Świat jest stworzony po to, aby stać się kiedyś piękną książką
Archiwum
Zakładki:
Książki 2013
Książki 2012
Książki 2011
A tutaj piszę o książkach
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Dekoratorskie
Książki - 2010
Książki- 2008
Książki- 2009
Napisz do mnie
Piszą o książkach
Strony o książkach
Szablon mojego bloga
Wydawnictwa
Wyzwania czytelnicze
Zaglądam również TU
Tagi
Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać
sobota, 28 lutego 2009

Jeśli ktoś rozpoczął swoją znajomość z laureatką Literackiej Nagrody Nobla z 1938 od Łaskawej ziemi- ten zawsze przy kolejnej książce pisarki będzie czuł pewien niedosyt. To tak jak z pierwszą miłością- każdy następny obiekt naszego zainteresowania będzie zawsze poddawany próbom i porównaniom, niezależnie od naszej woli. Gdzieś to w nas siedzi i nic na to poradzić nie można. Tak jest właśnie w moim przypadku- zaczęłam od przepysznego deseru- cdn. jest już tylko pyszny. Mówi się trudno. Łaskawa ziemia sprawiła jednak, że zwróciłam uwagę na pisarkę, o której przypadkowo gdzieś coś przeczytałam, zaraz popędziłam do biblioteki i zmusiłam szanowną panią bibliotekarkę, by z magazynu wyniosła, co miała na stanie. Wtedy nie było tego zbyt wiele i wszystko dużo starsze ode mnie- trochę zakurzone, o charakterystycznym zapachu książek zapomnianych. Jednak to i tak wystarczyło, bym zainteresowała się bliżej twórczością noblistki. Bardzo chętnie sięgam po coś nowego- przyznaję, z nadzieją, że nowa książka pobije wspomnianą już Łaskawą ziemię.

W powieści Ukryty Kwiat autorka podjęła tematykę amerykańsko- japońską. Temat dość bolesny- okupacja amerykańska w Kraju Kwitnącej Wiśni, miłość młodziutkiej i pięknej Japonki i amerykańskiego żołnierza. Trudno kochać, gdy ma się przeciw sobie wszystkich i wszystko- rodzinę, tradycję, stereotypy, zranione społeczeństwa i przepisy zakazujące wiązania się z kolorowymi. Czy młodym uda się pokonać przeciwności i znajdą szczęście oraz sprzymierzeńców w najbliższych im osobach? Zachęcam do szukania odpowiedzi na własną rękę.

(...)miłość to nie rozsadek, to zaledwie uczucie. Szybko przemija, a życie płynie dalej. [Ojciec Josui]

Pearl S. Buck umie swoim powieściom nadać specyficzny i oryginalny klimat, a mimo nobliwego wieku ich język jest nadal świeży i aktualny. Również i w tej powieści. Książkę czyta się z prawdziwą przyjemnością i szybko.  Tak jest ze wszystkimi powieściami Buck- wciągają niesamowicie i zazwyczaj zarywa się noc- ja tak w każdym razie mam:) Znajdziemy tu tematykę innych kultur (wszystkie książki, z którymi do tej pory miałam do czynienia traktowały wyłącznie o Chinach), szukanie nici porozumienia między Wschodem i Zachodem. W ciekawy sposób ukazane zostały  różne przeżycia, reakcje, emocje i mentalności. Powieść przedstawia życie kobiety i mężczyzny, którzy muszą się nauczyć, jak radzić sobie z komplikacjami niesionymi przez życie w świecie, gdzie Japończycy i Amerykanie nie zakochują się w sobie, a tym bardziej nie zawierają małżeństw. 

Pisarka otrzymała nagrodę również za wkład w literackie porozumienie między narodami. W tej powieści ten aspekt jest wyjątkowo wyraźny. Książkę - pyszną- do zjedzenia polecam.

piątek, 27 lutego 2009

Bardzo osobista, wzruszająca i wartościowa książka o bólu, pogodzeniu się z losem i miłości matki do dziecka. Nie wiem, czy wypada powiedzieć o tej książce, że się podobała. Bardzo ją przeżyłam i często o niej myślę- w ciszy, ciemności, gdy słyszę pochrapywania moich dzieci. Nie jestem w stanie nic więcej napisać- książka jest zbyt osobista, a jakakolwiek próba mojego wejścia do opisanego świata byłaby, moim zdaniem, nie na miejscu. Dla mnie- jedna z tych lektur, które pamięta się przez całe życie.

Ja wierzę, że cierpienia mają sens. Wiodą do jakiegoś celu. Już nawet zaczynam się do nich uśmiechać. Mogę opowiedzieć o zupełnie niezwykłej drodze, jaką przebywa się, kochając chore dziecko: zaczyna się je akceptować w każdej formie istnienia. I tak jak na początku chorobę trudno przyjąć, trudno pozbyć się złudzenia, że dziecko szybko wróci do zdrowia., tak później nagle dostrzega się, że właśnie ta milcząca, śliniąca się, bezwładna osoba wiedzie pełnowartościowe życie. Dojrzałam do pełnej akceptacji stanu Oli. Daję jej odczuć, że ma moją miłość w każdym momencie swego życia, jakiekolwiek by ono było. Doświadczenie obdarzania taką miłością powinien mieć każdy człowiek- i biedny, i bogaty. To chciałabym przekazać innym.

Wiem, że są miłośnicy tej książki- jednak ja nie dałam rady. Oddałam do biblioteki, nie powiem, nawet z wyrzutami sumienia- w końcu złotą połowę miałam już za sobą. Książka miejscami była wciągająca, potem odłożyłam ją na dłużej, niestety nie umiałam już do niej powrócić, wszystko mnie w niej denerwowało- mówi się trudno. A skoro już jestem na "nie", to taka skromna uwaga- okładka nie oddaje w ogóle charakteru i klimatu powieści. Jest jeszcze coś- utkwiło mi jedno zdanie, chyba z początku powieści- główny bohater kupował lekturki namiętnie i zawsze twierdził, że książki to nie wydatek, lecz ... inwestycja. To akurat bardzo mi się spodobało;)

czwartek, 26 lutego 2009

 

Hania Bania- Królowa samby jest właśnie taka, jak ów słynny gorący gatunek muzyki- wesoła, pełna życia i przebogata w najróżniejsze wariacje i wygibasy głównej bohaterki. Haneczka przed kilkoma miesiącami przebojem wtargnęła w życie mojej rodziny- a  po książkę ustawiła się dość spora kolejka zainteresowanych w różnym wieku. Nic dziwnego, że z wielką przyjemnością i ciekawością przeczytałam drugą część jej pokręconych losów. Hanna Bakuła i tym razem z dużą dozą humoru opowiada losy dziesięcioletniego pękatego jak bania dziewczątka. I już drugi raz zastanawiam się, ile w tych opowieściach jest Hani Bani, a ile samej autorki, bo wśród wymyślonych historyjek, jest dużo wątków autobiograficznych, to pewne.

Hania nadal jest jak kolos rodyjski wśród rówieśników, apetytu mogliby jej pozazdrościć drwale z kanadyjskiej puszczy, ma fantazję, że ho ho, kłamie tak, że sama zaczyna się gubić, co jest prawdą, a co nie, rośnie w zastraszającym tempie, rozumie coraz więcej, jest diabelsko zdolna, oczytana,  choć i pełna kompleksów, co wywołuje cała masę problemów. Pękatość wraz z wiekiem zaczyna jej coraz bardziej przeszkadzać, pontoniki tłuszczu już nie są takie słodkie, a pulchniutkie policzki nie wywołują takiego zadowolenia podczas przeglądania się w lustrze, nawiasem mówiąc pełnego Hani Bani. W każdym rozdziale ciekawe kolaże autorki- pokryte patyną czasów minionych, zrobione ze zdjęć z prywatnych zbiorów, wycinków z PRL-owskich żurnali i kopii XIX-wiecznych rycin. W tle- miniona epoka ze  wszystkimi swoim absurdami. Podobnie jak w pierwszej części, autorka i tu przygotowała na końcu dodatek specjalny. W Hani Bani- było kulinarnie (chleb z masełkiem i cukrem rozkleił na dobre starszych wiekiem w mojej rodzinie), teraz jest kosmetycznie- czyli wszystko o pielęgnacji  urody domowymi sposobami- rady dla dzieci i innych zainteresowanych. Również i tutaj jest wesoło. Jak dbać o włosy, ręce, buzię, jak myć pachy i hm... hm...  pupę. Dowiemy się, cóż takiego robi król szwedzki, by zachować i zdrowie i urodę, poznamy wskazówki ogólne dla chcących schudnąć. Koniecznie muszę sobie wziąć do serca, że w żadnym razie nie mogę już nigdy więcej !!!:( -primo- zjadać więcej niż pół kilo cukierków dziennie i secundo- jeść samego masła, a jeśli, to pół kostki góra. Ponoć efekt murowany.

Hanna Bakuła potrafi, jak rzadko kto, śmiać się z siebie. Nie ma dla niej tematów tabu- a zaśmiewając się z siebie, tak naprawdę uświadamia nam naszą zaściankowość, przywary i  klapy na oczach. Gwiazda, a nie gwiazduje i chwała jej za to. Nie ma nic trudniejszego, a jednocześnie piękniejszego- niż umiejętność spojrzenia na siebie z przymrużeniem oka- i tego i Hani Bani, i autorce zazdroszczę i uczę się od nich- Pozdrawiam i polecam- czasem śmiertelnie poważna Be.el :))))

Hanna Bakuła- malarka, kostiumolog, scenograf, felietonistka, pisarka.

Na temat pierwszej części- Hania Bania pisałam tutaj . Obie książki są dobre na poprawę humoru w długie i smutne zimowe wieczory i nie tylko. 

środa, 25 lutego 2009

Czytając każdą z kolejnych części cyklu- Kroniki Wardstone, odnoszę nieodparte wrażenie, że nawiązują one w swoim charakterze do niesamowitych historii o duchach, zjawach, wiedźmach i diabłach, jakie ludzie opowiadali sobie w czasach bez telewizji i radia, a życie towarzyskie skupiało się wokół kuchennego stołu. Cykl fantazy Josepha Delaney’a przypomina mi swoim klimatem baśnie poznane w dzieciństwie. Kiedyś- wyłącznie opowiadane ustnie, żywe słowo i co ciekawe … przeznaczone głównie dla dorosłych. Może właśnie ta krótka i najprostsza definicja tego gatunku tłumaczy moje, dorosłe już przecież, umiłowanie książek o stracharzu i jego uczniu? Opowieści Toma Warda są taką baśnią z czasów minionych, kiedy to można było spotkać czarownice, lamie, boginów i różne inne tajemnicze stwory.

Tajemnica Starego Mistrza- to kolejna, trzecia już część losów dwójki bohaterów. Tom Ward, przypomnę krótko, trzynastolatek, siódmy syn siódmego syna, o niesłychanych zdolnościach, oddany zostaje do terminu u stracharza. Pan Gregory, to postać już na pierwszy rzut oka bardzo nieprzyjemna i nieprzystępna, w długim czarnym płaszczu i kapturze, z długim kijem w lewej ręce. Wykonywany fach nie zjednuje mu ani sympatii ani przyjaciół, o czym Tom ma okazję wkrótce sam się przekonać. Bo czymże zajmuje się stracharz? Chroni gospodarstwa i wioski przed istotami krążącymi w ciemności, walczy ze złem. Pojawienie się mistrza i ucznia w okolicy zwiastuje kłopoty- stąd tak duża niechęć gminu.

W trzeciej części stracharz i Tom wybierają się do zimowego domu położonego na mrocznych moczarach. Zimowe długie noce kryją wiele tajemnic i niebezpieczeństw… Ta część mile mnie zaskoczyła- Delaney konsekwentnie rozbudowuje swoje postacie, odkrywa powoli tajemnice i szczegóły życiorysów. A jest ich wiele, każdy skrywa coś na dnie swojej duszy i serca. Autor przesuwa punkt ciężkości na aspekt głębszego poznania się i zrozumienia, na element człowieczeństwa. Bo nie tylko obowiązki wobec Hrabstwa są nieodłączną częścią życia stracharza, lecz również miłość, przyjaźń, marzenia, a przede wszystkim zwątpienie,  samotność i smutek. W mrocznym domu na uboczu, oddalonym od siedlisk ludzkich, mistrz i uczeń, zdani wyłącznie na siebie, otwierają swoje dusze, dają upust swoim myślom, zmagają się z sobą.

Mimo, że ta część różni się od pozostałych, choćby ze względu na miejsce na refleksję, głębsze rozmowy mistrza z uczniem, miłośnicy akcji z dreszczykiem będą z pewnością ukontentowani. Mrok przecież rośnie w siłę, a kto jak kto, ale Delaney po mistrzowsku potrafi oddać klimat tajemnicy i umiejętnie buduje nastrój mroku, smutku, niekiedy grozy. Moje wrażenia? Im bardziej zagłębiałam się w lekturę, tym bardziej byłam wyczulona na wszelakiego trzaski, skrzypienia po kątach i głębiej zakopywałam się pod kołdrę. W okno spojrzeć nie śmiałam.

Tym, którzy nie znają cyklu o stracharzu i Tomie chcę zwrócić uwagę na ciekawe i staranne wydanie książki. Okładka sprawia wrażenie jakby wykonanej z czarnej skóry, z wyczuwalnym wyraźnie pod dłonią reliefem, przedstawiającym stracharza. Dzięki takiemu zabiegowi wydawniczemu książka nieodparcie kojarzy mi się ze starą księgą, jakich wiele w bibliotece w Chipenden. Poszczególne rozdziały, opatrzone małą ilustracją na wstępie, mają długość- w sam raz- by nie zniechęcać opornych na czytanie, a moli książkowych zachęcić do przeczytania szybciutko jeszcze jednego rozdziału.

Minusy tej książki? Nie, nie znalazłam, chociaż? Zdecydowanie za szybko się skończyła. Pocieszający jest jednak fakt systematycznego „tycia” każdej kolejnej części.

Mimo mojej całej sympatii, jaką darzę ten cykl, po lekturze każdej kolejnej części, jestem coraz bardziej przekonana, że zdecydowanie nadaje się dla dzieci starszych. Decyzja zależy jednak w dużej mierze od nas, rodziców, którzy najlepiej znają swoje dziecko i wiedzą, czy taka lektura, z dreszczykiem, odpowiednia jest do stopnia ich wrażliwości. W końcu rośnie nam pokolenie, które ponoć wcale nie tak łatwo przestraszyć:)

Wszystkich zainteresowanych, bądź nieprzekonanych odsyłam na stronę WWW.spooksbooks.com O dwóch pierwszych częściach- Zemsta czarownicy i Klątwa z przeszłości pisałam tutaj  

wtorek, 24 lutego 2009

Mądra książka Rodariego wprowadza najmłodszych w zawiły świat ekonomii. A robi to mądrze i z humorem. Recenzja tutaj:)

Dobra książka jest jak dobre towarzystwo, oświeca i uszlachetnia uczucia i obyczaje. Powiedz mi, jakie książki czytasz, a powiem ci, kim jesteś.

(N.J. Pirogow)

niedziela, 22 lutego 2009

O tym, że dzielność nie zależy od wzrostu, przekonamy nasze dzieci czytając im Jajuńćka Pawła Pawlaka. Recenzja na blogu- Półeczka z książkami.

sobota, 21 lutego 2009

Moira- babciowate imię. Jest dziwaczna, nad wiek poważna i wiecznie pogrążona w nauce. Krótko przed jej narodzinami, jakaś kobieta, może Cyganka, dotyka pękatego brzucha matki i przepowiada płeć i  inność mającego wkrótce narodzić się dziecka. Po wielu latach na świat przychodzi Amy. Między nimi są jeszcze inne, na wpół uformowane dzieci. Pojawienie się siostry, połączone z wysłaniem Moiry do szkoły z internatem, wywołuje ogromne zmiany w zachowaniu dziewczynki.  Czuje się odrzucona, niepotrzebna, nie kochana. Moira zachowuje się niekiedy jak dziecko autystyczne- niezdolne do nawiązania najmniejszego kontaktu bądź rozmowy z innymi, do odwzajemniania uczuć i zachowań, do współdziałania z otoczeniem w zakresie własnych zainteresowań i osiągnięć. Brak empatii. Nie akceptuje siostry, stara się jej nie dostrzegać i ma za złe swoim rodzicom ich wszystkie achy i ochy nad pierwszym ząbkiem, siusiu do nocnika i samodzielnym krokiem. Szczurowate stworzenie. Trwa to ponad dwanaście lat- do momentu wypadku Amy, po którym dziewczynka zapada w śpiączkę.  

Ostrygojady- to wzruszająca, bardzo bolesna, smutna, a zarazem dająca nadzieję powieść o dojrzewaniu do siostrzanej miłości i przyjaźni, poczuciu krzywdy i winy, o narodzinach nierozerwalnych więzi właściwie w momencie ich fizycznego ustania. Ponad cztery lata Moira spędza kilka dni w tygodniu przy łóżku siostry. Dostrzega szczegóły na jej ciele- gęsią skórkę, stojące włoski, mrugnięcie powieki. Ale przede wszystkim mówi do niej- o kartce od kochanej Til, pogodzie, szkole, szykanach i złośliwościach ze strony internatowych koleżanek i przezwiskach- Fasolowa Tyka, Kurze Cycki, Zdzira, o swoich kompleksach- beznadziejnie grubych okularach, dużych stopach i kościstych rękach.  Opowiada o rzeczach intymnych, małżeństwie, zdradzie i nienawiści do młodszej siostry i rodziców. Ma nadzieję, że może w ten sposób obudzi Amy.

(…) ludzkie ciało kryje w sobie nieznany potencjał. Jest rozległe, mroczne- pełne tajemniczych cieni.

  

Fletcher zastosowała ciekawy sposób narracji- ujęła całą fabułę retrospektywnie, dzięki czemu już na samym początku dowiadujemy się o wypadku- cała reszta to ciąg zdarzeń zmierzających ku katastrofie- opowiadanych na przemian przez bezstronnego narratora i Moirę. Połączenie teraźniejszości z przeszłością. Długie opisy natury nadają poetyckiego posmaku- autorka pisze jednak surowym językiem, bez zbędnych upiększeń- można wręcz poczuć klimat opisywanych miejsc- wiatr na plaży, piasek bezlitośnie wbijający się w skórę, wszechobecne chłód i wilgoć. Przy opisach szkoły z internatem miałam wrażenie, że akcja rozgrywa się na XIX-wiecznej pensji dla panien z dobrych domów. Nauczycielki to w przeważającej części stare panny bez życia prywatnego. Tylko pojawiające się od czasu do czasu rekwizyty- samochody, pociąg, telefon przypominały mi, że to jednak czasy współczesne.

  

Ostrygojady przeczytałam przypadkowo- dałam się właściwie namówić, choć wcześniej nie planowałam. To książka, która na długo zostaje w pamięci, bardzo wyczerpująca emocjonalnie. W każdym razie mi nie pozwoliła ot tak sobie przejść do porządku dziennego. Skończyłam czytanie kilka dni temu i do teraz tkwi w moich myślach, głowie. Jej czytanie zbiegło się z licznymi dyskusjami na temat eutanazji i świadomym odłączeniem we Włoszech młodej kobiety od rurek, kabelków i aparatury życia. Nic nie znacząca, zwiędnięta roślinka?- Nie sądzę. Raczej- sprawdzian z naszego człowieczeństwa i miłości, możliwość wglądu w siebie, szansa na odnalezienie w sobie pokładów dobra i oddania dla innych. To, czego czasem na próżno szukamy u ludzi fizycznie stąpających po ziemi. Bardzo polecam!

Po czym poznajesz, że mija czas? I czy w ogóle o tym wiesz? Nam, którzy chodzimy po świecie z otwartymi oczami, mamy lustra, zegary na wieżach i kalendarze odliczające dla nas dni, nietrudno odpowiedzieć na to pytanie. Bóg jeden wie, jak jest z tobą. Słyszałam o ludziach, którzy latami trwali w śpiączce, a potem budzili się i pytali: Co z psem? Albo: Kto wygrał mecz? Jakby spali minutę lub dwie. 

piątek, 20 lutego 2009

Znalazłam ciekawe informacje na temat księgołapów- czyli mówiąc współczesnym językiem, bez takich eufemizmów:) – złodziei książek.

W epoce oświecenia istniało takie oto powiedzenie:

Strzelec strzelcowi psa ukraść może, literat literatowi książkę. 

Co ciekawe- były– księgołapy zasłużone, wielcy patrioci i miłośnicy książek, założyciele wielkich bibliotek, służących obecnie całej społeczności. Wymienię kilka nazwisk ludzi, którzy swoje zbiory wzbogacali per fas et nefas:

Józef Andrzej Załuski- referendarz koronny i biskup kijowski- książki pochłonęły jego cały majątek, pożyczał na lewo i prawo, nie oddawał nigdy, nie oszczędził nawet Akademii Krakowskiej.  

Tadeusz Czacki- założyciel słynnego Liceum Krzemienieckiego- oficjalnie wypożyczał, zostawiał po sobie rewers-pokwitowanie i … cisza- nie oddawał.

Józef Maksymilian Ossoliński- twórca Zakładu Narodowego im. Ossolińskich, nie honorował rewersów, wyłudzał książki, niektóre smykał.

Samuel Bogumił Linde- jak o sobie mawiał osoba szwedzko- niemiecko-polskiego pochodzenia, twórca słownika języka polskiego. Na rewersach składał oświadczenie- Pomienione książki z uprzejmą wdzięcznością w ciągu roku oddać przyrzekam. Też nie oddawał.

Ignacy Potocki- marszałek sejmu czteroletniego, współtwórca Konstytucji 3 maja i Komisji Edukacji Narodowej. W jego prywatnej bibliotece było mnóstwo książek jezuickich, na które nie ma oficjalnego potwierdzenia.

Tym księgołapom wszystko uchodziło na sucho. Były też księgołapy pospolite- czyli mniej znane osobistości, ale równie zakręceni maniacy książek. Ponoć w pewnych okresach plaga księgołapów tak się dawała bibliotekom we znaki, że te nie udostępniały swych księgozbiorów. A w prywatnych księgach pojawiły się takie oto wpisy, które miały odstraszać potencjalnych złodziei:

Kto tę książkę ukradnie, temu ręka upadnie,

A kto ją schowa pod futro, tego obwieszą jutro. 

Kto książki mi kradnie lub psuje,

Niech diabeł go porwie i srodze katuje. 

 

Chtoby smił siju knihu ukrasti,

Tomu sim lit swyni pasti.

(Kto by śmiał tę książkę skraść,

Niech idzie siedem lat świnie paść)

  

Sit maledictus per Christum

qui librum subtraxerit istum.

(Niech będzie przeklęty przez Chrystusa,

Kto skradnie tę książkę) 

 

Si vis videre Jesum Christum

noli furare librum istum.

Si furabis, caput dabis

in patibulis regnabis.  

(Jeśli chcesz widzieć Jezusa Chrystusa, nie waż się ukraść tej książki. Jeśli ukradniesz, dasz głowę, będziesz królował na szubienicy)  

Sama byłam kiedyś świadkiem wywieszenia przez Księgarnię Św. Wojciecha w Poznaniu takiej oto klątwy na złodziei książek z XVI wieku. Wpisałam ją do kilku cenniejszych książek- i o dziwo, gdy je pożyczam- zawsze wracają, i to bardzo szybko:)

 

A temu, co ukradnie książkę z tej książnicy, niech się ona w ręku w węża zamieni i w rękę go ukąsi. Niech go uderzy paraliż i niech wszystkie jego członki będą porażone. Niech wije się z bólu wołając głośno o litość i niech nie będzie ulgi dla jego konania. Niech robaki zagnieżdżą się w jego trzewiach i staną się przyczyną jego śmierci. A kiedy przyjdzie czas Kary Ostatecznej, niech płomienie piekieł pochłaniają go wiecznie. Amen

Na podstawie- Dziwne historie książki- Zbysław Arct , Ossolineum, 1969. 

 

 
1 , 2 , 3