Świat jest stworzony po to, aby stać się kiedyś piękną książką
Archiwum
Zakładki:
Książki 2013
Książki 2012
Książki 2011
A tutaj piszę o książkach
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Dekoratorskie
Książki - 2010
Książki- 2008
Książki- 2009
Napisz do mnie
Piszą o książkach
Strony o książkach
Szablon mojego bloga
Wydawnictwa
Wyzwania czytelnicze
Zaglądam również TU
Tagi
Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać
piątek, 31 grudnia 2010

Niech Wam się darzy - w domu, w zagrodzie  i oczywiście na półce z książkami:)

Emma uwielbia organizować świat po swojemu. Przede wszystkim życie ukochanych jej osób. Najpierw pani Weston - długoletniej opiekunce, guwernantce, kobiecie do towarzystwa. Potem Harriet – nieokrzesanej panience, o której wiadomo mało co, a już na pewno to, że sama nie umie pokierować własnym losem. Musi zrobić to właśnie Emma. A swatanie to jej hobby numer jeden. W końcu jej przyjaciółka od serca została szczęśliwą mężatką. Jednak kiedy Emma przystępuje do realizacji planu numer dwa – zaczyna się niezły bałagan. Takie pomieszanie z poplątaniem na  cichej, spokojnej angielskiej wsi wesołej. Nieporozumienia, chaos, miłość, cierpienie, łzy i happyend, który tylko Jane Austen umiała opisać w taki sposób. Znaczy się – z klasą. Angielska prowincja, wyższe sfery spędzające czas na herbatkach, obiadach i pogaduszkach, młodzi i piękni ludzie, z aparycją, ambitni i nie tylko, rentierzy, miłosne zawirowania, nie za wiele trosk spędzających sen z powiek. Emma Woodhouse – to osoba pogodnego usposobienia, łagodna aczkolwiek pokazująca pazurki, rozpieszczona, przekonana o swej nieomylności, sympatyczna, choć czasem denerwująca, wykształcona (choć czytanie książek troszkę kuleje – czyta, ale do połowy). Miała to szczęście, że była piękna i bogata, bo w innym przypadku…  I jakby nie było - zastanawiam się, jak angielskie czytelniczki początków wieku 19. przyjęły tę książkę,  w której kobiety są przedstawiane jako z krwi i kości, mocno stąpające po ziemi, nie cierpiące ciągle na globusa, nie mdlejące ciągle, nie wąchające soli trzeźwiących. To też cenna informacja dla tych, którzy książki Austen przyrównują do lektur pani Pilcher.  I odwrotnie. Nawet jeśli – to imitacja i tak będzie tylko imitacją. A biorąc pod uwagę czasy, w których te książki powstawały, ich klimat, który potrafiło uchwycić polskie tłumaczenie – w tym również specyficzny humor, ironię, satyrę, ukazywanie całej prawdy o wyższych sferach, ich zadufaniu w sobie, poczuciu wyższości, to trzeba przyznać, że ich autorka była fenomenem, którego na naszym rodzimym gruncie trudno się doszukiwać.

Książkę czytałam sobie w pociągu na długiej trasie Koszalin – Leszno. O dziwo nie spóźnionym, w miarę czystym. To tak a propos tego, co akurat wysłuchuję w mediach na temat naszych kolei. Uśmiechałam się pod nosem – bo i język i humor sytuacyjny wymuszały taką reakcję czytelnika, w tym przypadku pociągowego, wzbudzając może tym samym niemałe zainteresowanie współpasażerów, nie zawsze wiedzących co ze sobą począć w ciągu kilku dłuuuuuugich godzin (Czytać! Czytać moi Państwo!)  Współczesny czytelnik, użyję tutaj też określenia - czytelnik przypadkowy, który wcześniej nie miał do czynienia z książkami Austen, widz kinowo – telewizyjny,  może poczuć się zawiedziony – życie płynie swoim powolnym tempem, trochę flegmatycznie – za dużo się nie dzieje. Przyzwyczajeni do życia w biegu, do obrazów zmieniających się szybko na ekranie, możemy poczuć się trochę rozczarowani. Zresztą jak kto woli – mnie się podobało i to bardzo. Wydaje mi się, że nic tu nie zostało napisane ot tak sobie – wszystko ma swój sens i przeznaczenie. Dbałość o szczegóły, opisy bohaterów, tych z pierwszego planu i tych w cieniu, ich zachowania, uczuć – nie jest to książka, którą czyta się szybko. Już przy Rozważnej i romantycznej miałam takie wrażenie – czytać zdanie po zdaniu – bez pośpiechu, bo inaczej coś mi się wymknie, coś przeoczę, nie zrozumiem.


Nie tak wyobrażałam sobie Emmę. Dla mnie Emma miała twarz Gwyneth Paltrow. Taka jest siła okładek ze zdjęciami aktorów;)

Wydawnictwo Prószyński i S-ka

Archipelag - niezależny magazyn bukinistyczny już jest! Temat: Miasto. Znajdziecie go tutaj.

czwartek, 30 grudnia 2010

Już dawno przestałam wierzyć w moją datę urodzenia, kochany. Mam pięćdziesiąt lat, ale moje nogi są wciąż zgrabne i szczupłe, jak u młodej dziewczyny. Nie zdradza mnie skóra szyi. Nie mam rdzawych plamek na dłoniach, które mogłyby mi dyskretnie przypomnieć o nieuchronności śmierci.

To Malwina. Ciężko doświadczona przez życie. Wyjeżdża do Sorrento, do Włoch, by zaopiekować się chorą kobietą. Czy jedzie po to, by zarobić? Wydaje mi się, że chodzi o coś więcej. Inne miejsce, inni ludzie – to chęć zerwania z dotychczasowym życiem, ale bez palenia mostów. To próba oceny życia, wyciągnięcia wniosków. Czy na przyszłość? Czy jest czas na coś nowego, czas na lepsze życie, lepszy los? w Końcu pięćdziesiątka na karku. Można nawet pokusić się o bolesną prawdę, że bliżej do tamtego świata, niż do tego naszego, ludzkiego. Pierwsze zdanie z książki sygnalizuje, że wszystko jest jeszcze możliwe. To dopiero półmetek…

Nad ustami Carli pojawia się szorstka harmonijka zmarszczek, „małpi pyszczek” – wyczytała to w jakimś kobiecym magazynie, chyba w „Donna Moderna”, innych przecież nie kupuje. Małpi pyszczek, jedna z najbardziej niewdzięcznych oznak starości. Pionowe nacięcia nad ustami czynią twarz starszą i surowszą niż w rzeczywistości. Tylko szeroki uśmiech jest w stanie na chwilę wygładzić przeklęte zmarszczki, które świadczą o wielu zgryzotach zaznanych w młodości. Na swój wygląd na starość pracujemy podobno przez pierwsze czterdzieści lat życia.

To Carla. Ta Włoszka. O burzliwej przeszłości. Zakochana, młoda matka, aktywistka w komunistycznych Czerwonych Brygadach. Gotowa poświęcić wszystko dla idei. I kto by pomyślał. Na pierwsze spotkanie z Malwiną, swoją nową pomocą domową z Polski, uszykowała sobie białą bluzkę z żabotem. Wyrodna matka. W końcu porzuciła swoje dziecko – dla sprawy, w którą święcie wierzyła, na początku bardzo, potem już mniej. Teraz troskliwa babcia dorosłego chłopaka.

Bruno. Wspaniały chłopak.  Filozof. Malwina ma pomóc mu zrozumieć, co zdarzyło się sto lat temu w Sorrento. Niedawno odkrył, że kiedyś bawił tu młody Nietzsche - zimą 1876 i 1877. Dla podratowania zdrowia. I jest Malwida von Meysenbug. Kobieta dojrzała. Na portretach z tego okresu widać niezbyt już gęste włosy, może lekko zmęczone spojrzenie. Suknia zapięta pod samą szyję. Arystokratka. Wyglądali jak ciotka z siostrzeńcem.

Dwie kobiety i mężczyzna. Trzy różne skomplikowane życiorysy – splecione ze sobą. Czasem przemknęło mi przez myśl, że to może taki nowy Stan posiadania (Krzysztof Zanussi, 1989), gdzie dwie kobiety rywalizowały o młodego mężczyznę. Rozsądek, opanowanie, emocje, oczarowanie.  Jest też emigracja – wszystkie zyski i straty. Jest podróż w głąb siebie, próba strzepnięcia smutku z ramion, który jest przeogromny. A wszystko to opowiedziane powoli, melancholijnie, jakby zimowo – z nutką poezji. Ciekawa historia, ciekawe zakończenie. Podróż w głąb człowieka, jego myśli, próba zrozumienia siebie i innych. Próba odnalezienia swojego miejsca na ziemi. Czy udana?

Wydawnictwo Prószyński i S-ka

wtorek, 28 grudnia 2010

To kolejna ciekawa pozycja z serii Ocalić od zapomnienia. Wgląd w polskie tradycje – tym razem w polską kulturę ludową.  Autorka skupiła się na dwóch dziedzinach – sztuce przedstawiającej i zdobnictwie. Ta pierwsza miała szczególny charakter.

Sztuka przedstawiająca zajmuje w polskiej tradycji ludowej ważne miejsce ze względu na wartości artystyczne, a często przede wszystkim na zawarte w niej treści. Dzieła dawnej sztuki ludowej: obrazy, rzeźby, grafika, pełniły głównie funkcje kultowe, były rodzajem pośrednictwa między człowiekiem a Bogiem, Matką Boską, świętymi patronami.

Alicja Mironiuk Nikolska omówiła rzeźbę, grafikę, malarstwo, również malarstwo na szkle. Wyszczególniła materiały i techniki, patronów i świętych szczególnie umiłowanych przez przedstawicieli tego nurtu. Niestety, ci ostatni często pozostali anonimowi. Dowiedziałam się, że w miejscowości, w której mieszkam obecnie, w latach 1740-1812 żył rzeźbiarz Walenty, jeden z najstarszych znanych z nazwiska rzeźbiarzy ludowych. Drogi wiodą w miejsca mało uczęszczane, często nieznane – a jeśli już, to zazwyczaj miejscowej ludności. Świątki, kapliczki przydrożne, krzyże na rozstaju dróg, rzeźby w kościółkach, miejsca kultu – te popularne i te mało znane.

W części o zdobnictwie zostały omówione: wycinanka ludowa, zdobnictwo w ceramice ludowej, tkanina, zdobnictwo w drewnie, w żelazie, kwiaty z bibuły, pająki, ozdoby rysowane piaskiem, malatury na ścianach. Na samym końcu książki znajduje się wykaz muzeów oraz bogata bibliografia. Książka kolorowa, z mnóstwem ciekawych zdjęć, rycin. Widać, że w przygotowanie jej włożono wiele pracy i wysiłku. To, co rzuca się w oczy przede wszystkim – to pasja autorki i znawstwo tematu. Takie książki czyta się z prawdziwą przyjemnością.

Taka moja refleksja na koniec. Często sztuka ludowa u nas widoczna jest tylko i wyłącznie w muzeach. Kiedy kilka miesięcy temu byłam w Bawarii odwiedziłam sklep w Mindelheim, gdzie można było kupić … stroje ludowe. Takich sklepów w całych Niemczech jest mnóstwo. Owszem cena była wysoka, ale te stroje były tak uszyte, że kupowali je młodzi ludzie. Ciekawe materiały, ciekawe kroje. Nawiązywały do przeszłości, ale miały w sobie to coś, że młodzi chcieli to nosić. Zresztą, gdy uczestniczyłam potem we mszy w malutkim kościele, okazało się, że wielu ludzi nosi te stroje ludowe – wcale nie trącące naftalinąJ ładne dziewczyny – często z koczykiem nosie i na języku, z łańcuszkiem dookoła kostki  – paradowały sobie w tych strojach, pachnących perfumami Chanel 5.  Potem dowiedziałam się, że niektórzy noszą takie cuś, by pokazać, że ich stać na kupno Trachten. Nie wiem też, jak robią to na przykład Szwedzi, że potrafią ze swojej tradycji ludowej czerpać garściami. Wystarczy odwiedzić blogi szwedzkie i zobaczyć, jak mieszkają współcześni Szwedzi. Młodzi ludzie wśród haftów, starych mebli, robótek, wycinanek, zabawek. Zresztą niektóre z nich znajdziemy też w IKEA. Nasi młodzi designerzy też coraz częściej sięgają do tradycji ludowej – ale jest to wciąż towar deficytowy, drogi, niedostępny, nie na kieszeń przeciętnego mieszkańca kraju nad Wisłą. Czasem są dobre chęci, ale to i tak jest jakieś toporne, niepraktyczne, czasem wręcz brzydkie. Dlaczego tak jest, jakoś nie umiem znaleźć odpowiedzi na to pytanie. W każdym razie zamiast konika dala w pokoju dziecięcym, chciałabym na półce ustawić fajnego drewnianego konika - naszego … polskiego. Ostatnio widziałam takiego. Kosztował kilkaset złotych. Po prostu mnie nie stać na niego. By zatoczyć koło – myślę , że fajnie by było, by taka książka była inspiracją dla młodych ludzi – by owszem, również dokładali starań, by ocalić od zapomnienia, ale by mieli odwagę przemycać do naszego życia codziennego, mody, elementy naszej twórczości ludowej – oryginalnej, pięknej.

Wydawnictwo MUZA

poniedziałek, 27 grudnia 2010

Nie przebrnęłam. Przez pierwszy tom i owszem, ale z pozostałymi dwoma pożegnałam się bez żalu. Czytałam i albo podśmiechiwałam się do siebie, albo dziwiłam, albo złościłam najzwyczajniej na świecie – bo po lekturze tej książki wiem, że nic nie wiem. O kobietach, znaczy się, i o płci brzydkiej. To, że autorka uparła się, że jej bohaterki będą bardzo nieszczęśliwe – gwałcone, opluwane, poniżane, jest jeszcze do przyjęcia – ale żeby tak pisać o tym wszystkim bez psychologii. Było tak i już. Owszem, czasy były nieciekawe, tragiczne – no i niech tak będzie. Ale takie to wszystko po omacku , na ślepo. I taki przykład – jedna z bohaterek jest świadkiem jakiejś strzelaniny w Paryżu. Widzi faceta przez kilka minut. Potem pewnego dnia rozpoznaje go w Warszawie, krótko wspomina mu o tym, co widziała w stolicy Francji. Bez słowa wychodzą w poszukiwaniu łóżka i ładują się do niego – tak od razu. I kurcze blade, wcale nie chodzi o to, czy moja moralność to akceptuje, czy nie – wiele rzeczy w tej książce po prostu mnie śmieszyło, wydawało mi się niewiarygodne, naciągane. Atutem jest historia w tle – co bardzo lubię. Natomiast losy bohaterów – już nie. To moje kolejne nieudane spotkanie z Nurowską – podczas czytania książki „Imię twoje” miałam podobne refleksje. A może po przeczytaniu „Emmy” Jane Austen i „Zaczarowanego kwietnia” Elizabeth von Arnim – oczekiwałabym czegoś więcej od babskiej literatury.

piątek, 24 grudnia 2010

Życzę radosnych Świąt i moc książek pod choinką!

 

 

środa, 22 grudnia 2010

Podsłuchałam pewien dowcip, który baaaaardzo mi się spodobał:

Idą sobie dwie kozy po ulicy i nagle jedna z nich zobaczyła taśmę filmową w metalowej kasecie. Ot leżała porzucona na płycie chodnikowej. Wiadomo – koza – stworzenie wszystkożerne – dobrała się do tej taśmy filmowej i ze smakiem zaczęła ją pożerać. Żuje, żuje i żuje. A jej towarzyszka przygląda się tej całej sytuacji i pyta z ciekawością:

– No i jak?

A koza żarłok na to:

-No cóż, książka była lepsza.

środa, 15 grudnia 2010


Druga część trylogii – z podtytułem Cieślakowie, porwała mnie i oczywiście żałuję, że trzecia, ostatnia,  ukaże się dopiero jesienią przyszłego roku. Jeśli ktoś chce przeczytać dzieje rodziny Cieślaków, radzę jednak zacząć od Zajezierskich. Wprawdzie autorka na samym początku wprowadza nas w całą tę historię jeszcze raz – w dużym skrócie, jednak na pewno łatwiej będzie połączyć fakty, osoby, zdarzenia – choć znam osoby, które połknęły bakcyla bez pierwszego tomu. A jest ich cała masa. Mimo że w podtytule pojawiło się nowe nazwisko, autorka swoją uwagę poświęca wszystkim bohaterom, a Cieślaków jest chyba nawet trochę mniej niż ziemian z Zajezierzyc. A samą książkę czyta się … jak kryminał. To cenna wyprawa do przeszłości, na początek wieku XX i w Dwudziestolecie Międzywojenne. Autorka dba o szczegóły – każdego bohatera opisuje dokładnie, jego strój, sposób bycia. Dalej – opisuje domostwa, dwór ziemiański, potrawy, modę, ulice miast i miasteczek polskich (dużo można dowiedzieć się o Płocku i Warszawie), panujące obyczaje, afery, świat rewii, szkołę, przyrodę. Dla mnie jednym z najważniejszych elementów w tej książce jest historia w tle, której tu mnóstwo – i to malowniczo opisanej. Ku mojej radości tajemnica szczątków znalezionych podczas prac na rynku w Gutowie nie została odkryta – jednak dowiadujemy się kilku nowych ciekawych informacji. Czyli jest materiał na nową książkę, na którą niestety przyjdzie czekać prawie cały rok.

Cukiernię czytałam podczas mojego kilkutygodniowego pobytu z dziećmi w sanatorium. Dzięki niej poznałam kilka ciekawych osób. Przede wszystkim starszą panią, która znała już pierwszy tom, poznaniankę, którą ta książka wręcz zainspirowała to szukania swoich korzeni i przodków. Opowiadała mi z jakimi wypiekami na twarzy czytała w Archiwum Miejskim dokumenty dotyczące praprapradziadka. Oczywiście pożyczyłam jej drugi tom.

 

Wydawnictwo Nasza Księgarnia