Świat jest stworzony po to, aby stać się kiedyś piękną książką
Archiwum
Zakładki:
Książki 2013
Książki 2012
Książki 2011
A tutaj piszę o książkach
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Dekoratorskie
Książki - 2010
Książki- 2008
Książki- 2009
Napisz do mnie
Piszą o książkach
Strony o książkach
Szablon mojego bloga
Wydawnictwa
Wyzwania czytelnicze
Zaglądam również TU
Tagi
Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać
czwartek, 21 grudnia 2017

"Lucky Luke. Kanion Apaczów" -    Rene Goscinny/ Morris

Dzielny cowboy ma na polecenie Federalnego Biura do Spraw Indian wyjaśnić kwestię ciągłych starć i potyczek z Apaczami. Pułkownik dowodzący miejscowym fortem co rusz organizuje ekspedycję karną. Tymczasem Indianie nie pozostają dłużni. Lucky Luke widząc fatalną sytuację postanawia wziąć sprawy w swoje ręce i rozwiązać spór drogą pokojową. Jednak Apacze mający złe doświadczenie z bladymi twarzami są nieufni i nawet słyszeć nie chcą o jakichkolwiek pertraktacjach. Lucky Luke jednak nie daje za wygraną. Czy w Kanionie Apaczów w końcu zapanują spokój i porządek?

"Lucky Luke. Przeklęte ranczo" - Goylouis, Fuche, Léturgie, il. Morris i Janvier

Kolejny komiks to zbiór kilku komiksowych opowieści o Lucky Luku. Lubię taką formę, ponieważ krótkie historie są bardzo esencjonalne i nie są na siłę rozciągnięte.  Najbardziej spodobało mi się tytułowe przeklęte ranczo. Ta opowieść ma w sobie sporą dawkę dramatyzmu i emocji. Kowboj pomaga wyjaśnić pewnej staruszce dziwne zdarzenia, które mają miejsce na dopiero co zakupionej nowej posiadłości. Ktoś lub coś straszy. Kowboj szybko poznaje tajemnicę rzekomego „księcia ciemności”.

Dziki Zachód to miejsce, gdzie nawet najbardziej najtwardsi twardziele (jakkolwiek to brzmi) szukają swojego szczęści i mają marzenia. Każdy też chętnie pozna, co mu przyniesie przyszłość. A tę najlepiej przepowie … wróżka. Do tej „pani” w małym miasteczku na Dzikim Zachodzie ustawia się dłuuuuuuga kolejka. Wśród oczekujących jest wielu notabli : nawet dyrektor banku i szeryf. Jednak coś w tej wróżce nie podoba się Lucky’emu.

W „Rzeźbie” pojawia się chyba najbardziej znana góra w całych USA – Rushmore, w której wykuto głowy kilku amerykańskich prezydentów. W dawnych czasach była to okolica bardzo niespokojna, pełna rzezimieszków. Na szczęście Lucky Luke zaprowadza tu porządek, a mieszkańcy chcą  w dowód wdzięczności uwiecznić sylwetkę kowboja w rzeźbie. Jest jednak ktoś, kto zrobi wszystko, by przeszkodzić planom mieszkańców i utalentowanego rzeźbiarza.

„Rynna” to swego rodzaju opowieść o nowoczesności na Dzikim Zachodzie. Lucky Luke pomoże pewnemu wynalazcy chronić jego rynnę, która ma być jego drogą do sukcesu. Zdobycie patentu wcale łatwe nie jest, zwłaszcza wtedy, gdy wszędzie czają się różnej maści zbiry. Na szczęście jest kowboj Lucky Luke, który w pewnym momencie wkracza do akcji.

Jak to zwykle w tych komiksach bywa znajdziecie tutaj sporą dawkę humoru sytuacyjnego i słownego. Mój syn kiedyś powiedział: "Oj ten Lucky Luke ciągle wygrywa. To jest już nudne". A jednak, gdy się pojawia nowy egzemplarz w domu, na długo znika w jakimś kącie i zagłębia się w lekturze. Powiem tak - pewnie zostanie mu to na długo, bo z LL się po prostu nie wyrasta. 

Wydawnictwo Egmont

środa, 20 grudnia 2017

 

Krótkie dni i długie zimowe wieczory sprzyjają czytaniu bądź słuchaniu książek. Nie kusi Was? Za oknem „szara godzina” (jak ja lubię to wyrażenie z wiersza Ewy Szelburg-Zarembiny), w domu ciepluchno, człowiek czuje się taki bezpieczny, u siebie, z kubeczkiem ciepłej herbatki w ręku, patrzy przez okno z widokiem na ogród (niestety nie – zaśnieżony mimo połówki stycznia) – przy ciepłym kaloryferze albo kominku. A w tle książka – sączy się tekst, łagodny tembr głosu lektora. U nas w domu –słuchamy dużo audiobooków – właściwie muszę przyznać, że niekiedy jest nawet „kolejka” po sprzęt.  Ja, słuchając swoich książek,  muszę niekiedy uważać, by coś niestosownego nie dostało się do uszu dzieciaków, które wiadomo – co mają słyszeć – nigdy nie słyszą. A to, co ma ominąć ich narządy słuchu – właśnie najlepiej do nich trafia.

Madika jest propozycją dobrej literatury dla troszkę starszych dzieci – myślę, że książka przypadnie do gustu zwłaszcza dziewczynkom, gdyż głównymi bohaterkami są siedmioletnia Madika i jej młodsza siostra (choć pewnie i chłopcy coś z niej dla siebie wyciągną). Ta książka kojarzy mi się trochę z Dziećmi z Bullerbyn. Jeśli ktoś tęskni za tamtym klimatem – a wiem, że wśród rodziców jest wielu takich nostalgicznych czytelników, to pewnie i Wam się ta lektura spodoba. Nie ma tu wyszukanych przygód – jest zwykła codzienność, w której brakuje tych wszystkich współczesnych gadżetów i wypełniaczy czasu, na jakie są skazane współczesne dzieciaki. Za to panują wyobraźnia i kreatywność. Madika ma niekiedy naprawdę szalone pomysły, a wtóruje jej młodsza Lisabeth.  To takie urwisy w spódniczkach. Niekoniecznie pochwalam naśladowanie różnych pomysłów na zabawę: jak skok z dachu z parasolką w ręku, choć wiele momentów z życia dziewczynek może być inspiracją dla dzieci – latem w ogrodzie bądź w domu – gdy nie wiadomo co ze sobą zrobić. Ta książka to też obraz świata, którego już nie ma. Gdzieś w tle przewijają się elementy codzienności, które my sami znamy z opowiadań starszych generacji w swojej rodzinie. Ale to też piękno tej książki: pewne zachowania, reakcje, rozmowy, miejsca, ludzie. Zachęcam do ich odkrywania. Właśnie teraz – zimą, kiedy takie książki smakują najlepiej.

Książkę czyta Waldemar Barwiński. Lektor interpretuje tekst w sposób wyważony, powiedziałabym neutralny. Niektórzy preferują prawdziwy spektakl aktorski. Akurat my lubimy dwa podejścia w interpretacji. Czas nagrania 8 godz. 51 min.

Wiek 6+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia 

wtorek, 19 grudnia 2017

No właśnie – choinka – to ona jest bohaterką tej książki. Kto by pomyślał, że może być tyle zamieszania z zielonym drzewkiem przybranym odświętnie – nieodłącznym elementem świąt grudniowych. Ksiądz Józef Naumowicz, związany na co dzień z Uniwersytetem Kardynała Wyszyńskiego w Warszawie, próbuje wyjaśnić fenomen choinki. Bo, jak pisze we wstępie,  „zwyczaj strojenia choinek na Boże Narodzenie zna cały bodaj chrześcijański świat”. Pojawia się w sztuce: na obrazach, w literaturze, muzyce. W końcu – w wielu domach. Jak to się stało, że w dzisiejszych czasach nie możemy sobie wyobrazić świąt bez choinki? Jakie są tego korzenie. I jak zmieniała się i ona, i związane z nią tradycje na przestrzeni dziejów.


Trzeba przenieść się do czasów przełomu średniowiecza i renesansu. Ale zanim pojawiła się ONA były wawrzyńcowe wieńce, którymi przystrajano wejścia do domu lub całej wręcz posiadłości. Zawieszano je ku czci duchów i bóstw. W tak zwanym międzyczasie w sztuce obecne były zawsze kwiaty, liście, rajskie drzewa obwieszone owocami.

Autor stara się dowieść, co jest dokładnie ojczyzną choinki – nie jest to zdanie łatwe, bo wiele miejsc aspiruje do tego tytułu. Bada najstarsze świadectwa, przytacza nakazy panów, którzy na Wigilię pozwalali osadnikom ścinać zielone gałązki – ale jak się okazuje po latach – wszystko w  granicach rozsądku. Ciekawostką jest wynikająca z nich troska o las i gatunki drzew. Zachowały się liczne dyrektywy z okresu od XIII do XVI wieku, które próbowały uporządkować popularność „ choinki” właśnie ze względu na ochronę lasu, a być może, choć to na pewno, pańskich interesów.


W książce znajdziemy dużo informacji o tym, czym przystrajano choinkę, gdzie po raz pierwszy ustawiono drzewko publicznie, kiedy pojawił się zwyczaj dawania podarków „pod choinkę” i jak został on przyjęty. Przez dzieci – z entuzjazmem, ale przez dorosłych – zwłaszcza z kręgów kościelnych – z dużą krytyką.

A jak to było w Polsce – kiedy pojawiła się najstarsza choinka, jak powinna wyglądać nasza polska – patriotyczna wersja – a nie germańska – z „bomblami”. Patriotyczna – z szopką na gałązkach, z różnymi słodkościami dla dzieci. Autor przedstawił jej poprzedniczki: snopki zboża, sianko na stole, szopkę, sad u sufitu w Krakowie – z łakociami, podhalański podłaźnik.

Jak została przyjęta w innych krajach: Austrii, Francji, Anglii, Nowym Świecie? Choinka, jak się okazuje, ma swoje zaszczytne miejsce również w literaturze. Pisali o niej Andersen, Dickens, Goethe. W Polsce pojawiały się we wspomnieniach Bolesława Prusa (jakże ubolewał w „Kronikach”, że tylko chłopi i ich dzieci potrafią śpiewać „Bóg się rodzi” a inteligencja i wyższe sfery w ogóle słów nie znają), Melchiora Wańkowicza ( „Poza świeczkami i lepionymi w domu łańcuchami z różnokolorowego papieru wszystko tam można było w gębę włożyć”), Stanisława Pigonia, Marii Dąbrowskiej. Była bohaterką wierszy i kolęd, które śpiewano w kościołach. Konstanty Ildefons Gałczyński napisał nawet wiersze: „Kto wymyślił choinki” i „Przed zapaleniem choinki”.  

Ciekawa pozycja dla tych, którzy lubią święta i nie mogą wyobrazić sobie tego czasu bez choinki. Mnóstwo informacji i ciekawostek. Dożo zaskoczenia i odkrywania tajemnic. Ale i pytań, które być może już na zawsze zostaną bez odpowiedzi.

Książka z licznymi ilustracjami. Niektóre z nich to prawdziwe perełki. To ciekawa podróż do przeszłości. 

Wydawnictwo Literackie

poniedziałek, 18 grudnia 2017

Dostałam od Zuzanny Orlińskiej prztyczka w nos. Dałam się nabrać na przewrotny tytuł, a potem okazało się, że również przewrotną książkę. Wykoncypowałam sobie bowiem, że rzecz będzie o matce Polce – urobionej po łokcie męczennicy, z niezadowoloną miną, poświęcającą się dla swoich pociech. Nic bardziej mylnego. Polek to chłopiec – Apolinary. A matka Polka jest zupełnie inna niż …  typowa matka Polka. No tak -  rude tak mają. Ida Sierpniowa, Pippi, Ania z Zielonego Wzgórza –  kilka sympatycznych, pozytywnie nakręconych  rudowłosych wariatek - chudziutkich, niepozornych, natchnionych, ale z poczuciem humoru. Matka Polka jest jedną z nich – tyle że w rozmiarze XL, z burzą rdzawych niesfornych kędziorów. Można z nią konie kraść, przez boży rok paraduje w trampkach, urządza synowi pirackie przyjęcie, uczy, bawi, pomaga, tłumaczy, słucha, otacza opieką – jak dobra matka. Nie, absolutnie nie - mama, mamusia, mamka. W życiu Polka dzieją się czary mary. Nagle świat zmienia się dookoła, pojawiają się potwory, piraci, Święty Mikołaj, dziwna staruszka. Moja mama czarownica – taki tytuł więcej by mi powiedział, choć z pewnością  tak bardzo nie zaintrygował. Pełna humoru, ma w sobie to coś. Bo sami przyznacie - trzymanie w piwnicy zamiast równiutkich rzędów marynat, konfitur i kompotów sarkofagu egipskiego świadczy o sile charakteru tytułowej bohaterki – a tego jest tu tyle że ho ho. Autorka na końcu pisze - ojciec Polka  to też nie jest taki sobie zwykły ojciec. Ale to już  temat na zupełnie inną opowieść.

Wydawnictwo Literatura 

 

niedziela, 17 grudnia 2017

Moim zdaniem to najlepsza część serii „Opowiem ci mamo, co robią …”. Oj, dinozaury postawiły wysoko poprzeczkę. Podoba się cała – ze względu na treść, ilustracje. Znam pewnego małego miłośnika dinozaurów, który odrzuciwszy na bok wszystkie swoje dotychczasowe lektury „dinozaurowe”, przepadł z książką Emilii Dziubak na długie godziny (dosłownie)  gdzieś w kątkach-zakątkach domu i oddał się miłej lekturze. Sama książka zabiera naszego praprzodka Kudłacza w podróż w czasie – do różnych epok, er – więc nic się nie stanie, jeśli do wyprawy dołączy mały czytelnik. Od Triasu do Czwartorzędu. Śledząc losy pierwotnego osobnika, który pewnego dnia znalazł ogromne jajo, dzieci stają się świadkami historii naszej planety. Pierwsza myśl odnośnie jaja – była taka – to na pewno jajo, z którego wykluje się jakiś dinozaur. Tymczasem – nic bardziej mylnego – to kapsuła czasu, która zabiera Kudłacza na wycieczkę do przeszłości. To doskonały sposób, by pokazać dzieciom, jak bardzo stara jest nasza planeta – kiedy pojawiły się dinozaury i kiedy pojawił się na niej człowiek. Samo mówienie – „Oooo, Ziemia jest baaaardzo stara” chyba na nic się zda. Ale lektura na pewno pomoże zrozumieć te zagadnienia.

Książka obrazkowa dużego formatu (20 cm x 28 cm) – niezwykle kolorowa, świetnie oddaje świat prehistorycznych potworów podobnych niekiedy do smoków (choć książka obala ten mit; co ciekawe dinozaurom  bliżej do współczesnych kur i gołębi). Żyjące wśród olbrzymich paproci i skrzypów – opanowały wszystkie środowiska – rządziły na lądzie, w powietrzu i w morzu. Można zresztą poznać i inne stworzenia, które żyły w danym czasie obok dinozaurów. Imponujący jest również świat przed dinozaurami. „Drzewo życia” na jednej ze stron to ciekawy materiał poglądowy, by prześledzić ślady życia od Neoproterozoiku.

Co znaczy w ogóle słowo „dinozaur”, jakie gatunki były charakterystyczne dla danej ery, krótkie opisy wybranych gatunków zawierające konkretne informacje i ciekawostki, zabawy w wyszukiwanie różnic pomiędzy prawie takimi samymi ilustracjami, labirynt, w który karaluch musi odnaleźć drogę do kapsuły czasu. I oczywiście świetne ilustracje Emilii Dziubak.

Wiek 4+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

sobota, 16 grudnia 2017

Jeśli Wam mało przygód o Muminkach (a tych nigdy dosyć) zachęcam do odkrycia innych tytułów Tove Jansson. Pewnie mniej znane, trochę odbiegają od świata przedstawionego w klasycznej serii, ale jakże cudnie znaleźć się znów w bajkowym świecie, gdzie są starzy znajomi jak choćby Włóczykij,  ale też i całkiem nowi. Jest w książce o Maciupku mnóstwo ilustracji – czyli wielka gratka dla tych, którzy kochają niepowtarzalną i rozpoznawalną na całym świecie kreskę artystki z dalekiej Finlandii. Jest i mądry tekst – który zwraca uwagę na słabszych wśród nas, pozwala ich dostrzec i zrozumieć. A co najważniejsze – to piękna książka dla czytelnika w każdym wieku. Każdy wyczyta w niej coś dla siebie.

Tematem są smutek, samotność, strach. Mały Maciupek mieszka w swoim domku – zupełnie samiusieńki jak paluszek. Nie może poradzić sobie ze wszechogarniającym strachem przed … wszystkim i wszystkimi. Dlatego też postanawia poradzić sobie sam, szukając pomocy na zewnątrz. A tam jest czego i kogo się bać: pomijam już atmosferę i klimat świata otaczającego. Strach tak bardzo paraliżuje Maciupka, że ten w ogóle nie dostrzega uroków otoczenia. Są tu jednak też Filifionki, Paszczaki, Homki, Mimbla, Buka, Hatifnatowie. Macupiek przezornie wcale się nie odzywa. Jest też zbyt mały, by go ktoś zauważył – w końcu Maciupek to Maciupek. Boi się z kimś porozmawiać o swoich uczuciach, obawach. A pewnie zrobiłoby mu się lżej na sercu, gdyby mógł się przed kimś wyżalić. W końcu trafia nad ogromne morze, gdzie zauważa dryfującą butelkę, a w niej list. To wiadomość od Drobinki, która również się boi. Odtąd celem Maciupka będzie odnalezienie Drobinki – jeszcze mniejszej od niego istoty, by ją pocieszyć i zapewnić o swej przyjaźni. Książka, która porusza ważne tematy – może właśnie dziś szczególnie aktualna, gdy tak wielu samotnych wśród ludzi. To też rzecz o odwadze i miłości. Jej wielkie pokłady są w nas ukryte – potrzebujemy tylko niekiedy małego impulsu, by je z siebie wydobyć – by pomóc innym, wspierać kogoś, kto tej pomocy i dobrego słowa czasem bardziej potrzebuje niż my sami.

Wiek 5+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

wtorek, 12 grudnia 2017

W pewnej renomowanej szkole w Nowej Anglii do rąk dyrektora trafia kaseta z nagraniem. Główni bohaterowie filmu to trzej uczniowie szkoły, którzy w najlepsze bawią się w seks z pierwszoklasistką. Film wywołuje obrzydzenie, ale też dużą konsternację, bo uczestnicy tej imprezy to dobrzy uczniowie, pochodzący z porządnych rodzin. Pojawia się pytanie – dlaczego? I nie jest to już tylko pytanie, które postawił sobie dyrektor szkoły, ale nasuwa nam się ono automatycznie podczas lektury. Powoli poznajemy tło całego zdarzenia z perspektywy wielu osób – uczestników, rodziców, nauczycieli, kolegów ze szkoły i internatu, ale też zupełnie postronnych – sklepikarki, dziennikarza, policjanta. Niektóre wypowiedzi bardzo rozbudowane, inne króciutkie. Większość z nich to rozmowa z J. Barnard z Uniwersytetu Vermont, która po latach bada kulisy zdarzenia i pisze pracę o zjawisku nadużywania alkoholu przez chłopców w szkołach średnich. Inne to próba rekonstrukcji niektórych życiorysów osób, które jak się później, okazało, z przyczyn osobistych chcą zapomnieć o całym zdarzeniu. Czy to możliwe? Książka wyraźnie pokazuje, jak jeden nieprzemyślany krok, może zrujnować plany na przyszłość, jak może zmienić życie, niestety - nieodwracalnie. Uświadamia czytelnikowi jednocześnie, że i wina może mieć wiele twarzy, bo im bliżej końca, tym większa moja niepewność, czy właściwie oceniam bohaterów zdarzenia. Nic tu nie jest proste, wszystko się przeplata ze sobą, wywołując niezły miszmasz emocjonalny: ciekawość, złość, zemsta, nienawiść, obrzydzenie z miłością, subtelnością, pięknem. Książka pokazują jedną z prawd o człowieku – że tak naprawdę nigdy nie wiadomo, jaka mroczna istota w nas siedzi. Siedzi w głowie. Długo i nie może wyjść. Tak po prostu. Cieszę się, że przeczytałam ją jako mama. Bo myśli – jakie będą moje dzieci, ich życie, nasuwają się same. Wręcz przytłaczają. I rodzą strach, bo tak wiele rzeczy dzieje się niezależnie od nas, naszych planów, marzeń, oczekiwań. Z dużą ciekawością śledziłam wypowiedzi i losy rodziców chłopców, ich reakcje. Jakże jedno zdarzenie, głupi wybryk, może zepsuć pracę życia - wychowanie, więzi, które wydawać by się mogło, są mocne i nierozerwalne. I tak jak nie lubię dalszych ciągów powieści pisanych naprędce, tak w tym przypadku zajrzałabym z ogromną ciekawością do czterech ścian tych osób, by się przekonać, jak ułożyło się ich życie później. Czy zdarzyło się coś dobrego – w myśl zasady, że nic w naszym życiu nie dzieje się przypadkowo i czasem jest trudno, by potem było łatwiej i lepiej.

Książka, którą można dopisać do listy tych, które, gdy już zacznie się czytać, trudno wypuścić z ręki. Dosłownie. Temat z życia wzięty, ciekawy pomysł narracyjny, zaskakujące zakończenie. To jedna z lepszych powieści obyczajowych, jakie ostatnio przeczytałam.

 

Wydawnictwo Prószyński i S-ka

niedziela, 10 grudnia 2017

O Margaret Atwood zrobiło się głośno jakiś czas temu w związku z nową ekranizacją jej „Opowieści podręcznej”. Wartością dodaną było przypomnienie w wersji papierowej jej kilku innych powieści, w tym „Grace i Grace”. Co ciekawe – zresztą okładka książki jest tego dowodem – i ta powieść doczekała się ekranizacji – ponoć udanej. Jakie mam refleksje po lekturze? Mogę jedynie powiedzieć: wiem, że nic nie wiem. Naprawdę. Nie wiem, czy Grace zabiła na pewno. Mało tego: czy była w ogóle zamieszana w morderstwo. A może faktycznie ktoś ją wrobił w to całe zamieszanie. Zresztą wydaje mi się, że nikt nie potrafi udzielić ostatecznej odpowiedzi: zarówno świadkowie z dawnych czasów, czytelnicy ówczesnej prasy, w której szeroko się rozpisywano na temat zbrodni i rozprawy, jak i współcześni czytelnicy powieści Atwood i widzowie śledzący serial. Tajemnicza sprawa – pokazująca jednocześnie jak kręte i skomplikowane są zakamarki ludzkiej psychiki. Choć z drugiej strony narzuca się i kolejne pytanie: czy faktycznie Grace miała problemy psychiczne czy może jednak była tylko zwykłą manipulatorką? Dużo tych pytań, dużo wątpliwości – ale właśnie taka jest dobra literatura. Dawno nie czytałam tak ciekawie skonstruowanej powieści, tak mrocznej, nieprzewidywalnej. I choć na końcu sama przyłapałam się, że chciałabym jednoznacznej odpowiedzi na poje pytania, teraz jestem pewna, ze lepiej jest tak, jak jest. Może dzięki temu ta książka tak długo siedzi w mojej głowie?

Margaret Atwood wykorzystała w swojej powieści autentyczny wątek zbrodni, jaka została popełniona w latach 40-tych XIX wieku w Kanadzie. Imigrantka z Irlandii, młodziutka Grace, razem ze stajennym (oj, też baaardzo mroczna postać) zostają oskarżeni o zamordowanie ich chlebodawcy i służącej Nancy. Chłopak zostaje powieszony, natomiast Grace z racji młodego wieku jak i wielu niejasności w jej wątku, zostaje osadzona w więzieniu, po czym po 30 latach ułaskawiona. Historia opowiadana jest niespiesznie. Autorka relacjonuje wydarzenia, skupia uwagę na poszczególnych bohaterach dając nam możliwość ich dokładnego poznania. Ta powieść też jest ciekawym obrazem społeczeństwa początków XIX wieku, a w szczególności kobiet pracujących jako służące  - ich trudnej pozycji, braku edukacji, wykorzystywania w męskim świecie. Mimo tego, że na Grace ciążyły tak straszne podejrzenia, polubiłam tę postać. Zauroczyła mnie swoją delikatnością, powściągliwością. Bardzo różniła się od innych kobiet przedstawionych w powieści. A może stan ten był dalszym efektem jej ciągłych manipulacji? Sama już nie wiem.

Wydawnictwo Prószyński i S-ka

sobota, 09 grudnia 2017

Książka napisana na nowo, powstała ze skrawków wspomnień, notatek porzuconych wśród ważniejszych dokumentów, dopisana i ukończona już przez współczesnego autora. Pięknie zilustrowana: ulotnie, delikatnie, z niezwykłą czułością. Dla miłośników Marka Twaina – autora takich perełek literackich jak „Przygody Tomka Sawyera” czy „Książę i żebrak”, jest to niesamowita gratka. Oczywiście po lekturze nasuwa się pytanie: ciekawe, co na ten temat powiedziałby sam wielki Mark Twain? Pewnie ze swoim szelmowskim uśmiechem, przyjąłby wszystko do wiadomości, ewentualnie skwitowałby dosadnym komentarzem. A komentarz….? Zostawiam to już Waszej, drodzy Czytelnicy, wyobraźni. Swoją drogą - Philip Stead prowadzi przez cały czas dialog z tuzem literatury. Biją z tej rozmowy duże zrozumienie, współpraca przy powstawaniu książki, ale też pojawiają się wątki poboczne i dygresje, które prowadzą do nowych miejsc i postaci.

W każdym razie takie eksperymenty literackie – wydawanie książek nowo odkrytych, dalsze ciągi dopisane przez kogoś innego – zawsze wzbudzają sensację i zainteresowanie. Mark Twain, prywatnie ojciec swoich córek, na ich prośbę stworzył opowieść  - bajkę, która swój początek miała w przypadkowej prasowej ilustracji. Po latach przypadkiem odnaleziona – została na nowo ubrana w słowa.

Johny, bohater tej opowieści idealnie wpisuje się w klimat książek Twaina, w których tak skrupulatnie odrysowywał amerykańską rzeczywistość końca XIX i początków XX wieku. Tutaj pokazano trudną codzienność życia farmerskiego chłopca – a całość przeplata się z delikatną nutką baśniowości. Co mnie zauroczyło w tej książce? Rzadko spotkać można tradycyjne baśnie amerykańskie z królami, królowymi i zamkami. Bo tych starych klasycznych zamków na ziemi amerykańskiej chyba nie ma – a jeśli już – to raczej niewiele. Pewnie ma to związek ze skomplikowaną historią tych ziem.  Dla mnie to taka trochę baśń nie baśń. Bo bardziej pasuje mi do tej opowieści skromna chata ze strony 24, z wiatrakiem charakterystycznym dla farmerskiego krajobrazu amerykańskich pionierów i osadników, niż zamek srogiego króla, który wydaje beznadziejne edykty. Właśnie tutaj – wraz ze swoim dziadkiem (co za indywiduum) i kurami mieszka Johny. Kto by pomyślał, że takie „zwykłe” miejsce i takie „zwykłe” kury mogą stać się początkiem niezwyklej opowieści, w której ważną rolę odegrają wędrówka, król wyspy, staruszka z nasionami, zwierzęta, strażnicy zamku, królewski edykt, olbrzymy. Trudno opisać tę opowieść jednym zdaniem. Bo wije się krętymi ścieżkami, zakrętasami. Tak jak wije się ludzkie życie. Nie jest też prostą, słodką w odbiorze tradycyjną historią dla dzieci. Nie zostawiałbym dziecka sam na sam z tą książką – ale prowadziłabym je za rękę swoim głosem, wyjaśniała i dopowiadała.

Książka o niespodziankach w życiu, trudnych wyborach, ale też odwadze i przyjaźni na dobre i złe.

Wiek 8+

Wydawnictwo Prószyński i S-ka

sobota, 02 grudnia 2017

Książka spodoba się tym, którzy lubią działać kreatywnie: w kuchni, papierach, materiałach. Moc pomysłów, które można niewielkim wysiłkiem samemu zrealizować. Wystarczą porządne narzędzia i przybory, dobre chęci, trochę czasu – by potem cieszyć bądź oko, bądź podniebienie. Często z wykorzystaniem tego, co już w domu posiadamy – co stare, niemodne, niby już niepotrzebne. W krótkim wstępie czytamy, że recykling i upcykling  przeżywają renesans. Pewnie przyczynił się do tego Internet, który jest naprawdę kopalnią świetnych pomysłów. Nasze szafy i szuflady kryją mnóstwo rzeczy w dobrym stanie, niekiedy wyśmienitej jakości, które po prostu szkoda wyrzucać. Moja babcia Marianna powiedziałaby, że serce się kraje na samą myśl o pozbyciu się takiego dobra. Często są to materiały o pięknym wzorze, tektury i papiery o oryginalnej fakturze. Ta książka wychodzi naprzeciw naszym czasom. Zamiast wyrzucać i zaśmiecać środowisko można dać przedmiotom drugie, a nawet trzecie, czwarte życie. Tchnąć w nie duszę, ponieważ przedmioty, rzeczy wykonane własnoręcznie – nabierają charakteru, mają jakąś cząstkę nas samych, którzy niekiedy wiele czasu spędziliśmy nad ich wykonaniem. Po zapoznaniu się książkowymi pomysłami muszę przyznać, że niektóre z nich mogą wywołać zaskoczenie. Zwłaszcza domowe kosmetyki – bo tak jak całkiem dobrze orientuję się w domowej manufakturze maseczek, nie wiedziałam, że można pokusić się o zrobienie srebrzystego cienia w kremie albo pudru do twarzy i ciała. Nie mówiąc już o …(ale to tylko dla tych, którzy mają BRODACZA w domu lub wśród znajomych) olejku pielęgnacyjnego albo wosku modelującego do brody właśnie.

Sama książka podzielona jest na sześć części: domowe zacisze, dzieciaki, impreza, moda i przeróbki, uroda, wyjątkowe okazje i święta. Blisko 80 inspiracji z różnych dziedzin – jedne dla wszystkich, nawet tych początkujących. Inne z kolei dla bardziej zaawansowanych. Ta ostatnia uwaga raczej dotyczy szycia – choć może źle to ujęłam. Jeśli ktoś jest odważny i nie boi się zaryzykować niech spróbuje przerobić koszulę chłopaka/ męża/ partnera/ brata na baaardzo kobiecą bluzkę. Mnie najbardziej przypadł do gustu  ostatni dział. Znalazłam w nim wiele pomysłów, które chciałabym zrealizować: ciasteczkowy kalendarz adwentowy, etykiety na prezenty z reniferami. Natomiast na wielkanocnym stole świetnie się będą prezentowały opaski na serwetki do złudzenia przypominające uszy króliczków i bułeczki w kształcie zajączków.

Książka jest ładnie i starannie wydana. Każdy pomysł przedstawiony za pomocą kilku fotografii i krótkiego opisu. Na początku zawsze spis potrzebnych „składników”, z których potem własnoręcznie „upiecze się” małe cacko.

Wydawnictwo Egmont

 
1 , 2