Świat jest stworzony po to, aby stać się kiedyś piękną książką
Archiwum
Zakładki:
Książki 2013
Książki 2012
Książki 2011
A tutaj piszę o książkach
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Dekoratorskie
Książki - 2010
Książki- 2008
Książki- 2009
Napisz do mnie
Piszą o książkach
Strony o książkach
Szablon mojego bloga
Wydawnictwa
Wyzwania czytelnicze
Zaglądam również TU
Tagi
Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać
sobota, 27 grudnia 2014

 

Inna niż zwykle książka o Bożym Narodzeniu. Samo święto jest gdzieś w tle. A może jednak nie? Bo stało się coś ważnego w życiu Małgorzaty Goden - jej życie w wigilijną noc nabrało barw i sensu. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki? Nie, to ludzie otwarli jej serce na innych. W tym czasie naprawdę cuda się zdarzają.

Małgorzata, staruszka,  zdaje sobie sprawę, że bliżej jej do grobu niż do świata żywych. Nie walczy z tą myślą, tylko stara się podporządkować życie starości. Odpowiednio stawia kroki w domowych kapciach, by się nie przewrócić, nie wychodzi na zewnątrz, by uniknąć napadu rabunkowego, nie wyjeżdża, nie utrzymuje intensywnych kontaktów z innymi ludźmi, nie narzuca się dzieciom. Nie chce, by ktoś przejmował się jej starością i stanem zdrowia. Nie chce być dla nikogo ciężarem. Jej życie ogranicza się do czterech ścian wygodnego domku, w którym wszystko ma swoje miejsce, nawet całoroczna ozdoba bożonarodzeniowa, włączana raz w roku pod koniec grudnia, posiłki przywożone przez firmę cateringową na cały tydzień, święta spędzane samotnie mimo posiadania bliskich. Małgorzata wydaje się być osobą bardzo stanowczą. Jak coś postanowi - tak jest. Samotnie spędza długie dnie w pustym domu, wspomina przeszłość i męża. W wigilijną noc ktoś puka do drzwi. Najpierw prosi o możliwość zatelefonowania, potem skorzystania z toalety. Tajemniczy nieznajomi z samochodu utkniętego w zaspie zupełnie nieświadomie są sprawcami wielkiej przemiany Małgorzaty. Książka oczywiście kończy się w pewnym momencie - ale ja w głowie dopisuję ciąg dalszy. Małgorzata wsiądzie w samolot i pojedzie na święta do swoich dzieci, albo wykona telefon i zaprosi najbliższych do siebie.

India Desjardins porusza tutaj problem starości. Odczuwalny tak dotkliwie właśnie w czasie świąt Bożego Narodzenia - najbardziej rodzinnych świąt, podczas których (przynajmniej w naszej kulturze) dba się o to,  aby tego wieczoru nikt nie był samotny. Tutaj Małgorzata podjęła decyzję o świętach solo - i wszyscy to akceptują. Może właśnie z powodu zdecydowanego sprzeciwu dzieci staruszka święcie wierzy w prawidłowość swoich postanowień? Na wielu stronach odczuwa się te samotność, przerywaną od czasu do czasu programem telewizyjnym lub radiowym. Słychać miarowe człapanie w kapciach, zasuwanie zasłon przed ciekawskimi spojrzeniami sąsiadów, To dom, gdzie wszystko ma swoje miejsce, nie słychać gwaru dzieci, nie ma kołtunów kurzu, gdzie w powietrzu unosi się duszący zapach stęchlizny. 

Ilustracje od razu skojarzyły mi się z obrazami Edwarda Hoppera, amerykańskiego malarza żyjącego w latach 1882 -1967. Widzimy Małgorzatę z różnej perspektywy, w różnych sytuacjach. To właśnie obrazy przeważają w tej książce. Duże, często z z charakterystycznym cieniem na ścianie, fotelu, twarzy staruszki. Kanadyjski ilustrator za Wigilię Małgorzaty otrzymał BolognaRagazzi Award 2014.

Choć sama książka należy do tych świątecznych, można po nią sięgać przez cały rok. Bo tak jak pisałam, święta są gdzieś w tle. Istotnym problemem jest tu starość - człapiąca, samotna, niewygodna. Może za sprawą tej książki młodsze pokolenie z większą wyrozumiałością i cieplejszym okiem spojrzy na ludzi starych wokół nich. To książka poniekąd o nas wszystkich, bo starości nie da się uniknąć. A jaka ona będzie?

Wiek 10+

Wydawnictwo Dwie Siostry

niedziela, 21 grudnia 2014

Do książki Marcina Prokopa, dziennikarza (i nie ukrywajmy - również celebryty) podchodziłam jak do jeża. Przy wysypie różnych książek zwierzeń (nie zawsze do końca prawdziwych, naciąganych), wywiadów rzek, w których znani i lubiani (bądź nie) otwierają swoją duszę przed nami - pomyślałam sobie: kolejna książka o wszystkim i niczym, napisana, by było wielkie halo. Dałam szansę najpierw Prokopowi dla dorosłych. To dlatego książka o Longinie leżała na półce i czekała jak na oswojenie jeża. Sięgnęłam po "Wszystko w porządku. Układamy sobie życie", napisane razem z Hołownią. A że jestem zwierzęciem absolutnie nie - telewizyjnym i nie dałam się oczarować słodkim (ponoć) oczętom dziennikarza, sama wyrobiłam sobie zdanie na temat. I ... wsiąkłam. Najpierw w książce cegle, wagi słusznej, która pozwoliła mi podsumować - Facet ma po kolei w głowie (o tym że Hołownia tak ma - już się wcześniej przekonałam - też lekturowo), potem w Longinie, który okazał się fajną lekturą - wyprawą do przeszłości - kiedy komuna szalała, a ludzie radzili sobie jak mogli, by wytrwać, może nawet przetrwać w absurdalnej rzeczywistości różnych braków i niedoborów.

Prokop ciut młodszy ode mnie, napisał książkę dla swojej córki Zosi. Przedstawił w niej swoje dzieciństwo - którego ni w ząb współczesne małolaty i nastolatki pojąć nie mogą. Bo jak zrozumieć choćby to, że pół klasy miało to samo (chińskie) wyposażenie piórnika (ach te kredki świecowe z pandą i pachnąca gumka do mazania), albo te same relaksy. "Taaa" - usłyszałam kiedyś od zaprzyjaźnionej osobniczki nastoletniej - "Ciągle mówicie o tych relaxach, które ponoć na nogach pół szkoły miało, a teraz te buty kosztują kilkaset złotych. Nie narzekajcie, wcale tak źle nie mieliście". I bądź tu człowieku mądry.

Prokop opisuje swoje dzieciństwo w latach PRL-u z przymrużeniem oka. Był zwykłym dzieckiem (no - może trochę za ...długim, co mu utrudniało nie raz życie), które doskonale radziło sobie w tamtej rzeczywistości. Broił że hej, miał swoje marzenia (jednym  z nich było Atari ojca), często musiał wychodzić z opresji. Ot zwykłe, codzienne życie młodego chłopaka, który musi walczyć o swoje miejsce na życie z Bracholem. Czasem odpyskuje rodzicom, podpadnie dziadkom (ach to radio nastawione podczas codziennej drzemki). I właśnie w te codzienne perypetie zwykłego chłopaka z podwórka Prokop wplótł elementy PRL-owskiej rzeczywistości. Nie zawsze śmiesznej. Bo obok słynnej oranżadki w proszku, saturatora, krzywych ścian, niedopasowanych mebli, jest Smutny Pan w ciemnych okularach, do którego Martuś (Prokop) pisze list z prośbą o oddanie paszportów, które ów Pan pewnie trzyma pod "łószkiem", a bez których nie można wyjechać na wakacje tam, gdzie by się chciało.

Prokop pokazał dorastanie dzieciaków bez współczesnych gadżetów i nadmiaru zabawek - smartfonów, laptopa, tabletu, Internetu. Był wtedy czas dla kolegów, na wyprawy, wspólne zabawy, poznawanie świata i .... brojenie. Ludzie mieli mniej, ale byli dla siebie. Sami załatwiali swoje sprawy - kiedy coś się stało (np. gdy groziło wyrzucenie ze szkoły) babcia robiła pyszne pączki i udawała się do dyrektora szkoły. Pomijając wszystkie smaczki PRL-owskie, książkę dobrze się czyta. Jest dużo śmiechu i możliwości podpatrzenia życia w czasach, które jeszcze niedawno były wyraźnie w nas namacalne, w pamięci i doświadczeniach.

Autor nie ocenia - to zostawia nam. Nie traktuje tych czasów jako coś złego albo dobrego. To element jego życia. Jego dzieciństwo - na które z wiekiem też człowiek patrzy inaczej. Powstała książka, którą podobnie jak równe buty w całej klasie, można dopasować do niejednego z nas. Ta historia rodzi kolejne - tym razem w naszych głowach, bo nie ukrywajmy, odzywają się wspomnienia, i te śmieszne i te przykre.

A swoją drogą - ta lektura dla mnie, jako mamy dwóch (nie zawsze znośnych) chłopaków, niesie  ciekawą naukę, że nawet z największego łobuza, ludzie potrafią wyrosnąć. Fajni ludzie (puszczam oko do Prokopa - choć on nie wie o moim istnieniu). Podobne uczucia naszły mnie, kiedy zobaczyłam szczerbate zdjęcie Arkadego Fiedlera w Puszczykówku  a pod nim (aż moja dusza zapiszczała z radości) - cytat z jego wspomnień - "Święty nie byłem":)))) Takie zdjęcie podbudowałoby na pewno babcię Marcina Prokopa,  która niejeden wybryk wnuka musiała przełknąć, a który lubiła podsumować tak: "Skończysz w poprawczaku!".

Polecam na pewno dorosłym, którzy swoje korzenie mają w PRL-u i współczesnym małolatom, by spróbowali chociaż nas zrozumieć, zwłaszcza w tych czasach, kiedy półki uginają się od dóbr wszelakich, kiedy można wyjechać do najodleglejszego zakątka świata, a nam musiała wystarczyć czekolada czekoladopodobna i wakacje nad polskim morzem (które i tak jest najpiękniejsze na świecie - to taka refleksja poparta już życiowym doświadczeniem:))))) 



niedziela, 14 grudnia 2014

W książce dziecięcej chyba rzadko spotkać można sequele? Jeśli jest inaczej - proszę mnie uświadomić (tak, tak - wiem o Powrocie do Stumilowego Lasu:). W każdym razie ta książka to swego rodzaju sequel właśnie - starej baśni arabskiej Ali Baba i czterdziestu rozbójników. Nie tylko dorośli mają ochotę na literacki ciąg dalszy - niekiedy dopisywany po latach, często przez zupełnie innego autora, z wielką ostrożnością wybranego przez spadkobierców. Tutaj propozycja dla najmłodszych.

O tym jak Ali Baba dostał się do skarbca zbójników i jak ich pokonał, opowiadać raczej nie muszę - propozycje książkowe i filmowe wypełniły bowiem swoje zadanie. Posłuchajcie natomiast, jaki pomysł na dalsze losy bohatera miał Józef Wilkoń. Otóż w jego książce Ali Baba chce jeszcze więcej bogactw i dlatego sam zostaje rozbójnikiem. Staje na czele bandy czterdziestu kamratów. Karawany boją się go, a jego niecne czyny znane są w całej Arabii. I tak jest aż do czasu, kiedy na drodze Alego stanie piękna branka.

Opowieść opowieścią - widać, że Józef Wilkoń bawi się i słowem i motywami, wpędzając nas, czytelników w ciemny zaułek, serwując nam zakończenie, którego chyba jednak nikt się nie spodziewał. Najpiękniejsza jest historia opowiedziana obrazami - to majstersztyk. Noc nad pustynią budzi namacalny strach, piasek i skały sprawiają wrażenie jakby były prawdziwe. Mieni się złoto arabskich kupców, słychać tętent kopyt końskich, szczęk szabli. Autor co rusz każe nam obserwować sceny z różnej perspektywy - niekiedy całkiem blisko. Brance Alego Imaz, można spojrzeć prosto w oczy, podobnie jak niektórym ze zbrojnych - widać wyraźnie ich twarze, uzbrojenie, pozycję w siodle, uchwyt uzdy. Jednak najwięcej oko cieszy perspektywa z lotu ptaka - kiedy trzeba wytężyć wzrok i szukać jeźdźców wśród skał, w mrokach nocy, w bladym świetle księżyca.Zlewają się z krajobrazem, trudno ich dojrzeć.

Wilkoń stworzył swoją ilustracją specyficzny klimat - czytelnik czuje się, jakby przeniósł się w zupełnie inne miejsce, inny wymiar. Zapomina o bożym świecie - więc misja została należycie spełniona. Polecam małym rozbójnikom (i ich rodzicom).

Wiek 5+

Wydawnictwo Czytelnik

środa, 10 grudnia 2014

Dziś będzie nie o wersji papierowej, ale o audiobooku. Pewnego jesiennego dnia jechałam z dziećmi samochodem i miałam włączone Radio Merkury (nasze - wielkopolskie:). Mieliśmy okazje wysłuchać wtedy fragmentu książki tygodnia, którym był Pinokio Collodiego w interpretacji Piotra Adamczyka. A że dzieci wiozłam w przyjemne miejsce, zdziwiłam się, kiedy zaprotestowały i nie chciały wysiąść z samochodu. Musiałam poczekać, aż lektor skończy. To chyba wystarczająca zachęta, by sięgnąć po audiobook.

Nowa wersja Pinokia w przekładzie poety Jarosława Mikołajewskiego narobiła sporo zamieszania trzy lata temu. Ale zamieszania pozytywnego. Otóż po latach otrzymaliśmy nowy przekład - wierny i odświeżony, z nowościami translacyjnymi, z którymi pinokiowi puryści nijak się zgodzić nie mogli (kruszenie kopii o majstra Czereśnię, Mamałygę i ... rekina). My przyjęliśmy z zadowoleniem. Książka pięknie wydana stała się w ciągu tych kilku lat trafionym i eleganckim prezentem dla dzieciaków z rodziny i wśród znajomych. Zawsze budząca radość i zachwyty małych i dużych. Właśnie ta nowa wersja klasycznej powieści znalazła się na audiobooku w interpretacji aktora Piotra Adamczyka. Mogę tylko zachęcić - u nas książka zdała egzamin podczas długiej podróży i jesiennych wieczorów. Interpretacja lektora stonowana, choć nie brak tu dużego zaangażowania w odmalowanie poszczególnych postaci. Z łatwością można się domyślić, kogo w danej chwili aktor naśladuje. Moduluje głos, buduje klimat - gwarno i rojno w Pinokiu od postaci - i to nie tylko na papierze. Można sobie te postacie wyobrazić, mieć je przed oczyma. 

1 płyta CD z nagraniem w formacie MP3. Całkowity czas nagrania 4 godziny 43 minuty.

Wydawnictwo Media Rodzina

poniedziałek, 08 grudnia 2014

W dniu codziennym sięgając po wiele rzeczy, przedmiotów, nawet nie zdajemy sobie sprawy, że mają one swoją ... historię. Zanim trafiły do nas, ich wynalazcy częściej mieli pod górkę niż z górki. Droga wprowadzania ich w nasze życie była często wyboista, pełna niechcianych niespodzianek, sprzeciwów, wrogów. Ale i entuzjastów, fanów. W zależności od tego, co sobą przedstawiały. Bo przyznajmy, z wynalazkami jest tak, że jedne są dla nas dobre - inne zdecydowanie nie. Co kierowało ludźmi, kim są autorzy wynalazków? Książka niniejsza skoncentrowała się na wynalazkach niewiarygodnych, ale przyznaję, że po jej lekturze pojawiło się mnóstwo pytań dotyczących wielu przedmiotów otaczających nas  na co dzień - A kto? A co? A po co? Bo ta lektura to zaledwie początek, jej ciąg dalszy tkwi w dziecięcym pędzie do odkrywania najróżniejszych tajemnic, często zwykłych, niezbyt ważnych, do wchodzenia na grząskie tereny, mało zbadane. Punktem wyjścia jest jednak zagłębienie się w różnych, często dziwacznych wynalazkach. To w końcu wyprawa do przeszłości. Człowiek zawsze chciał wiedzieć więcej, wynajdował różne rzeczy - mniej i bardziej potrzebne. To też wyprawa do przyszłości - bo małe głowy łamią się pod wpływem wątpliwości - co jeszcze może być odkryte, jakie obszary stoją otworem przed wynalazcami i pasjonatami, jakie marzenia zostaną zrealizowane.

Książka przedstawia ponad 20 niewiarygodnych wynalazków - czasem zwariowanych, z punktu praktyczności, zupełnie ... niepraktycznych. Jednak wciągające historie są też o tym, że czasami były one początkiem czegoś wielkiego, był ciąg dalszy, kolejne eksperymenty i próby - często bez oczekiwanego sukcesu. Wymienię kilka: koń parowy, rower do biegania, kołowrotek podróżny, chmura wycieczkowa, zamrożona muzyka, żaglowóz, ptasia kamizelka. Autorka konsekwentnie przedstawia tło społeczno - kulturowe, uzasadnia potrzebę danego wynalazku, krótko przedstawia sylwetkę autora, jego prace i doświadczenia, w końcu efekty wysiłków. Nie brak informacji o zaangażowaniu finansowym, zainteresowaniu władców i możnych sponsorów.

Ale patent przekazujący tak wiele informacji jest po części ambitną książką obrazkową, wyśmienitym uzupełnieniem tekstu, wizualizującym często skomplikowane i owiane tajemnicą mechanizmy. Co rusz ilustratorzy: Aleksandra i Daniel Mizielińscy przenoszą nas na ulice starożytnych miast, w różne wieki. Mamy okazję zobaczyć reakcję mieszkańców, ich komentarze, niekiedy ciekawski uśmieszek, złość, a nawet strach. Mina Napoleona grającego z mechanicznym Turkiem - po prostu bezcenna. Ten wynalazek jest mi szczególnie bliski, ponieważ w mojej miejscowości znaleziono w czasach wojen napoleońskich wśród braci zakonu św. Filipa Neri sobowtóra niezwyciężonego Bonaparte. Ksiądz ów miał być schowany właśnie w takim mechanicznym Turku i przy okazji zamieniony z Napoleonem - do czego nie doszło - a co ciekawie opisał Łysiak w "Szachiście".

Podsumowując - znakomita książka, która przypadnie do gustu i młodym i starszym. Ładnie wydana, z mnóstwem ilustracji, ciekawymi tekstami. Jeśli nie macie pomysłu na prezent choinkowy - ten polecam w szczególności.

Wiek 7+

Wydawnictwo Dwie Siostry

Na stronie wydawnictwa można zobaczyć ilustracje.

wtorek, 02 grudnia 2014

Do książki w ostatnim czasie zaglądałam dość często - a to z pewnych względów zawodowych (zainteresowanych odsyłam tutaj). Z przyjemnością skorzystałam też z nowego wydania, jakie pojawiło się - z ilustracjami Andriollego. Myślę, że każdy - czy psioczy czy nie - wszak to lektura - ma swoje wspomnienia związane z "Panem Tadeuszem". Jakaś scenka rodzinna, klasowa. Tak - ja pamiętam jak kolega przygotował recytację (cyt.) "Koncertu Natenczasa Wojskiego":))) Może jakiś fragment na pamięć, ilustracja, inscenizacja w klasowych warunkach. Fabułę raczej każdy - śmiem twierdzić - zna. Ja miałam w moim życiu szczęście do polonistów, którzy potrafili nas, uczniów zachęcić do lektury książki legendy. Pani Danuta wprowadziła nas w klimat epopei, wyjaśniła kwestie polityczne, społeczne, kulturowe - czytanie w podstawówce całości - było przyjemnością. Jak opowiadała historię Jacka Soplicy - ta pamiętam, miałam gęsią skórkę. Potem gnaliśmy do biblioteki po książkę - takie to były czasy:))) W szkole średniej mój polonista potrafił trzeźwo spojrzeć na PT, wytknąć niedociągnięcia i dostrzec walory - ale bez wielkich słów. Na germanistyce jeden z moich wykładowców - przyznał, że zakochany jest w PT, i że czytuje go swojej żonie .... w łóżku. 

Praca zmusiła mnie niejako do ponownego sięgnięcia po książkę. Po latach stwierdziłam, że czytanie to było zupełnie inne niż przed laty - dokładniejsze, głębsze, z bagażem doświadczeń, wiedzą historyczną, z atrakcyjnymi dodatkami typu film Wajdy, przedwojenna wersja filmowa, piosenka Żebrowskiego i Jopek, szlak turystyczny. W końcu - moja okolica wielkopolska, która ponoć zainspirowała Mickiewicza do napisana epopei. Zbiegło się to wszystko z nowym, bardzo ładnym, wydaniem "Pana Tadeusza" (Wydawnictwo MG). Popatrzcie sami:)


Wydawnictwo MG