Świat jest stworzony po to, aby stać się kiedyś piękną książką
Archiwum
Zakładki:
Książki 2013
Książki 2012
Książki 2011
A tutaj piszę o książkach
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Dekoratorskie
Książki - 2010
Książki- 2008
Książki- 2009
Napisz do mnie
Piszą o książkach
Strony o książkach
Szablon mojego bloga
Wydawnictwa
Wyzwania czytelnicze
Zaglądam również TU
Tagi
Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać
czwartek, 31 stycznia 2013

Lubię w ostatnim czasie sięgać po audiobooki. Wymóg czasów – dzieci potrzebują coraz większej uwagi, szkoła, praca, jeszcze hobby – nie tylko książkowe. Lubię coś grzebać w domu, a  w tle leci (jak to brzmi) książka. Gdy są dzieci na dole, często słuchamy czegoś przeznaczonego dla nich. Wieczory są dla mnie. Pewnie audiobooki będą pojawiały się tu coraz częściej. Ostatnio sprawiłam sobie Sekretny język kwiatów. Nie kierowałam się wcześniej blogowymi recenzjami. Zainteresował mnie opis książki i postanowiłam zakupić w ciemno. Jest to opowieść o Viktorii, która jest wychowanką domu dziecka i właśnie wchodzi w dorosłość. Dla pełnoletnich dzieciaków, nie ma już ani miejsca ani serca w instytucjach państwowych. Z jednej strony razem z Viktorią poznajemy trudne realia samodzielnego życia, gdzie trudno dać sobie radę bez wsparcia najbliższych, domu, dobrego wykształcenia. Z drugiej – to retrospekcja, powrót do przeszłości, dzięki czemu mamy wgląd do tego, jak przebiegało dzieciństwo tej opuszczonej przez matkę dziewczynki. Ciekawym elementem fabuły jest miłość do kwiatów i znaczenie poszczególnych roślin, dzięki czemu można prowadzić komunikację z drugą osobą. Jest to nawiązanie do czasów wiktoriańskich (pewnie imię bohaterki też nie jest przypadkowe), kiedy to bardzo popularna była właśnie komunikacja przez kwiaty. Książkę zdecydowanie należy zaliczyć do działu z literaturą kobieca. Czasem ckliwa, niekiedy nieprzewidywalna, podobnie jak Viktoria, która jest osobą nieprzewidywalną, trudną. Ale to właśnie dodaje smaczku tej książce.

O lektorze: słuchając Katarzyny Zielińskiej odniosłam takie wrażenie, że słucham Viktorii. Ma na to wpływ  pewnie narracja w pierwszej osobie, ale też interpretacja lektorki. Czyta wczuwając się w swoją rolę. Jest tu miejsce na smutek, radość, niepewność, złość, nienawiść. Aktorka umiejętnie pokazała  stany wewnętrzne Viktorii – przy czym robi to z umiarem, bez zbędnej nadinterpretacji, która prawdę powiedziawszy, akurat by mi się nie spodobała.


Wydawnictwo Świat Książki

 

środa, 30 stycznia 2013

Czekanie w kolejkach do lekarzy specjalistów ma jedną wielką zaletę – można nadrobić zaległości lekturowe. Mnie udało się przez kilka godzin przeczytać Ostatnią królową. Inni wzdychali z nudów, wałęsali się smętnie po korytarzu, a  ja przeniosłam się do Hiszpanii i Flandrii końca XV i początków XVI wieku – do czasów odkryć geograficznych, inkwizycji  i oczywiście walk o jak największe wpływy na kontynencie. To co zwróciło moją uwagę to fakt, że książka konsekwentnie burzy mit słodkiego życia księżniczki i królowej. To  żywot niełatwy i niewolny od trosk.  Lektura o hiszpańskiej księżniczce – Joannie – córce Izabeli i Ferdynanda (to oni finansowali wyprawę Kolumba do Nowego Świata). Poznajemy ją w wieku 16 lat.

Właśnie otrzymała wiadomość, że plany jej związku małżeńskiego z księciem Flandrii – Filipem Pięknym muszą być jak najszybciej zrealizowane – dla dobra jej ojczyzny. Nieprzyjaźni sąsiedzi łakomie oblizują się bowiem na tak smakowite kąski jak Kastylia i Aragonia. Joanna udaje się do nowej ojczyzny niechętnie. Chciałaby zostać w domu, bliżej przy rodzinie. Jednak życie spłatało jej figla. Nie spodziewała się, że Filip tak bardzo zawładnie jej osobą. Do końca. Książka na pewno dla tych, którzy lubią historię w tle. Mnóstwo informacji na temat życia na dworze flandryjskim i hiszpańskim w minionych wiekach – o knowaniach, intrygach, plotkach. O tym że życie księżniczki to też niebezpieczeństwo, ubezwłasnowolnienie, działania wbrew swojej woli, niemoc. Czasem władza tylko – i wyłącznie na papierze bowiem tę najczęściej sprawował ktoś inny.  Duże wrażenie zrobiły na mnie relacje na linii rodzice – dzieci, mąż – żona, rodzeństwo. Nie brak tu jadu, niepewności, złości, wręcz nienawiści. A wszystko w imię wyższych celów, dobra ojczyzny. Jak to się stało, że żona dziedzica rodu Habsburgów została Joanną I Kastylijską, którą historia nazwała Szaloną  i Obłąkaną. A przecież wszystko zapowiadało się tak pięknie. Miłość od pierwszego wejrzenia – wszystko powinno potoczyć się jak w bajce. Tylko, że życie księżniczek w rzeczywistości wyglądało zupełnie inaczej. W rozmowie z ojcem Joanna dowiaduje się, że przeznaczeniem księżniczek nie jest ich osobiste szczęście. Pamiętajcie o tym czytając tę książkę.


Wydawnictwo Publicat



sobota, 26 stycznia 2013

Zdecydowanie wolę czytać o telewizji, aniżeli ją oglądać. Z różnych powodów:  brak czasu, całe mnóstwo hobby, praca, małe dzieci. Ale przyznaję, że dla dobrego programu, filmu znalazłaby się chwilka. Winę spycham zatem na drugą stronę. Jeżeli jest coś ciekawego, to zazwyczaj bardzo późno. A ciekawych propozycji – i tak jak na lekarstwo. Dla kogoś, kto codziennie wstaje po piątej, by zdążyć do pracy, to wyzwanie nie lada. Ale rozumiem zachwyt zjawiskiem telewizji. Bo to jest zjawisko. I zawsze było. Tak wynika z opowiadań rodziców czy starszych znajomych, a które pewnie powtarzają się niemal w każdym polskim domostwie. Że pojawienie się telewizji w jakimś domu, na ulicy oznaczało tłum bliższych i dalszych znajomych, zloty rodzinne – a wszystko przez magię ekranu. I zachwyt nad gwiazdami – co przejawiało się w najbardziej prostych formach przenoszenia gwiazdorzenia na swoje rodzime podwórko – jak choćby fakt, że niemal każdy pies w promieniu kilkunastu ulic w małej mieścinie wabił się … Szarik. A podczas spotkań rodzinnych od czasu do czasu padają stwierdzenia potwierdzające niejako tytuł książki. – Kiedyś to była dopiero telewizja. Nie to, co teraz. Reklamy, reklamy , w kółko reklamy. I byle jakie filmy i programy. I tu się zaczyna wyliczanka tych wspaniałości w kolorze czarno - białym sprzed lat. Nieważne, że obraz czasem niewyraźny, że trzeszczało, że antena nie zawsze odbierała prawidłowo.

Autor wykazał się przede wszystkim znawstwem tematu. To absolutnie nie osoba przypadkowa: zna telewizję od podszewki, ludzi – tych z pierwszego planu, jak i tych z zaplecza. Pasjonat, może nawet … pracoholik, który pracę przynosił do domu – żył nią, oddychał, spał.  Wie co kto powiedział i kiedy. Wysuwa swoje teorie, interpretuje cudze. Dywaguje – co by było gdyby. Pisze i cytuje odważnie – co może nie zawsze odbije się pozytywnym echem w środowisku. Książka, która na pewno nie jest łatwą książką – bo jak objąć całościowo te 60 lat telewizji w Polsce. Wybrać co najistotniejsze, najciekawsze. I to taki trochę kij w mrowisko. Michalski nie unika tematów kontrowersyjnych – ma swoją teorię na ich temat, co może nie zawsze spotkać się ze zgodą wszystkich zainteresowanych. Zapowiada się też tom drugi, którego zawartość podana została na samym końcu.


 

W części pierwszej omówione zostały początki telewizji, które – wiadomo łatwe nie były. To co wpłynęło na jej charakter, to przede wszystkim ludzie, którzy ją tworzyli. Autor skupia się na tych, których można było zobaczyć na szklanym ekranie, których wspomina wielu, zna charakterystyczny głos, powiedzonka. Ale również tych po drugiej stronie kamery, autorów scenariuszy, dekoracji. W końcu też łowców głów. Czytając o losach niektórych osobowości telewizyjnych, łatwo stwierdzić, że ich historie brzmią jak bajki o Kopciuszku. Jak choćby przypadek Edyty Wojtczak, której zdjęcie w gazecie zobaczyła Irena Dziedzic, po czym przez ogłoszenie szukała  ładnej buzi po całej Polsce. Autor opisuje znane i popularne programy, pokazuje jak zmieniały się w  ciągu lat, stara się wyjaśnić, dlaczego musiały zostać zdjęte z programu, bądź, dlaczego w dzisiejszych czasach nie miały by wręcz racji bytu. Ciekawe jest uzasadnienie choćby dla kultowej Kobry (teatr sensacji) i programów dla dzieci. Jeden z ciekawszych rozdziałów to ten poświęcony Kabaretowi Starszych Panów. Po jego lekturze pół nocy przesiedziałam na słuchaniu starych piosenek, szukaniu tekstów i dodatkowych informacji na temat duetu Przybora – Wasowski. Nie wierzę, że tę książkę można czytać bez sentymentów: bo przecież pamiętam i początki Teleexpressu, i Piątek z Pankracym, program 5 - 10 - 15, poniedziałkowy teatr. Przez książkę przewija się masa ludzi. Wystarczy spojrzeć w indeks osób. Oczywiście, że są ploteczki i ciekawostki. Prawdę mówiąc zdębiałam, gdy wyczytałam, że gospodyni kultowego Tele - Echa sama przygotowywała wywiady z zaproszonymi gośćmi, to znaczy - pisała i pytania i ... odpowiedzi. Goście musieli się tego TYLKO nauczyć na pamięć. Ponoć nie cierpiała, gdy ktoś z zaproszonych zaczynał tworzyć coś swojego.

 

W książce informacje na temat kulisów programów sportowych, dziecięcych, młodzieżowych i rozrywkowych, Dziennika i Wiadomości, Tele-Echa, Pegaza, teatru, Kabaretu Starszych Panów.

Taka telewizja to na pewno już przeszłość. Nie było w niej reklam, często programy leciały na żywo - nie myślano z początku o tym, by je zapisywać na taśmie. Stąd wiele dobrego z przeszłości - niestety - przepadło. Tamta telewizja to niesamowita gra aktorska - gdzie na oczach tysięcy widzów aktor musiał dać z siebie wszystko, bo nie było możliwości powtórki. To też czasy, kiedy za bardzo nie przejmowano się prawami autorskimi - dotyczyło to przede wszystkim słynnych kryminałów, na podstawie których przygotowywano słynny teatr sensacji.

Napisałam na wstępie, że nie jestem miłośniczką telewizji. Zdecydowanie wolę radio. Zwłaszcza Jedynkę. Z przyjemnością przeczytałabym podobną książkę właśnie o tej stacji, która często towarzyszy nam od rana do wieczora, samochodu nie wyłączając:)



Pankracy

środa, 09 stycznia 2013

Wpis będzie dotyczył nie tyle samej Marianny, bohaterki kultowej dla wielu książki Marianna i róże, co jej córki. Otóż na samym końcu lektury można przeczytać informacje o bohaterach i ich potomkach. Wśród nich ta, jakoby córka Marianny – Zofia Górska zmarła w 1952 roku w Kosowie koło Gostynia. Nie wiem, gdzie mogła mieszkać. Zastanawiałam się nad tym nie raz, bo Kosowo trochę znam z widzenia – w czasie letnich wycieczek rowerowych czasem przejeżdżamy przez tę wioskę, która nie leży na drodze głównej, tylko trzeba zboczyć z drogi głównej prowadzącej do Leszna.  Jakoś nie mogę jej umiejscowić. Czyżby mieszkała w pałacu? Raczej nie, bowiem jako przedstawiciel rodziny ziemiańskiej nie była tam mile widziana. Przez wiele lat w budynku pałacu funkcjonowała szkoła średnia, w której miałam krótki epizod pedagogiczny. Wiosną zeszłego roku razem z dziećmi pojechaliśmy do parku okalającego budynek pałacu. Park jest przepiękny, zwłaszcza wiosną, kiedy kwitną tam tysiące zawilców. Budynek w tej chwili zniszczony i zaniedbany, nieremontowany, z dziwaczną dobudówką – aulą, w której odbywały się szkolne imprezy. Ciekawa jestem, jaki pomysł na to miejsce ma nowy właściciel. A do parku weszliśmy, póki jeszcze można. Za chwilę będzie to teren zamknięty. Z Kosowa niedaleko jest do Żelazna, gdzie Marianna z mężem przenieśli się sprzedawszy uprzednio majątek w Ostrowieczku w 1916 roku. W książce czytamy:

W 1927 roku przekazali Żelazno synowi Stanisławowi, a sami zamieszkali w Poznaniu przy ulicy Konopnickiej 9.

Do Żelazna też czasami jeździmy na rodzinne wycieczki. Lubimy dzikie plaże w lesie, gdzie panuje miły chłodek i nie ma dużo ludzi. Choć komary są tam wyjątkowo natrętne.

Jakiś czas temu napisała do mnie pani Monika, której prababcia podobno służyła przed laty w dworku w Ostrowieczku. Jeszcze kilka lat temu stan majątku w  Ostrowieczku zrobił na mnie fatalne wrażenie, o czym pisałam na moim blogu. Podobno wiele dobrego zrobiono w tym miejscu. Może kiedyś będę miała znów okazję, by odwiedzić to miejsce. Wtedy zdam relację:) Od Pani Moniki wiem, że być może powstanie tam restauracja. Moim zdaniem świetny pomysł – kolejne miejsce literackie, w którym będzie można mile spędzić czas. Przyszłość pokaże, ile w tym prawdy. A jak się zmienia na dobre - można podpatrzeć tutaj:)

Zdjęcia wiosenne, odkryte niedawno na jakimś zagubionym przed miesiącami pendrivie. Nie chce czekać do wiosny – stąd zawilce zimą:)



A tutaj las w okolicy Kosowa


piątek, 04 stycznia 2013

Trudno uwierzyć, że medycyna konwencjonalna jest dyscypliną stosunkowo młodą. Z jej rozwojem związane są takie nazwiska jak Roentgen, Maria Skłodowska – Curie, Koch, Pasteur. A przecież one z kolei kojarzą nam się z czasami nie tak znów odległymi. A więc co było wcześniej? Bo przecież ludzie chorowali zawsze. Tym czymś była medycyna ludowa, o której autorka w słowie wstępnym pisze tak:

Medycyna dawna, tradycyjna, ludowa, w wielu swych przejawach będąca obecnie przeżytkiem – była zatem rozległą, złożoną dziedziną wiedzy, w której mieszały się, współistniały i splatały empiria i pewne elementy racjonalne oraz magia, praktyki mistyczne, a także niezliczone przesady i zabobonne praktyki mistyczne, a także niezliczone przesądy i zabobonne praktyki.

Brrr. Lektura wciągająca jak najlepszy thriller, bo nie sposób się nie otrząsnąć czytając o zastosowaniu kreciej krwi, rosołu z czarnego koguta, zęba jadowego żmii czy odwaru z myszy. Lektura przeraża i fascynuje zarazem. Znacie to uczucie: zamykacie oczy, ale bardzo chcecie coś zobaczyć. Tu jest podobnie.

Autorka sięga do najdawniejszych czasów – do średniowiecza, idzie śladem ludzi, którzy parali się leczeniem. Czy możecie sobie wyobrazić cóż to byli za ludzie? Doktorzy, cyrulicy, łaziebnicy, kaci(!). Opisuje metody leczenia w poszczególnych epokach, narzędzia stosowane przy zabiegach, instytucje, które miały za zadanie fachowe leczenie obywateli. Zagląda do aptek – klasztornych i miejskich, do dworskich apteczek, których to zasoby odpowiadały wielkości i zamożności domu. Dokonuje przeglądu literatury fachowej, zielników, kompendiów i licznych kalendarzy, które udzielały także porad lekarskich. Zaciekawił mnie zwłaszcza rozdział o babkach, znachorach, guślarzach, od których aż roi się w naszej rodzimej literaturze. Wiele z nich za swoje praktyki przypłaciło życiem. Jak nazywano poszczególne narządy, co mówiono na temat chorób, co to były zarazy i mory, jak Kościół postrzegał medycynę, dlaczego często odprawiano egzorcyzmy nad opętanymi. Dużo miejsca poświęcone jest popularnym ziołom i roślinom leczniczym jak i lekom organicznym pochodzenia zwierzęcego: jak jajka, bocianie sadło z gorczycą i gorzałką, psi tłuszcz, sierść wściekłego psa, zęby konia.

Autorka nie pomija tak zwanych tematów tabu: choroby weneryczne, aborcja, dzieci niechciane.

Wiele rzeczy zaskakuje – taki cyrulik chirurg był uważany za lekarza niższego stopnia, adepci medycyny leczyli ludzi, a na oczy nie widzieli ludzkich organów (na ich wykorzystanie do celów naukowych była potrzebna zgoda papieża), nie dbano o higienę, To tylko kilka przykładów tego, o czym można tutaj przeczytać. Książka ukazała się w znanej i ambitnej serii Ocalić od zapomnienia. W środku mnóstwo ilustracji, zdjęć, ciekawostek. To kawał naszej historii , ciekawy obraz życia społeczeństwa na przestrzeni wieków.

Wydawnictwo Muza