Świat jest stworzony po to, aby stać się kiedyś piękną książką
Archiwum
Zakładki:
Książki 2013
Książki 2012
Książki 2011
A tutaj piszę o książkach
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Dekoratorskie
Książki - 2010
Książki- 2008
Książki- 2009
Napisz do mnie
Piszą o książkach
Strony o książkach
Szablon mojego bloga
Wydawnictwa
Wyzwania czytelnicze
Zaglądam również TU
Tagi
Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać
czwartek, 06 września 2018

Ella lubi wszystkie psy. I bardzo marzy o swoim psiaku. Dziewczynka w dniu codziennym ma do czynienia z różnymi psami, różnym rasami. Ale jest jeden minus – żaden z psów nie jest jej. Prośby Eli  o psa tato dziewczynki zbywa zdawkowym „Zobaczymy”. I tak jest ciągle. Tymczasem marzenie jest wciąż aktualne i nie zmienia się, mimo że Ela poznaje również minusy posiadania zwierzęcia. Bo trzeba z nim wyjść  na spacer, gdy na dworze plucha i mróz. Niekiedy psiak pomoczy śliną, albo tak mocno pociągnie, że trzeba puścić smycz. I czasem chrapie tak głośno, że zasnąć nie można. I nie chce słuchać, tylko uparcie nie rusza się z miejsca. To wszystko nic nie znaczy dla Eli – liczy się tylko pies. Aż w końcu nadchodzi ten dzień , kiedy … Pewnie już się domyślacie , jakie będzie zakończenie tej historii.

Cudna opowieść dla najmłodszych dzieci, która pokazuje, że warto mieć marzenia, i że pies to przede wszystkim odpowiedzialność. Przy tej lekturze można rodzinnie porozmawiać o obowiązkach wynikających z posiadania zwierzęcia w domu – wszystkich plusach i minusach. Książka jest do tego pięknie zilustrowana. Kilka lat temu (jak ten czas biegnie – sprawdziłam 8 lat!) pisałam już o Eli. Polecam również Jabłonkę Eli, o której możecie przeczytać tutaj.

Wiek  3+

Wydawnictwo Zakamarki

wtorek, 04 września 2018

Bardzo mi się ta książka podoba. I treść, i szata graficzna, nawet papier. Ma też wartość sentymentalną, bo przez chwilę rodzinnie byliśmy związani z Warszawą. I teraz zdarza nam się zatęsknić – za poznanymi miejscami i ludźmi. A po lekturze chciałoby się tam pojechać i odwiedzić stare kąty. Tyle że za chwilę łapiemy się za głowę – za daleko, za gorąco, zaraz szkoła. Uff – dobrze że są takie książki. Lektura przybliża postacie najbardziej znanych warszawiaków. Oczywiście są wśród nich osoby mające mocną pozycję – w tym towarzystwie: Stanisław August Poniatowski, Chopin, Jan III Sobieski. Ale są i takie osoby, które nie-warszawiakom na pewno pozostają nieznane: np. Antoni Magier. Niektórzy związani z miastem przez chwilę, na jakiś krótki etap – inni na całe życie.

Każda postać przedstawiona jest tak, jakby obserwator właśnie spotkał ją na jeden z warszawskich ulic. Nie liczy się czas, epoka, data. Franciszek Fiszer, ponoć pierwowzór bajkowego Pana Kleksa, w tużurku z goździkiem w butonierce, wchodzi do Hotelu Europejskiego i zasiada przy stole. Maria Skłodowska-Curie spuszcza głowę i zaciska pięści – przecież nie lubi wystąpień publicznych. Mieczysława Ćwiklińska – aktorka – kroczy Marszałkowską na premierę do teatru. Zagra w sztuce „Drzewa umierają stojąc”. Król Jan III Sobieski cieszy oko suto zastawionym stołem. Czegóż na nim nie ma - same smakowitości. Za chwilę ktoś wzniesie toast na cześć władcy.

Zawsze pod tymi reporterskimi tekstami znajduje się nota biograficzna z konkretnymi informacjami na temat danej osoby. Niemniej mi osobiście podobają się fikcyjne sceny z życia warszawiaków, które mogły się zdarzyć naprawdę, a które pokazują też charakter danej postaci. Dzięki temu zabiegowi są one nam bliższe, odbrązowione, zdjęte z pomników. Do tekstów przemycono informacje z życia społecznego, artystycznego, z historii. Można dowiedzieć się o przywilejach szlachty polskiej, zamiłowaniu królowej Bony do lekkich dań z warzyw, o ucieczce pierwszego władcy elekcyjnego Henryka Walezego. Daty, legendy, znane miejsca i ludzie – którzy tworzą i tworzyli historię. Wszystko w ciekawej oprawie graficznej – w formie kolaży rysunków i fotografii, niekiedy z przymrużeniem oka. Ale czy tego właśnie nam nie potrzeba? Spojrzenia na swoją historię bardziej na luzie, z humorem, tak normalnie – bez nadętości, moralizowania? Dla mnie ta książka – jest bardzo na plus.

Wiek 7+

Wydawnictwo Dwie Siostry

poniedziałek, 03 września 2018

Moja ulubiona seria dla dzieci – Czytam sobie. Tym razem coś z mitologii nordyckiej. Pojawiają się dwie mityczne postacie: Thor i Loki. Dwaj bracia – różni od siebie jak ogień i woda. Thor – bardziej dostojny, poważny. Loki to stary spryciarz, psotnik, szaleniec wręcz. Właśnie wpadł na pomysł, by obciąć włosy ukochanej Thora – Sif. Przyłapany, musi odkupić swoje winy. Nowe włosy mają zrobić dla Sif karły. Jednak Loki nie byłby sobą, gdyby nie spróbował trochę narozrabiać. A co zrobi? – o tym doczytacie już w tej malej książce. Małej – nie małej – muszę dodać. Bo sama książka przypomina poważną lekturę dla dorosłych – samodzielny egzemplarz z ponumerowanymi stronami. Zamknięta całość, książka – której przeczytanie od deski do deski na pewno cieszy. Starsi czytelnicy też odczuwają satysfakcję po lekturze kolejnej książki. Przeczytać całą książkę – dla niejednego dziecka to wyczyn nie lada.

Akurat ta historia moim zdaniem przeznaczona jest dla bardziej zaprawionych w boju czytelniczym. Gdy dziecko przeszło już na poziom drugi serii „Czytam sobie” na początek poleciłabym prostsze historie, a tę podsunęłabym dziecku, które jest bardziej rozczytane. Tytułów jest cała masa – jest z czego wybierać. W opowieści o Thorze i Lokim pojawia się więcej trudnych wyrazów, nazw, imion: Skidbladnir, Mjollnir, Frejr czy Gungnir.

Historia wciąga, zapoznaje z inną kulturą. Czcionka jest duża, co ułatwia czytanie. Jest mnóstwo ilustracji, charakternych bohaterów, dużo się dzieje. Na końcu książki „Dyplom sukcesu” oraz sześć tematycznych naklejek.

Poziom 2 to składanie zdań, 800-900 wyrazów w tekście, dłuższe zdania – pojedyncze i złożone, elementy dialogu, 23 podstawowe głoski oraz „h”, ćwiczenie sylabizowania.

Wydawnictwo Egmont

niedziela, 02 września 2018

Zastanawiam się, jak to się stało, że ta książka ominęła mnie w dzieciństwie. Z ciekawości sprawdzam zasoby biblioteczne i jak się okazuje: elektroniczny katalog mojej miejskiej biblioteki wskazuje wydanie z 1971 r. Gdzieś mi umknęły po drodze – z jednej strony szkoda, z drugiej – cudnie taką perełkę odkryć po latach. Baśnie zawsze były moim ulubionym gatunkiem, zaczytywałam książki na śmierć, a teraz po latach wracam do nich przy nadarzającej się okazji. Bo z baśni się nie wyrasta – zdradzę, że pysznie smakują w jesienne i zimowe wieczory przy kominku:) A te pory roku zbliżają się wielkimi krokami.  

54 tytuły, z których trzy są powszechnie znane – wręcz mocno zakotwiczone w powszechnej świadomości – bo któż nie zna „Trzech małych świnek”, „O Jasiu i łodydze fasoli” i „Trzech niedźwiadków”? Pytanie: kto wie, że właśnie te tytuły, wielokrotnie ekranizowane, mające mnóstwo literackich wersji, mają właśnie korzenie angielskie. Wczytując się dokładniej w teksty i mając za sobą dziesiątki przeczytanych baśniowych tekstów: z Irlandii, Niemiec, Francji, Włoch, dalekiej Skandynawii – można doszukać się jakichś znajomych wątków, uniwersalnych motywów, charakterystycznych postaci. Ale głęboką analizę zostawię znawcom – ja jedynie oprę się na swojej prywatnej teorii – jako miłośniczka historii domyślam się, że na treść tych baśni miała wpływ historia Wysp, burzliwa, wojenna, podbojowa, szalona, którą tworzyły różne ludy, różne wpływy. To nakładanie się różnych kultur, tradycji, obrzędów, wierzeń. Ale to zjawisko, które ma miejsce nie tylko w przypadku baśni angielskich – ale chyba wszystkich, z jakimi miałam do tej pory do czynienia. Czytam baśnie polskie a gdzieś w głowie mi kołacze – gdzieś to już czytałam, skądś znam ten temat. Przy czym muszę przyznać, że akurat w przypadku baśni angielskich jest wiele tekstów oryginalnych, jedynych w swoim rodzaju, które właśnie dlatego przykuwają uwagę czytelnika, bo są nieprzewidywalne, nowe. Jak na przykład baśń do okładkowej ilustracji – bardzo dziwna i wesoła zarazem, kojarząca mi się trochę z dickensowskim poczuciem humoru. Ta baśń, zwłaszcza końcowa scena, wpisuje się w klimat powieści Dickensa. W książce jest mnóstwo świetnych tekstów, które bawią i uczą - pochodzą z epoki, w której literatura miała pewną misję do wypełnienia. Jednak bez obaw - nie ma w nich nadmiernego moralizowania - można wyczytać za to między wersami mądrość ludową, jest dawna Anglia, są baśniowe postacie, ale też zwykli mieszkańcy Wysp, których przygody, szczęścia i nieszczęścia dnia codziennego miały czytelników czegoś nauczyć - a nie tylko bawić.

Nie obawiajcie się, że język baśni angielskich trąci myszką. Oczywiście zdarzają się wyrazy rzadko używane, ale nie jest ich znów tak wiele. Właściwie nie mam żadnych zastrzeżeń do tłumaczenia Janiny Carlson i Kaliny Wojciechowskiej sprzed lat. Czyta się dobrze, język jest prosty i zrozumiały. Zwróćcie uwagę na datę powstania tych baśni - są one już nobliwymi staruszkami. Ich autor żyła na przestrzeni wieków: XIX i XX (1854-1916), one same ukazały się w 1890 r. (!!!). Naprawdę są w wyśmienitej formie mimo upływu lat. 

Książka ukazała się jako 26 tom serii "Mistrzowie ilustracji". 

Wiek 6+

Wydawnictwo Dwie Siostry

sobota, 01 września 2018

Po książkę sięgnęłam z sentymentu do dwóch poprzednich książek Autorki: „Pod słońcem Toskanii” i „Bella Toscana”. Była to też miła odmiana i odskocznia od ostatnio czytanych książek z gatunku kryminałów, thrillerów. Sympatyczna lektura z nienachlanym przesłaniem, że na wiele spraw w życiu NIGDY NIE JEST ZA POŹNO. Nawet będąc w jesieni życia, gdy się jest skłonnym myśleć, że się już swoje życie „przeżyło”, i że wszystko co dobre i co złe nas już spotkało. Raczej tak chcą myśleć trzy bohaterki książki. „Chcą” – napisałam świadomie – bo jednak coś im w głowie kołacze, że jednak myśleć powinny inaczej. Camille, Susan, Julia – spotykają się po raz pierwszy w życiu w domu opieki podczas dni otwartych tejże instytucji. Właśnie zastanawiają się, czy dalsze lata życia spędzić w tym miejscu – lepiąc z gliny, malując, spacerując, w towarzystwie innych staruszków. A jednak – mimo wszystko – w zamknięciu i odosobnieniu. I nagle okazuje się, że te 3 kobiety znajdują wspólny język, świetnie się rozumieją. Do tego pojawia się – UWAGA – nowy pomysł (cudny – dodam od siebie). Bo sami przyznacie, że propozycja wspólnego zamieszkania przez rok we Włoszech w Toskanii brzmi niezwykle apetycznie. I tak się też dzieje. Kobiety wynajmują willę z historią, z kamiennymi posadzkami, freskiem na ścianie, dużym ogrodem i … z przemiłą sąsiadką – amerykańską poetką. Cała trójka musi rozgryźć Włochy, Włochów i język włoski.

Wiecie co? Chłonęłam tę książkę, bo ciekawym doświadczeniem był apetyt starszych kobiet na życie, ich pasje, marzenia, które teraz – po sukcesach zawodowych, odchowaniu dzieci, mogły się wreszcie zrealizować. Ich losy, problemy (a tych jest całkiem sporo) to jedno, a Włochy w tle to drugie. Zatęskniło się za Toskanią, pysznym jedzeniem. Każda z pań jest inna, ma inne pasje – stąd tak wiele obszarów z tematu „Włochy” można tutaj dotknąć. Jedna z nich uwielbia kuchnię, stąd jest świetną przewodniczką po włoskich smakach. Inna maluje – więc wtajemnicza nas w tematy sztuki. Trzecia ma pasję ogrodniczą – oj zaraz chciałoby się przeprojektować styl własnego ogrodu na „włoski”. Sąsiadka Kit wprowadza nas natomiast w obszary literatury.

Pojawia się oczywiście lekka (ale tylko – lekka) zazdrość, że amerykańskie emerytki mogą sobie pozwolić na taką ekstrawagancję. Roczne wakacje we Włoszech z możliwością wykupienia domu na własność – fiu, fiu. Fajnie. Ale w końcu od czego są książki? W tle liczne informacje o  mieszkańcach prowincjonalnej miejscowości, kultury, języka, sztuki, kulinariów. Aż chce się tam pojechać. Zaraz, natychmiast. Dobrze, że są takie książki.

Wydawnictwo Prószyński i S-ka

piątek, 31 sierpnia 2018

Bona – jedna z najbardziej rozpoznawalnych i barwnych królowych Polski. Kobieta, której nie przemilczają nawet podręczniki szkolne. Bo czy przeciętny śmiertelnik kojarzy Jadwigę Kaliską – żonę Władysława Łokietka? Albo Annę Cylejską drugą w kolejności Małżonkę Władysława Jagiełły? Natomiast o Bonie zawsze było głośno – już choćby ze względu na zupną „włoszczyznę” tak chętnie stosowaną w kuchni polskiej. Janina Lesiak po raz kolejny przedstawia sylwetkę polskiej władczyni – po Cecylii Renacie, Annie Jagiellonce, Dobrawie i Jadwidze z Andegawenów. W powszechnej świadomości Bona nie ma raczej dobrej opinii. Pazerna na władzę, trucicielka. Żona Zygmunta Starego, matka Zygmunta Augusta mocno stoi na nogach, a jej „voglio” (chcę) często rozbrzmiewa w zamkowych komnatach na Wawelu. Przybyła z dalekich Włoch – może dlatego wszystkim się wydaje taka po trosze egzotyczna. Bo razem z nią przybyło tyle nowego: włoska kuchnia, architektura, moda i temperament. Kobieta z daleka – wcale nie potulna białogłowa żyjąca w cieniu swojego męża. Bona ma ambicje, plany, marzenia. CHCE je zrealizować. I właśnie taki obraz Bony ja znajduję w opowieści Janiny Lesiak. To kobieta trudna, skomplikowana uczuciowo, często rozchwiana emocjonalnie. Może to wszystko z poczucia obowiązku i odpowiedzialności za losy dynastii i korony?  Zdaje sobie sprawę z popełnianych błędów, co dla królowej matki niezwykle bolesne. Mówi się, że dziecko jest jak tabula rasa – niezapisana tablica. Bona opowiada, jak bardzo się zaangażowała w ten proces kształtowania swojego syna. Jak w wielu aspektach poniosła jednak klęska, bo Zygmunt August po ludzku zawiódł jej starania, oczekiwania, nadzieje. Ja, zabierając się do czytania, miałam już swoje zdanie wyrobione na temat Bony. Janina Lesiak tylko je potwierdziła. Ciekawym doświadczeniem było poznanie myśli, rozterek, obaw, nadziei królowej. Dla kogoś, kto nie obcuje za często z historią będzie to ciekawa wyprawa do przeszłości – poznanie codzienności na zamku królewskim, kulisów wielkiej polityki, stosunków panujących na dworze. A przede wszystkim możliwości poznania królewskiego życia, które tak niewiele wspólnego miało z życiem z bajki.

Wydawnictwo MG

czwartek, 23 sierpnia 2018

 

Bolek i Lolek to bohaterowie mojego dzieciństwa. I muszę przyznać, że z niejakim podziwem patrzę na próby zaprzyjaźnienia z nimi współczesnego pokolenia. W świecie, gdzie tyle różnych bodźców, gadżetów, programów, kreskówek, filmów – to chyba dość karkołomne działanie. Bolek i Lolek pochodzą bowiem z czasów, gdzie były raptem dwa czarno-białe programy telewizyjne, niewiele poza tym. Na sobotnią dobranockę z ulubionymi bohaterami czekało się z utęsknieniem i niecierpliwością. I co tu dużo mówić – Bolek i Lolek mieli swoją WIERNĄ publiczność. Czy uda im się przebić do świadomości współczesnych dzieciaków? Na pewno polecać ich będą rodzice, dziadkowie, którzy pamiętają tę dwójkę chłopaków z chochlikiem w oku z dawnych czasów. Myślę, że warto – a nie kierują mną tylko i wyłącznie pobudki sentymentalne. Zachęca do tego tematyka – niewiele książek dla dzieci o polskim obszarze kulturowym. A nawet jeśli – to raczej dotykają one elementów bardzo znanych. Tymczasem tu spotkamy i powszechnie znane pisanki i ormiański gandżabur, o którym, przyznaję, nie miałam zielonego pojęcia. Chłopaki wędrują po Polsce, spotykają ludzi, próbują, podziwiają, pytają, biorą udział w lokalnych wydarzeniach – i opowiadają o tym  - niezbyt długo, by nie zanudzać. Każda krótka historyjka wyjaśnia, co się kryje pod danym hasłem. A przyznam szczerze – niektóre z nich stanowiły i dla mnie niemałą zagadkę: pita z powiatu bolesławieckiego, święto Jordanu z Przemyśla, język kaszubski, haft kujawski, straże grobowe z Podkarpacia, wspomniane już pisanki z powiatu opoczyńskiego, śmiergusty z Wilamowic, redyk z Podhala, kwietne dywany ze Spycimierza, Lajkonik z Krakowa, malowane chaty z Powiśla Dąbrowskiego, bal tatarski z Białegostoku, radomskie oberki, karaimskie kybyny z Warszawy, kurpiowskie wycinanki, drewniane zdobienia z Podlasia, święcenie zwierząt z Mikstatu, kozioł wielkopolski, święto Bambrów z Poznania, łowickie pasiaki, muzyka romska z Gorzowa Wielkopolskiego, ormiański gandżabur z Wrocławia, żywieckie zabawki, siwaki z Podlasia południowego, tkaniny dwuosnowe z Podlasie, koronki z Koniakowa, obiad na Górnym Śląsku, łemkowska cerkiew w Beskidach, obrazy malowane na szkle z Podhala, Chanuka z Łodzi. Na końcu książki zagadki dla najmłodszych – sprawdzą, ile zapamiętało się z lektury.

Wiek 6+

Wydawnictwo Znak

niedziela, 29 lipca 2018

Książka dla tych, którzy już lubią komiksy i dla tych, którzy jeszcze nie wiedzą, że lubią komiksy. A w świecie komiksowym tyle się dzieje: wznawiane są tytuły sprzed lat, ukazują się smaczne kąski nowości. I uwaga! – jest jeszcze sporo miejsca dla nowych autorów. Kto wie, może ta książka zainspiruje kogoś do aktywności komiksowym polu działania i za lat kilka ukaże się jakiś komiksowy przebój, którego początkiem będzie właśnie „Zrób sobie komiks”. Dwójka autorów komiksu: Piotr Kasiński i Robert Trojanowski  postanowiła podzielić się swoimi doświadczeniami i zachęcić do tworzenia swoich dzieł. Znajdziecie tu trochę historii komiksu – ale nie są to żadne długie i monotonne wywody znawców tematu. A więc czasy prehistoryczne, starożytny Egipt, Rzym, freski średniowieczne, skryptorium, gdzie ręcznie przepisywano księgi – wszystko podane lekko, oczywiście w formie komiksu. To wciąż nie były jeszcze komiksy, ale całość pokazuje, że człowieka ciągnęło do rysowania. W końcu nadchodzi czas druku – przełomowego wynalazku Gutenberga. Oczywiście mowa tu również o ojczyźnie komiksu – USA, gdzie zrodzili się tacy ponadczasowi bohaterowie jak Superman, Batman, Kapitan Ameryka. Dowiecie się jakie upodobania komiksowe mają różne nacje: co czytają Włosi, Francuzi, Belgowie. Wielu z bohaterów komiksowych zdobyło zresztą międzynarodową sławę: Tintin, Asterix i Obelix, Lucky Luke, Thorgal. Oczywiście autorzy pochylili się nad polskim komiksem – zwrócili uwagę na rok 1919, kiedy to narodziły się „Przygody szalonego Grzesia”. Choć nie ukrywajmy najbardziej znane nasze rodzime komiksy to „Przygody Koziołka Matołka” i dużo młodsze: „Tytus, Romek i A’Tomek”, Kajko i Kokosz, Kleks.

Sama książka podpowie naprawdę dużo praktycznych porad w kwestii tworzenia swojego komiksu: poznacie tu: język, kadry, odstępy, dymek narracyjny, onomatopeje, kreseczki lub smugi, by wyrazić drżenie, bieg. Dalej: zawody związane z komiksem – niektóre nazwy brzmią iście egzotycznie: inker, kolorysta, liternik. Jak zacząć rysowanie komiksu – jedną osobę, grupę osób, scenariusz. Jak stworzyć bohatera komiksu, wygląd, charakter, mieszkanie dla niego i pojazd. Generalnie wszystko sprowadza się do ćwiczeń. Sprawdza się tu stara maksyma, że bez pracy nie ma kołaczy. Chcesz być dobry, musisz często chwytać za ołówek. Warto mieć swój własny egzemplarz tej książki, ponieważ w środku znajdziecie tu miejsce do ćwiczeń – własnych pomysłów i prac. Ćwiczenia z rysunku, pisania, uruchamiania wyobraźni i kreatywności. Wizyta w świecie komiksu jest szczególnie miła, gdy ma się tak sympatycznych przewodników jak Pik i Robi. Nie ma czasu na nudę i jest MOC do działania.

Wiek 10+

Wydawnictwo Znak

sobota, 28 lipca 2018

 „Jak wytresować smoka” – wielu znana jako kreskówka. A jest książka – i to jaka!!! – Bardzo zadziorna, śmieszna, jedyna w swoim rodzaju. Na początku trochę zlekceważona, bo przecież dzieciarnia „zna” (podkreślam słowo „ponoć”) – z filmu – a jakże. A potem okazało się, że z kreskówki niewiele się pamięta, książka sprawiła olbrzymią radochę, a po obejrzeniu kreskówki – tak dla przypomnienia i zachęceni lekturą – padło: uwaga!!!– wiekopomne stwierdzenie – KSIĄŻKA jest lepsza. I inna – bo tu i tam SA spore różnice. A przecież w książce było tak i tak – jednym słowem: było lepiej.

A więc: przenosimy się do odległych czasów dzikich Wikingów. Bardzo dbają oni o wychowanie swoich dzieci – ale nie myślcie, że chodzi o zasady kindersztuby, takie ą, ę – bułkę przez bibułkę. Rasowy Wiking musi być chętny do walki, zaczepki, musi bekać, pluć, przeklinać, mścić się. Tego oczekuje się od wikińskich chłopaków. I musi jeszcze dostać się do smoczej jaskini, porwać smoka i następnie go wytresować. Czkawka – syn wodza wikińskiego jest inny. Delikatny, nie znosi wrzasków, przelewu krwi – tymczasem wszyscy, łącznie z ojcem, mają wobec niego inne oczekiwania – przecież w przyszłości sam ma zostać WODZEM. Kiedy po wyprawie po smoka Czkawka wraca z jakimś mizernym smoczym chuderlakiem nikt nie wieszczy mu kariery wikińskiego rozrabiaki. Zresztą, czy sam Czkawka chce właśnie taki być? Czy zamierza upodobnić się do swoich adwersarzy, którzy marzą o tym, by w przyszłości pozbyć się chłopaka i stanąć na czele wikińskiego plemienia?


Bardzo udana książka pełna humoru – przyznaję, niekiedy przaśnego – są wesołe sytuacje, dialogi, opisy, ilustracje. Naprawdę: podczas lektury często słychać było wybuchy śmiechu. Dobra wiadomość jest taka, że na jednym tomie nie koniec tej historii. Ukazała się już część druga: „Jak wytresować smoka. Jak zostać piratem”. Na okładkach zapowiedź kolejnych części w najbliższym czasie – razem 6 książek.

„Jak wytresować smoka” z jednej strony bawi, daje możliwość przeniesienia się w odlegle czasy, przeżywania przygód. Z drugiej strony traktuje o starych i cennych wartościach jak: honor, odwaga, prawdziwa przyjaźń. Gdzieś pomiędzy wierszami, w trakcie doskonałej zabawy można też się wiele nauczyć i wynieść cenną naukę na przyszłość – co tak naprawdę jest ważne w życiu.

Wiek 8+

Wydawnictwo ZNAK

piątek, 27 lipca 2018

Blisko 550 stron mija szybko jak sen. Jakże trudno znów wrócić do rzeczywistości – gdy się było w średniowiecznej Rusi, na dalekiej Północy gdzie zimno, a na przednówku panują głód i choroby. To tam właśnie ze swoją rodziną mieszka Piotr Władimirowicz. Ojciec trzech synów i jednej córki. Tymczasem jego żona informuje go, że znów spodziewa się dziecka – na świat przyjdzie dziewczynka podobna do swej babki: dzikiej, odważnej i tajemniczej. I taka właśnie jest Wasia, która od samego początku skradła moje serce. Dziewczynka widzi to, co niewidzialne dla innych. Słyszy to, czego inni nie słyszą. Wychowywana przez Dunię – starą piastunkę znającą baśnie, bajki i legendy. To dzięki Duni Wasia nabiera szacunku do przyrody i dawnych stworzeń, które mimo wiary ludzi w Boga jedynego, wciąż istnieją równolegle. Tamte istoty, którym dawniej oddawano cześć, tkwią nadal głęboko w powszechnej świadomości. Ludziom żyje się tu dobrze i dostatnio, a duszki są zadowolone. Na przykład domowik: duch opiekuńczy domu – pomieszkujący na zapiecku. W powieści nie raz chronił dom przed demonami z zewnątrz. Trzeba było o niego dbać, rozstawiając jadło po kątach. Bannik – opiekun łaźni. Leszy – opiekun lasu. Waziła – czuwa nad stajnią i końmi. Mieszkańcy sioła wiodą sobie spokojny żywot oddając Bogu co boskie, a swoim dawnym bogom i duszkom – co nakazywały tradycja i zwyczaje. Ale tak jest do czasu. Bo pewnego dnia Piotr Władimirowicz przywozi nową żonę – bogobojną Annę. Do wsi przybywa też ambitny pop. Nie podoba im się zachowanie ludzi, a ich pojawienie się oznaczać będzie dla wszystkich kłopoty i rewolucyjne zmiany.

Na początku byłam przekonana, że będzie to bajka dla dzieci. Bajki są przecież pisane z myślą o nich, nieprawdaż? Nawet odłożyłam książkę na chwilę na półkę z myślą: Jak tylko skończę z synem wspólne czytanie innej książki, zaraz sięgamy po „Niedźwiedzia i słowika”. Ale korciła mnie ta lektura, oj korciła. Już sama okładka była kusząca. Rzadko daję się nabrać na lepik okładkowy, ale „Niedźwiedź i słowik” miał w sobie TO COŚ. Zaczęłam więc sama i szybko dotarło do mnie, że to książka dla dorosłych. Potem doczytałam na okładce: wyraźnie z tyłu to właśnie napisano – ale ja rzadko czytam teksty okładkowe ze względu na ewentualne spolerowanie i podany wynik śledztwa, że mordercą okazał się ogrodnik. (śmiech). Powiem tak: książka jest niesamowita. Zaczęłam czytanie w sobotę rano i tak non stop z małymi przerwami – do niedzieli wieczór. A co do niesamowitości tej książki: może mam właśnie takie odczucia ze względu na gatunek? Bajka dla dorosłych napisana tak, że naprawdę trudno się od niej oderwać. Kto by pomyślał, że kwestia Dziadka Mroza, Pana Zimy, znanego z dziecięcych książek i kreskówek – tak mnie wciśnie w fotel? A to dopiero – ku mojej uciesze – początek. „Niedźwiedź i słowik” jest pierwszym tomem trylogii. Książka ma wiele elementów, które mnie urzekły. Po pierwsze nieprzewidywalność – nie wiadomo, co się za chwilę wydarzy. Mnóstwo rzeczy, wydarzeń mnie tu bardzo zaskoczyło. Plastyczność opowieści: książkę dobrze się czyta (to niewątpliwie też zasługa tłumaczki Katarzyny Bieńkowskiej). Katherine Arden ma dar do opowiadania, snucia baśni, bajek. Nawiązuje tym samym do dawnej tradycji, kiedy to czas spędzano wspólnie na rozmowach, wspomnieniach, a bajki były nieodłącznym elementem codzienności – przekazywane z ust do ust. „Niedźwiedź i słowik” to w końcu ciekawy obraz dawnego życia w średniowiecznej Rosji: zwyczaje, ubiory, zachowanie, religia, stosunki społeczne, przyroda, drewniana Moskwa, a nawet potrawy i wyposażenie wnętrz. Bardzo polecam!

(Tłumaczenie: Katarzyna Bieńkowska)

Wydawnictwo Muza

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 104