Świat jest stworzony po to, aby stać się kiedyś piękną książką
Zakładki:
Książki 2013
Książki 2012
Książki 2011
A tutaj piszę o książkach
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Dekoratorskie
Książki - 2010
Książki- 2008
Książki- 2009
Napisz do mnie
Piszą o książkach
Strony o książkach
Szablon mojego bloga
Wydawnictwa
Wyzwania czytelnicze
Zaglądam również TU
Tagi
Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać
wtorek, 31 stycznia 2012

Bardzo lubię książki Pearl S. Buck. Chyba żadna z nich mnie dotąd nie zawiodła – a przeczytałam już ich kilka. Patrząc na dorobek noblistki z 1938 roku – 85 tytułów - to jeszcze wiele przede mną. Jak na razie ukazują się wznowienia – ciekawa jestem, czy możemy w przyszłości liczyć na coś nowego.

Tak się złożyło, że zaczęłam czytać tę książkę w dniu moich urodzin. Okazało się, że jesteśmy z bohaterką, Panią Wu, rówieśniczkami. I choć w moje urodziny nie zrobiłam bardzo poważnego rachunku sumienia, nie dokonałam wielkich zmian w moim życiu, to jednak jakaś część tej książki tkwi gdzieś we mnie – ale nie będę pisała o tym, gdyż wszystko byłoby zbyt osobiste. Pani Wu po 22 latach małżeństwa (ja mam zdecydowanie krótszy staż i młodsze dzieci), długoletnim matkowaniu i mężowi i dzieciom – powiedziała w końcu dość. Teraz chcę żyć głównie dla siebie. Chcę robić to, co mnie sprawia przyjemność, chcę czytać księgi, uczyć się, chcę odpocząć od trosk wielkiej rodziny. Wyszukuje dla męża konkubinę, a synom pozostawia rozwiązywanie ich problemów. Tyle że powiedzieć łatwo, zrobić trudniej. Dla swojego najmłodszego syna Pani Wu zatrudnia nauczyciela języka angielskiego – chrześcijańskiego księdza. To on zmienia jej życie o 180 stopni, sprawia, że Pani Wu patrzy na wiele rzeczy inaczej, dojrzalej i rozsądniej. Tak w kilku zdaniach przedstawia się treść tej książki – lecz za każdym razem, gdy sczytuję ten tekst, przebiegam oczami po napisanych wersach, zachodzę w głowę – czy aby o tym na pewno. Właściwie każdy z niej wyczyta coś dla siebie – bo wątek przewodni czyli Pani Wu i jej rodzina to tylko pretekst do tego, by poruszyć wiele innych ważniejszych tematów. I na tym polega wielkość Pearl S Buck. Jak wspomniałam wcześniej – noblistki. Zawsze gdy czytam jej kolejną książkę – składam ukłon w stronę szacownej Akademii – czego niestety nie zrobiłabym obecnie (zwłaszcza ostatni Nobel mnie rozczarował). Książki Buck – głębokie, mądre, niosą z sobą coś więcej aniżeli chęć pokazania jakiegoś dalekiego kawałka świata. W tym przypadku - polityka, wiara, religia, miłość, filozofia, tradycja, historia, sprawy społeczne – tego jest tak wiele, i wszystko tak umiejętnie ujęte, ubrane w dialog, opis, jakąś dygresję – przemawia za tym olbrzymi talent literacki. Dla zafascynowanych kulturą Dalekiego Wschodu – znajdziecie w tej książce Chiny jakich dziś już nie ma. Zniszczył je komunizm. Do domu Pani Wu dochodzą wprawdzie informacje o wielkich zmianach w dużych miastach – ale rewolucja jeszcze się nie zaczęła. Tylko od czasu do czasu wyczuwamy zapędy prokomunistyczne u jednej z synowych bohaterki. Dom Pani Wu – nie wiedzieć czemu – w tytule określony mianem pałacu, wydaje się mieć mocne fundamenty.  Musi jednak stawić czoła zmianom. Zmieniają się czasy, ludzie, mieszkańcy domu. Również Pani Wu…

 

Wydawnictwo MUZA



wtorek, 24 stycznia 2012

O książce zrobi się pewnie głośno właśnie teraz, gdy w telewizji można co środę śledzić – serial wszechczasów. Przyznaję, że to dzięki tym zapowiedziom dotarłam do lektury napisanej przez człowieka, który dotąd kojarzył mi się głównie z książkami innego gatunku. A tu taka niespodzianka. Właściwie wpadła w moje ręce sama, w bibliotece, przeczytałam informację okładkową i przepadłam. Spodoba się tym, którzy lubią historię w tle. A to ona jest tu główną bohaterką – XII wieczna Anglia, a akcja rozgrywa się na przestrzeni ponad 50 lat. Tom ma wybudować kamienny dom mieszkalny dla syna miejscowego możnowładcy Williama. Kiedy zepsuty młodzian dostaje kosza od swojej narzeczonej – budowniczy traci pracę. Wyrusza wraz z żoną i dziećmi w poszukiwaniu i pracy i nowego domu. Marzy o wybudowaniu katedry – to oznaczałoby dla nich bezpieczeństwo na całe życie. Kiedyś taka budowa trwała w nieskończoność – latami – ku uciesze majstra i jego pomocników. Nieszczęście Toma, problemy ze znalezieniem nowego miejsca pracy stają się początkiem wszystkiego – większych i mniejszych radości i smutków. Follett stworzył całą plejadę wspaniałych charakterów – tych, których tak bardzo lubimy, i tych czarnych, od których nas odrzuca. Najpierw świetny rys szlachetnego Toma (jego serialowy wizerunek nijak mi pasuje do opisu w książce), potem przeora Philipa, Jacka - przybranego syna, rudowłosego zadziory, w końcu Alieny, hrabianki, której uroda tak bardzo olśniewa na kartach książki. Potem czarne charaktery – mistrzowsko nakreślony wreda William i biskup Waleran i cała armia ich sługusów. Ważne i mniej ważne postacie – którym autor poświęca dużo uwagi, a  które tak dużo wnoszą do całej powieści. Follett zabrał się za całkiem nudny temat – budowa katedry – a stworzył świetną powieść, gdzie splata się tak wiele wątków: walka o władzę i wpływy, namiętności, nienawiść i zemsta. Historia to jeden z ciekawszych bohaterów – dzięki narracji Folletta widzi się dawne miasteczka angielskie utaplane w błocie, gawiedź myjącą się dwa razy do roku, słyszy się chrzęst mieczy podczas krwawych bitew, miarowe powtarzanie modlitw przez mnichów w środku nocy. Można zajrzeć do średniowiecznego domu, do alkowy, do gara ze strawą na palenisku.

Trochę marudziłam przy wyprawie Alieny na kontynent w poszukiwaniu swojego ukochanego. Dziwne zbiegi okoliczności drażnią, autor naciąga pewne fakty, by osiągnąć swój cel – w efekcie ta podróż kończy się trochę przesłodzonym happyendem – dla mnie kiczowatym. I to jest mój jedyny zarzut. Potem wszystko wraca do normy, akcja rozwija się bez takich dziwacznych niespodzianek. 

Po przeczytaniu pierwszego tomu skusiłam się na wspomniany powyżej serial wszechczasów. Bez wcześniej przeczytanej książki – faktycznie może się podobać. Ale po lekturze? Jest tak jak z kozą, która na ulicy znajduje taśmę filmową. Drażnią skróty, przeinaczenia i wyobrażenia bohaterów. Nie skorzystałam ponownie z możliwości obejrzenia dalszego ciągu.

 

Liczba stron niech nie przeraża – 830 – naprawdę świetnie się czyta.

Wydawnictwo Albatros



sobota, 07 stycznia 2012

Myślę, że ci którzy czytali dwa poprzednie tomy Cukierni pod Amorem z niecierpliwością wyczekiwali trzeciego – ostatniego. Autorka trzymała nas w napięciu przez niemal cały ostatni rok. Pamiętam w listopadzie 2010 byłam z dziećmi nad morzem w sanatorium i tam pochłonęłam Cieślaków. Kilka miesięcy wcześniej Zajezierskich. Teraz – Hryciów. Losy trzech rodzin splecione ze sobą. Trzy grube tomy, każdy blisko 500 stron. Od żadnego nijak się odkleić, tak że lektury starcza zaledwie na 2 - 3 dni.  W ostatnim – miało się w końcu wyjaśnić, co to za mumia spoczywała przez długie lata pod gutowickim rynkiem. I się wyjaśniło. Przy czym, gdy czytałam o tym, przypomniałam sobie, słowa wypowiedziane przez Adama, którzy zauważył podczas rozmowy z młodym dziennikarzem: Niewyjaśnione tajemnice prawie się nie zdarzają. Zresztą czasem zagadka jest ciekawsza od rozwiązania. Bo przecież całe to zamieszanie wokół szczątek odkrytych przez archeologów było początkiem fascynującego cyklu, a sama tajemnica …. też zaskakuje, choć u mnie pozostał niedosyt. Zresztą bohaterowie po tym odkryciu i tak szybko przechodzą do porządku dziennego. Muszę przyznać, że całe to zamieszanie wokół sprawy spowodowało, że oczekiwałam chyba więcej sensacji, więcej nieoczekiwanego i tajemnicy. Ot, Autorce udało się mnie owinąć wokół palca.

Warto, by ci, którzy nie czytali książki, zaczęli jednak od początku. Mam doświadczenie z tytułami (Ostatnio Millennium Larssona), które czytałam od numeru drugiego, albo trzeciego – a te zdradzały informacje z pozostałych części. Potem nie było frajdy z czytaniem pozostałych części. Mimo że Autorka wyjaśnia wiele, przynajmniej na początku wprowadza w klimat, wyjaśnia co i jak, na czym stanęło w ostatnim tomie, to jednak – wierzcie mi – to nie to.

Wszystko zaczyna się w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia. Tajemniczy pierścień, jaki miała na palcu wyżej wymieniona mumia należał kiedyś do rodziny Hryciów, właścicieli Cukierni pod Amorem. Okazuje się, że ich losy są tak powiązane z innymi, w dodatku poplątane, niesamowicie zamieszane, że wyszła z tego naprawdę pasjonująca historia. W dodatku Autorka pokusiła się tu o zabieg, który lubię – miesza współczesność z przeszłością. Przenosimy się do wieków wcześniejszych, poznajemy historie wszystkich rodzin, ciekawe tło społeczne, kulturowe, jest dużo informacji z historii. I jak to zwykle w takich książkach bywa – Autorka stanęła przed trudnym zadaniem – jak to wszystko pogodzić – by zainteresować, nie zanudzić, mało tego – by po pierwszym tomie zostać wiernym czytelnikiem i popędzić do księgarni, jak tylko pojawi się kolejna część. Jej udało się to znakomicie – o czym świadczą achy i ochy czytelniczek. W moim domu też ogarnęła nas Cukieromania. Najpierw ja, potem mama, teraz siostra w Danii.  Jeśli ktoś lubi takie klimaty – naprawdę polecam.

 

Zajezierscy

Cieślakowie

Wydawnictwo Nasza Księgarnia