Świat jest stworzony po to, aby stać się kiedyś piękną książką
Zakładki:
Książki 2013
Książki 2012
Książki 2011
A tutaj piszę o książkach
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Dekoratorskie
Książki - 2010
Książki- 2008
Książki- 2009
Napisz do mnie
Piszą o książkach
Strony o książkach
Szablon mojego bloga
Wydawnictwa
Wyzwania czytelnicze
Zaglądam również TU
Tagi
Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać
sobota, 27 grudnia 2008

Przed świętami udało mi się zaprowadzić całkiem znośny ład i porządek w zabawkach i w grach mojego (prawie) 4-letniego Tomka. Na czworakach przez pół dnia segregowałam, myłam, składałam, kompletowałam, naprawiałam i odrzucałam popsute na amen zabawki na bok. W wieczór wigilijny mój synek otrzymał między innymi samochód policyjny z syreną, z wykładanym policjantem, o jakich marzył od dawna, i o które prosił w liście Gwiazdora. Był zachwycony- ale tylko przez chwilę. Wieczór wigilijny i dwa dni świąt moje dziecko spędziło na zabawie ... malutkim traktorzystą bez głowy i samochodem bez kółek. Kilka dni wcześniej, skazane przeze mnie na ostracyzm, zostały wyłowione z kartonika zapomnienia przez mojego syna. Bawił się przednio, opowiadał najróżniejsze historyjki, na samochód policyjny nawet nie spojrzał. A ja teraz łamię sobie głowę- po co to wszystko i jaki to ma sens. No cóż, dzieci nie raz już nam udowadniały, że pewne rzeczy lepiej wiedzą i rozumieją, tak same z siebie.

czwartek, 25 grudnia 2008

Wszystkim, którzy odwiedzają mój blog pragnę  życzyć Wesołych Świąt  Bożego Narodzenia-ciepła przy choince, miłych chwil spędzonych z najbliższymi. Molom książkowym- dużo udanych prezentów książkowych pod choinką- do cudownego zatopienia się w lekturze i zapomnienia o świecie!

sobota, 20 grudnia 2008

Bardzo podoba mi się ten obraz. Zwiastowanie- chyba jedna z największych Tajemnic. Nieraz się nad nią zastanawiałam i rozumem pojąć nie mogę. Nagle zjawia się jakiś skrzydlaty osobnik, który wpadł tylko na chwilę, by przekazać, że za kilka miesięcy narodzi się Cudowne Dziecko o imieniu Jezus. A co na to powie narzeczony Józef? Czy będzie tak naiwny, że od razu uwierzy, czy jednak będzie miał wątpliwości? Był przecież zwykłym człowiekiem i kierowały nim zwykłe ludzkie uczucia. Tyle znaków zapytania dla nas śmiertelników. Może tak ma właśnie być? Nie, obraz nie daje nam odpowiedzi na pytania i nie rozwiewa wątpliwości. U góry po lewej stronie, upadek człowieka- opuszczanie raju Na pierwszym planie Anioł Gabriel i Maryja- nadzieja na przyszłość. Na mojej reprodukcji domowej widać więcej szczegółów, można się zachwycić prostotą, kolorem i kompozycją obrazu.

Michał Anioł powiedział o autorze tego dzieła-

Zacny ten człowiek malował sercem. Posługując się pędzlem, potrafił dać wyraz swej pobożności i głębokiej wierze, czego ja osiągnąć nie potrafię, bowiem zgoła nie czuję w sercu tak szlachetnych skłonności.

Jeszcze jedno spostrzeżenie: zachwycamy się Wielkimi tego świata. Kuszą nas głośne nazwiska- Rafael, Caravaggio, Tycjan. Tymczasem warto niekiedy sięgnąć do dzieł mniej znanych, by odkryć, choćby tylko dla siebie , podobne jak ta- perełki.

Już myśleliśmy, że nasze stacje telewizyjne w tym roku zrezygnowały z tradycyjnego świątecznego gadżetu filmowego- ale jednak- nie. Wczoraj skacząc po programach M. odkrył ...Kevina. Na razie był sam w domu, ale przeczuwamy, że na święta, jak co roku, zostanie nam podany w gwiazdkowym sosie własnym. Tradycji musi w końcu stać się zadość. Zaczynam się powoli zastanawiać, czy przypadkiem  ten mały chłopiec niezauważenie nie wpisał się w nasze polskie świętowanie obok opłatka, choinki, karpia i uszek z barszczem. Bo Kevin jest zawsze z nami na święta. Bezczelnie wykorzystuje naszą tradycję dodatkowego nakrycia przy stole i już od 18 lat. No bo któż odmówi gościnności pukającemu, wprawdzie nie w szybkę drzwi wejściowych, ale ekranu telewizyjnego? Przeglądając repertuar - stwierdzam, że generalnie jest mnóstwo powtórek. Oglądanie po raz kolejny w tym roku przygód Brzęczyszczykiewicza (Czy tak się to pisze?) albo przyczajonego tygrysa  może skończyć się wielką kompromitującą czkawką. W końcu -co za dużo to niezdrowo- Kevinem również można się przejeść -jak karpiem. Zastanawiam się nad pewną rzeczą- historia kina, filmu ma długą tradycję. Dziwnym pozostaje fakt, że tak trudno wybrać na tę chwilę coś naprawdę wyjątkowego (na boga- i nie o 1.45 w nocy!!!), wbijającego fotel. Nic to- święta będą u nas , jak co roku zresztą, baaardzo rodzinne- tradycyjnie- bez telewizji:)

P.S.- Sprawdziłam- w wigilię Bożego Narodzenia, jak co roku, hm, no może jak co dwa lata, Kevin sam w Nowym Jorku. Na jednej z naszych stacji lubujących się w takich sentymentalnych telewizornianych wspominkach o godzinie 19.30. A w czwartek Fanny i Aleksander (!!!) na TVP Kultura- naprawdę chciałabym obejrzeć... tylko niestety nie mam tego kanału:(((( 

czwartek, 18 grudnia 2008

Dzieci już śpią, porządki świąteczne prawie zakończone i moje ciasto na jutrzejszą wigilię prezentuje się nieźle- palce lizać. M. dostał po łapskach przy obskubywaniu brzegów i w ramach protestu pojechał na basen. Jutro rano przed pracą posypię je orzechami i obleję czekoladą- prawdziwa bomba kaloryczna, ale Boże Narodzenie jest w końcu raz w roku. Po świętach będę się martwiła nadmiarem nadmiaru.

Moi rodzice wspominają czasem swoją dziecięcą radość na święta, na pyszne jedzenie - w ich domach, bardzo skromnych zresztą, przestrzegano bowiem postu. Mama do dziś nie może patrzeć na śledzie i na ziemniaki polane olejem lnianym. Niedaleko mojej miejscowości był tak zwany olejnik, gdzie wybijano makuchy. Po omłóceniu lnu przygotowywano olej na post- właściciel należał do najbardziej majętnych ludzi w okolicy- obsługiwał miasteczko i okoliczne wsie. A ludzie kiedyś pościli kilkadziesiąt dni w roku- nie to co teraz;) W opowieściach ojca też przewija się postne jedzenie osłodzone niekiedy przez matkę, a moją babcię Antoninę, chlebem ... polanym syropem z buraka cukrowego.

W tym roku będzie nam troszkę smutno- rodzina się rozjechała po świecie- po raz pierwszy będziemy w tak małym gronie;( Ja w swoim życiu miałam kilka wigilii za granicami kraju- i prawdę powiedziawszy- w tej kwestii wolałabym zostać tradycjonalistką.

-Po maturze wyjechałam do Niemiec jako au-pair. A że były jeszcze wizy musiałam wyjechać akurat na Boże Narodzenie. Mieszkałam u młodego małżeństwa z trójką dzieci- w wigilię najważniejsze były prezenty i program TV. Kolacji nie było- Ulrike wiecznie się odchudzała, wieczorem wciągnęła sama czekoladę, a następnie zaprosiła nas do zjedzenia dietetycznych jogurtów jagodowych. Nigdy więcej!!! Wiem jednak, że dużo rodzin niemieckich przykłada wagę do tego dnia i przygotowuje naprawdę świąteczną ucztę.

-Kiedy moja siostra z kolei była au-pair we Francji, rodzina oddelegowała mnie w Alpy, by zawieźć jej opłatki i Dobrą Nowinę. Wigilię robiłyśmy same. Z braku wałka, Basia wałkowała ciasto na uszka do barszczu tubą do przenoszenia projektów. W oczekiwaniu na pasterkę spędziłyśmy mile czas w restauracji, bo Francuzi to taki dziwny naród, który spędza wigilię w lokalach właśnie , a Sylwestra w domu:)

-Pamiętny rok 2000- znów odwiedziłam siostrę, tylko tym razem w Paryżu. Większą część mojego bagażu stanowiły właśnie ingrediencje na potrawy wigilijne. Gdyby celnicy przeszukali mi wtedy na granicy plecak, zdębieliby na widok farszu do pierogów, buraczków (polskich!), suszonych owoców i grzybów, pierników oraz mnóstwa książek na prezenty. Basiu, a co ja tam u Ciebie wtedy właściwie nosiłam z garderoby?

Teraz ciekawam bardzo wieści ze świata, jak moi najbliżsi obchodzą TAM wigilię. Hej! Wiem, że mnie podczytujecie, tak więc czekam...:)

Na koniec - napiszę o jeszcze jednej ciekawej rzeczy. Dziś byłam świadkiem ubierania choinki przez uczniów. Gdy okazało się, że jest za długa- ktoś zaproponował, by odciąć czubek. Kika osób zareagowało z oburzeniem, że tak nie można, bo to może skończyć się... wielkim nieszczęściem (!!!). Ponoć, gdy się odetnie czubek drzewka bożonarodzeniowego, grozi to zejściem ze świata któregoś z członków rodziny w najbliższym roku. Czubek został, trochę się podkręca pod sufitem, ale wygląda dość oryginalnie, bo dziewczyny zawiesiły na nim gwiazdę.

Nic to- idę czytać Mariannę i róże, jestem zmęczona już tymi przygotowaniami- pieczenie trzech oddzielnych warstw do mojego miodownika z małym Mikołajem (absolutnie nie- świętym) pod nogami było nie lada wyczynem, ale się udało i mam teraz ogromną satysfakcję. A wracając do książki- i ja również chciałabym napisać wkrótce moją pierwszą wyzwaniową recenzję:)

 

Przy porannej kawie przeczytałam u Padmy o jej perypetiach z książkowymi prezentami i jej wpis zainspirował mnie do dłuższej wypowiedzi. Boże Narodzenie przed nami- proszę, temat jak najbardziej na czasie.

 Muszę przyznać, że te dwa pojęcia książka i prezent dość często nie współgrają ze sobą, a z książkowymi prezentami jest tak, jak z perfumami- nie znając dobrze danej osoby, naprawdę trudno trafić w ten konkretny zapach:) Przekonałam się o tym kilka razy na własnej skórze. Zawsze lubiłam książki, ale życie nauczyło mnie w tej dziedzinie pokory.

Po pierwsze- nie każdy lubi otrzymywać książki w ramach prezentu. Kiedyś wychodziłam z założenia, że skoro ja lubię zapomnieć o świecie przy lekturze, to inni również. Na ziemię sprowadził mnie mój młodszy Brat, który na pytanie, co chciałby dostać pod choinkę, odpowiedział kiedyś krótko- Wszystko, tylko nie książkę. Było to kilkanaście lat temu, ale do dziś pamiętam jego słowa, po których poczułam się tak, jakby ktoś wylał mi kubeł lodowatej wody na głowę. Zawsze kupowałam mu książki- bo uważałam, że poznać kanon literatury dziecięcej- ot choćby Nilsa Paluszka, Muminki czy Cudowną podróż, to sama przyjemność i jedno z najcenniejszych wspomnień z dzieciństwa. Myliłam się- mały Brat oddał swą duszę klockom LEGO i samochodzikom, natomiast do słowa pisanego raczej mięty nie czuł. Inna sprawa, że  (teraz już duży) Brat, tak kiedyś odporny na indoktrynację książkową,  żyje obecnie na emigracji i pochłania wszystko, co tylko brytyjska biblioteka ma mu do zaoferowania, chłonie każde słowo polskie, nawet jeśli ma to być czytadło takiej choćby Nory Jones, obalając tym samym mit powiedzenia, że czego Mateuszek się nie nauczy, tego Mateusz nie będzie umiał.

Po drugie- trudno trafić z prezentem książkowym. Chyba, że dokładnie wiemy, co dana osoba preferuje. Również z moim  mężem mieliśmy kilka wpadek w naszym sielankowym okresie operacyjno-zwiadowczym:) Świat według Garpa Irvinga kompletnie go znudził. Do dziś jestem oburzona- Halo. halo- czy jest tu ktoś, kto nie lubi Garpa?!!! Jak można w ogóle nie lubić Garpa?!!! No tak- mój mąż nie lubi. Natomiast z jego strony totalną klęskę poniósł darowany mi z wyrazami sympatii Koniec historii Francisa Fukuyamy. M. chciał potem koniecznie porozmawiać o tym, w jakim punkcie względem "końca historii" znajdujemy się obecnie i czy doprowadzi ona do liberalnej demokracji, odpowiedzi nie uzyskał do dnia dzisiejszego. Z totalnych niewypałów książkowych dla mnie pamiętam jeszcze- 100 fryzur na każdą okazję- ( to nie od męża:) co dla osoby, której włosy nadają się tylko na fryzurę krótkiego pazia, było nie lada wyzwaniem. Bez żadnych sentymentów oddałam zaprzyjaźnionej fryzjerce:)

Smętne są nagrody książkowe z czasów szkolnych za coś tam:) W czasach PRL-u szkoła radziła sobie jak mogła, by mimo braków na rynku, pseudoambitnie nagrodzić nas za trudy pracy w szkolnych ławach. Te prezenty książkowe trzymam z sentymentu.

Po trzecie- nie zawsze książka okrzyknięta przez media i krytyków jako absolutny hit będzie jednako prezentowym strzałem w dziesiątkę. Moja biblioteka i księgozbiory moich znajomych najlepiej o tym świadczą. Nie ma to jak dobry, subtelny wywiad i wsłuchanie się w to, co mówi osoba, której pragniemy podarować książkę:)

Po piąte- Dla wywołania uśmiechu zadowolenia u obdarowanego jestem gotowa taszczyć nawet grube tomiska za siedem gór, siedem rzek. Tak było w 2000 roku, kiedy to wybraliśmy się z M. na święta do Paryża. Europa Daviesa zajęła mnóstwo miejsca w plecaku, ten wrzynał mi się w ramiona, ale co tam- książka pojechała ze mną. No i radość obdarowanego była nagrodą za poniesione trudy.

Po szóste- Niekiedy prezent książkowy może się powielić. W mojej bibliotece mam kilka zdublowanych egzemplarzy. Kilka podarowałam już potrzebującym:) W tym roku sama przeżyłam książkową wpadkę. Dla chrześnicy kupiłam pod choinkę pięknie wydany przez Świat Książki Tajemniczy ogród. Niestety, już ma. Muszę teraz pomyśleć o czyś innym.

W razie prezentowych rozterek- rozwiązania awaryjne- choćby słodycze albo przysłowiowe skarpetki mogą się okazać czasem najlepszymi rozwiązaniami, ale z własnego doświadczenia wiem, że mól książkowy zawsze ma nadzieję, że zostanie obdarowany właśnie książką, dobrą książką, ma się rozumieć:) Czego sobie jak i innym molom książkowym w tym roku życzę:)

A teraz do dzieła- biorę się za pieczenie miodownika, bo jutro w pracy wigilia. Mam nadzieję, że wszystko się uda:)

 

środa, 17 grudnia 2008

Moje dziecko zapytało mnie dziś, czy Gwiazdor to nie przypadkiem brat świętego Mikołaja. Tomek ma nie lada  problem- kto mu za kilka dni przyniesie prezenty. W domu pisze list do Gwiazdora, w przedszkolu z kolei mowa jest o nobliwym staruszku z Północy. Przecież święty Mikołaj już chodził 6 grudnia, prawda? Kilka lat temu uczyłam w warszawskim liceum. Kiedy wyrwało mi się na świątecznej lekcji- GWIAZDOR- kilka zaciekawionych par oczu spojrzało na mnie z wyczekiwaniem, bo gwiazdorem dla nich to był wtedy Brad Pitt . Z tematem obeznani byli Jacek, którego babcia była poznanianką i Kasia wychowana na Borejkach Małgorzaty Musierowicz. Tak więc gwoli wyjaśnienia- w Wielkopolsce, i to tylko w tej części, która kiedyś należała do zaboru pruskiego, prezenty przynosi GWIAZDOR, dość mocno zakorzeniony w naszej tradycji, nie mający nic wspólnego z Dziadkiem Mrozem ze wschodu, jak to sugerują niekiedy niezorientowani w temacie. Rasowy Gwiazdor różni się znacząco od świętego Mikołaja, odzianego standardowo w czerwoną czapkę i płaszcz. Nasz  darczyńca nosi futrzaną czapę i kożuch, a twarz ma umorusaną sadzą bądź skrytą za maską. Nazwa wywodzi się zaś od kolędników, z których jeden niósł gwiazdę, wór z podarkami i rózgę na niepokornych.

Moi rodzice kilka razy zorganizowali nam atrakcję pod hasłem- Gwiazdor, która zawsze kończyła się palpitacjami malutkich serduszek, drętwotą nóg na dźwięk srebrzystego dzwoneczka i chęcią rezygnacji nawet z najwspanialszego prezentu. Bo niestety, ów Gość Wigilijny nie miał nic wspólnego z cierpliwym i dobrodusznym świętym Mikołajem. Gwiazdor wielkopolski jest zadziorny, czasem nieprzyjemny, ma charakterek i raczej nigdy nie wzbudzał ciepłych uczuć, przynajmniej we mnie i moim rodzeństwie. Odpytywał najczęściej z pacierza, kolęd, wierszyków i tabliczki mnożenia.

Jedno spotkanie z Gwiazdorem utkwiło mi w pamięci – Pojechaliśmy na wigilię do cioci na wieś.  Oj, na wsiach to byli dopiero Gwiazdorzy - nasi, miejscy, byli ciut łagodniejsi. Po rozdaniu prezentów, ku naszej dziecięcej uldze, Bohater Wieczoru zaczął zbierać się do odejścia. I gdy znalazł się przy drzwiach, Piotrowi, mojemu kuzynowi, wymsknęło się cichutko, tak z wiejska: Phi. E tam, to buł tata. Na co Gwiazdor jak się nie zawrócił i dalejże mu rózgą po tyłku- Jo ci dum tatę! Jo ci dum tatę!

Czasem, gdy zbiera nam się na wspominki, śmiejemy się z naszego strachu, nasłuchiwania dzwoneczka i tej sceny z wiejskiej wigilii. Jednak jakoś nie mamy ochoty na pielęgnowanie w naszych domach tradycji bliższych spotkań z Gwiazdorem. Latoś też przyjdzie, a jakże, tyle że zostawi prezenty pod choinką i pójdzie sobie:) A że Gwiazdor jest zjawiskiem starym i budzącym respekt, przekonałam się czytając o nim kilka dni temu fragment w książce Marianna i róże, gdzie pod datą Polwica, w styczniu 1893 roku o wizycie Gwiazdora taki oto wpis:

Biedny Stasinek tak się przestraszył, że zaczął głośno płakać i trzeba go było czym prędzej zabrać do dziecinnego pokoju. Jadzia wtuliła się w spódnicę Busi. Starsze dziewczynki umilkły.

Tak więc strach przed tym jegomościem też ma swoją tradycję, ale naszym dzieciom chcemy jej oszczędzić:)

 

Podczas sprzątania przedświątecznego wpadła mi w ręce malutka i niepozorna książeczka, krótka rozprawa o aniołach księdza Twardowskiego. Znak jakiś z Nieba, że dość już tej przyziemnej bieganiny? Być może... Anioły są wpisane przecież w tradycję Bożego Narodzenia...

Za autorem powtórzę, że dziś często z anioła robimy malowankę dla dziecka, naiwny obrazek, przedstawiamy go jako pannę ze skrzydłami.  Anioły stały się ulubieńcami sklepów artystycznych i dekoratorskich. Wiem, bo sama posiadam kilka  sympatycznych figurek, a przyznaję, że im dziwniejszy ten anielski wizerunek, tym bardziej mi się podoba.

Tymczasem anioł jest niewidzialną potęgą Boga. Jego wysłannikiem, źródłem mocy nie tylko dla dziecka. (...) Do aniołów nie wypada tylko modlić się, prosząc o pomoc- aniołów trzeba czcić jako wysłanników Boga. " Oto Ja posyłam anioła przed tobą, aby cię strzegł w czasie twojej drogi i doprowadził cię do miejsca, które ci wyznaczyłem. Szanuj go i bądź uważny na jego słowa. Nie sprzeciwiaj się mu w niczym, gdyż nie przebaczy waszych przewinień, bo imię moje jest w nim" (Wj 23, 20-21)

Ksiądz Twardowski pisze jak zwykle przystępnym językiem o sprawach Wielkich i Ważnych. Jego myśli o aniołach to nie nadęta rozprawa teologiczna, ale ludzkie spojrzenie na boskie istoty. Choćby taki Anioł betlejemski. Czytając ten tekst nie sposób nie uśmiechnąć się do siebie:

Co anioł betlejemski miał do zrobienia w noc Bożego Narodzenia? Najpierw latał po polach i budził pastuszków-śpiochów. Potem podawał komunikat o Bożym Narodzeniu. Potem ogłosił, że na świecie zapanuje wielka radość. Może anioł pomylił się? O jakiej radości mówił, przecież Herod tupał nogami, żołnierze rzymscy wymachiwali dzidami, Matka Boska zmarznięta, bez rękawiczek, marzła w nieopalanej stajence.

Nawet nie wiedziałam, że Kościół ustalił anielską hierarchię- Najbliżej Boga są cherubini, serafini i trony. Następnie trzy chóry- chór panowań, chór mocarstw i chór potęg albo władz. Trzecia hierarchia- to książęta, archaniołowie i aniołowie. Ci ostatni są nam najbliżsi- służą nam i są najpokorniejsi. Wszystkich mają nad sobą- i za to też ich chyba najbardziej cenimy:)

Od Anioła się w końcu wszystko zaczęło. Archanioł Boży Gabriel zjawił się przed Najświętszą Panienką i zapowiedział narodziny Chrystusa:

Jezus nazwiesz imię Jego, Będzie Synem Najwyższego, Wielki z strony człowieczeństwa, a niezmierny z strony Bóstwa, Wieczny Syn Ojca wiecznego, Zbawiciel świata wszystkiego.

 

Najbliższy mojej rodzinie anioł- to oczywiście Anioł Stróż. Sympatyczny, zawsze z nami, taki kumpel- i do tańca i do różańca. Ileż wysiłku nas jednak kosztuje, by Tomek zmówił przed snem modlitwę. Zawsze ma wymówkę, że jest baaardzo zmęczony. Jednak, gdy się rozpędzi, to nie może się swemu skrzydlatemu Opiekunowi nadziękować i naprosić. Ostatnio dołączył prośbę o zdrowie dla Świętego Mikołaja, bo Boże Narodzenie tuż tuż- no i co by to było, gdyby dobrotliwy staruszek z siwą brodą z dalekiej Północy nam się nagle rozłożył- jakiś nieplanowany mega- katar albo grypa?

 

Chodzi Anioł Stróż po świecie

sprząta po miłościach co się rozleciały

zbiera jak ułomki chleba dla wróbli

żeby się nic nie zmarnowało

listy tam i z powrotem

telefony od ucha do ucha

małe śmieszne pamiątki co były wzruszeniem

notes z datą spotkania ukryty w czajniku

blizny po śmiechu

sprzeczki nie wiadomo po co

żale jak pojedyncze osy

flirtujące osły

wszystko na szpilce

to co na zawsze już się wydawało

mądrość przy końcu że nie o to chodzi

radość że się kocha to co niemożliwe

(Na szpilce)

poniedziałek, 15 grudnia 2008

 

Adwent niejako potwierdza powiedzenie, iż czekanie na przyjemność jest większą przyjemnością, aniżeli sama przyjemność. Nasi zachodni sąsiedzi też często mówią- Vorfreude ist die größte Freude. Nie żebym nie lubiła świąt. Ale święta tak szybko mijają- raz dwa i już ich nie ma.  Adwent natomiast trwa i trwa- całe cztery niedziele- i w tym czasie można się przygotowywać do świąt w nieskończoność, dogrzać, ocieplić i … poprawić:)  Kalendarz adwentowy dla dzieci, wieniec na stole, pieczenie ciasteczek i pierniczków, wizyta dobrotliwego Świętego Mikołaja, zapach korzeni roznoszący się po każdym kątku, Archanioł Boży Gabriel w kościele, roraty z lampionami,  klejenie ozdób choinkowych z dziećmi, kiermasze świąteczne, refleksja, oczyszczenie duszy, jabłuszka z cynamonem zapiekane z bezową pianką, poczta anielska. No i dla dorosłych- grzaniec. Wieczór, książka w ręku, dzieci już śpią, za oknem wieje, huczy (śniegu niestety nie ma:( i smak cynamonu , imbiru, anyżku, goździków i muszkatu w gorącym czerwonym winie  z delikatną nutką miodu. Przeglądam strony z dekoracjami świątecznymi, zazdroszczę dziewczynom fantazji, pomysłów, czasu. Wszystko jest takie piękne i dopieszczone.  A mi w tym czasie przychodzi zawsze ochota na Dickensa.

Opowieść wigilijna to też mój Adwent. Smakuje szczególnie w połowie grudnia.

Pewnego razu- spośród wszystkich innych zacnych dni w roku w samiutką Wilię Bożego Narodzenia- Scrooge siedział przy pracy w swym kantorze. Było to popołudnie dokuczliwe, mroźne, mgliste. (…) Zegary na wieżach dopiero co wybiły trzecią, ale mrok spowił już miasto- zresztą dzień cały był ciemny- i w oknach sąsiednich biur jarzyły się świece, podobne krwistym smugom w ciężkim, brunatnym powietrzu.

Poprawa Scrooge’a rozświetla mroki wczesnych grudniowych wieczorów. Z Tomkiem czytamy Boże Narodzenie w Bullerbyn, opowiadamy o tym, co się wydarzyło 2000 lat temu w Betlejem, uczymy  synka kolęd, odkurzamy karton z ozdobami, planujemy prezenty gwiazdkowe i wieczerzę wigilijną. W dodatku grudzień to miesiąc imienin i urodzin naszych dzieci. Jest głośno, gwarno, co chwila spotykamy się w innym domu przy herbatce i na pogawędkach..

Do książki w zimowe wieczory dobrze pasuje grzaniec- czerwone wino wytrawne podgrzewam na malutkim ogniu, dodaję odrobinę nalewki wiśniowej, słodzę miodem i cukrem kandyzowanym, dodaję kilka goździków, laseczkę cynamonu, łyżeczkę przyprawy piernikowej, plasterki cytryny (ze skórką!). Napój ów zaspakaja najbardziej wybredne gusta czytelnicze i kulinarne i najlepiej smakuje właśnie w grudniu:)

niedziela, 14 grudnia 2008

W powieści Myśliwskiego wieś polska nie jest ani spokojna ani wesoła, no, to ostatnie może troszeczkę. To autor sprawia, że przy opisywaniu nawet rzeczy poważnych zaśmiewamy się tubalnie, niekiedy rechoczemy nawet,  budząc powszechne zainteresowanie osób trzecich.

Do przeczytania namówił mnie kolega z pracy- przytaszczył ciężkie tomisko i skomentował jednym słowem- świetna. Zabrałam się do czytania z dziwnym uczuciem- które ogarnia mnie zawsze, gdy mam do czynienia z Wielkością, bo do takich pojęć należy niewątpliwie nazwisko autora. Wiesław Myśliwski - podwójny laureat Nike za Widnokrąg i Traktat o łuskaniu fasoli.

Szymek Pietruszka nosi się z zamiarem wybudowania rodzinnego grobowca. Zastanawia się, jak powinien wyglądać, na ile kwater przygotować grób, kto powinien być głównym wykonawcą robót, czy umieścić na grobie anioła czy może wizerunek Chrystusa (Anioł najwyżej się wstawi, ale nie zbawi). Szymek gawędzi, zahacza o najróżniejsze tematy, wspomina ludzi, wydarzenia, snuje długie, niekiedy przaśne, opowieści- a czytając tę książkę odnosi się wrażenie, że Pietruszka jest tuż obok nas, siedzi na zydelku, może kurzy papierosa i opowiada nam to wszystko sam. Niewątpliwym atutem tej powieści jest właśnie język. Wiele rzeczy przecież zostało powiedziane już w innych książkach- o darciu pierza, wiejskiej drodze, zabawach w remizie strażackiej, partyzantce, obściskiwaniu dziewuch w zbożu, bijatykach między chłopakami. Jednak w powieści Myśliwskiego wszystko jest żywe, ciekawe, gawęda, która nie ma końca, a styl opowiadania nadaje wszystkiemu niesamowitego posmaku autentyczności. Pietruszka opowiada prostym językiem, po chłopsku, czasem zajedzie gwarą, nie wygłupia się, swoje filozofowanie traktuje bardzo poważnie. Dużo jest w tej książce mądrości ludowej, własnej interpretacji świata, choćby takiej- dlaczego grób pisze się przez "o" kreskowane. A widział kiedy kto grób otwarty?  

- To co ty wiesz baranie, kiedy nie wiesz, jak się grób pisze! I zostaw tu takiemu gospodarkę. W trymiga ją roztrwoni. Brzuchem do góry będzie leżał i patrzył, jak mu rośnie. Pójdź na cmentarz, leży kto w otwartym grobie?! Ziemią wszystko przysypane, płytami przywalone. Umarli na wieki oddzieleni od żywych. Ten świat od tamtego. (...) Zobaczysz, jak ci się będzie leżało w takim otwartym grobie. A nawet nikt nie stanie nad tobą, bo będziesz jak psie ścierwo gnił i  śmierdział. Będziesz błagał, żeby wziął ktoś łopaty i cię ziemią przysypał.

Szymek nie przebiera w słowach, powieść jest pełna pikanterii językowej- a opisy zwykłych wydarzeń , jak choćby żniw, pisania listu do braci lub szukania butów dla młodszego brata, nie pozwalają oderwać się choćby na chwilę. Nie polecam tej książki teraz - przed świętami- kto zacznie czytać, może nie zdążyć z przygotowaniami świątecznymi:)

 
1 , 2