Świat jest stworzony po to, aby stać się kiedyś piękną książką
Archiwum
Zakładki:
Książki 2013
Książki 2012
Książki 2011
A tutaj piszę o książkach
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Dekoratorskie
Książki - 2010
Książki- 2008
Książki- 2009
Napisz do mnie
Piszą o książkach
Strony o książkach
Szablon mojego bloga
Wydawnictwa
Wyzwania czytelnicze
Zaglądam również TU
Tagi
Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać
sobota, 27 lutego 2010

Moje dwa blogi otrzymały wyróżnienie.

Brulion be.el o książkach trochę poważniejszych od autorki blogu Mania czytania.

Półeczka z książkami od – Abieli (blog: Przeczytałam książkę), Mdl2 (blog: Młoda pisarka czyta), Naczynia Glinianego (blog: Czytanki – Przytulanki) Bardzo się cieszę i jest mi bardzo miło. Dziękuję. Ja też chciałabym wyróżnić kilka blogów Kolejność jest przypadkowa:

-Śmieciuszek życiowy, czyli co u Bazyla piszczy – kto czyta Bazyla wie, jak lekkie ma pióro. I jak potrafi rozśmieszyć, nawet jak pisze o rzeczach ważnych i poważnych. To wielki dar, a Bazyl to potrafi jak mało kto.

-Lubię czytać – za: o książkach Polaków rozmowy. Każda rozmowa z Katją – o dzieciach, pracy i tak prowadzi do książek. I są to bardzo fajnie spędzone chwile. Gadamy o książkach, a potem czytam o tym na jej blogu.

-Z potrzeby piękna – lubię klimaty skandynawskie i takie znajduję na blogu  Agnieszki. Pisze ciekawie o pięknych chwilach, dzieciach, przedmiotach. Często wzdycham oglądając zdjęcia z jej blogu – to odzywa się moja potrzeba piękna, otaczania się nietuzinkowymi przedmiotami, co nie zawsze mi wychodzi. Więc chociaż wirtualnie…

-Pikinini o dzieciństwie – lubię historie autorki, wspomnienia z przeszłości, kreatywne pomysły. I wpisy o książkach – te przede wszystkim.

wtorek, 23 lutego 2010

Książka zdobyła już światowy rozgłos. Doczekała się nawet ekranizacji – film Clinta Eastwooda, z Morganem Freemanem w roli głównej, właśnie wchodzi do polskich kin. Od początku była skazana na sukces, miała „papiery” na to, by stać się bestsellerem i nic w tym dziwnego, skoro jej bohater – Nelson Mandela, to postać wyjątkowa, jeden z najbardziej rozpoznawalnych polityków na świecie. Człowiek, można rzec symbol, symbol długoletniego oporu przeciw apartheidowi i siła sprawcza jego upadku, który w imię walki o prawa i wolności czarnej większości Republiki Południowej Afryki, spędził 27 lata w więzieniu. Finał okazuje się szczególnie wdzięczny – Mandela zmienia miejsce pobytu, z celi więziennej na apartamenty prezydenckie, a potem uznanie społeczności międzynarodowej i pokojową Nagrodę Nobla. Ale najważniejsze, sam jest dziś świadkiem harmonijnej koegzystencji do niedawna dwóch całkiem sobie obcych i wrogich światów. Jak do tego doszło?

Kto wówczas, na początku tej drogi ku wolności, mógł przypuszczać, że jeden z najbardziej znienawidzonych systemów, oparty na terrorze i wyzysku, który za wrogów uznawał zdecydowaną większość mieszkańców kraju, położony w zapalnym  miejscu świata – Afryce, gdzie zmiana władzy lub władcy najczęściej odbywa się przy użyciu siły, nierzadko z przypadkami ludobójstwa, po prostu zakończy się, wygaśnie, odejdzie w przeszłość. Pokojowa rewolucja to naprawdę coś nieznanego na tej szerokości geograficznej. A jednak właśnie z czymś tak niewytłumaczalnym mieliśmy do czynienia, bez wątpienia dzięki ludziom formatu Mandeli. Autor – świadek wydarzeń, dziennikarz, świetnie odsłania kulisy i kontekst tego epokowego przeobrażenia.

Uświadamia też, jak blisko było wojny domowej, bo „ciągoty” ku pełnej konfrontacji reprezentowały obie strony – czarni choćby przez zwykły akt odreagowania upokorzenia, obowiązującego dla nich bezprawia, więzień i morderstw, a także biali – bo ucieka ich świat, świat dominacji i przywilejów, zachodniej kultury i cywilizacji, które zdawali się reprezentować, wbrew „czarnemu motłochowi”. Dość powiedzieć, że blisko było utworzenia separatystycznego państwa – swego rodzaju republiki burskiej (biali to spadkobiercy dawnych wojen burskich). A jaki scenariusz mają lokalne konflikty w Afryce łatwo sobie wyobrazić, przyglądając się dziś choćby Sudanowi, Rwandzie, czy Somalii. Tymczasem właśnie w RPA w tym roku odbędą się… finały Mistrzostw Świata w piłce nożnej.

Zresztą sport, a zwłaszcza rugby – dyscyplina narodowa tego kraju, jest motywem przewodnim książki. Jaki to ma związek? Z pozoru może nieznaczny, ale Carlin zrobił to tak, że na doświadczeniach konkretnych sportowców i ich kibicach, pokazał jakiego formatu zmiany nastąpiły, nie tylko w systemie – bo o tym można przeczytać wszędzie, ale przede wszystkim w ludziach, bo tylko te określają trwałość i wiarygodność transformacji. Gdyby nie ten kontekst – stworzony z dziennikarskim mistrzostwem – mielibyśmy do czynienia ze zwykłą historią wydarzeń przełomu lat 80. i 90., byłby to podręcznik faktów, opisanych przez bezstronnego historyka. Takich z pewnością na rynku jest już z tuzin, bo Mandela i przemiany w RPA to wdzięczny temat. Tutaj czytelnik znajdzie coś więcej. Czy ktokolwiek z nas jest w stanie sobie wyobrazić siłę symbolu – kulisów jednego meczu, finałowego podczas mistrzostw świata, w rugby właśnie, rozgrywanego w Johannesburgu, pomiędzy odwiecznymi rywalami RPA i Nową Zelandią?

Drużyna narodowa RPA – Springboksi, była wśród czarnych chyba najbardziej znienawidzona, bojkotowana, bo utożsamiana z białymi, z afrykanerami, z wszystkimi okropnościami apartheidu. Do tego stopnia, że życzyli im szczerze porażek – zwłaszcza tych prestiżowych, czyli ze słynnymi All Blacks’ami z Nowej Zelandii. Z drugiej strony, sami gracze, biali, tej „czarnej” większości nie dostrzegali i ignorowali, żyli w swoim hermetycznym, zamożnym świecie. Nelson Mandela słusznie mógł uznać, że zmiana w nastawieniu obu stron, może być papierkiem lakmusowym budowy nowej jakości w kraju, jeśli to się uda, wszystko inne będzie możliwe. Co za napięcie, a nawet dramaturgia doniosłej historii, skoncentrowana w tej pigułce niezwykłego meczu rugby. 24 czerwca 1995 roku, Johannesburg, stadion Ellis Park, finał RPA – Nowa Zelandia, Mandela ubrany w koszulkę i czapeczkę Springboksów, puste ulice Johannesburga, Pretorii, i pozostałych miast, mieszkańcy Afryki Południowej kibicujący swojej drużynie narodowej, i w końcu gracze, dumni z reprezentowania wszystkich, bez podziału na kolor skóry, i śpiewający hymn … Nkosi Sikelele, dawną pieśń czarnej społeczności. Wzruszenie i łzy w oczach.

Mandela, niczym demiurg, psycholog, nie szukający odwetu, a pojednania z dawnymi wrogami, widzimy jak przyciąga na swoją stronę kolejno ministra więziennictwa – niedawnego oprawcę, szefa spec służb, prezydenta Bothę, ludzi z ich otoczenia, w końcu graczy Sprinboksów. Wspaniała historia. Nie dziwi, że John Carlin ujął nią czytelników z całego świata. My Polacy, możemy tę książkę czytać z dodatkowymi wypiekami na twarzy – też przecież obaliliśmy stary, totalitarny ustrój, też bez wystrzału. Tam jednak, w RPA, słowo „pojednanie” nabrało szczególnej mocy. Mocy, która emanowała od Nelsona Mandeli.


(recenzję napisał M.)

Wydawnictwo Muza

wtorek, 09 lutego 2010

Ruszamy po przygodę - cz.1

Oko w oko z przygodą - cz.2

Dzisiaj jakoś łatwiej o wielką podróż i przygodę, niż sto lat temu. Wystarczy dotrzeć do pierwszego lepszego biura podróży i skorzystać ze specjalnej, na taką okazję, oferty. Pod warunkiem oczywiście, że owe biuro do dnia wyjazdu nie zdąży upaść, o co też niestety dziś nietrudno. Dla bardziej ambitnych, planujących we własnym zakresie podróż, mnóstwo fachowej literatury, doświadczenia innych, opisane i dostępne w Internecie, dość szerokie i chętnie wykorzystywane możliwości sponsoringu, patronatów medialnych, odpowiednie branżowe organizacje wspierające, jak związki alpinistów, kluby wysokogórskie i podróżnicze. Łatwiej zatem wyprawę zaplanować, przeprowadzić i po części sfinansować. No i co najważniejsze współczesna cywilizacja praktycznie nie stawia barier komunikacyjnych, dostać się można wszędzie i dość szybko. Pomijam oczywiste ułatwienia typu GPS, telefony komórkowe, e-mail, karty płatnicze. Świat się niebywale skurczył, jest jakby na wyciągnięcie ręki. Nawet jeśli jakiś skrawek planety pozostaje niedostępny, jest z pewnością rozpoznany i opisany na wszelkie możliwe sposoby.

Tadeusz Perkitny wraz z przyjacielem Leonem Mroczkiewiczem, nic z tych rzeczy nie mieli. Skandynawię, Francję, Brazylię, Argentynę, Stany Zjednoczone, Japonię, Chiny, Indochiny, Afrykę, pokonywali uzbrojeni jedynie w toporne plecaki, w rzeczy na upał i mróz bynajmniej nie ze specjalnych, wytrzymałych, wodoodpornych i oddychających tkanin, bez lekkich śpiworów, czy butów z Gore-tex’u. Wiedza, z jaką wyruszali w podróż dookoła świata w dniu 11 września 1926 roku z pewnością nie była zbyt bogata. Była wręcz odwrotnie proporcjonalna do ich pasji i determinacji w dążeniu do poznania innych kultur, ludzi, regionów.

Dokładną trasę i czas jej przebiegu wytyczał głównie splot wydarzeń, najczęściej sprowadzający się do faktu posiadania pieniędzy, bo to one – i to istotne podobieństwo z dniem dzisiejszym – determinowały środki transportu i warunki bytowe. Zatem i mapa była w takich okolicznościach nieszczególnie przydatna, choć takową mieli, wydartą z jakiegoś starego atlasu. A że pieniędzy chronicznie im brakowało – dość wspomnieć, że oszczędności, z którymi wyruszyli w podróż życia skończyły się już na pierwszym jej etapie, czyli w Skandynawii, planowanie czegokolwiek w szczegółach nie miało większego sensu. I tak brnęli przez trzy i pół roku, dłuższe i bardziej kapitałochłonne odcinki, jak podróż statkiem przez Ocean do Ameryki, później do Japonii, albo bardzo drogą koleją Transandiną (tą inżyniera Malinowskiego, jeszcze do niedawna najwyżej położoną koleją na świecie) musiała poprzedzać praca, najczęściej fizyczna, pozwalająca sfinansować kolejne etapy.

Trafiały im się splendory dobrej posady – jak na przykład w roli dość przypadkowych kierowników ekspedycji mierniczej w Indochinach Francuskich. Prawda, posadę przyjęli nieco na wyrost, na wyrost przedstawili też swoje kompetencje w tym zakresie, ale skoro jedyną alternatywą był głód i noce na parkowych ławkach. Rzemiosła mierniczego uczyli się szybko, w pociągu, studiując księgę z … 1860 roku (bo tylko taką naprędce znaleźli w jedynej księgarni w mieście) „O … pomiarach ziemi, tudzież ciał niebieskich”, która bardziej przypominała tę Kopernikową. No i to poczucie humoru, niby ludzi z innej epoki: „wertujemy ją coraz gwałtowniej! Coraz bliżsi płaczu! Z coraz gorszym skutkiem! Wertujemy ją wciąż szybciej i szybciej, bo jakże nie wertować, skoro sinus z cosinusem coraz bardziej się plącze, a miejsce katastrofy nieuchronnie się zbliża”. Częściej jednak parali się rolą parobków, zwykłych robotników, albo zarabiali robiąc fotki ludziom, którzy na fotografii się nigdy nie widzieli. Doświadczali ciemnej strony dalekiej  wędrówki: głodu, zimna, nieznośnego upału, morderczego wysiłku, nie wiedząc często przy tym, co przyniesie następny dzień, a czasami czy w ogóle do niego dotrwają.

 

Książka barwnie i z detalami odsłania przed czytelnikiem zakamarki podróży. Dwa tomy wspomnień, blisko tysiąc stron, wzbogacone fotografiami z podróży. Ma ona tę przewagę nad innymi, współczesnymi, że jej bohaterzy nie funkcjonowali w oderwaniu od mieszkańców terenów, na których przebywali. Oni przez te długie miesiące egzystowali – na pełnych prawach – wedle społecznych, w danym miejscu obowiązujących, uwarunkowań. Nie byli jak wycieczka bogatych turystów, którzy robią zdjęcie i uciekają w kolejne miejsce, tubylców traktując zza szyb samochodów, czy autobusów. Siłą rzeczy przechodzili więc różne koleje losu, przy czym, przeważnie bez grosza przy duszy.

W końcu, rzecz nie do przecenienia, poznajemy z bliska głównych aktorów: Tadeusza (autora książki) i Leona. Praktycznie różnił ich tylko wzrost i wygląd, stąd często cytowane autoironicznie określenia Pat i Pataszon. Była to przyjaźń, o jaką dziś trudno, bo cementowana wspólną pasją, zaprawiona na różnych frontach trudów podróżniczych. Poznali się jeszcze w gimnazjum, potem wspólne studia, po profesury na Uniwersytecie Poznańskim, uwieńczone prorektorskimi stanowiskami. I tak do końca, aż Leon nie wyruszył w swą ostatnią podróż, o dziwo tego samego dnia co w tę dookoła świata, czyli 11 września. Książka więc to coś więcej niż opis z wyprawy, to hołd przyjaźni. Elementarz podróżnika i człowieka.

 

Wydawnictwo Zysk i S-ka

Niby mi się podobało, niby mnie książka wciągnęła. A jednak – bez jakichś tam ochów i achów. Rozczarował mnie początek. Ciągnął się w nieskończoność. A reszta to poszukiwanie dowodu, bo i tak wiadomo było kto za całą sprawą stoi. Mankell ciekawie pisze i owszem, ale w tym przypadku petard nie było. Wallander jest w złej formie psychicznej. Jakiś czas temu zabił człowieka i nie może się z tym pogodzić. Kiedy chce zrezygnować ze służby, pewne spotkanie ze znajomym a potem jego morderstwo, decydują o zmianie decyzji. W każdym razie ja będę nadal poszukiwała Mankella doskonałego:)

Wydawnictwo WAB

sobota, 06 lutego 2010

O noblistach, kabaretach, przyjaźniach, książkach, kobietach.

Mój znak Illga można by zrecenzować jednym zdaniem: Książka spodoba się wszystkim, którzy kochają książki.

Są książki, których czytanie sprawia przyjemność i są książki, których czytanie sprawia OGROMNĄ przyjemność. Książka Illga należy niewątpliwie do tych drugich. I wystarczy przeczytać zaledwie fragment, by od razu wiedzieć, że to jest TO. A potem jest już z górki, bo nie sposób się oderwać. Pewna stara prawda mówi, że gdy ktoś chce zapalić innych, sam musi płonąć. Ta książka narodziła się z pasji do słowa pisanego, książek, literatury, pewnego krakowskiego wydawnictwa (w tytule:), ludzi parających się pisarstwem. I to się od razu wyczuwa. Wszystko kręci się tu wokół szeleszczących kartek, wszystkie drogi prowadzą do książek. Wisława Szymborska, Stanisław Barańczak, Czesław Miłosz, Seamus Heaney, Józef Tischner, Norman Davies, Jan Twardowski, Joanna Olczak – Ronikier, Leszek Kołakowski, Ryszard Kapuściński. To tylko niektóre nazwiska, na których autor skupia swą uwagę.  Indeks osób pojawiających się to na pierwszym planie, to gdzieś w tle, jest naprawdę imponujący. Kiedy pierwszy raz kartkowałam książkę, pomyślałam sobie,  że w takim towarzystwie, ą ę bułkę przez bibułkę, będę spięta jak nieokrzesana pensjonarka, że książka mnie przerośnie. Same znakomitości, legendy za życia. Nic z tych rzeczy, gospodarz autor, tak zorganizował nasze ponad 450- stronicowe spotkanie, że i czytelnik i jego bohaterowie czują od razu, że są w dobrych rękach. (co zresztą powiedział też Miłosz nobliście Heaneyowi). Myli się jednak ten, kto sądzi, że znajdzie tutaj tanią sensację z życia wielkich tego świata. Illg opowiada historie pewnych znajomości, zahacza o literaturę, a jakże, wtrąca pewne anegdoty, szczegóły dotyczące współpracy wydawniczej z daną osobą, trudności przy przekładach, ale przede wszystkim pokazuje nam te osoby, jako istoty z krwi i kości. Mówi o ich pasji, zainteresowaniach, filozofii życia, nie pomijając tematów trudnych i niewygodnych. Sprawił, że do wielu z tych osób, mimo że pieję i tak peany na ich cześć za ichnie dzieła, poczułam sympatię jako do ludzi właśnie. Chętnie zaprzyjaźniłabym się z Seamusem Heaneyem, a do muzeum paryskiego wybrałabym się z przyjemnością z Wisławą Szymborska. Tyle, że… oni pewnie na to nie mieliby ochoty :))))) Autor pisze o cenie, jaką płacą znakomitości literackie. Zero życia prywatnego, napięte terminy i ciągłe oganianie się od natrętnych wielbicieli. Wezmę to sobie do serca:)

Oj, niektórym też nieźle się dostało od redaktora naczelnego Znaku. Zresztą zapowiada to już kolaż z Hitchcockiem na samym początku – Jednych lubimy. Innych nie. Szczerze, czasami do bólu.

Wspomnienia, miejsca, ludzie, rozmowy. Raz reagowałam wybuchami śmiechu, niekiedy wzruszeniem. Sprawdziło się to stare przysłowie, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Bogu niech będą dzięki za to, że władze Uniwersytetu Śląskiego w 1982 r. stwierdziły, że nie widzą żadnej możliwości wyegzekwowania od mgra Jerzego Illga właściwej realizacji zadań socjalistycznej szkoły wyższej i pozbyły się go, na nasze szczęście. Bo gdyby nie to, Znak byłby pewnie innym Znakiem, a tej książki na pewno by nie było. A to byłaby wielka szkoda.


Wydawnictwo ZNAK

piątek, 05 lutego 2010

Janoscha poznałam dokładnie 20 lat temu w oryginale i zaskoczył mnie totalnie. Od tego czasu, każda książka jest dla mnie osobiście wydarzeniem i niespodzianką. Miłą. Kolejny tytuł udowadnia, że pisarz, którego życiową drogą miało być kowalstwo, ma swoją własną wizję świata, uparcie stoi przy swoim i jest niepokorny jak mało kto. Recenzja na blogu Półeczka z książkami.

Wydawnictwo Znak

wtorek, 02 lutego 2010

Zapraszam Wasze dzieci do konkursu plastycznego. Do wygrania cudna Księga dżungli Kiplinga z ilustracjami Józefa Wilkonia. Więcej informacji tutaj.

poniedziałek, 01 lutego 2010

Znacie to uczucie, kiedy macie coś wyrzucić? Przyznam szczerze, że mi jest zawsze ciężko na sercu. Nieważne, czy chodzi o zardzewiałą lampę po babci, łyżwy, które moja mama skórzanymi paskami przypinała do butów, czy o zwykłą kartkę papieru z informacjami, które a nuż jutro będę na gwałt potrzebowała. Zbieractwo mam we krwi. Dlatego w moim domu mam wiele rzeczy zbędnych, zagracających kąty i kątki. Co zrobiłabym na miejscu Philippa, który odziedziczył po babci stary, zamożny, mieszczański dom w Wiedniu? Na pewno nie wyrzuciłabym tego, co on skazał na zniszczenie, zapomnienie w wielkim blaszanym kontenerze.  Książki, sprzęty. Każdy drobiazg ma swoją historię, a willa w samym sercu austriackiej stolicy, kryje wiele rodzinnych tajemnic. Tylko, że te Philippa te nie interesują. W myśl zasady – pewnych rzeczy lepiej nie wiedzieć. Bo i po co? Właz na strych tak często się tutaj pojawiający, nabiera wymiaru symbolicznego – sam strych zanieczyszczony na każdym centymetrze powierzchni przez gołębie odchody, śmierdzi, dusi, aż tchu brak. Trzeba to uprzątnąć. Charakterystyczny głuchy dźwięk zatrzaskiwanej klapy, co rusz przerywa ciszę w starym pustym domu. Przeszłości też lepiej nie odkurzać, nie przywoływać.  Śmierdzi. Dusi. Trzask.  Klapa zapadła.

Trzy pokolenia. Trzy różne historie. Dziadkowie w latach młodości, kiedy sami byli rodzicami – gdzieś w okolicach roku 1938. Ich dzieci, które w burzliwych latach 60-tych pozakładały swoje rodziny. W końcu dzieci dzieci – na początku kolejnego stulecia już samodzielne, niezależne. Dziadkowie – Richard, austriacki minister i Alma, która zrezygnowała ze swej pracy, zajęła się hodowlą pszczół w ogrodzie przydomowym (data urodzenia ok.1910r.) Ich dzieci: Ingrid i Otto, który traci życie na wojnie. Ingrid i jej mąż Peter, poślubiony wbrew woli rodziców. Wnuki – Sissi znika gdzieś w wielkim New Yorku i  w końcu Philipp, lat 36, pisarz. Trudno powiedzieć, czy odniósł sukces, czy nie. W powieści o tym mowy nie ma. W każdym razie zaskakuje jego brak zainteresowania rodzinną historią, która tak często jest inspiracją, natchnieniem, daje gotowe tematy. Korzenie, których nikt nie ma tu ochoty odkrywać.

Historia rodziny na przestrzeni lat 1938 – 2001 daje możliwość wciągnięcia różnych wątków z historii Austrii, zmian zachodzących w obyczajowości, społeczeństwie, mentalności. Autor co rusz przenosi nas w inne czasy, ukazuje życie danej pary, ich uczucia, problemy. Przypadkowe banalne informacje przeplatają się ze wspomnieniami z czasów Anschlussu, wojny, współczesności. Konflikty, kariera zawodowa, problemy zdrowotne, ból po starcie dzieci, romanse. Saga rodzinna, opowiedziana zdawkowo, bez sentymentów, z dystansem, bez emocji, oszczędnym językiem. Bez wątków pobocznych, tyle ile musi być, w sam raz. Ale o tym decyduje już sam autor. My możemy sobie pewne rzeczy jedynie dopowiedzieć.

Powieść austriackiego pisarza uspokoiła trochę moje sumienie. Tak rzadko sięgam ostatnio po literaturę z obszaru niemieckojęzycznego. Es geht uns gut dostało w 2005 r. nagrodę Deutscher Buchpreis. Sama książka spowodowała lawinę skrajnych ocen od zachwytów po totalną krytykę. Trudno tę powieść porównywać z Buddenbrokami Tomasza Manna, choć pewne skojarzenia same się nasuwają. Dla mnie to niezwykle ciekawy obraz społeczeństwa, zmian w nim zachodzących, wartości. I próba zrozumienia pewnych zachowań. Kula armatnia wkomponowana w poręcz schodów bardziej intryguje głównego bohatera aniżeli jego korzenie, pamiątki rodzinne. Cuchnące gołębie nieczystości ze strychu sprzątają w końcu dwaj robotnicy ze Wschodu. Ale z przeszłością Philipp musi zmierzyć się już sam. Nikt za niego tego nie zrobi. I nie ma w tym nic nadzwyczajnego. To po prostu niemożliwe.

Książkę polecam wszystkim, którzy lubią zaskoczenie i nietuzinkowość w literaturze.

Wydawnictwo Muza