczka bogatych turystów, którzy robią zdjęcie i uciekają w kolejne miejsce, tubylców traktując zza szyb samochodów, czy autobusów. Siłą rzeczy przechodzili więc różne koleje losu, przy czym, przeważnie bez grosza przy duszy. W końcu, rzecz nie do przecenienia, poznajemy z bliska głównych aktorów: Tadeusza (autora książki) i Leona. Praktycznie różnił ich tylko wzrost i wygląd, stąd często cytowane autoironicznie określenia Pat i Pataszon. Była to przyjaźń, o jaką dziś trudno, bo cementowana wspólną pasją, zaprawiona na różnych frontach trudów podróżniczych. Poznali się jeszcze w gimnazjum, potem wspólne studia, po profesury na Uniwersytecie Poznańskim, uwieńczone prorektorskimi stanowiskami. I tak do końca, aż Leon nie wyruszył w swą ostatnią podróż, o dziwo tego samego dnia co w tę dookoła świata, czyli 11 września. Książka więc to coś więcej niż opis z wyprawy, to hołd przyjaźni. Elementarz podróżnika i człowieka.
Moja ocena 5/6 Wydawnictwo Zysk i S-ka
Niby mi się podobało, niby mnie książka wciągnęła. A jednak – bez jakichś tam ochów i achów. Rozczarował mnie początek. Ciągnął się w nieskończoność. A reszta to poszukiwanie dowodu, bo i tak wiadomo było kto za całą sprawą stoi. Mankell ciekawie pisze i owszem, ale w tym przypadku petard nie było. Wallander jest w złej formie psychicznej. Jakiś czas temu zabił człowieka i nie może się z tym pogodzić. Kiedy chce zrezygnować ze służby, pewne spotkanie ze znajomym a potem jego morderstwo, decydują o zmianie decyzji. W każdym razie ja będę nadal poszukiwała Mankella doskonałego:) Moja ocena 4,5 / 6 Wydawnictwo WAB
Tagi:
literatura szwedzka
kryminał
09:02, be.el ,
Ostatnio przeczytałam książkę
Link Komentarze (1) »
sobota, 06 lutego 2010
O noblistach, kabaretach, przyjaźniach, książkach, kobietach. Mój znak Illga można by zrecenzować jednym zdaniem: Książka spodoba się wszystkim, którzy kochają książki. Są książki, których czytanie sprawia przyjemność i są książki, których czytanie sprawia OGROMNĄ przyjemność. Książka Illga należy niewątpliwie do tych drugich. I wystarczy przeczytać zaledwie fragment, by od razu wiedzieć, że to jest TO. A potem jest już z górki, bo nie sposób się oderwać. Pewna stara prawda mówi, że gdy ktoś chce zapalić innych, sam musi płonąć. Ta książka narodziła się z pasji do słowa pisanego, książek, literatury, pewnego krakowskiego wydawnictwa (w tytule:), ludzi parających się pisarstwem. I to się od razu wyczuwa. Wszystko kręci się tu wokół szeleszczących kartek, wszystkie drogi prowadzą do książek. Wisława Szymborska, Stanisław Barańczak, Czesław Miłosz, Seamus Heaney, Józef Tischner, Norman Davies, Jan Twardowski, Joanna Olczak – Ronikier, Leszek Kołakowski, Ryszard Kapuściński. To tylko niektóre nazwiska, na których autor skupia swą uwagę. Indeks osób pojawiających się to na pierwszym planie, to gdzieś w tle, jest naprawdę imponujący. Kiedy pierwszy raz kartkowałam książkę, pomyślałam sobie, że w takim towarzystwie, ą ę bułkę przez bibułkę, będę spięta jak nieokrzesana pensjonarka, że książka mnie przerośnie. Same znakomitości, legendy za życia. Nic z tych rzeczy, gospodarz autor, tak zorganizował nasze ponad 450- stronicowe spotkanie, że i czytelnik i jego bohaterowie czują od razu, że są w dobrych rękach. (co zresztą powiedział też Miłosz nobliście Heaneyowi). Myli się jednak ten, kto sądzi, że znajdzie tutaj tanią sensację z życia wielkich tego świata. Illg opowiada historie pewnych znajomości, zahacza o literaturę, a jakże, wtrąca pewne anegdoty, szczegóły dotyczące współpracy wydawniczej z daną osobą, trudności przy przekładach, ale przede wszystkim pokazuje nam te osoby, jako istoty z krwi i kości. Mówi o ich pasji, zainteresowaniach, filozofii życia, nie pomijając tematów trudnych i niewygodnych. Sprawił, że do wielu z tych osób, mimo że pieję i tak peany na ich cześć za ichnie dzieła, poczułam sympatię jako do ludzi właśnie. Chętnie zaprzyjaźniłabym się z Seamusem Heaneyem, a do muzeum paryskiego wybrałabym się z przyjemnością z Wisławą Szymborska. Tyle, że… oni pewnie na to nie mieliby ochoty :))))) Autor pisze o cenie, jaką płacą znakomitości literackie. Zero życia prywatnego, napięte terminy i ciągłe oganianie się od natrętnych wielbicieli. Wezmę to sobie do serca:) Oj, niektórym też nieźle się dostało od redaktora naczelnego Znaku. Zresztą zapowiada to już kolaż z Hitchcockiem na samym początku – Jednych lubimy. Innych nie. Szczerze, czasami do bólu. Wspomnienia, miejsca, ludzie, rozmowy. Raz reagowałam wybuchami śmiechu, niekiedy wzruszeniem. Sprawdziło się to stare przysłowie, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Bogu niech będą dzięki za to, że władze Uniwersytetu Śląskiego w 1982 r. stwierdziły, że nie widzą żadnej możliwości wyegzekwowania od mgra Jerzego Illga właściwej realizacji zadań socjalistycznej szkoły wyższej i pozbyły się go, na nasze szczęście. Bo gdyby nie to, Znak byłby pewnie innym Znakiem, a tej książki na pewno by nie było. A to byłaby wielka szkoda. Moja ocena 6/6 Wydawnictwo ZNAK
piątek, 05 lutego 2010
Janoscha poznałam dokładnie 20 lat temu w oryginale i zaskoczył mnie totalnie. Od tego czasu, każda książka jest dla mnie osobiście wydarzeniem i niespodzianką. Miłą. Kolejny tytuł udowadnia, że pisarz, którego życiową drogą miało być kowalstwo, ma swoją własną wizję świata, uparcie stoi przy swoim i jest niepokorny jak mało kto. Recenzja na blogu Półeczka z książkami. Wydawnictwo Znak
wtorek, 02 lutego 2010
Zapraszam Wasze dzieci do konkursu plastycznego. Do wygrania cudna Księga dżungli Kiplinga z ilustracjami Józefa Wilkonia. Więcej informacji tutaj.
poniedziałek, 01 lutego 2010
Znacie to uczucie, kiedy macie coś wyrzucić? Przyznam szczerze, że mi jest zawsze ciężko na sercu. Nieważne, czy chodzi o zardzewiałą lampę po babci, łyżwy, które moja mama skórzanymi paskami przypinała do butów, czy o zwykłą kartkę papieru z informacjami, które a nuż jutro będę na gwałt potrzebowała. Zbieractwo mam we krwi. Dlatego w moim domu mam wiele rzeczy zbędnych, zagracających kąty i kątki. Co zrobiłabym na miejscu Philippa, który odziedziczył po babci stary, zamożny, mieszczański dom w Wiedniu? Na pewno nie wyrzuciłabym tego, co on skazał na zniszczenie, zapomnienie w wielkim blaszanym kontenerze. Książki, sprzęty. Każdy drobiazg ma swoją historię, a willa w samym sercu austriackiej stolicy, kryje wiele rodzinnych tajemnic. Tylko, że te Philippa te nie interesują. W myśl zasady – pewnych rzeczy lepiej nie wiedzieć. Bo i po co? Właz na strych tak często się tutaj pojawiający, nabiera wymiaru symbolicznego – sam strych zanieczyszczony na każdym centymetrze powierzchni przez gołębie odchody, śmierdzi, dusi, aż tchu brak. Trzeba to uprzątnąć. Charakterystyczny głuchy dźwięk zatrzaskiwanej klapy, co rusz przerywa ciszę w starym pustym domu. Przeszłości też lepiej nie odkurzać, nie przywoływać. Śmierdzi. Dusi. Trzask. Klapa zapadła. Trzy pokolenia. Trzy różne historie. Dziadkowie w latach młodości, kiedy sami byli rodzicami – gdzieś w okolicach roku 1938. Ich dzieci, które w burzliwych latach 60-tych pozakładały swoje rodziny. W końcu dzieci dzieci – na początku kolejnego stulecia już samodzielne, niezależne. Dziadkowie – Richard, austriacki minister i Alma, która zrezygnowała ze swej pracy, zajęła się hodowlą pszczół w ogrodzie przydomowym (data urodzenia ok.1910r.) Ich dzieci: Ingrid i Otto, który traci życie na wojnie. Ingrid i jej mąż Peter, poślubiony wbrew woli rodziców. Wnuki – Sissi znika gdzieś w wielkim New Yorku i w końcu Philipp, lat 36, pisarz. Trudno powiedzieć, czy odniósł sukces, czy nie. W powieści o tym mowy nie ma. W każdym razie zaskakuje jego brak zainteresowania rodzinną historią, która tak często jest inspiracją, natchnieniem, daje gotowe tematy. Korzenie, których nikt nie ma tu ochoty odkrywać. Historia rodziny na przestrzeni lat 1938 – 2001 daje możliwość wciągnięcia różnych wątków z historii Austrii, zmian zachodzących w obyczajowości, społeczeństwie, mentalności. Autor co rusz przenosi nas w inne czasy, ukazuje życie danej pary, ich uczucia, problemy. Przypadkowe banalne informacje przeplatają się ze wspomnieniami z czasów Anschlussu, wojny, współczesności. Konflikty, kariera zawodowa, problemy zdrowotne, ból po starcie dzieci, romanse. Saga rodzinna, opowiedziana zdawkowo, bez sentymentów, z dystansem, bez emocji, oszczędnym językiem. Bez wątków pobocznych, tyle ile musi być, w sam raz. Ale o tym decyduje już sam autor. My możemy sobie pewne rzeczy jedynie dopowiedzieć. Powieść austriackiego pisarza uspokoiła trochę moje sumienie. Tak rzadko sięgam ostatnio po literaturę z obszaru niemieckojęzycznego. Es geht uns gut dostało w 2005 r. nagrodę Deutscher Buchpreis. Sama książka spowodowała lawinę skrajnych ocen od zachwytów po totalną krytykę. Trudno tę powieść porównywać z Buddenbrokami Tomasza Manna, choć pewne skojarzenia same się nasuwają. Dla mnie to niezwykle ciekawy obraz społeczeństwa, zmian w nim zachodzących, wartości. I próba zrozumienia pewnych zachowań. Kula armatnia wkomponowana w poręcz schodów bardziej intryguje głównego bohatera aniżeli jego korzenie, pamiątki rodzinne. Cuchnące gołębie nieczystości ze strychu sprzątają w końcu dwaj robotnicy ze Wschodu. Ale z przeszłością Philipp musi zmierzyć się już sam. Nikt za niego tego nie zrobi. I nie ma w tym nic nadzwyczajnego. To po prostu niemożliwe. Książkę polecam wszystkim, którzy lubią zaskoczenie i nietuzinkowość w literaturze. Moja ocena 5/6 Wydawnictwo Muza
niedziela, 24 stycznia 2010
W listopadzie ukazała się już piąta część przygód stracharza i Toma Warda w ramach serii Kroniki Wardstone. To książka, od której nie mogę się oderwać. A gdy już przeczytam, z niechęcią myślę, że miną kolejne miesiące, aż ukaże się kolejna część. Warto podebrać młodszym czytelnikom. Recenzja na blogu Półeczka z książkami. Wydawnictwo Jaguar
niedziela, 17 stycznia 2010
Z ulgą wróciła do karety i sięgnęła pod poduszkę, żeby wyjąć książkę. Książki jednak nie było. Kareta ruszyła z łoskotem. Królowa, ani na chwilę nie przestając machać do poddanych, ukradkiem i po omacku zaczęła szukać zguby pod innymi poduszkami. -Nie siedzisz na niej przypadkiem? -Na czym? -Na mojej książce. -Nie. Patrzą na nas kombatanci weterani na wózkach, machaj, na litość boską!
Książka odbrązowiła królową angielską. Nagle objawiła mi się jako kobitka z krwi i kości – z CHARAKTEREM, mało tego – z pasją czytelniczą, typową tylko dla wyrafinowanych pożeraczek książek. Słyszycie hasło – królowa angielska – i co sobie zaraz wyobrażacie? Zimna, zdyscyplinowana, z zasadami, punktualna, z manierami, dobrze wychowana, na dystans. Może i taka była KIEDYŚ, ale pewnego dnia stało się coś nieoczekiwanego. W pogoni za ukochanymi psami, królowa natrafiła na bibliowóz, który zaparkował na chwilę na tyłach pałacu. I zaczęło się. Monarchini wypożyczyła pierwszą książkę z grzeczności – bo tak WYPADAŁO zrobić. Ale to, co nastąpiło potem, przeszło najśmielsze oczekiwania. Samej królowej również. Teraz, gdy widzę Jej Królewską Mość na ekranie telewizora – w karecie, przemawiającą w Parlamencie, wysilam wzrok i wypatruję książki – a nuż będzie wystawała ona z torebki, albo spod poduszki, na której właśnie monarchini spoczęła. Bo królowa kocha czytać – tak jest przynajmniej w książce Alana Benetta – świetnie skrojonej historii, pełnej humoru, ironicznych dowcipnych dygresji, niesamowitych zwrotów akcji, przemyśleń związanych z szeleszczącymi kartkami. No bo proszę sobie wyobrazić, że królowa potrafi symulować przeziębienie, by móc w cieplutkim łóżku oddawać się ulubionej lekturze, ukrywa się z książką w najmniej uczęszczanych zakamarkach jej rozlicznych posiadłości, przestaje przykładać wielką wagę do tak starannych kiedyś w „erze przedksiążkowej” fryzur i garderoby, skraca oficjalne wizyty, wprawia w zakłopotanie głowy państw pytając o pisarzy i szczegóły z ich życia prywatnego, zamęcza członków rodziny królewskiej tematami okołoksiążkowymi, wypytuje o upodobania lekturowe, wciska im książki do rąk, aby później sprawdzić, czy na pewno je przeczytali. (O Boże, skąd ja to znam?) Każdy, kto kocha kontakt z książką, w opowieści Bennetta odnajdzie kawałek siebie. Same książki otwierają przed królową nieznany do tej pory świat, uwrażliwiają ją na drugiego człowieka, każą dostrzec rzeczy, na które wcześniej nie zwracała uwagi. Jako że lubię podglądać, co inni czytają, informuję, że królowa angielska czytuje takie nazwiska jak: Henry James, Sylwia Plath, Virginia Woolf, Alice Munroe i wielu innych, a nawet od czasu do czasu jakieś czytadełko pospolite się na tej liście trafiają. Coś w tej historii musi być, ponieważ niedawno media podały, że Jej Królewska Mość część swoich obowiązków przekazała najstarszemu wnukowi. Wszyscy się głowią, dlaczego? Po tej lekturze odpowiedź jest prosta – Szanowni Państwo! Monarchini chce mieć w końcu święty spokój i duuuuuużo czasu na czytanie ulubionych książek. Moja ocena 5/6 Wydawnictwo Media Rodzina
wtorek, 12 stycznia 2010
Brulion Be.el bierze udział również w konkursie na Najlepszy blog roku 2009 w kategorii KULTURA. Jeśli uważacie, że zasługuje na nominację do kolejnego etapu, proszę o wysłanie sms na numer 7144 o treści E00209 (cena sms 1,22 zł brutto). Dochód z głosowania sms-owego przeznaczony jest na turnusy rehabilitacyjne dla osób niepełnosprawnych.
Więcej informacji można znaleźć tutaj. Dziękuję za głosy oddane na mój blog:)
niedziela, 10 stycznia 2010
Rabia jest wychowywana przez bardzo surowego dziadka imama i matkę Emineh, jemu bardzo posłuszną i uległą. Imam całymi dniami mówi o piekle i diabłach, przeklina swojego zięcia co najmniej pięć razy dziennie, krytykuje wszelkie zabawy, a na lalkach nie zostawia suchej nitki (to bałwochwalcze próby tworzenia zakazanych wizerunków, ohyda w oczach Allacha). Dzieciństwo dziewczynki pozbawione jest śmiechu, radości, jasnych strojów. Tewfik, ojciec Rabii, człowiek kochający życie, aktor błaznujący z bosymi ulicznikami, zostaje skazany na banicję. Rabia ma wielki talent- piękny głos i dobry słuch. Dziadek postanawia zrobić z niej hafisa – śpiewającego Koran, znającego całą świętą księgę na pamięć. Wkrótce dziewczynka staje się gwiazdą meczetów, a zamożni ludzie zapraszają ją do domów, by uświetniła swoim śpiewem rodzinne uroczystości i święta. Imam staje się dzięki temu zamożnym człowiekiem. Dziewczyna chodzi do żony Paszy. Ta odkrywa w jej śpiewie smutek, gorycz i tragizm. Dzięki wizytom w obcych domach, Rabia poznaje inne życie. Nadal uczy się śpiewu u znanego nauczyciela muzyki, jednocześnie zdaje sobie sprawę z tego, jak wygląda tak naprawdę świat pięknych i bogatych. Barwne stroje, służący, kobiety z haremu, niewolnicy, pierwsza żona, druga żona, intrygi. Z wygania wraca ojciec Rabii. Pewnego dnia dziewczyna zakochuje się. I to w kim. W obcokrajowcu… Do sięgnięcia po książkę zachęcam osoby, które interesują inne kultury. Halide Edip Adivar (1884-1964) napisała swoją powieść w 1935 roku w języku angielskim. Dopiero kilka lat później została ona przetłumaczona na język ojczysty pisarki. To nie tylko barwnie opowiedziane losy jednostki, ale też ciekawy rys historyczny i szerokie ramy społeczne. Historia zaczyna się pod koniec XIX wieku. Imperium Osmańskie ma lata swojej świetności za sobą. To właściwie kolos na glinianych nogach. Z książki dowiedziałam się dużo na temat życia religijnego w tamtych czasach, pozycji kobiety, ich prawach, politycznych i filozoficznych ideach, a przede wszystkim o historycznych zmianach, które wywróciły w Imperium Osmańskim wszystko do góry nogami. W postaci Rabii można doszukać się wielu szczegółów z życia samej autorki. Właściwie wychowywana pomiędzy różnymi kulturami i systemami wartości. Dzieciństwo u tradycyjnych, bardzo religijnych dziadków. Późniejsze lata u ojca i jego drugiej żony, preferujących angielski styl wychowania. W Rabii jest tyle sprzeczności, rzeczy, które nas denerwują – jej zachowanie względem do męża, religii, dziwią jej ciepłe wspomnienia związane z dzieciństwem. Jednocześnie trzeba cały czas mieć na uwadze fakt, kiedy ta powieść ujrzała światło dzienne. Początek minionego wieku. I tak wiele idei, które autorka chciała przemycić publikując tę powieść, było jak na tamte czasy wprost rewolucyjnymi. Popatrzmy dziś na Turcję – państwo na granicy dwóch kontynentów – jeszcze Europa, czy już Azja? Państwo, które do dziś ma problemy ze swoją tożsamością i nie umie nijak sprecyzować swojego stanowiska wobec kobiet czy kary śmierci. Przecież od tak wielu lat ojczyzna autorki jest kandydatką do Unii Europejskiej. W jednej z blogowych recenzji przeczytałam – że jedyną słuszną reakcją na zachowanie bohaterki jest wzruszenie ramion. Nie zgadzam się z tą opinią. Biorąc pod uwagę całe tło społeczne, polityczne i historyczne, egzotykę kultur trudno nam pewne rzeczy zrozumieć i zaakceptować. Możemy się z czymś nie zgadzać, możemy się pewnym zachowaniom dziwić – ale chyba warto poznać. W końcu sami nie jesteśmy pępkiem świata, a mieszkańcy Turcji, Iranu, Iraku, Libii (jeśli jest im to tylko dane) czytając o nas, też pewnie kręcą głowami i nadziwić się nie mogą. Wydawnictwo Prószyński i S-ka Moja ocena 5/6 |