Świat jest stworzony po to, aby stać się kiedyś piękną książką
Zakładki:
Książki 2013
Książki 2012
Książki 2011
A tutaj piszę o książkach
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Dekoratorskie
Książki - 2010
Książki- 2008
Książki- 2009
Napisz do mnie
Piszą o książkach
Strony o książkach
Szablon mojego bloga
Wydawnictwa
Wyzwania czytelnicze
Zaglądam również TU
Tagi
Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać
wtorek, 12 listopada 2013

Od czasu do czasu sięgam po poradniki – choć efekt końcowy jest różny. Za bardzo nie lubię, gdy ktoś podpowiada mi co i jak robić. Taka moja natura. Myślę, że bardziej idzie to w kierunku bezkarnego podglądania innych osób, ich poczynań, planów, życiowych i zmian. Chyba raczej i tak koniec końców wygrywają i intuicja i zdrowy rozsądek. Choć nie powiem, niekiedy można znaleźć coś dla siebie – zwłaszcza wtedy, gdy autor/ autorka opisują swoje życiowe błędy. A wiadomo – najlepiej uczy się na błędach – i jeszcze raz powtórzę – najlepiej na  cudzych. „Projekt szczęśliwy dom” to chwytliwy tytuł. Bo każdy chciałby mieć taki. Taki stworzyć. I nie chciałabym zwierzać się teraz, co z pomysłów autorki przeniosłam na swoje podwórko, a czego nie – bo potrzeby każdego z nas są zgoła inne, a poza tym byłoby to zbyt poufne, intymne.

Autorka określiła sobie pewną granicę, od której postanowiła wziąć się za siebie, swój dom i jego pozostałych domowników. Takim dobrym momentem przełomowym był akurat dla niej wrzesień – równoznaczny z początkiem roku szkolnego. Wyszła z takiego założenia, że co nagle to po diable i rozpisała swój plan długoterminowy. Bo budować coś trwałego – to nie będzie na raz, dwa, trzy. Że niby wystarczy tylko pstryknąć palcami i jest jak w bajce. Każdy miesiąc – inne zadanie, inne postanowienie. Wrzesień – przedmioty. Październik - małżeństwo. Listopad- rodzicielstwo. Grudzień- wnętrze. Styczeń - czas. Luty- ciało. Marzec - rodzina. Kwiecień – moja okolica. Maj – teraźniejszość.

To faktycznie podglądanie życia autorki. Kiedy pisze o swoim mężu, dzieciach, relacjach z dziadkami. Nawet Świętach Bożego Narodzenia, jakie pamięta z dzieciństwa. Można się zżymać na te zwierzenia (wtedy raczej nie brać się za tę książkę), albo podejść do niej z dystansem, ale też z pewną refleksją. Zresztą, gdy ktoś całemu światu wykrzykuje głośno: Hej, hej – jestem super szczęśliwy/a, to nie sposób zaprzeczać, że pytanie w stylu - Jak on/ ona to robi? - intryguje naprawdę wielu. Gretchen Rubin porusza wiele aspektów, które dotyczą zwykłej codzienności. Ściga pożeracze czasu, tłumaczy, że tak naprawdę w kwestii prezentu i tak najważniejsza jest intencja (ważne – bo zbliżają się święta), szuka pozytywów, przeznacza środy na rodzinne przygody. Ustala pewne zasady, po jakimś czasie przyznaje się do ich łamania (od czasu do czasu): jak czytanie przy jedzeniu, telewizor w sypialni, komputer w pokoju córki.

Na końcu znajdziecie spis ciekawych lektur na temat domu, relacji i związków, biografii, wspomnień, samego szczęścia. Są też lektury z dzieciństwa autorki.

Każdy pewnie ma swój patent na udane małżeństwo czy rodzicielstwo. My Polacy jesteśmy znani z tego, że nie cierpimy czytać instrukcji obsługi. A taki poradnik to swego rodzaju instrukcja obsługi. Męża. dzieci, teściowej. Często jest tak, że dopiero jak coś przestaje działać, albo mamy problem z uruchomieniem, rzucamy się do lektury dołączonych do kartonika kartek z drukowanym maczkiem. Trudno też przejmować od kogoś przepis na udanego męża albo dzieci:) Każdy jest inny. Ale przyznaję, że ze szczególną uwagą i ciekawością przeczytałam rozdziały o czasie, mojej okolicy i teraźniejszości.

 

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

środa, 06 listopada 2013

Kabaret Starszych Panów pamiętam jak przez mgłę. Na pewno pojawiał się kiedyś częściej w telewizji i radiu – ale wówczas jakoś nie było nam po drodze, jako bardzo młoda osoba miałam inne priorytety. Od jakiegoś czasu odkrywam teksty i piosenki, zachwycam się wykonaniem, dykcją występujących aktorów. Pytam siebie – jak ja mogłam przeoczyć takie zjawisko? Bo Kabaret Starszych Panów był zjawiskiem. Nic dziwnego, że dla wielu to program kultowy. Nic dziwnego, że sięgnęłam po tę książkę. A przecież Wasowski to nie tylko Kabaret. Z jednej strony niesłychana skromność – z drugiej talent do wielu rzeczy. Dariusz Michalski stara się to wszystko ogarnąć, uporządkować. Tworzy Opowieść o Jerzym Wasowskim – Starszym Panu A. Czy mu się udało?

Punktem wyjścia jest ojciec Józef Wasserzug – to on spolszczył nazwisko na Wasowski, a miało to miejsce przed I wojną światową. Jerzy – cudowne dziecko z rozbitej rodziny. Niesłychany talent muzyczny, nie do końca dopieszczony przez opiekunów. Kto wie, może gdyby nie ten fakt, byłby został wielkim pianistą. Choć on i tak nade wszystko wolał jazz. Z nim też wiążą się jedyne wspomnienia wojenne, do których rzadko bo rzadko, ale powracał – to pierwsze dni września '39 roku – w Polsce wojna, on poznaje Przyborę i słucha BBC – dużo muzyki, właśnie jazzu.

Michalski ułożył swoją opowieść według tematów. Kiedy patrzę na ich listę – myślę sobie: człowiek renesansu – bo przecież zaistniał w radiu, teatrze, telewizji, kabarecie, filmie, pisał piosenki, w tym również dla dzieci (u nas na półce stoi płyta CD z fenomenalnym słuchowiskiem o dwóch siostrach Dorze i Florze według powieści Linklater'a). Omówione zostały znaczące znajomości z Przyborą, Młynarskim. Nie brak informacji o życiu prywatnym: żonie, domu, synu. Co jakiś czas pojawiają się opinie, że był często człowiekiem gdzieś w tle. Wstrzemięźliwy w wyrażaniu opinii, przemyśleń, życzliwy, pobłażliwy dla wszystkich. I tak jest poniekąd też w tej książce. Bo mimo tego, że ma to być specyficzna opowieść – nakierowana głównie na osobę kompozytora, to często sam Wasowski usuwany jest na drugi plan. Robi miejsce dla postaci, które mu towarzyszyły, dla wydarzeń i czasów, w jakich przyszło mu żyć. I tak zaczynają się krótkie dygresje, pojawia się coś nowego, ktoś nowy – i znów Wasowski. Bo nie można zrozumieć wielu tych rzeczy bez kontekstu – stąd pewnie taki zabieg autora, by wielu wątkom poświęcić uwagę. Co rusz ktoś jest cytowany – wspomnienia, anegdoty, wywiady. Ciekawe, co powiedziałby sam zainteresowany na tę książkę? Na swego rodzaju upór autora, który postanowił nam przypomnieć sylwetkę Pana A, bo według Michalskiego „historia naszej kultury potraktowała go, jakby był panem Iks, Igrek albo i Zet”. Autor przy pisaniu książki korzystał z wielu dokumentów, wywiadów, programów teatralnych, korespondencji, notatek, audycji radiowych i programów telewizyjnych i inne. Pojawiają się nazwiska wielu ludzi kultury i życia codziennego z minionych lat. To taki świat, którego już nie ma, a który warto dzięki tej lekturze odwiedzić.

 

Wydawnictwo Iskry

 



wtorek, 05 listopada 2013

Lepiej pamiętać, czy może lepiej zapomnieć? Trudne pytanie. Myślałam, że pod koniec książki Enga znajdę odpowiedź, ale znak zapytania pozostał. Może życie samo pomoże znaleźć tę pożądaną odpowiedź – może z każdym z nas jest ... będzie inaczej. Nie tak jak z Yun Ling, która z jednej strony chce zapomnieć, z drugiej pielęgnuje wspomnienia. Dopiero postępująca choroba zapowiada koniec bez pamięci; swego rodzaju pustkę - jak biała kartka papieru. Koniec – czy początek? I znów znak zapytania. Bo wspomnienia bolą. Pamięć uwiera – zwłaszcza taka. Yun Ling razem z siostrą trafiły podczas ostatniej wojny do niewoli Japończyków. Przez kilka lat zaznały tam wielu upokorzeń, głodu, biedy, tortur. Yun Ling opuściła obóz okaleczona – do dziś nosi rękawiczki, które kryją dłoń bez wszystkich palców. Siostra nie przeżyła. To właśnie z myślą o niej, jako też swego rodzaju wyrzut sumienia, Yun Ling chce założyć ogród. Japoński ogród. Trudne, prawda? Chcieć coś od tych, którzy zadawali ból. Mieć coś, co do nich należy, utożsamiać się z tym. Ogród. Ten zakłada się na lata, nie na chwilę. Wkłada się w niego wiele pracy, trzeba go pielęgnować, jest się w nim. Na pewno myśl, że ma być to japoński ogród szczególnie boli. A taki chciała mieć siostra Yun Ling. Najwspanialszym projektantem jest Aritomo – ogrodnik artysta, kiedyś na usługach samego cesarza. To jego Yun Ling prosi o pomoc. Kiedy ten odmawia, Yun Ling staje się uczennicą a – sama uczy się projektowania ogrodów. Pomiędzy nimi zawiązuje się więź, przyjaźń, którą przerywa tajemnicze zniknięcie ogrodnika. Po zakończeniu kariery sędziowskiej, po latach walki o sprawiedliwość, wraca Yun Ling do Yugiri, ogrodu wieczornych mgieł, chce przywrócić jego świetność. Teraz kiedy kobieta zaczyna zapominać, odżywają jednocześnie wspomnienia sprzed lat.

Piękna książka – właśnie na teraz, na jesień. Bardzo refleksyjna, momentami poetycka. Jest tu czas na zadumę, na odpłynięcie myślami gdzieś tam. Proza nieśpieszna, ambitna. Podróż do egzotycznych zakątków Malezji. Dla mnie to też ciekawe doświadczenie ze względu na wątki historyczne – choć nie one przesadzają o wartości tej prozy. Są niby w tle, ale na pewno ważne. Bo to też powieść o trudnych relacjach z tymi, z którymi prowadziło się wojnę. Znamy to również z naszej historii, stąd temat dla nas na pewno i zrozumiały i pasjonujący. Książka pokazuje skomplikowaną naturę człowieka. Nic nie jest pewne i jasne do końca. Każdy sam w sobie może stanowić zagadkę, do której czasem trudno znaleźć klucz. Tyle tu niedopowiedzeń, kluczenia, smutku...

 

Wydawnictwo Znak