Świat jest stworzony po to, aby stać się kiedyś piękną książką
Archiwum
Zakładki:
Książki 2013
Książki 2012
Książki 2011
A tutaj piszę o książkach
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Dekoratorskie
Książki - 2010
Książki- 2008
Książki- 2009
Napisz do mnie
Piszą o książkach
Strony o książkach
Szablon mojego bloga
Wydawnictwa
Wyzwania czytelnicze
Zaglądam również TU
Tagi
Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać
środa, 17 listopada 2010

Rupert Isaacson – podróżnik z zamiłowania (relacje z jego wypraw publikowały m.in. Daily Telegraph, National Geographic), koniarz, obrońca praw zagrożonych plemion, mąż, ojciec. Ostatnia rola jest tą najtrudniejszą. Kiedy na świat przyszedł jego syn Rowan, razem z żoną zadawali sobie pytanie – kim będzie. I oczywiście snuli plany. Byli zachwyceni jego imponującym rozwojem. Chłopiec szybko nauczył się chodzić, zanim skończył rok wypowiadał pierwsze słowa. Wielogodzinne układanie zabawek według rozmiarów i kolorów łączono z jego zmysłem estetycznym, instynktownym poczuciem formy. Miał zostać w przyszłości malarzem, może nawet architektem. Jednak życie potoczyło się inaczej, bowiem to, co tak na początku wzruszało i cieszyło rodziców, okazało się jednym z symptomów autyzmu. Rodzice Rowana wypróbowali różnych metod leczenia. Zdawali sobie sprawę z tego, że nigdy nie wyleczą synka z autyzmu, ale chcieli choć trochę poprawić jego stan. Prawie sześcioletni Rowan miał częste napady złości, lęków, nie kontrolował swoich potrzeb, coraz bardziej zamykał się we własnym świecie. Pewnego dnia ojciec zauważył, że jego syn ma świetny kontakt z Betsy, narowistą klaczą, która wodziła rej w stadzie. Przy Rowanie Betsy robiła się dziwnie uległa, podporządkowywała mu się całkowicie. Właściwie chłopiec mógł z nią robić co chciał – kulać się między jej kopytami, tarmosić ją, wrzeszczeć przy niej, przykładać twarz do jej chrapów. Kiedy masz chore dziecko, chcesz mu nieba przychylić, zrobisz wszystko by mu pomóc. Tutaj światełkiem w tunelu jest wyprawa do Mongolii, ojczyzny dzikich koni, najlepszych jeźdźców, szamanizmu, tak tępionego przez Sowietów. I gdy pomysł na początku nierealny, szalony zaczyna w końcu dojrzewać, pojawia się nadzieja na zmianę, jakąkolwiek. Bo przychodzi taki moment, kiedy człowiek myśli – już gorzej być nie może. W poszukiwaniu cudu – tak brzmi podtytuł tej opowieści. Nie zdradzę, czy ten cud miał w istocie miejsce. Samym cudem była siła i determinacja rodziców, którzy chcą pomóc swojemu dziecku.

Ta książka pokazuje jak wielkie jest serce rodzica, jak tajemnicza i niezbadana jest natura ludzka. Odsłania nasze ludzkie słabości i wady – niestety. Jednocześnie czytamy o wielu dobrych ludziach, których rodzice Rowana spotkali na swojej drodze.

Dzięki tej książce odkryłam Mongolię. To było jak objawienie. Bo cóż ja wiedziałam o tym odległym azjatyckim kraju? Nic. Hasłem były jurty, kobyle mleko, Czyngis – chan. Mongolia jest tu bohaterem drugoplanowym, ale bardzo wyrazistym. Tutaj widoczne jest lekkie pióro autora – podróżnika. To takie reporterskie wstawki, niesłychanie wciągające.

O Opowieści ojca nie można pisać bez emocji – zdziwienia, wzruszenia, empatii, czasem też uśmiechu, bowiem autor potrafi o trudnych rzeczach pisać z pokaźną dawką autoironii, z przymrużeniem oka, humorem. Gdy pisałam o książce Ewy Błaszczyk, wspomniałam, że są książki, których nie można opisać w kategoriach: piękna, ciekawa… nawet jeśli mają w sobie piękno i potrafią wzbudzić zainteresowanie czytelnika. To są książki ponad wszystkim. Te książki napisało samo życie. I wszystko co o nich napiszę i tak zabrzmi banalnie…. Mogę zapewnić, że to nie jest tani wyciskacz łez. Autor ma bogaty warsztat pisarski – co od razu widać.

Chylę czoła przed rodzicami chorych dzieci. Zawsze po ludzku, po maminemu, wkurzam się, gdy słyszę o śmiesznych dodatkach opiekuńczych, pielęgnacyjnych. To ludzie, którzy często całkowicie podporządkowują swoje życie innemu życiu. Rezygnują z pracy, życia towarzyskiego, hobby. Najczęściej pomoc ze strony państwa jest niestety żadna albo minimalna. Ponoć o stanie społeczeństwa decyduje to, w jakim stopniu zajmuje się ono osobami chorymi. Nie wypadamy chyba w tej ocenie najlepiej. To nie tylko nasz problem. Z książki wynika, że w USA jest podobnie. Do tego dochodzi często nasza arogancja, ignorancja, brak tolerancji.

Podczas wyprawy do Mongolii został nakręcony film dokumentalny, który można obejrzeć również w Polsce (m.in. Kino Muranów w Warszawie).

 

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

niedziela, 07 listopada 2010

Ostatnio uśmiałam się przednio, gdy jako świadomy wyborca zaczęłam buszować po stronach kandydatów różnej maści, by w końcu, zanim wybiorę tego najlepszego, jedynego na świecie, wybadać jakie są trendy i standardy. Wniosek: ludzie lubią chwalić się… książkami. Stwierdziłam też, że mimo, iż w naszym kraju według statystyk, czytanie makulatury nie jest cool, jest to chyba jednak czynność ekskluzywna i nobilitująca w oczach innych. A być może posiadająca nawet siłę sprawczą w nadchodzących wyborach samorządowych – a nuż przysporzy dodatkowych kilka głosów? A rzecz ma się tak. Kandydat w dziale – Hobby – pisze o swojej miłości do literatury i o tym że …. nie czyta. Ale kocha. A nie czyta bo nie ma czasu. Ale kiedyś czytał. I tu wymienia, co przeczytał w zamierzchłych czasach. Ale chętnie by poczytał, gdyby nie harował w pocie czoła dla nas, maluczkich. Lista tytułów zasmakowanych i tych, po które chętnie by sięgnął – długaśna, pozazdrościć tylko. Nazwiska są takie że ho ho, bo to w końcu dobrze brzmi. O Coelho i Whartonie nie pisze, bo to grafomania. Można pozazdrościć i samozaparcia (przy Nabokovie chociażby) i dobrego gustu (przy najświeższym jak świeże bułeczki Nobliście zza mórz i oceanów). Tylko że jak to się ma do rzeczywistości? Książki – to dobrze brzmi. Oklaski dla kandydata, że chociaż się przyznał, a mógł skłamać i mógł określić się pożeraczem książek. No tak, ale a nóż widelec by się kiedyś wydało. Lepiej delikatnie, zasugerować coś, co utknie w pamięci potencjalnych wyborców – mądry kandydat x nie czyta, ale w tym czasie, kiedy to w fotelu bujanym i ciepłych kapciach mógłby przy kominku przenieść się w świat fantazji poświęca się i działa dla naszego dobra. Trochę przypomina mi to wywiady z mądrymi tego świata, co to pokazują się tylko na tle regałów z książkami. A ja chciałabym zająć się i astronomią, i kwadraturą koła, genetyką, eksploracją jaskiń  na Galapagos, znaleźć Yeti. Ale brak mi siły woli, nie mam czasu, pieniędzy, nic z tego nie rozumiem. Ale w końcu dobrze brzmi. No nie?

poniedziałek, 01 listopada 2010

Pearl S. Buck nie pisała książek stricte historycznych. Jednak tak umiejętnie i sprytnie przemycała do swoich utworów elementy historii, informacje z różnych dziedzin życia, że dzięki temu możemy dziś czytać fascynujące powieści obyczajowe, z przebogatym obrazem społeczeństwa, kultury, zwyczajów i tradycji w tle. Często jest to świat,  którego już nie ma. Do tej pory mam za sobą kilka tytułów noblistki z 1938 roku. Zawsze głównym bohaterem jej książek były Chiny. Pearl S. Buck znała je doskonale, od podszewki – spędziła tam 18 lat swojego życia, wraz z rodzicami misjonarzami, którzy wyjechali do Azji, gdy Pearl miała zaledwie 3 miesiące. Dlatego też – Korea w jej powieści to dla mnie novum. Ale nie mogę mówić o jakimkolwiek rozczarowaniu. Książki Buck to literatura wielkiego formatu. Tym razem również. Ta trzcina żyje to powieść o czterech pokoleniach potężnej koreańskiej rodziny Kim. Rzecz zaczyna się w roku 1881, kiedy to istnieje jeszcze królestwo Korei. Nestor rodziny Kim oraz jego syn Il- han są doradcami pary królewskiej, czasy są niespokojne, król i królowa biorą pod rozwagę różne sojusze. W tle pojawiają się wielkie mocarstwa – Chiny, Japonia, również Stany Zjednoczone. Piastując tak ważne urzędy, rodzina Kim zostaje, chcąc nie chcąc, włączona w wir historii. Obok głównego wątku, w książce dzieje się tyle fascynujących rzeczy, o których nie wypada napisać: drugorzędnych. Wszystko to splata się ze sobą i tworzy tę powieść, jako jedną wielką i cenną całość o niebywałym kolorycie i klimacie. Ludzie z tamtej epoki, zwyczaje weselne (kobieta nie mogła uśmiechnąć się podczas uroczystości) i dnia codziennego, hodowla jedwabników, nawet takie drobiazgi jak odnowa domu po zimie (trzeba było zerwać papier z kratownic ścian i położyć nowy oraz wymienić papierowe przykrywki na podłogach ondol). Albo pozycja kobiety w tym kraju – tu kobiety były dumne i nigdy nie klękały przed swoimi mężami jak Japonki ani nie miały ciasno bandażowanych stóp jak Chinki, nie opinały też ciasno talii gorsetami jak kobiety na Zachodzie. Nie, tu mąż i żona byli sobie równi, a dorośli synowie nie zastraszali swoich matek. Gdyby król umarł pozostawiając potomka zbyt młodego, by rzadzi, królowa kierowałaby krajem, aż następca osiągnie dojrzały wiek.

To, co mnie zadziwia w książkach Buck to jej spojrzenie na człowieka i na cały świat. To nie tylko skarbnica wiedzy na temat innych kultur. To ukłon w ich stronę. Wielki szacunek do czegoś, co jest tak bardzo inne, obce, ale jakże ciekawe. Z książek Buck po latach można się tak wiele nauczyć. Na tym między innymi polega wielkość jej książek.

A jak powstała Korea? Mówi o tym legenda:

Ludzie wierzyli, że na szczycie góry na wyspie Kanghwa ich pierwszy król, Tangun, zstąpił z niebios trzy tysiące lat przed początkiem chrześcijańskiego kalendarza. Cztery tysiące lat po tych świętych narodzinach ludzie żyli w pokoju pod panowaniem kolejnych królów, aż w końcu trochę ponad sześćset lat temu okrutne hordy Mongołów przeprawiły się przez rzekę Yalu i zalały ich ziemie. Wtedy król i jego lud wycofali się na wyspę Kanghwa, bo nie potrafili odeprzeć najeźdźców. Król rozkazał budowę muru od strony lądu i ludzie mówili, że Tangun zesłał z nieba swoich trzech synów, by pomogli zbudować mur, znany od tamtych czasów jako Mur Trzech Synów.

Wydawnictwo MUZA