Świat jest stworzony po to, aby stać się kiedyś piękną książką
Zakładki:
Książki 2013
Książki 2012
Książki 2011
A tutaj piszę o książkach
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Dekoratorskie
Książki - 2010
Książki- 2008
Książki- 2009
Napisz do mnie
Piszą o książkach
Strony o książkach
Szablon mojego bloga
Wydawnictwa
Wyzwania czytelnicze
Zaglądam również TU
Tagi
Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać
czwartek, 27 stycznia 2011

Opowieści rodzinne mogę czytać w nieskończoność. Co kto powiedział, jak zareagował, jak wyglądał. Babcie, dziadkowie, przedwojenni panowie i panie, ciotki i wujkowie, bliscy i dziesiąta woda po kisielu. Do tego zdjęcia, stare, czarno – białe, w kolorze sepii. Podretuszowane panny w koronkowych kołnierzykach, w umundurowaniu:), eleganccy panowie z wąsikiem a’la mój dziadek Ludwik, korespondencja, dokumenty, pożółkłe ze starości, pochowane na dnie szuflad. Plotki rodzinne, za które nie ma już kto zdzielić autora w ucho, a pewnie od ciotki Jadzi by mu się i oberwało, a i może od Wańkowicza również. Tego Wańkowicza gwoli ścisłości. Codzienne życie, przez które przewijają się też politycy, wojskowi, artyści, społecznicy, nauczyciele (oj, niektórym to się dostało), chłopi, gosposie. Ubarwione anegdotami, cytatami – wspomnienia – typu: ktoś opowiadał, już nie wiadomo kto, ale… Historia rodziny – trochę nie usystematyzowana, nieuporządkowana. Właśnie przez to ciekawa. Tu wojna. A przed wojną to było tak i tak. No zgadza się, ale za czasów powstania styczniowego… A po wojnie – to wam muszę powiedzieć…. Gawędy, bajanie, bo w niektóre rzeczy trudno uwierzyć, a może aż trudno uwierzyć. Autor upiera się bowiem, że to jednak najprawdziwsza prawda. Spojrzenie na ludzi i codzienność z przymrużeniem oka, autoironią, humorem, dystansem. Czasem krytyczne, bardzo odważne. Niepokorny człowiek. W tle historia, jakiej nie poznaliśmy w szkole. Autentyczna. Reakcje ludzi na zmiany, nową rzeczywistość, panujące mody, filmy, lektury, wydarzenia. W końcu absurdy dnia codziennego, które może napisać tylko życie. Jak ten, który bawi mnie do dziś:

Ciotka autora była nauczycielką. W powojennej Polsce obok swojego przedmiotu miała nauczać rosyjskiego, którego najzwyczajniej w świecie nie znała. Jednak dyrektor nie widział problemu, ani nie znosił sprzeciwu. Rzeczywistość wyglądała tak, ze nowa rusycystka zawsze była tylko jedną lekcję do przodu przed uczniami.

600 stron znakomitej lektury – również o sprawach dziś niemodnych: Bóg, honor, Ojczyzna. Świat jakiego już nie ma, ale też taki, który być może sami niektórzy z nas doświadczyli. Historie bliskie nam, podobne, może nawet zasłyszane podczas rodzinnych uroczystości. Przyznaję, w pewnym momencie pogubiłam się już kto jest kto, ale zupełnie mi to nie przeszkadzało rozkoszować się lekturą do samego końca. A moje wybuchy śmiechu spowodowały, że książkę czytają już inni członkowie rodziny.


Antoni Kroh – ur. 1942. Etnograf, historyk kultury, pisarz, tłumacz literatury słowackiej, wykładowca Collegium Civitas.


Wydawnictwo Iskry

środa, 26 stycznia 2011
wtorek, 18 stycznia 2011

Od razu zastanowiło mnie słowo – cuda w tytule - bo czyż można łączyć je z wyrafinowaną i chłodną nauką, która za wszelką cenę pragnie udowodnić swoje teorie, prawa, hipotezy i sam Bóg raczy wiedzieć co jeszcze? Owa rewolucja naukowa rozszalała się w duchu epoki romantyzmu. Wiek cudów. Właśnie szalenie wzrosło zainteresowanie naturą, zjawiskami, które w niej zachodziły. Pojawiły się marzenia o samodzielnych wyprawach w poszukiwaniu nieznanych lądów,  pełnych niebezpieczeństw. Dokonano serii przełomowych odkryć w zakresie astronomii i chemii. Autor pisze o nowej wizji, jaka wówczas się zrodziła, a którą określa się mianem wiedzy romantycznej. Richard Holmes wziął pod lupę okres pomiędzy dwiema słynnymi wyprawami odkrywczymi: podróżą dookoła świata kapitana Jamesa Cooka, zapoczątkowaną w 1768 i wyprawą Karola Darwina na wyspy Galapagos, Anno Domini 1831. To zaledwie 60 lat. Żeby docenić rangę odkryć tamtych czasów, trzeba zdać sobie sprawę z wielu trudności, jakie wówczas piętrzyły się przed naukowcami.


Kiedy James Banks (1743 - 1820) – botanik, późniejszy prezes Towarzystwa Królewskiego, wyruszał z Cookiem na Tahiti zabrał ze sobą na pokład statku dwóch artystów rysowników, którzy całą wyprawę, rośliny, zwierzęta uwiecznili na setkach szkiców, rycin, obrazów. To nie to samo, co proste zrobienie zdjęcia, ale ciężka, wielogodzinna praca.

William Herschel (1738 - 1822) – uzdolniony astronom amator, konstruktor teleskopów, muzyk, autor wielu odkryć astronomicznych, w tym Uranu, zjawiska promieni podczerwonych.

Herschel sam budował teleskopy - wprawiały one w zachwyt naukowców z czterech stron świata. Inna strona medalu jest taka - że to właśnie m.in. przez nie, ledwie wiązał koniec z końcem.

Jego siostra Caroline (1750 - 1848) (oboje na okładce) – kobieta nietuzinkowa, jedna z pierwszych kobiet naukowców – odkrywczyni ośmiu komet. Zżyta z bratem. Nie mogła pogodzić się z tym, że jego ożenek z  Mary Pitt ochłodził ich stosunki. Czuła się boleśnie zraniona i odrzucona. Bardzo podobała mi się ta postać w książce. Kiedy odkryła pierwszą kometę, zaczęły się uwagi pod jej adresem, coś w rodzaju – no cóż, to tylko szczęście początkującej. Docinki skończyły się w 1788 r., gdy odkryła drugą kometę. Torowała kobietom drogę do świata nauki na długo przed Marią Skłodowską – Curie. Dostała specjalne królewski stypendium, jako oficjalna „asystentka astronomiczna” brata.

Sir Humphry Davy (1778 -1829) – wybitny chemik i fizyk, twórca bezpiecznej lampy górniczej.


Mungo Park (1771 -1806) – niestrudzony podróżnik, badacz kontynentu afrykańskiego.

Wielka Afryko, czyli twoje słońce

Oświetla, a twe góry osłaniają miasto

Tak piękne, jak to, które rozjaśniały mroki

Starego Świata, czy to też jedynie

Baśń o Timbukto – sen równie ulotny

Jak tamte z czasów niepamiętnych?

[wiersz młodego Alfreda Tennysona, tłum. Maria Wójtowicz]

Dla mnie najciekawszy rozdział. Afryka, jakiej już nie ma. I szalona pasja, jakiś imperatyw wewnętrzny, który kazał rzucać wszystko i jechać, czasem na pewną śmierć. Przy jego historii zastanawiałam się, czy potrafię zrozumieć – obsesję, egoizm takich ludzi, porywczość, ich pęd ku nieznanemu.

Zobaczcie ich, tych szaleńców, którzy postawili wszystko na jedną kartę, poświęcili życie prywatne dla sprawy, twórczy, niespokojne duchy, romantycy. Wyrachowani naukowcy, a jednocześnie poeci, muzycy, z artystyczną duszą. Z marzeniami, bo przecież od nich wszystko się zaczęło. A gdy są marzenia to i cuda się zdarzają. Nie dziwię się, że właśnie w takiej epoce, epoce cudów, powstał Faust Goethego. Zaprzedać duszę diabłu za dostęp do wiedzy całego świata, za poznanie niepoznanego, spełnienie marzeń.

Książka, w której czuć pasję. Po latach doświadczyłam, że świat fizyki, chemii, astronomii może być fascynujący. Brakowało mi jedynie zdjęć, portretów, rycin. 650 stron (!) czyta się w mgnieniu oka.

Istnieje (...)  przenośnia nazywająca grubą książkę „cegłą”.

Otóż gdy czyta się z pasją, cegła staje się obłokiem i ulatuje wysoko, unosząc nas ze sobą.

(„Jak powieść” Daniel Pennac)

Wydawnictwo Prószyński i S-ka

niedziela, 09 stycznia 2011

Tytuł zdradza w zasadzie wszystko. Jest więc wystarczającą rekomendacją i zachętą, by po tę  nietuzinkową książkę sięgnąć. Weir bierze na „warsztat” te wątki historyczne, a przede wszystkim zogniskowane wokół nich wydarzenia i bohaterów, które mają przeważnie wyrobioną od pokoleń pozycję w świadomości ludzkiej. Kształtowały umysły, patriotyzmy i wyobraźnie. Są ogólnie znane, szeroko przytaczane, stały się fabułą wielu ekranizacji i spektakli. Niosły więc całkiem udanie i niosą wciąż (dla tych, którzy nie sięgnęli jeszcze po „Największe kłamstwa”) odpowiednie przesłanie. Niektóre z nich były elementem odwiecznej walki dobra ze złem, źródłem jakże budujących, wychowawczych legend, inne stanowiły ważny wkład w rozwój cywilizacji, czy nawet określonych systemów społeczno-politycznych. Teraz okazuje się, że nade wszystko okazały się po prostu… fałszywe.

Któż z nas nie pamięta z książek, ekranu lub z opowieści nauczycieli w szkole o krwawym zdobyciu stolicy Azteków przez hiszpańskiego konkwistadora Hernana Cortesa. Z krzyżem w ręku, w imię nawracania na chrześcijanizm, a tak naprawdę by rozszerzyć panowanie Hiszpanii i sięgnąć po legendarne bogactwa „złotego miasta”. Przecież, gdyby się dobrze zastanowić, to wcale nie wydaje się dziwne, że inne względy musiały zadecydować o zwycięstwie grupki żołnierzy Cortesa nad mieszkańcami blisko 200 tys. miasta. Aztekowie, skoro wywyższyli swoje panowanie i wpływy do tak niebotycznych rozmiarów, musieli przecież mieć opanowane wojenne rzemiosło. Trudno oczekiwać, że sami naiwnie wystawiali się pod topory i arkebuzy najeźdźców. Co więc przesądziło o ich przegranej, fizycznym unicestwieniu i w końcu całkowitym upadku jednej ze wspanialszych zapomnianych już cywilizacji?

Jeszcze bliższy jest nam obraz Wielkiej Rewolucji Francuskiej, a zwłaszcza tak ważnego jej prologu, jak zdobycie osławionej Bastylii. Ta olbrzymia twierdza – więzienie, jest do dziś symbolem uciemiężenia i wyzysku, krzywdy i upodlenia. Stąd jej zdobycie przez francuski lud w pierwszych dniach Rewolucji stało się podwaliną – wedle obowiązującego historycznego przekazu – systemu politycznego Republiki Francuskiej i generalnie wyzwolenia ludzi. Obalenie Bastylii równa się obaleniu tyranii i powstaniu demokracji. Ileż mamy na to przykładów, każdy z nas, ma z pewnością przed oczyma sceny jej zdobycia, utrwalane na obrazach, w literaturze, sztuce, a współcześnie w filmach, czy powieściach. No cóż, zza grobu śmieją się ci, co naprawdę byli świadkami tamtych wydarzeń i widzieli owe „zdobycie” legendarnego więzienia. Możesz, drogi Czytelniku pośmiać się i Ty, jeśli przeczytasz książkę Weir’a.

Jeszcze więcej doznań dostarczy rozdział o Protokołach Mędrców Syjonu. Niesamowita opowieść, dowód na to, że historyczne hochsztaplerstwo najwyższej próby, jeśli tylko trafi na podatny grunt, nadzwyczajne okoliczności polityczne, może stać się źródłem natchnienia dla wszelkiej maści komunistycznych i nazistowskich dewiantów, ich dyktatury i zbrodni. Są i bardziej łagodne oblicza książki, które każą dziś wyłącznie patrzeć inaczej na coś, co po prostu ciekawi i intryguje. Co niektórzy z pewnością pamiętają, odkurzany czasami przez polskie stacje, amerykański film Tombstone, w gwiazdorskiej obsadzie Kurta Russella jako szeryfa Wyatta Earp’a. Historia ciekawa, jak sam film, z tą różnicą, że w rzeczywistości ów dzielny szeryf na więzienne kraty powinien spoglądać z nieco innej pespektywy.

Recenzja napisana przez mojego męża Michała:)

Wydawnictwo MUZA

sobota, 08 stycznia 2011

Mam nadzieję, że Kosogłos zmieni trochę moją ostatnią orientację literacko - czytelniczą. Z przerażeniem spojrzałam na moje dwie ostatnie strony blogu – Cukiernia pod Amorem, Zaczarowany kwiecień, Emma, Dom tysiąca nocy. Tak jakoś babińcowato się tu zrobiło. O Boże – jeszcze Siedem kobiet. Na śmierć zapomniałam. Co cieszy, większość z nich to naprawdę fajne książki (z wyjątkiem Nurowskiej). Co do mojej blogowej babińcowatości. Zawsze tak było, ale w takim nasileniu – to chyba nigdy. Już nawet splądrowałam dzisiaj półki męża w poszukiwaniu utraconych ambitnych lektur, żeby te mnie aby nie ominęły.  Może coś krwawego, głębokiego, męskiego? Przegonił, że niby mu bałagan w jego bałaganie robię i potem niczego znaleźć nie może. Mamy ambitny plan, że po przeprowadzce, kiedy to biblioteka będzie że ho ho, będziemy mieli w niej taki porządek że ho ho i nie będę musiała szukać Parandowskiego pól dnia jak to miało miejsce przedwczoraj.  Z przyjemnością wróciłam do Czarnoksiężnika z Archipelagu LeGuin. Co to za książka. Ten to babińcowaty absolutnie nie jest. Gdzieś wyczytałam, że gdyby Harry’ego Pottera porównać do landrynek, którymi obżerają się bez końca nastolatki jak świat długi i szeroki, to w takim razie Czarnoksiężnik z Archipelagu jest wyśmienitą, szlachetną czekoladą. Belgijską - dodam od siebie, bo ta ponoć najlesza. Racja, racja, święta racja. W dodatku – jak nic autorka Harry’ego, autor Kronik Wardstone (świetnej serii o stracharzu) musieli czytać LeGuin – inaczej nie może być. Z ostatnich nowin – to jeszcze ta, że nie zgłosiłam się do żadnego z wyzwań, choć kuszą. Będę podczytywać, ale nie dam rady. Czasu, czasu mi trzeba. I jakoś nie umiem czytać według listy i planów. One swoją drogą – ja swoją. Zresztą to, co wyniknęło tutaj, też nie było zaplanowane.

Hello, hello:)
widzialam, że wyszła 3 czesc igrzysk smierci??!! czytalas juz??!!

Takie krótkie zapytanie przysłała moja siostra z dalekiej Danii na skrzynkę mailową jakiś czas temu. I nic więcej. Krótko, zwięźle. KONKRETNIE.Te podwójne znaki zapytania, te wykrzykniki. No i ta internetowa ortografia, a właściwie jej brak. Ci, którzy przeczytali dwie pierwsze części całej trylogii zrozumieją emocje. Bo one zdecydowanie biorą górę przy tej lekturze.  Po Igrzyskach śmierci i W pierścieniu ognia wszystko się jeszcze bardziej zagmatwało, a zamiast odpowiedzi na pytania pojawiło się jeszcze więcej niedomówień. Katniss ma być Kosogłosem – głosem uciśnionego ludu. Znalazła się  Trzynastym Dystrykcie, wśród rebeliantów. Stoją za nią murem, chcą podjąć walkę z Kapitolem o uwolnienie od morderczych igrzysk śmierci, niesprawiedliwości, wyzysku. Długo się zastanawia, targają nią wątpliwości. Nie wie, co z Peetą. Objęta ochroną czuje się jak w klatce, a ona chce wolności – krótkie wypady na polowanie do lasu, to tylko licha namiastka tego, co sprawiłoby jej tak olbrzymią radość.

Kosogłos podobał mi się najbardziej ze wszystkich trzech części. Ktoś może przyczepić się do tego, że w pierwszej części książki niewiele się dzieje. Ale właśnie to zrobiło na mnie wrażenie. Collins doskonale oddała ducha dziewczyny, która ma wykonać tak odpowiedzialne zadanie. Wie, że będzie zabijać, że zginie wielu ludzi. Nawet jeśli ktoś hołduje zasadzie, że przecież cel uświęca środki, musi przyznać, że to, co spadło na barki tej prostej dziewczyny z lasu, było ciężkie do udźwignięcia. Narracja toczy się leniwie – może to zniecierpliwić młode pokolenie wychowane na książkach akcji. Mimo, że w tle widać nowoczesne media, sprzęt, telewizyjne migawki, całe to efekciarstwo kultury masowej, Collins zwolniła. Wiele dzieje się w głowie głównej bohaterki. Śledzimy jej myśli, opinię na temat tego, co widzi i słyszy. A bractwo z Dystryktu Trzynastego, nawet jeśli walczy w imię słusznej sprawy, ma wiele na sumieniu. Dzieją się rzeczy straszne. Dzięki temu jest miejsce na refleksje, oddech. Czuć klimat przygotowań, niepokoju, strachu. A romantyczny wątek – nic nie napiszę, bo siostra podczytuje i mnie zabije jak zdradzę. Ale ja byłam … ok. ok. Słowo to słowo.

Przy książce W pierścieniu ognia stwierdziłam, że nie trzeba koniecznie czytać pierwszej części, by zorientować się, o co w tym wszystkim chodzi. Przy ostatniej - nie zachęcam do takiego kroku. Od wydania dwóch poprzednich części minęło trochę czasu i musiałam trochę pogimnastykować umysł, zanim wszystko trafiło na odpowiednie tory. Ktoś, kto wcześniej nie słyszał o Kapitolu, w Kosogłosie może nieźle się zaplątać i pogubić.

Jako ciekawostkę i jednocześnie zachętę  do sięgnięcia po trylogię, jako autorka drugiego blogu o książkach dla dzieci i młodzieży, donoszę, że Igrzyska śmierci otrzymały w Niemczech w minionym roku prestiżową nagrodę literacką Deutscher Jugendliteraturpreis, którą przyznało mu Jury Młodzieżowe.

Zawsze mam problem z recenzją kolejnej książki jakiegoś cyklu. Zatem, żeby za dużo nie zdradzać, że mordercą był ogrodnik, no ten z pierwszej części, który potem w drugiej części itp. itd. zamykam przysłowiową gębę na kłódkę i podsumowuję – warto sięgnąć. I żal, że to już koniec;(((

Wydawnictwo Media Rodzina

Zapraszam do candy książkowego. Szczegóły tutaj. Zapraszam!

czwartek, 06 stycznia 2011

Czasem myślę, że kobiety są dla mnie większą zagadką niż mężczyźni. Jestem z kimś blisko, pracuję długimi miesiącami, i nagle dochodzi do sytuacji, że stwierdzam - wiem, że nic nie wiem. Po książkę sięgnęłam z ciekawości – lubię podglądać ludzkie życiorysy. Byłam ciekawa, jak w krótkiej formie opowiadania autorka zdoła przekazać prawdę o siedmiu współczesnych kobietach. Najpierw okładka – siedem par oczu. Niektórzy twierdzą – wystarczy popatrzeć komuś w oczy, by dowiedzieć się wiele na temat człowieka. Ta okładka zaintrygowała mnie. Moje dzieci też. Leżała sobie książka przy łóżku – „Mamo, ile tu jest oczu. Każde inne!”.

Pewnie, że inne, bo i dusza każdego człowieka jest inna. Gdy skończyłam, długo patrzyłam na tę okładkę jeszcze raz. Szukałam dziecięcego spojrzenia, bo wbrew polskiemu przekładowi, jedna bohaterka była jeszcze dzieckiem.  Czasem jest to zaledwie wycinek z życia – zaledwie kilka godzin. Tak jak to było u Pauli. Działo się dużo, w szczególności złego,  ale te kilka godzin zadecydowało o podjęciu ważnej decyzji. Z Gretą jesteśmy dłużej. Cała metamorfoza trwała kilka tygodni. Kobiety w różnym wieku, o różnym statusie społecznym, pochodzeniu, parające się różnymi zawodami. Redaktorka, matka trójki dzieci,  artystka, żona farmera. Dużo w nich smutku, dużo znaków zapytania, strach przed przeszłością, strach przed jutrem. Miller odsłoniła rąbek kobiecej duszy. To niewiele. Ale z własnego doświadczenia wiem, że tak musi pozostać. Już takie jesteśmy…. Tak jest chyba ciekawiej, prawda?

Wydawnictwo MUZA

wtorek, 04 stycznia 2011


Cóż może wydarzyć  się, gdy w jednym miejscu zamieszkają zupełnie obce sobie kobiety? Tak różne od siebie – pochodzeniem, statusem społecznym, liczbą zer na koncie, światopoglądem, zainteresowaniami.  I do tego jeszcze to otoczenie. Piękne.  Toskańskie błękitne morze, słońce, czarowne kwiaty. Można by pokusić się o stwierdzenie – co za kiczowaty landszafcik. Nic z tych rzeczy.  Mamy dobrą powieść obyczajową z początków XX wieku. Anglia, zimna, deszczowa, zimowa. Zbliża się kwiecień, który jest tam jeszcze gorszy. Czas na ocieplenie. Nie tylko w przyrodzie. Konwenanse, konwenanse, konwenanse. Co jak co, ale właśnie w Anglii miały takie mocne podstawy. Kobiety zdominowane przez mężczyzn, bez prawa wyborczego, bez możliwości decydowania o sobie, silne mieszczaństwo z tradycjami. Ta książka pokazuje, że świat zaczyna się zmieniać. Nie jest to jeszcze emancypacja przez duże „e”, ani zrzucenie gorsetów, chociaż, powoli, małymi kroczkami… Nie jest to absolutnie wywrotowa powieść, bo nawet jeśli kobiety jadą same na wakacje (w tamtych czasach!), chcą zadecydować o sobie, chcą   same myśleć, i tak zaczynają tęsknić za swoją męską połówką, a ten zaczarowany kwiecień i włoski klimat sprawiają, że krew kobietom się burzy, a drogi marnotrawnych mężów prowadzą do Toskanii…

Pani Wilkins. Inicjatorka całego zamieszania. To ona znajduje ogłoszenie w gazecie o toskańskim zameczku do wynajęcia. To ona szuka wspólniczek na wakacje w kwietniu, by było … taniej. Tak tak, kobiety w dawnych czasach nie miały swoich pieniędzy. Wszystko oddawały mężom, a ci rozliczali je z każdej przysłowiowej złotówki. By wyjechać na wakacje musiały się nieźle nagimnastykować i kłamać jak z nut.

Pani Arbuthnot. Celem jej życia jest pomoc biednym, odmawia sobie wszelkich ziemskich przyjemności, przesadnie religijna, święcie wierzy, że cały czas pracuje na swój lepszy los … Tam. Choć ma bogatego męża, autora sprośnych historyjek z życia elit, jej byt jest skromny ale godny, cały czas myśli o innych. By wyjechać na wakacje do ciepłych Włoch – gotowa jest popełnić kłamstwo. A to w jej życiu nigdy nie miało miejsca.

Lady Caroline – z wyższych sfer, przepiękna, nad czym boleje, bo chciałaby, aby mężczyźni zobaczyli w niej coś więcej, niźli tylko ładną lalkę.

Lady Fischer – bogata, najstarsza z nich, doświadczona, pretensjonalna, na dystans, zimna, zawsze na straży porządku i moralności.

Właściwie można by powiedzieć, że w tej książce nic szczególnego się nie dzieje – ot cztery kobiety wyrywają się ze swoich domów, nie zawsze szczęśliwych, by odetchnąć ciepłym powietrzem we Włoszech, gdy w kwietniu akurat w Anglii leje jak z cebra. Rzecz dzieje się na początku XX wieku.  Sama książka ukazała się również w 1922 roku. Zarówno język, jej treść są znakiem tamtych czasów.  A jednak jest coś, co trzyma przy tej książce. W końcu to zaczarowany kwiecień, prawda? Ma ona wiele uroku, ciepła, subtelnego humoru. Musi też dojść do ciekawej konfrontacji tak różnych osobowości.  Całe otoczenie sprawia, że cztery damy otwierają się, pokazują, co skrywają tak naprawdę falbany długich sukien. Po tych wakacjach nic już nie będzie takie, jak było.

Są książki, przy których świetnie się wypoczywa, relaksuje.  Zaczarowany kwiecień właśnie taki jest.