Świat jest stworzony po to, aby stać się kiedyś piękną książką
Zakładki:
Książki 2013
Książki 2012
Książki 2011
A tutaj piszę o książkach
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Dekoratorskie
Książki - 2010
Książki- 2008
Książki- 2009
Napisz do mnie
Piszą o książkach
Strony o książkach
Szablon mojego bloga
Wydawnictwa
Wyzwania czytelnicze
Zaglądam również TU
Tagi
Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać
niedziela, 30 listopada 2014

Pojawienie się tej książki w naszym domu zbiegło się z blokiem tematycznym w szkole starszego syna, poświęconym historii książki. Fajnie się te tematy uzupełniły, bo historia książki to też historia liter. Jednego nie byłoby bez drugiego i odwrotnie:) Muszę przyznać, że odkrywanie Themersonów - po latach - to naprawdę szczytna idea - choć po prześledzeniu życiorysów Autorów nie sądzę, by przychylnym okiem patrzyli na wielkie słowa o nich samych. Każda z ich książek (w ostatnim czasie ukazało się kilka interesujących tytułów) zasługuje na uwagę, każda została wydana z wielką starannością. To awangardowe potraktowanie i słowa i ilustracji - nawet jeśli książki Themersonów powstały dawno temu, ich pomysły i rozwiązania zachowały świeżość i aktualność.

Narodziny liter traktują o historii pisma. Themersonowie pokazują krok po kroku etapy jego powstawania - co ciekawe - w sfabularyzowanej formie. To nie zbiór suchych informacji traktujących temat bardzo rzeczowo, że pismo powstało wtedy i wtedy, a wyglądało tak i tak. Pojawiają się bohaterowie, którzy biorą udział w procesie tworzenia: niejaki John Williams budujący chatę na jednej z wysp Oceanu Spokojnego, wódz krajowy Kiloupapa, wódz indyjski Kishkemunazee, prapraprawnuk tegoż wodza, i praprapraprawnuczek tegoż następnego osobnika - Umu, kuzyn jego Emsuh - znad Nilu:), mały przedwojenny Wicuś, babcia Steciukowa analfabetka. Punktem wyjścia są dziwne znaki, supełki i rysunki, które przez wiele tysięcy lat przeistaczały się w pismo. Oczywiście - dzieci dochodzą na samym końcu do celu - czyli do naszego współczesnego alfabetu. Historia wciąga niesamowicie - to coś w rodzaju detektywistycznego śledztwa. Równolegle z tekstem pojawia się wizualna strona pisma - dzieci biorą udział w procesie tworzenia pisma, odczytują wiadomości na supełkach, z prymitywnych rysunków, obserwują zmiany, przenoszą się w różne miejsca na kuli ziemskiej.

Rzadko używam określenia - fantastyczna rzecz, ale w tym przypadku nie waham się. Ta książka zachwyca na wielu płaszczyznach: tekstu, strony graficznej, kolorystycznej. Ma również drugie dno - rozpala niesamowicie wyobraźnię. Zainteresuje i małych i dużych. Na stronie wydawnictwa podano wiek odbiorcy: 0-99. Można spróbować zabrać już maluszki w podróż w różne miejsca na świecie na poszukiwanie pisma - najstarszych śladów pozostawionych przez naszych praprzodków.

Wydawnictwo Widnokrąg 

czwartek, 27 listopada 2014



Pamiętam taką oto scenę z dzieciństwa. Ja, mała, siedzę w babcinej kuchni. Na białej drewnianej ławce, pod oknem z parapetem pełnym różowych pelargonii. Moja babcia Marianna wałkuje makaron. Na stole nakrytym kolorową ceratą tępym końcem noża kroi cienkie plastry ciasta na paseczki, a potem szatkuje je w drobniusieńką krajankę. Zawsze daje się namówić, aby upiec dla mnie kawałek ciasta na rozgrzanej do czerwoności płycie żeliwnego pieca. Dziwne - bo to pełnia lata. I mam tę scenę od lat w głowie, bo wtedy, przy tym makaronie, zapytałam babcię o wojnę. Rzadko to robiłam, bo ona sama nie lubiła jej wspominać. Miała ku temu swoje powody. Dla niej było ważne tu i teraz, a nie jakaś tam wojna, która była i na szczęście już się skończyła. Moje pytanie brzmiało: Czy w czasie wojny świeciło słońce? Bo  wydawało mi się, że świat wtedy był ciemny, mroczny, nieprzyjemny. Że wojna była też w przyrodzie.

- Ależ! - babcia zamyśliła się nad tym makaronem. - Jakie to były gorące lata. Jakie słońce mocne świeciło. Pogoda marzenie. Wszystko kwitło... tylko ta wojna niepotrzebna...

A mnie ta odpowiedź wydała się taka niedorzeczna, bo wojna dla mnie nie miała jednak koloru - na pewno nie żółtego słońca, zielonej trawy czy błękitnego nieba. Stąd Wróg wydał mi się taki ... prawdziwy i taki trochę ... mój. Bo spełnia moje dziecięce wyobrażenie o wojnie. Nijaki świat, w którym ludzie biją się, bez końca, czasami już potem nie wiedząc o co tak naprawdę:( Bardzo minimalistycznie wyrażony - za pomocą kilku kresek, stonowanych jednolitych barw. Na szczęście nie ciemnych. Jasnych, które mimo wszystko zawsze wywołują pozytywne emocje i jakby nie było - niosą nadzieję. 

Wróg ma tylko dwóch bohaterów, którzy dla siebie są wrogami. Reprezentują dwie strony konfliktu. Jednego żołnierza poznajemy bardzo dokładnie: jego przemyślenia, obawy i strach, marzenia, plany, prowiant, rozkład dnia, wspomnienia. Widzimy go w różnych sytuacjach, o różnych porach dnia. Jak strzela do wroga z innego okopu, jak wyciąga wodę ze studni, patrzy z nadzieją w niebo, moknie podczas deszczu, wspomina kolegę, który poległ. W końcu - wyobraża sobie wroga - tego z okopu z naprzeciwka - niosącego tylko śmierć kobietom i dzieciom, jako dziką bestię bez żadnych uczuć. Jakże wielkie jest zdziwienie tego żołnierza (walczącego po tej - ponoć) dobrej stronie), gdy podczas nocnej wyprawy  "odwiedza" on okop wroga. Uświadamia sobie, że wróg przypomina mu jego samego:  ma podobne marzenia o pokoju, ma podobne zdanie na temat tej bezsensownej wojny, posiada rodzinę, w końcu (co przeraża żołnierza najbardziej) posiada instrukcję, w której wróg - bestia ma - jego własną twarz. 

Książka dotyka tematyki obcej mojemu pokoleniu. Nasze dzieci znają też wojnę z telewizji. Więc temat abstrakcyjny - ale z wiadomych powodów wywołujący lęk - zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę to, co dzieje się w chwili obecnej na Ukrainie. Urzeka brak wielkich słów. Nikt patetycznie nie wypowiada się na temat wojny czy pokoju. W centrum uwagi jest człowiek, jednostka, która najbardziej cierpi podczas wojny. I ten człowiek nie jest tutaj super - hero, który zbija, strzela, cieszy się, że ktoś ginie, ponosi klęskę. Są za to marzenia zwykłego człowieka, refleksje. To nie automatyczny robot wykonujący tylko rozkazy. Zastanawia go sens wojennego wariactwa, jakiegoś wspólnego szaleństwa, zastanawia go w końcu człowiek, który stoi po drugie stronie. 

Bardzo wartościowa lektura, o antywojennym charakterze. Burzy mit wojny, podczas której dzieją się (ponoć) rzeczy wielkie. Ludzka strona konfliktu - gdzie są głód, zimno, samotność, choroba, tęsknota, złość, bezradność. Ukazane w przystępny, może nawet i niekiedy komiczny sposób. Skłania ku refleksji - i małych i dużych. Podsunęłabym ją ważniakom na górze (może podczas jakiegoś szczytu NATO;) - powinni przeczytać i wyciągnąć wnioski. 

 

Wiek 6+

WydawnictwoZakamarki- książka z rekomendacją Amnesty International

niedziela, 23 listopada 2014

Wycieczki w czasie w książkach dziecięco - młodzieżowych od zawsze mają wzięcie. Przenoszenie w przyszłość lub do przeszłości niesie ze sobą wiele niespodzianek - niezrozumienie obyczajów i języka to początek niezłej katastrofy i nieporozumień. Różnego rodzaju "gadżety" z epoki, pozycja społeczna mieszkańców, dzień codzienny - to wszystko często dodaje smaczku całej historii. Inaczej jest, gdy bohaterowie planują taka "wycieczkę". Są przygotowani na historyczne "niedogodności". Inaczej - jak dzieje się to zupełnie wbrew woli bohaterów. Trochę wody w Wiśle upłynie, zanim spostrzegą się, że wylądowali w innych czasach, a ludziska wokół nich, to nie weseli przebierańcy.

Domino i Muki (naprawdę: Dominika i Dominik)- uczniowie szóstej klasy, to para przyjaciół, która przypadkiem znalazła się w okolicach Gniezna w epoce średniowiecza. Choć plany od samego początku były zupełnie inne. W Warszawie Wisła zalała tunel remontowanej Wisłostrady - ciekawskie dzieciaki postanawiają przechytrzyć ochronę budowy i zajrzeć do tunelu. Przy czym tunel ten stanie się dla nich również tunelem czasu, który przeniesie ich do innej epoki, gdzie kilka razy ich życiu będą groziły niebezpieczeństwa, gdzie spotkają postacie znane z podręczników historii - w tym Wojciecha, który w tej historii dopiero przygotowuje się do wyprawy do Prusów w celu ich nawrócenia.

Książka dla miłośników historii, przygody. Są momenty śmieszne - wynikające z niezrozumienia obyczajowości epoki. Jest też dużo momentów tragicznych - zwłaszcza koniec historii - kiedy dwójka przyjaciół staje się świadkami śmierci Biskupa Wojciecha. Na pewno można wiele się dowiedzieć z lektury na temat dnia codziennego w średniowiecznym grodzie, pożywienia, warunków mieszkalnych. Są wrogowie, szeptuchy, ołtarz, na którym składano ofiary, jest książę, mieszkańcy grodu i podgrodzia - jeszcze zagubieni w wierze - z jednej strony oddający cześć nowemu Bogu, z  drugiej - czujący respekt przed dawnymi pogańskimi bogami. Spodobał mi się sposób przedstawienie św. Wojciecha - człowieka z krwi i kości, z ludzkimi obawami i pełen niepewności - ale również człowieka twardego, odważnego, który gotów jest na śmierć w imię Chrystusa. Dla uczniów ciekawym elementem fabuły będzie przedstawienie roli kobiety w tamtym świecie. Bez prawa głosu - nawet w sprawach najważniejszych. Bez szans na obronę - w momencie oskarżenia o czary.

Mam nadzieję, że perypetie gnieźnieńskie to nie koniec przygód Domina i Mukiego - i Autorka ma pomysł na inną przygodę. Patrząc na naszą historię - jest mnóstwo wątków do zagospodarowania. Widzę w tych nienapisanych opowieściach (a może już są?) również miejsce dla dwóch "uboząt": sepleniącego skrzata Czesława i utopca, którzy wnieśli do tej historii i śmieszne elementy, i pełnili rolę aniołów stróżów, co by dwójce dzieciaków z XXI wieku krzywda się nie stała. Na co czekamy z niecierpliwością i zainteresowaniem.

Wiek 11+

Wydawnictwo W drodze

niedziela, 16 listopada 2014

O tej książce mogę napisać tylko same dobre rzeczy. Zresztą autor - Andrzej G. Kruszewicz - dyrektor warszawskiego zoo, dał się już nie raz poznać jako propagator miłości do przyrody i to z talentem do opowiadania. (Nie, nie ma w jego książkach wielkich słów). Jego książki czyta się z przyjemnością. Na upartego - człowiek z wielką wyobraźnią, czuje się tak, jakby brał udział w przedsięwzięciach autora: w obserwacjach i wyprawach. Właściwie to nawet można by pokusić się o stwierdzenie - książka wystarczy. Jednak między wersami jest tyle pasji, miłości do tego, co nas otacza, że w człowieku budzi się swego rodzaju nutka zazdrości, która nakazuje wręcz sięgnąć po wygodne buty, wciągnąć na siebie odpowiednie odzienie i wybrać się do lasu, na pola, łąkę, by samemu doświadczyć spotkania oko w oko - z przyrodą - i to wcale nie przez wielkie P. Bo wcale nie chodzi o to, by od razu iść tropem wilka. Może wystarczy zadrzeć głowę wysoko i przyjrzeć się zwykłym wróblom, które w naszym dachu zbudowały sobie gniazdo. Tak a propos - z książki Kruszewicza dowiedzieliśmy się, że to gatunek, któremu grozi wyginięcie (!).

Na okładce czytamy: Encyklopedia dla całej rodziny. I to się zgadza, bowiem książka zainteresuje czytelników w każdym wieku. Zwłaszcza tych, którzy dopiero zaczynają przygodę z obserwacją ptaków. Całość została podzielona na kilka części. W ciekawym wstępie Wiedzieć więcej autor namawia do odkrywania świata wokół siebie. W przyrodzie nie ma stagnacji - ciągle jesteśmy świadkami zmian. Ale często zachodzą one bez naszego udziału - po prostu jesteśmy na pewne rzeczy ślepi. A wystarczyłoby szerzej otworzyć czy. Drugi rozdział przygotowuje do obserwacji. To dział poświęcony ornitologii - systematyka (w skrócie), przygotowanie się do prowadzenia obserwacji, planowanie wyprawy ornitologicznej, prowadzenie notatek, bezpieczeństwo, dokumentacja fotograficzna, najlepsze ptasie miejsca w Polsce, kolekcjonowanie piór, dokarmianie i pojenie i inne. Następnie autor opisuje wybrane ptaki występujące w Polsce, które podzielił na: ptaki śpiewające i ... wszystkie inne. Razem 120 gatunków. Rozkładówka zawiera najczęściej opisy dwóch ptaków, choć zdarzają się miejsca, w których na opis danego osobnika przeznaczono dwie wielkie strony. Znajdziecie tu mnóstwo konkretnych informacji na temat występowania, wagi ciała, rozpiętości skrzydeł, zachowania. Autor często sięga również po ciekawostki i ....ptasie plotki:) I choć w dzisiejszym świecie nie jest mile widziane wyciąganie rodzinnych sprawa (ach ci celebryci) - akurat w przypadku ptaków, dodaje to smaczku ptasim historiom. Jak choćby ta, że łabędzie, nurogęsi i gęgawy są niezwykle troskliwymi rodzicami. Albo że perkoz rdzawoszyi składa białe jaja, które potem ciemnieją - a dzieje się tak za sprawą barwników gnijących części roślin, które służą jako "kołderka" dla jaj, gdy rodzice muszą na chwilę opuścić gniazdo. Takich smaczków w książce jest bardzo dużo. Całość - bardzo kolorowa - a to za sprawą zdjęć doskonałej jakości. Ptaki "uchwycone" w ciekawych momentach - podczas zalotów, zdobywania pożywienia, chowania młodych, kąpieli. Na końcu znajdziecie Skorowidz, który na pewno pomoże odnaleźć danego osobnika. Autor przedstawił też listę gatunków, które zostały stwierdzone w Polsce.  Są to najaktualniejsze dane z 2014 roku. Ostatnia strona to budowa ptaka - części ciała i upierzenia oraz wzory na upierzeniu.

Całość wydana z wielka starannością - wagi słusznej i o dużym formacie 23 cm x 28 cm.

Polecam:)

Wiek 6+

Wydawnictwo Multico

sobota, 15 listopada 2014

Ta książka przypomniała mi takie oto scenki z życia mojego młodszego syna. Kiedy zaczął mówić, lubił przychodzić do mnie i pytać: Mamo, kogo dzisiaj kochasz? A ja mu odpowiadałam: Dziś kocham wszystkie pająki. Na to Mikołaj: No to ja jestem dzisiaj twoim pająkiem. I tak kochałam po kolei różne Stworzenia Boże: biedronki, węże, smoki, pieski, koty, pasikoniki i muchy. A moje dziecko stawało się po kolei biedronką, wężem, smokiem, pieskiem, kotem, pasikonikiem i muchą. Kiedy wspominam tamte chwile, od czasu do czasu wodzę się na takie oto pokuszenie, żeby z tych naszych "kochanych" historyjek popełnić książkę, ale musiałaby to być książka obrazkowa - a  w tej kwestii - talentu brak:)

Przypomniałam sobie o tym, kiedy zobaczyłam ilustrację i tekst: Dzieci są do kochania. Do czego zmierzam? Dołek do kopania to kwintesencja dzieciństwa, radosnych, niesfornych zabaw, postrzegania świata przez maluchy, które potrafią zachwycić się zwykłymi kamykami (kamyki są przecież do zbierania i układania w kupki),zegarkiem (zegarek jest do tykania), czy zapałką (zapałka jest do zdmuchiwania). Odkrywania nowych obszarów, do których my, dorośli, tak często dopisujemy ważną filozofię czy regułkę. Tutaj znajdziecie proste definicje dziecięce, ale nie dziecinne - zadziwiające, niekiedy śmieszne, ale płynące z małego serca, szczere, może niekiedy dziecięco naiwne - a przez to urocze. Słońce jest po to, żeby był piękny dzień. Albo: Schody są do siedzenia. Kiedy tę książkę czytał nam na głos mój starszy syn, pomyślałam sobie, że ta książka może też powstała z obserwacji jakichś scenek rodzinnych, dzieci w parku - przy zabawie, podczas leniuchowania. Z zapisków rodzinnych, ciekawych powiedzonek małych ludzi. Może to też pamiętnik pewnego dzieciństwa, o którym wiedzieli tylko autorzy. Jednym słowem - dziecięcy świat - jego uroki, niesforność, beztroska.

Lubię książki a'la lektury mojej mamy. Kiedy ta powstała - moja mama miała dwa lata. Maurice Sendak narysował dzieci "w akcji". Ich dzieciństwo trąci myszką, ale ma tak wiele uroku. Dzieci bawią się godzinami na dworze, mają szmaciane przytulanki, kamyki, zwierzaki, muszle, patyki, tytułowe dołki do zabawy. Nie ma tu drogich zabawek i gadżetów. I niech mi teraz ktoś powie, że bez komputera nie można żyć:)))

 

Wiek 3+

Wydawnictwo Dwie Siostry

piątek, 14 listopada 2014

To moje pierwsze spotkanie z Flawią. Gdy rozpytałam dookoła  –  to oczywiście wszyscy słyszeli, czytali. Tak, tak – to te świetne staroświeckie kryminały? – padało z różnych stron. Taaa- tylko dlaczego ja po nie wcześniej nie sięgnęłam?  Słyszałam, ale ciągle było coś ważniejszego. Tymczasem to nie tylko dobry kryminał, ale doskonała wyprawa w czasie, do powojennej angielskiej prowincji. Klimat znany z powieści Christie – z tą różnicą, że dla młodego czytelnika. Flawia de Luce jest rezolutną jedenastolatką  lubiąca zaglądać wszędzie tam, gdzie nie powinna. Żyje sobie razem z trochę nieprzystępnym i zagubionym ojcem i dwiema siostrami w rodzinnej posiadłości w Buckshaw. W domu się nie przelewa, komornik stoi u drzwi, na stół wjeżdżają tylko skromne potrawy, rodzinna budowla czasy świetności ma za sobą. W jednym z licznych pomieszczeń Flawia ma swoje laboratorium – tu testuje różne substancje chemiczne, trucizny. Tu przeprowadza analizy i badania, wyprzedzając o głowę działania miejscowej ślamazarnej policji. W tej części przy otwarciu grobu świętego Tankreda – patrona miejscowego kościoła, robotnicy odnajdują ciało zaginionego niedawno kościelnego organisty. Powoli powstaje lista podejrzanych. Flawia oczywiście ma swój pomysł na rozwiązanie tej zagadki.

 Do tej pory ukazało się już pięć części serii Flawii de Luce. Nie mając możliwości wglądu do wcześniejszych części - nie dokonam porównania. Dużo rzeczy mi się w tej powieści podobało. Po pierwszeklimat. Autor potrafił stworzyć scenerię jak ze starych czarno – białych filmów powojennych. Dopuszczalny odcień sepii. Mnóstwo tu szczegółów – w wyposażeniu, krajobrazie – których fizycznie w czasach obecnych jak na lekarstwo. A jeśli są – to w rzeczywistości jakby w cieniu – tu zostały wyeksponowane na światło dzienne. Jak choćby organy, które odegrały tu niepoślednią rolę. Dalej: bohaterka – Flawia. Młody pyskol, który i w język potrafi się ugryźć. A jeśli – to wtedy, gdy ma w tym jakiś ukryty cel. Potrafi zażarcie walczyć o swoje. Odważna, niepokorna, z głową niesamowitych pomysłów. Nie zna słowa – nie i nie wolno. Po trzecie fabuła. Niby zabójstwo – to już gdzieś było. Jednak tu poprowadzona z niesłychaną swadą, wątkami pobocznymi – i to tak, że w pewnym momencie faktycznie trudno rozgryźć, kto faktycznie zabił.  Bardzo polecam tę książkę – będziecie się przy niej dobrze bawić.

Wiek 13+

Wydawnictwo Vesper

niedziela, 02 listopada 2014
 


Na świątecznym spotkaniu rodzinnym padło stwierdzenie - "To już 1 listopada. Za chwilę Adwent, święta i Nowy Rok. Jak ten czas leci" (i tu słychać było dziadkowe westchnienie).

Oj leci, leci. A kolejny rok bez Kuleczkowego kalendarza - nie może to być? Znam takich, którzy wyczekują go za każdym razem, kolekcjonują, wieszają na honorowym miejscu, by był dla wszystkich, zapisują w kwadracikach na dany dzień ważniejsze wydarzenia rodzinne - by nie zapomnieć:))) Podobnie jak kolejne przygody Pana Kuleczki i jego przyjaciół. To tak, jakby zaprosić gości do swojego domu: kaczkę Katastrofę, psa Pypcia, muchę Bzyk - Bzyk i Pana Kuleczkę, ma się rozumieć.

W kalendarzu na rok 2015 znajdziecie opowiadanie Deszczowy spacer i 12 rozkładanych planszy: u góry zawsze ilustracja pasująca do danego miesiąca z ciekawą sentencją, na dole kalendarz z zaznaczonymi najważniejszymi świętami. Każdy dzień to pusty kwadracik, w którym można coś narysować lub wpisać. Do wypełnienia przez całą rodzinę.

Już od dawna jestem zakochana w ciepłych ilustracjach Elżbiety Wasiuczyńskiej - "mamy" Pana Kuleczki i jego ferajny oraz tekstach Wojciecha Widłaka. Bije z nich taka pozytywna energia, optymizm. Jest w nich humor i filozofia, i refleksja. Cudna jest Kaczka Katastrofa vis a vis swojej skarbonki, z której można wyjąć tylko tyle, ile się do niej wrzuciło. Wzrusza Pan Kuleczka przekazujący miłość na odległość. Odlotowy - wspomniany wyżej starszy pan - szczególnie w maju - kiedy naprawdę łatwiej odlecieć. Filozoficznie nastraja lipcowa ilustracja, która zachęca do szukania wokół siebie miejsc, w których można by siedzieć i siedzieć bez końca. Mole książkowe znajdą tu dwie ilustracje o książkach właśnie. W komplecie 48 naklejek do zaznaczania tego, co szczególnie lubimy, co ważne.

Wiek - zdecydowanie dla każdego!

Wydawnictwo Media Rodzina





Od razu poczułam wielką sympatię do tej książki, a to z tego prostego powodu, że jedna z bohaterek jest moją imienniczką. Na dodatek to pierwsza książka w moim prywatnym czytelniczym życiu, gdzie ją (moją imienniczkę) spotkałam - i bardzo się z tego cieszę. Poza tym: to naprawdę dobra książka - wiec radocha podwójna. Kto zna Piję - wie, że inaczej być nie może. Dziecięcy świat - wraz z jego uczuciami, emocjami, doświadczeniami. Prawda o najmłodszych - tak oczywista, z czego dorośli często sobie nie zdają sprawy. Kiedy czytałam Pobawimy się? przypomniałam sobie, jak moja mama mówiła: najlepiej nie mieszać się do dziecięcych niesnasek, kłótni. Dzieci same dadzą sobie radę - i to w try miga, ani się nie obejrzysz. Doświadczenia z moimi dwoma synami jak najbardziej potwierdzają tę teorię. To z Benią i Tolą również. Obydwie dziewczynki są koleżankami z przedszkola (?), podwórka (?). Pewnie mieszkają niedaleko siebie. Benia chce się pobawić, więc przychodzi do Toli, tylko że ta akurat nie ma na to ani czasu ani ochoty. Zbywa koleżankę, zamyka jej drzwi przed nosem, wymyśla jakieś opowiastki, wykręca się jak może. I kiedy człowiek zaczyna myśleć, że dziewczynki pokłóciły się na śmierć i życie, zabawa zaczyna się na całego.


Kolejna udana książka szwedzkiej autorki, z mądrym przesłaniem, że dziecko ma prawo decydować o tym co lubi robić i z kim. Jednych lubi, innych mniej - a jeśli lubi - to nie o każdej porze. Do tego charakterystyczne ilustracje, na całe dwie strony, postacie Beni i Toli - z dużymi głowami i małymi brzuszkami i stopami. I te miny, które tak świetnie odzwierciedlają co akurat w duszy gra. A tak nawiasem mówiąc - od dzieci można się naprawdę wiele nauczyć:)


Wiek 3+

Wydawnictwo Zakamarki