Świat jest stworzony po to, aby stać się kiedyś piękną książką
Archiwum
Zakładki:
Książki 2013
Książki 2012
Książki 2011
A tutaj piszę o książkach
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Dekoratorskie
Książki - 2010
Książki- 2008
Książki- 2009
Napisz do mnie
Piszą o książkach
Strony o książkach
Szablon mojego bloga
Wydawnictwa
Wyzwania czytelnicze
Zaglądam również TU
Tagi
Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać
środa, 30 grudnia 2009

Książka, po raz pierwszy wydana w 1956 roku, w wersji angielskiej, zdobyła światowy rozgłos i uznanie, a także stała się natchnieniem dla tych, którzy badają – przeważnie na własnej skórze – granice wytrzymałości organizmu ludzkiego, konfrontowanego ze skrajnymi warunkami natury. Korzystając w tym czasie z „uroków” najpiękniejszego z ustrojów, czytelnicy w Polsce siłą rzeczy nie mogli poznać, że w Kraju Rad są, czy były  w ogóle gułagi – do których zazwyczaj formalnie trafiało się na ćwierćwiecze, de facto na zawsze, i z których to ktoś chciał w ogromnej desperacji uciekać . Możemy tylko spróbować sobie wyobrazić , że pragnienie wolności oraz nieznośne wręcz warunki panujące na nieludzkiej ziemi, pchały ludzi do podjęcia takiego kroku: marszu przez 6,5 tys. kilometrów, od Syberii, przez pustynię Gobi, Tybet i Himalaje, do upragnionego celu, czyli Indii.

Losy Rawicza, polskiego oficera kawalerii w kampanii wrześniowej, były podobne do setek tysięcy żołnierzy i cywilów, którzy trafili, znajdując się pod sowiecką okupacją, do więzień. Sfingowane procesy, najczęściej z zarzutem szpiegostwa i działań na szkodę państwa sowieckiego, kończyły się jeśli nie wyrokami śmierci, to w najlepszym wypadku gułagiem. Tortury w więzieniu w Charkowie i moskiewskiej Łubiance, następnie droga na Sybir do obozu nr 303 koło Jakucka pod Kołem Podbiegunowym.  W ucieczce, którą wspiera także żona … komendanta obozu, bierze udział w końcu  siedem osób, i są tam: trzech Polaków, Amerykanin, Łotysz, Litwin i Jugosłowianin.  Jedyne wyposażenie to nóż i siekiera, skromny prowiant, nienajlepszy ubiór. Czy jesteśmy sobie w stanie dziś wyobrazić co w ogóle znaczy pokonać taką koszmarną połać obszaru. I to w tak skrajnych warunkach, bez mapy, bez choćby ogólnej znajomości terenu, bez kompasu, obserwując tylko słońce i drzewa (mech od północnej strony) i idąc przez tajgę, tundrę, przez pustynię, wspinając się  po szczytach Himalajów (bez sprzętu i przygotowania), chodząc po stepach Mongolii, brodząc przez rzeki o kilometrowym nurcie, pływając w ciężkich rzeczach, susząc się na kilkudziesięciostopniowym mrozie, nie jedząc i nie pijąc NIC przez tydzień, a jak jeść to np. węże. Nie znając przy tym lokalnych języków i w ciągłym stresie o to, by przeżyć i nie dać się złapać. Z kart książki przebija się ten ogromny wysiłek śmiałków poparty szaleńczą wręcz determinacją.

Jak to możliwe, że czterem osobom udało się z tego, ponad rok trwającego marszu, wyjść zwycięsko.  Choć czasami wydaje się czytelnikowi, że tak niewiele brakowało, aby przeżyło ich więcej. Czy naprawdę nie mieli świadomości, co to znaczy przejść przez pustynię bez żadnego zapasu wody (nie mieli naczynia, aby wodę zgromadzić), nie wiedząc, czy pójdą tak przez dwa dni, tydzień, dwa tygodnie (szli miesiąc!). Pustynia pochłonęła dwie osoby. Himalaje kolejną, bo wspinali się bez lin, raków, haków, w skórzanych sandałach, nie wiedząc gdzie wchodzą, a potem gdzie wyjdą. Jedno wiedzieli: muszą iść do przodu, cały czas iść, w mrozie nie zasypiać (bo się już nie obudzisz), organizm nastawić na ciągły wysiłek, bez dłuższego odpoczynku. I tak przez rok. Kiedy zatem można było u celu się rozluźnić, kiedy dostali opiekę, ubrania, witaminy, jedzenie, lekarstwa, zostali odwszeni, leżąc w łóżkach, wtedy ta czwórka znalazła się na skraju śmierci. Bohater na miesiąc stracił przytomność, niektórzy bliscy choroby umysłowej, dręczeni napadami koszmarów. Jak to możliwe, przecież przez ten rok codziennego nadludzkiego wysiłku nawet poważnie nie zachorowali. Bo ich organizmy były nastawione na walkę, a kiedy ona się skończyła, wyszło na jaw wszystko to, co przez rok się w nim odkładało.

Opowieść Rawicza niebotycznie, w świadomości czytelnika, przesuwa granicę ludzkiej wytrzymałości. Pokazuje jak wiele potrafi wytrzymać ludzki organizm, ile przeciwności znieść, i do jakich warunków się dostosować. Książka przedstawia także bezkres i potęgę przestrzeni byłego już sowieckiego imperium, Mongolii, Tybetu, Indii.  Widzimy w końcu ludzi, którzy uciekinierom pomagają, dzielą się tym, co mieli, a zazwyczaj było tego niewiele. Piękno ludzkiej solidarności, współczucia i życzliwości.

Czy jest to historia prawdziwa, czy rzeczywiście Rawicz odbył ten marsz, czy może – jak wskazują komentarze z niedawnych lat – zapożyczył ją od kogoś innego? Dziwi, że ta czwórka nigdy się nie spotkała, że nikt tych wydarzeń nie potwierdził, nawet książki sam nie napisał, tylko opowiedział, z niemałym oporem. Przyzwyczajeni jednak do relacji z ekstremalnych wypraw Wojciechowskiej, Pałkiewicza czy Cejrowskiego,  którzy szybko piszą i jeszcze szybciej komercyjnie wykorzystują, nie zapominajmy, że marsz bohaterów był podyktowany dramatem ludzkich losów, tęsknotą za wolnością, a nie chęcią znalezienia się kolorowej okładce. Ta książka skazana jest na autentyczność. Nie można jej nie przeczytać.

(Recenzję napisał M:)


Wydawnictwo Gord

Kolejny rok książkowy się kończy. Czas na podsumowania. W minionym roku miałam okazję przeczytać dużo dobrych książek (cosik ok. 70 – ciągle się mylę w liczeniu), ale z tej wielkiej liczby chciałabym wyłonić kilka i utytułować.

Moja polska książka roku

Ciągle mam do siebie pretensje, że za mało czytam w tej kategorii. Ale gdy się już za coś zabiorę, wówczas natrafiam na naprawdę dobrą książkę. Po prostu mam nosa.

Saga Sigrun Elżbiety Cherezińskiej w klimacie średniowiecznej Norwegii. Ta książka zaskoczyła mnie najbardziej. I bardzo, bardzo mi się podobała. Czekam z utęsknieniem na drugi tom.

Szczury i wilki Grzegorza Gortata. Książka wstrząsająca, którą powinno się czytać i wyciągać wnioski.

Literatura obca

Hakawati. Mistrz opowieści Rabiha Alameddine’a. Ta książka jest jak Baśnie tysiąca i jednej nocy. Piękne opowieści, po których trudno wrócić do rzeczywistości.

Ostrygojady Susan Fletcher bardzo ciekawie skonstruowana powieść obyczajowa, podejmująca jakże ważny temat w dzisiejszym świecie podtrzymywania życia przez sztuczną aparaturę. Książka o trudnej miłości dwóch sióstr.

Książki odkurzone

A lasy wiecznie śpiewają Gulbranssena. Nic na to nie poradzę, że ciągnie mnie na Północ. Książka dosłownie zakurzona w bibliotece miejskiej. Odkryłam ją i pokochałam. Zrobiłam jej reklamę na blogu i gdy chciałam kupić za śmieszne pieniądze na allegro, to już dla mnie nie starczyło. Siostra się nią cieszy i koleżanka również. A może też ktoś z Was?

Radość wydawnicza

Obie książki wydane wieki temu, w końcu zostały wznowione. Cudnie, bo na Allegro osiągały kosmiczne ceny. Zachęcamy wydawców do śledzenia blogów książkowych. Niejedna książka wydana dawno dawno temu jest obiektem pożądania moli książkowych i może okazać się złotą rybką w sieci pełnej plotek.

Marianna i róże – Janiny Fedorowicz/ Joanny Konopińskiej. Apetytu na tę książkę narobiła mi, i chyba nie tylko mi, sama Małgorzata Musierowicz we Frywolitkach. Co to się działo – pech chciał, że nigdzie tej książki nie było. Cena na Allegro – 190 złotych polskich. W końcu Zysk i S-ka się zmiłował.

Przyślę Panu list i klucz Marii Pruszkowskiej. Jak się okazuje, jestem złym przepowiadaczem przyszłości, bo w mojej recenzji napisałam, że książka nie ma szans na wznowienie, ponieważ nikt nie zechce zadowolić garstki maniaków książkowych. I się pomyliłam i dobrze mi z tym. Och, jak mi dobrze z tym uczuciem ogromnej pomyłki. Kultowa książka o książkach z 1958 roku. Tym razem to zasługa wydawnictwa Formicula.

 

Na nadchodzący rok 2010 życzę Wam i sobie wielu pięknych chwil z książką. I dużo dużo czasu na czytanie!!!

 

poniedziałek, 21 grudnia 2009

Gone. Zniknęli zbiera od kilkunastu tygodni same hurra recenzje. To pozycja dla młodzieży, która ją porwie i nie pozwoli zamknąć książki aż do samego końca. Rzadko sięgam po taką literaturę, ale po TAKICH zachętach blogowych, i to czytelników w różnym wieku, różnej profesji, achach i ochach moich siostrzenic i ja dałam się w końcu namówić. Świat bez dorosłych – nauczycieli, dorosłych, rodzeństwa, stróżów porządku, takich „starych pryków”, którzy są skostniali w sposobie bycia i myślenia. Pewnie niejeden nastolatek pomyślał sobie, może w złości – Co by było, gdyby cię nie było. Świat, o jakim marzą czasem młodzi ludzie, bez reguł, wartości, tradycji, pomostów z przeszłością, wolny, bez krępujących więzów. Mamy taki świat właśnie w tej książce. Wszyscy powyżej 15 roku życia w tajemniczy sposób znikają (moje marzenie sprzed lat – na matematyce – tutaj nagle stało się realne) Miasto Perdido Beach otacza bariera ETAP, a zetknięcie się z nią wywołuje ból. Ci, którzy sami potrzebują jeszcze pomocy ze strony starszych, muszą sami zatroszczyć się o siebie i najbliższych. Niebezpieczeństwo czyha ze wszystkich stron – pojawiają się dziwne zmutowane stwory, a wśród młodziutkich mieszkańców zaczyna się rywalizacja, walka o przeżycie i władzę. Gone to wizja pewnego miejsca – fantastyczna, na szczęście. Jednak włosy jeżą się na głowie, gdy człowiek nagle zdaje sobie sprawę z tego, do czego jest się zdolnym w obliczu zagrożenia i realnego niebezpieczeństwa. Trudne warunki sprawiają, że niekiedy gatunek ludzki zamienia się w bestię. Jednak wśród tak wielkiego zła, pojawiają się jednostki bardzo pozytywne, które pozwalają zachować wiarę w człowieka. Książka w niektórych momentach baaaardzo mocna. I wciąga. Wciąga niemiłosiernie.  

 

W lutym premiera drugiego tomu.

 

Wydawnictwo Jaguar

 

niedziela, 20 grudnia 2009

Muszę przyznać, że czytając tę książkę, zakopana po uszy w kocu koło okna, na którym mróz wymalował śliczne kwiaty, od czasu do czasu mruczałam do siebie pod nosem, że ta Kura domowa jest o mnie, przynajmniej w niektórych miejscach. Miałam czelność powiedzieć kilka razy, nie tylko sobie do lustra, ale w większym gronie, że wcale nie przeszkadzałoby mi bycie kurą domową. Możecie wyobrazić sobie reakcje? Słuchacze patrzyli na mnie jak na UFO i kręcili głowami. Dlatego też rozumiem Alę, główną bohaterkę tej książki. Nie dla mnie jakieś tam kariery, awanse. O 16.00 lecę na łeb na szyje do moich dwóch rozrabiaków, gotuję, piekę, smażę, robię szpagaty i slalomy na porozrzucanych zabawkach, piorę, sprzątam, śpiewam, czytam (dzieciom – dla siebie po nocach). I jakby płacili za „siedzenie” w domu, naprawdę chętnie zakopałabym się takim życiu po uszy.

Ali dobrze z takim życiem, jest młodą wykształconą mamą, a jednak poświęca się wychowaniu dwóch dziewczynek. Robi kanapki mężowi do pracy, ma bzika na punkcie Majki i Ani, drży o nie jak kwoka, i o męża też – nie daj Boże jakieś spóźnienie (co najwyżej dwugodzinne). Pranie, dzieci, przedszkole, posiłki, zakupy. Nie ma czasu na czytanie, na chodzenie do księgarni, przesiadywanie w pubach, na rower, kino. Według Mali, najlepszej psiapsiółki, Alka dała się wrobić. Sama Ala wcale nie uważa się za męczennicę i czuje się spełniona. Oprócz opisów zwykłej codziennej rutyny, w życiu szczęśliwej rodziny pojawiają się dziwne rzeczy. Córka Maja ciągle opowiada o jakiejś Natalce, ktoś szpera w mieszkaniu, Maja rysuje dziwne obrazki. Książka w pewnym momencie robi się naprawdę ciekawa i koniecznie trzeba zaraz doczytać do końca. Zresztą a propos moich wspólnych cech z główną bohaterką. Mam to samo, co Alka, jeśli chodzi o zakupy. Zawsze wolę kupić coś dziecku niż sobie. Będąc w sklepie BOBAS w naszym miasteczku, pani sprzedająca w ogóle nie jarzyła co się dzieje wokół niej. Jakby ktoś ją wyniósł, to też pewnie by nie spostrzegła. A wszystko to za sprawą pewnej książki, która czytała. A że mam brzydki nawyk podglądania, co kto czyta, podczas nabijania ceny na kasie (pomyliła się, a jakże!) odkryłam, że w ręku była właśnie ta książka. Pani uśmiechnęła się i powiedziała, że czyta końcówkę i nie może się oderwać.

Wspomnienia kury domowej to reakcja na książki a’la Dziennik Bridget Jones, które zalały rynek w ostatnich latach. Nie wszyscy marzą o takim życiu. Niektórym dobrze w domu z dziećmi, z robótką w ręku, z książką, w kocu na fotelu.  Wreszcie ktoś odważył się napisać o kobietach, które lubią pomachać miotełką. Wielkie dzięki.

Wydawnictwo Skrzat

 

 

piątek, 18 grudnia 2009

Gortat w swojej książce połączył ze sobą dwa światy- ten współczesny i ten z czasów II wojny światowej. Gdy zaczęłam czytać, pomyślałam sobie – autor …chyba zwariował. Oto przedstawia grupkę młodych ludzi zafascynowanych książką Mein Kampf, Hitlerem, jego przekonaniami. Gloryfikacja czy prowokacja? Recenzja na blogu Półeczka z książkami.

Książka dostała wyróżnienie w konkursie Książka Roku 2009 Polskiej Sekcji IBBY.

Bardzo ważna książka!!! Polecam starszej młodzieży i rodzicom. Koniecznie!!!

Moja ocena 6/6

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

 

wtorek, 15 grudnia 2009

Stowarzyszenie Miłośników Twórczości Brunona Jasieńskiego oraz Wydawnictwo „Iskry” zapraszają na spotkanie z Krzysztofem Jaworskim i promocję jego książki Dandys. Słowo o Brunonie Jasieńskim. Rozmowę poprowadzi Roman Kurkiewicz, a w programie m.in. piosenki do wierszy Brunona Jasieńskiego w wykonaniu Romana Praszyńskiego i Tomasza Drachala.

Spotkanie odbędzie się w czwartek 17 grudnia 2009 roku o godzinie 18.00, w Muzeum Władysława Broniewskiego przy ul. Dąbrowskiego 51 w Warszawie.

 

Krzysztof Jaworski

Dandys. Słowo o Brunonie Jasieńskim

Opowieść o życiu i twórczości Brunona Jasieńskiego (1901–1938), jednego z najsłynniejszych polskich futurystów, głośnego skandalisty i literackiego buntownika dwudziestolecia międzywojennego, autora bulwersującej swego czasu rząd francuski powieści pod tytułem Palę Paryż, wreszcie agitatora politycznego i komunisty, na stałe osiadłego w Związku Radzieckim, który za swój ideowy wybór zapłacił cenę najwyższą – został rozstrzelany w jednej ze stalinowskich czystek pod zarzutami szpiegostwa na rzecz Polski.
Biografia porządkuje fakty i ujawnia nieznane dotąd informacje z obrosłego w legendę życia twórcy Balu manekinów. Oparta została na niepublikowanych wcześniej materiałach pochodzących z archiwów KGB, w których skryta była przez długi czas prawda o tragicznej śmierci poety. Książka uwzględnia również tajne do niedawna dokumenty z archiwów paryskich (raporty policyjne, korespondencję ministerialną). Opowieść ilustrują także unikatowe fotografie Jasieńskiego (zwłaszcza z okresu pobytu w ZSRR).
Dzięki bogatemu materiałowi badawczemu można po raz pierwszy rozstrzygnąć wiele spornych kwestii związanych z artystyczną działalnością Jasieńskiego w Polsce, Francji i Rosji, a także lepiej zrozumieć polityczne wybory, których dokonał ten kontrowersyjny, lecz nadal budzący żywe emocje wśród czytelników pisarz.

poniedziałek, 14 grudnia 2009

Pożyczyłam od koleżanki – „Pazurki” zaczytane na śmieć. Przy kawie stwierdziłam, że nie lubię kryminałów. To ci się spodoba, usłyszałam i przepadłam, na trochę, bo książka długa nie jest i wciąga bardzo.

Pewnego dnia do biura Perrego Masona, adwokata od spraw karnych, przychodzi tajemnicza kobieta o nazwisku Eva Griffin. Dzień wcześniej była w pewnym miejscu, w pewnym towarzystwie i pech chciał, że dokonano tam zbrodni, z którą para nie miała nic wspólnego. Na dodatek tajemniczy towarzysz wypadu ma chętkę zaistnienia w wielkiej polityce, a pewna pierduśnica „Pikantne Wiadomości” ma zamiar o tym obwieścić światu, co oczywiście może zaszkodzić tajemniczemu iXowi. Smaczku dodaje fakt, że ww. Eva G była mężatką. Nic więcej nie zdradzę, no chyba jeszcze to, że znajdziemy tu szantaż, łapówki, morderstwo i dziwne typy. Gardner pisze tak, że każdy może być podejrzanym.

Wciągający kryminał, w klimacie lat 20-stych ubiegłego wieku. "Pazurki" ukazały się w 1933 roku. Był to początek serii o adwokacie Pearym Masonie, któremu nadał wiele swoich cech, ponieważ autor sam był z zawodu prawnikiem. Porzucił swoją profesję dla zawodu pisarza. Miłośnicy audiobooków mogą posłuchać kryminału w interpretacji Andrzeja Łapickiego (seria Gazety Wyborczej Mistrzowie Słowa).                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                       

sobota, 12 grudnia 2009

Kupiłam kilka miesięcy temu w hipermarkecie. Na wagę. Patrzyłam ze zdziwieniem jak Marin Eden, Dziwne losy Jane Eyre, Zbrodnia i kara i inne książki, leżą porozrzucane w wielkim białym sfatygowanym koszu, w którym można było tylko GRZEBAĆ bo inaczej tej czynności nazwać się nie da. W sąsiedztwie kubków i sterty talerzy Made In China, tanich kluczy i śrubokrętów.

No tak – Ideał sięgnął bruku…- cytat, który odnosił się do konkretnej sytuacji, ale tak jakoś przyszło mi na myśl w związku z ww. zakupem.

Marin Eden, autor Jack London, 25 dkg, 4 złote. Całe 4 złote. Drogocenny tani zakup ma teraz  swoje miejsce na półce – wygodne, czyściutkie, czasem troszkę zakurzone, ale naprawdę się staram. I nikomu nie oddam za żadne skarby świata, bo to jedna z piękniejszych książek jakie czytałam, i jedna z tych, do których się wraca wiele razy w życiu, które mimo upływającego czasu nigdy się nie starzeją.

Martin jest marynarzem, który przypadkowo staje w obronie paniczyka z tak zwanego dobrego domu. Ten z wdzięczności, zaprasza młodzieńca do swojego domu. Wizyta u państwa Morse’ów jest dla Martina szokiem. Chłopak do tej pory nie zdawał sobie sprawy z tego, że można tak mieszkać, tak się wyrażać, tak jeść i tak zachowywać. Pragnie dostać się do tego świata. Zaczyna od prostych rzeczy, które nas mogą dziś śmieszyć – od codziennego mycia, czyszczenia zębów i dokładnego usuwania brudu zza paznokci. Chłopak, z charakterystycznym kołyszącym chodem (w końcu to marynarz) zaczyna intensywnie pracować nad sobą. Przyszłem, łapy, morda. Tak mówił kiedyś. I pił, palił, przeklinał. W jego zdaniach latały angielskie kurki koguciki. Teraz chce pięknie się wysławiać, chce być kochanym, chce lepiej żyć, chce zostać pisarzem. Powieść pokazuje zmagania człowieka z nizin społecznych, aspirującego do czegoś lepszego. Na swojej drodze napotyka na tak wiele przeciwności  i brak zrozumienia. W końcu balansuje gdzieś pośrodku. Dla bogatych będzie zawsze kimś gorszym, natomiast dla biednego środowiska, z którego się wywodził,  dziwakiem, nijak nie pasującym do zatęchłych pokoi i kuchni śmierdzących pomyjami i szarym mydłem. Człowiek niczyj, właściwie, sam dla siebie.  Jest jeszcze miłość do Ruth Morse. Czy odwzajemni to uczucie, czy Martinowi uda odnieść się sukces? A jeśli tak, to jak przełoży się na jego dalsze życie. Książka zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Bardzo mi się podobała. Chętnych odsyłam do Biblionetki, gdzie znalazłam wiele cennych opinii na jej temat, również te, dotyczące samego autora. Ponoć Martin Eden ma wiele wątków autobiograficznych. Teraz poluję w bibliotece na zbeletryzowaną powieść o życiu Jacka Londona. Zapowiada się ciekawie, ponieważ autorem jest sam Irving Stone.

 

piątek, 11 grudnia 2009

Nie wiem, czy dam się przekonać do czytnika – jednego z najnowszych gadżetów współczesnej cywilizacji. Odstrasza cena (teraz prawie 900 złotych, pewnie kiedyś stanieje) i … techniczna strona tego wynalazku. Te i podobne – łącznie z kursami szybkiego czytania (Anna Karenina w kilka minut:))))) chyba nie zastąpią całej otoczki związanej z czytaniem książki tradycyjnej – sama radość z trzymania książki, szelest kartek, ich charakterystyczny zapach. Lubię słuchać ebooków, albo książek z kaset. Mimo wszystko, zawsze pozostanę piewcą wyższości książki tradycyjnej nad nowinkami, które coraz częściej zaskakują nas, a które mają przyczynić się wzrostu czytelnictwa. Nowinkami, z którymi też muszą zmierzyć się wydawnictwa – bo strach przed pozostaniem w tyle, wydaje się być dla nich paraliżujący. Czytniki i audiobooki w znacznej mierze są chyba skierowane dla ludzi młodszych – lubujących się we wszystkim, co nowe, a im więcej szumu i zamieszania wokół tego, tym lepiej. Choć przyznaję, same ebooki bywają zbawienne podczas porządków domowych, krzątaniny kuchennej, lub dla ludzi starszych i chorych. W moim przypadku słuchanie samochodowe się nie sprawdziło – za bardzo identyfikuję się z bohaterami, wchodzę w akcję, potem nie widzę czerwonych świateł i pieszych na pasach.

Jestem bardzo ciekawa, jaki będzie żywot czytnika poczciwego. Jako mól książkowy życzę mu wszystkiego dobrego, choć przyznaję, że z ciekawością będę obserwowała statystyki dotyczące przeczytanych książek na głowę naszego rodaka i rozliczę z przyjemnością za pobyt na naszym padole. Bo w tej chwili liczby nie wyglądają interesująco. Tak jak ktoś wypija za mnie rocznie litry spirytusu, tak i ja odwalam za kogoś czytelniczą robotę i nabijam statystyki, choć muszę przyznać, daje mi to ogromną satysfakcję (tej drugiej grupie pewnie też). Wracając do czytnika, czas pokaże, czy rzecz ma przyszłość, czy raczej okaże się meteorytem na księgarskim rynkiem, zbędnym gadżetem, któremu daliśmy się omamić i ogłupić, jakoby cosik takiego było do oddychania koniecznie potrzebne. Patrzę na to też z innej strony. 900 złotych na ulicy nie leży, a za taką sumkę skompletowałabym sobie najpiękniejszą i najcenniejszą bibliotekę świata. Dlatego też, bez urazy, ale coraz bardziej jestem przekonana, że cudo to skierowane jest do świetnie zarabiających, albo zrozpaczonych rodziców, którzy zrobią wszystko, by zachęcić pociechę do sięgnięcia po książkę – nawet w takiej wersji i za taką cenę. Czytając blogi książkowe łatwo zauważyć, że każdy oszczędza, liczy, dusi grosze, obraca 100 razy na prawo i lewo, zanim wyda w księgarni albo na allegro. A nowości i wznowienia kuszą, oj kuszą. I niech wydawcy będą spokojni. Wiele osób jest wiernych tradycyjnej książce, z małymi odstępstwami od czasu do czasu, za co prosimy o małe rozgrzeszenie. I tak już będzie do skończenia świata. Koniec i książka i kropka. Bęc!!!

 

niedziela, 06 grudnia 2009

6 grudnia musi być tylko o Mikołajku, koniec kropka. Czy wiecie, że właśnie obchodzi swoje 50 urodziny?! I w ogóle się nie starzeje. Pamiętam, jak wiele lat temu w sobotniej audycji radiowej dla dzieci jego przygody czytała Irena Kwiatkowska (miałam nadzieję na wydanie ich w serii Mistrzowie Słowa gazety, ale na marzeniach się niestety skończyło). Do dziś widzę nas, wówczas jeszcze trzy siostry jak u Czechowa,  wykąpane, wyczesane, w piżamach z nosami przyklejonymi do radia.  Głos aktorki świetnie pasował do tej lektury- charakterystyczny tembr, zawadiacka nuta, z domieszką dziecięcej radości i entuzjazmu. To wystarczyło, by pognać do biblioteki i przynieść do domu, choć na trochę, bo w czasach wiecznych niedoborów, kupienie własnego egzemplarza w małomiasteczkowej księgarni graniczyło z cudem. Recenzja na blogu Półeczka z książkami.

Wydawnictwo ZNAK  

 
1 , 2