Świat jest stworzony po to, aby stać się kiedyś piękną książką
Archiwum
Zakładki:
Książki 2013
Książki 2012
Książki 2011
A tutaj piszę o książkach
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Dekoratorskie
Książki - 2010
Książki- 2008
Książki- 2009
Napisz do mnie
Piszą o książkach
Strony o książkach
Szablon mojego bloga
Wydawnictwa
Wyzwania czytelnicze
Zaglądam również TU
Tagi
Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać
wtorek, 31 marca 2009

Była sobie pewna poduszka. Całkiem zwykła - miękka, dość pękata i czwororożna. Lubiła się przebierać w różnokolorowe poszewki - czasem w serca, czasem w księżyce, a czasem w koty. Całymi dniami wylegiwała się w łóżku i rozmyślała o tym i o owym. Nocami spała, ale i pracowała - musiała nosić na sobie głowę pewnej dziewczynki. Dziewczynka miała na imię Kasia... -  tak zaczyna swoje ciepłe opowieści na dobranoc i kolorowe sny Wojciech Widłak, autor Pana Kuleczki. Recenzja na blogu Półeczka z książkami. Zapraszam!!!

To krowy umią budować?- już i tak duże z natury oczy Tomka robią się jeszcze większe - z niedowierzania i zdziwienia. A potem są już tylko śmiech, długie analizowanie obrazków i od nowa, ciągłe czytanie od nowa.  Świetna książka dla dzieci i ... rodziców. Recenzja na blogu Półeczka z książkami.

niedziela, 29 marca 2009
 

Mija prawie rok od momentu, kiedy Will zostaje przyjęty na naukę do Halta. Nie ma jeszcze 16 lat. W przyszłości ma zostać królewskim zwiadowcą - według mieszkańców Araluenu - człowiekiem niezwykle tajemniczym i nieprzeniknionym. Owinięty czarnym płaszczem, z charakterystycznym liściem dębu na szyi,  Will porusza się ostrożnie i bezszelestnie, pozostając często niewidzialnym.  Po miesiącach ciężkiej pracy, żmudnych ćwiczeń nadchodzą jednak chwile zwątpienia. Płonący most to druga cześć cyklu Johna Flanagana Zwiadowcy, który święci tryumfy na całym świecie.  Książka utrzymywała się 28 tygodni na liście bestsellerów New York Timesa. Recenzja na blogu Półeczka z książkami

Seria Zwiadowcy liczy obecnie siedem tomów. Autor pisze właśnie część ósmą. Pragnę poinformować, że miałam wielką przyjemność przeczytać i pierwszą i drugą część cyklu przed ich premierą. Przed kilkoma dniami ukazały się w księgarniach Ruiny Gorlanu. Premiera Płonącego mostu  22 kwietnia 2009.

Wciągająca oryginalna i inteligentna lektura dla dzieciaków 11+ no i .... hm hm... dla rodziców też:)

O Ruinach Gorlanu pisałam niedawno. Recenzja tutaj.

Wydawnictwo Jaguar

środa, 25 marca 2009

Nie czyta. Kiedyś lubił/a czytać. Co to za dziecko. Siedzi nad książką godzinami i przeczyta zaledwie kilka stron. Ze szkoły znów informacja w dzienniczku- Dziecko nie przeczytało lektury. Dlaczego, dlaczego, dlaczego? No właśnie - dlaczego dzieci nie czytają? Młodzież zresztą też. Może brak im wzorców. Skoro rodzice nie czytają, to ich dzieci też nie. Ale nie zawsze. Bo bardzo często zdarza się, że i dzieci moli książkowych stronią od książek. Ach! No tak - zatem jest to zapewne wina komputera, telewizji, Internetu, brak czasu. Wielu z nas właśnie podziela to zdanie, gdy tymczasem....

Daniel Pennac w książce Jak powieść szuka przyczyn nieczytania książek przez dzieci i młodzież. Sam przez ponad 20 lat był nauczycielem, więc problem zna od podszewki. Unikanie książek nie zna granic geograficznych, problem jest niestety globalny:( Winą za to, że dzieci i młodzież i nie czytają, autor obarcza głównie nas, rodziców. Pennac zaczyna od stworzenia świata, czyli od czasów, gdy czytaliśmy chętnie i namiętnie naszym dzieciom każdego wieczora na głos - różne bajki, bajeczki. Ciągle to samo, potem jeszcze raz i jeszcze raz. Codzienne głośne czytanie zaspakajało w pewien sposób potrzeby dziecka i sumienie rodzica.

Nawet jeśli nic mu nie opowiadaliśmy, nawet jeśli ograniczyliśmy się do czytania na głos, i tak byliśmy jego prywatnym powieściopisarzem, nieocenionym opowiadaczem, dzięki któremu każdego wieczoru wślizgiwało się [dziecko] w piżamę marzeń, zanim jeszcze odpłynęło w sen pod kołdrą nocy. Więcej jeszcze, byliśmy Książką. Przypomnijcie sobie tamtą intymność, nieporównywalną z niczym innym. Ależ lubiliśmy straszyć nasze dziecko, dla samej przyjemności pocieszania go później! A jak ono się domagało tego strachu! Dalekie od naiwności już wtedy, a przecież drżące całe. Prawdziwy czytelnik, jednym słowem. Taką właśnie tworzyliśmy wówczas parę: nasze dziecko było czytelnikiem, ach jakże bystrym! My zaś książką, ach, jakże przebiegłą!

Wielu rodziców zaniecha głośnego czytania dziecku w momencie pójścia do szkoły i poznania liter, opanowania samodzielnego czytania.

Pozwoliliśmy, by ten entuzjazm nas zaślepił? Uznaliśmy, że wystarczy, by dziecko rozkoszowało się słowami, a zapanuje również nad książkami? Sądziliśmy, że nauka czytania przychodzi sama z siebie, tak jak nauka chodzenia czy mówienia- że to jeszcze jeden przywilej naszego gatunku, krótko mówiąc? Cokolwiek to sprawiło, w tym właśnie momencie postanowiliśmy zakończyć wieczorne seanse czytania. (...) Był już teraz „duży", umiał czytać sam, samodzielnie przemierzać krainę znaków.

Według Pennaca to duży i niewybaczalny błąd. To, że dzieci nie czytają, to nie lenistwo. Często ta czynność naprawdę je przerasta. I tutaj właśnie ogromna rola rodziców, by pomogli im na nowo odryglować bramy świata wyobraźni. A więc- niech żyje akcja Cała Polska Czyta Dzieciom!!! Tym dużym również. Pennac pisze zresztą o swoich doświadczeniach związanych z rozczytywaniem swoich uczniów. Przynosił na lekcje grubaśne cegły i zaczynał czytać. Specjalnie wybierał wydania wagi słusznej z dużą czcionką, by i sukces czytelniczy w ich oczach był większy. Młodzież na początku niechętna, po pewnym czasie zaczęła kupować nawet kurtki z odpowiednimi kieszeniami- oczywiście tylko po to, by książki w nich nosić. Nie wystarczy naszym milusińskim mówić- Trzeba czytać! Trzeba raczej według autora samemu zakasać rękawy i czytać - dzieciom, na głos, codziennie:) Może warto spróbować? Coś w tym musi być, bo pamiętam jak mój polonista w liceum opowiadał o swoim znajomym, którego syn nie cierpiał czytać, nie lubił książek. Otóż ten znajomy zaczął czytać synowi nastolatkowi jakaś książkę - najpierw jedną, potem kolejną. Syn po pewnym czasie ponoć  pokochał i czytanie i książki. A więc? Nic nie tracimy, a tylko możemy zyskać.... Ochota na czytanie, miłość do książek to coś naturalnego, tylko trzeba to rozbudzić i pielęgnować.

Jest też druga strona medalu- z naszego polskiego podwórka - pracuję w szkole i proszę mi wierzyć- nasz system oświaty robi wszystko, by obrzydzić uczniom czytanie,  wręcz nie pozwala zachwycić się historią opowiadaną w powieści. Zwłaszcza na maturze i podczas ćwiczeń przygotowujących do niej. Wielogodzinne analizy, czytanie ze zrozumieniem, strach przed tym, że ktoś zrozumie fragment tekstu inaczej, aniżeli interpretuje to KLUCZ . Proszę mi wybaczyć moje naiwne pytanie, ale czy w takich warunkach może kwitnąć miłość do książki? Sam Pennac pisze, że młody człowiek często się boi, że nie  z r o z u m i e.

Najzwyczajniej w świecie zapomnieliśmy, czym tak naprawdę jest książka, co może nam ofiarować. Zapomnieliśmy na przykład, że powieść przede wszystkim opowiada pewną historię. Jakbyśmy nie wiedzieli, że powieść należy czytać jak powieść: zaspokajając najpierw nasze pragnienie opowieści.(115)

Autor opracował 10 nienaruszalnych praw czytelnika:

  1. Prawo do nieczytania
  2. Prawo do przeskakiwania stron
  3. Prawo do nieskończenia książki
  4. Prawo do czytania jeszcze raz
  5. Prawo do czytania byle czego
  6. Prawo do bovaryzmu (choroby przenoszonej przez tekst)
  7. Prawo do czytania byle gdzie
  8. Prawo do czytania na wyrywki
  9. Prawo do czytania na głos
  10. Prawo do milczenia

Podoba mi się:)

Czasem zdarza mi się na przykład nie doczytać książki . Wyrzuty sumienia?

Mamy zatem wybór: albo myśleć, że to nasza wina, że gdzieś nam czegoś brakuje, że przypadła nam w udziale jakaś porcja głupoty nie do przezwyciężenia, albo uciec się do jakże kontrowersyjnego pojęcia gustu i spróbować ustalić nasze własne upodobania. Rozsądnie jest polecać naszym dzieciom to drugie wyjście. Tym bardziej że dzięki temu mogą doznać rzadkiej przyjemności: przeczytać ponownie, rozumiejąc wreszcie, dlaczego to nam się nie podoba. I jeszcze rzadszej: wysłuchać bez emocji, jak jakiś palant wrzeszczy nam do ucha:

-Ależ jak można nie lubić Stendhaaaala?

Można.  

:)

Przede wszystkim Pennac pisze pięknie o samym czytaniu.  A robi to w taki sposób, że już samo czytanie o czytaniu jest czystą przyjemnością. Lekka lektura, napisana z polotem, z humorem. Mnóstwo trafnych spostrzeżeń, wniosków. Perełka. Ciekawa lektura dla nauczycieli i rodziców. Mole książkowe pokochają tę książkę- jestem tego w 100% pewna:)

wtorek, 24 marca 2009
 

Zaczęłam czytać szybko, zachłannie, łakomie wręcz. Jakby trochę ze strachu, że cały ten szum wokół filmu i oskarowego misz-maszu odbierze mi radość odkrywania. Dosłownie wszędzie, we wszystkich mediach, od kilku dni ciągle ktoś oskubywał moją książkę z tajemnicy, z nieznanego - co przez kilka godzin miało być tylko moje. A ja tak nie lubię. Bo można mówić o czymś nie zdradzając za dużo,  zachowując dystans. Na szczęście wiele mi oszczędzono, a każda strona tej książki udowadniała, że film, jaki to on nie będzie, i tak zyska w moich oczach tylko miano ubogiej krewnej. Bo Lektor, dla mnie , to książka przez duże K.

Piętnastolatek zakochuje się w kobiecie dwadzieścia lat starszej. Hanna jest konduktorką tramwajową i niechętnie mówi o sobie i swojej przeszłości. Młodego kochanka traktuje z góry - nazywa go chłopczykiem, niekiedy ma niepohamowane wybuchy agresji, których nijak nie można wytłumaczyć. Zawsze przed miłosnym spełnieniem każe sobie czytać na głos. Pewnego dnia wyjeżdża z miasta bez słowa pożegnania. Kochankowie spotykają się po latach na sali sądowej- Michael jako student prawa, Hanna na ławie oskarżonych. W tym momencie pojedyncze elementy tej całej rozsypanki zaczynają się układać w logiczną całość.

Proza- rzeczowa, konkretna, bez zbędnych tkliwości, taka na dystans. Bardzo niemiecka. Krótkie  i proste zdania. A jednak przenikająca do szpiku kości. Nieważne, czy narrator opisuje scenę miłosną, romantyczną wycieczkę rowerową, czy już sam proces. Opowiada rzeczowo, czasami jakby był tylko obserwatorem wydarzeń, a nie ich bezpośrednim uczestnikiem, jakby to jego nie dotyczyło. Dziwne uczucie- z książki bije pewien spokój, opanowanie, a we mnie mnóstwo emocji- smutku, niekiedy oburzenia, wzruszenia, zdziwienia. I wielka ciekawość- ogromna - do samego zakończenia, które tak bardzo mnie zaskoczyło.

Wina, sumienie, zdrada, godność, kara. Te zagadnienia przewijają się przez całą książkę. Ocenie moralnej podlegają związek Hanny, dojrzałej kobiety z chorowitym piętnastolatkiem, dalej - jej ciemna przeszłość w obozie koncentracyjnym, analfabetyzm i związane z nim trudne decyzje. Bo przecież tylko dlatego, że Hanna nie umiała pisać, że chciała chronić samą siebie, swój wstyd, strach przed upokorzeniem, kobieta dokonywała zaskakujących wyborów w swoim życiu, które były brzemienne w skutkach.

Sam autor, rocznik 1944, podjął się tematu dla Niemców bardzo bolesnego i trudnego. Próba oceny i rozrachunku ostatniej wojny, osądzenia tych, którzy brali udział w zbiorowym szaleństwie. Winni, niewinni. Obojętni, nieobojętni. Michael reprezentuje tu pokolenie, które nie brało udziału w rozszerzaniu przestrzeni życiowej dla rasy panów. Było to pokolenie, które wzrastało już po wojnie, pokolenie rozliczające. Trzeba skazywać i już - stało na takim stanowisku. Jednak, kiedy Michael odkrywa na ławie oskarżonych Hannę, zaczyna się motać. W przeciwieństwie do swoich rówieśników stara się zachować dystans do szybkich i powierzchownych procesów sądowych. Co więcej - chce zrozumieć, wczuć się w ich sytuacje. Waha się - przeszłość, osąd, kara, wybaczenie. Schlink w pewnym sensie przestrzega przed wysuwaniem pochopnych wniosków, dokonywaniem szybkich i jednostronnych ocen, uświadamia nam jak skomplikowana i delikatna to materia.

Książka oryginalna pod względem tematu i stylu. Na długo pozostaje w pamięci. Odkrywa na nowo starą prawdę, że miłość w życiu człowieka często nierozerwalnie związana jest z bólem, cierpieniem i smutkiem. Zastanawia mnie jeszcze jedno - ciekawa jestem na ile cała ta historia Michaela i Hanny jest czystą fikcją literacką, i czy ma w sobie jednak jakieś elementy autentyczne. Może jakieś wątki osobiste? Jeśli tak - to czapki z głów przed autorem - za szczerość i odwagę.

Przeczytajcie, zanim obejrzycie na ekranie:)   

Wydawnictwo MUZA

niedziela, 22 marca 2009

Bardzo chciałam przeczytać coś Johanny Nilsson, która w zeszłym roku zabłysnęła na blogach książką Sztuka bycia Elą.

Moje pierwsze wrażenie? Właściwie dwa. Styl bardzo oszczędny, lakoniczny wręcz, narrator niezaangażowany - na sucho relacjonuje to, co widzi, bez żadnych emocji, empatii, obrzydzenia, oburzenia, rozbawienia. Nie - nic z tych rzeczy. Szwedzki styl? Jest coś takiego? Dystans, chłód. Wręcz zimno. Drugie wrażenie. Szwecja zupełnie nie-szwedzka. To znaczy zawalił się mój obraz tego kraju- raju, mlekiem i miodem płynącym - jak zwykło się o nim czytać w prasie i słyszeć od Polaków tam pomieszkujących. Zrobił to nikt inny jak szwedzka pisarka- która chyba najlepiej zna swój kraj. Dało do myślenia....

Jej bohaterami są ludzie, którzy niezbyt dobrze czują się w skórze tradycyjnego społeczeństwa. To przez swoją inność i strach przed brakiem zrozumienia i akceptacji. Bea - nałogowa złodziejka, Stefan - transseksualista, Jack zaliczający co noc kolejne dziewczyny, Mirija - nastolatka w ciąży, Rose ze swoją tuszą i mega apetytem, jej mąż Victor chory na raka, niepełnosprawny Mans- uliczny grajek.

Kochający na marginesie- to obraz współczesnego społeczeństwa- niekoniecznie we wspomnianej już Szwecji. Równie dobrze może być wszędzie i nigdzie. Wiele pasuje doskonale do naszego polskiego podwórka (piekiełka). Pokazuje problemy i bolączki współczesnego człowieka, osamotnionego, pragnącego miłości ale ostatecznie niezdolnego do odwzajemniania uczuć, często uzależnionego od leków, opuszczonego, zmieszanego z błotem, przepełnionego cierpieniem i smutkiem. Jakże wielu takich ludzi wokół nas...

Książka, która na pewno skłoni do refleksji, nie pozostawi obojętnym. Ukazuje całą prawdę o życiu, o nas samych, a to niekiedy jest bardzo bolesne...   Trudno powiedzieć, czy to jest właśnie to, czego oczekiwałam. Jestem zaskoczona. Dawno nie spotkałam się z taką książką. Wydaje się być do bólu szczera i prawdziwa. Przejmująca. Smutna.

Polecam i czekam na nowe!!!

 

Wydawnictwo Replika

 

Historia małej Polikseny wciąga niesamowicie- od pierwszych stron do samego końca. Im karteczek mniej - tym atmosfera robi się coraz bardziej gorąca-  bo na deser zostało jeszcze tyle znaków zapytania do wyjaśnienia. Książka jest zabawna i zwariowana, napisana prostym językiem. Pełne humoru dynamiczne ilustracje, wędrówka w czasy karet, królów i księżniczek. Lektura iście włoska- pełna temperamentu, życia i słońca. Na recenzję zapraszam tutaj!

Wydawnictwo Prószyński i S-ka

Niewątpliwie dziadkowie, ciocie i wujkowie są od rozpieszczania, psucia i spełniania  najbardziej zwariowanych zachcianek naszych pociech. Oczywiście w związku z tym są najukochańszymi istotami na świecie. Tak jak tytułowa ciocia Jadzia. Jest właśnie taką najukochańszą ciocią, która bardzo często odwiedza swoją najukochańszą bratanicę. Wspólnie przeżywają mnóstwo zabawnych przygód. Recenzja tutaj. Zapraszam!!!

sobota, 21 marca 2009

Przeczytałam wieki temu. Niedawno kupiłam za przysłowiowe grosze na allegro. Cud w Carville to książka, której naprawdę warto poświęcić uwagę.

Jest rok 1927. Betty wchodzi dopiero w dorosłe życie, ma 19 lat, kochających rodziców, sympatię - jest zakochana w młodziutkim studencie medycyny. Pewnego dnia odkrywa na swoim ciele dziwne różowe plamki. Kiedy żadne maści nie pomagają udaje się w końcu do lekarza. Diagnoza, jaką słyszy w zacisznym gabinecie lekarskim jest dołująca- TRĄD. Zostaje skierowana do małej miejscowości w Luizjanie, do Carville, gdzie znajduje się jedyny w całych Stanach ośrodek leczący tę chorobę.

Trąd to choroba, która i dzisiaj budzi w nas strach. Kojarzy się zazwyczaj ze Średniowieczem, gdy tymczasem zachorowania zdarzają się i w XXI wieku. Przede wszystkim w Azji, Indiach (setki tysięcy trędowatych), ale również i w Europie. Po lekturze tej książki dotarłam do danych, według których na naszym kontynencie żyje dwadzieścia kilka osób zarażonych tą chorobą. Jeszcze na początku XX wieku w USA było mnóstwo przypadków zachorowań. Prawdopodobnie trąd do Stanów dotarł wraz z niewolnikami. Z powodu trudności zdiagnozowania przez niedoświadczonych lekarzy ludzie żyli z trądem po kilkanaście lat, zupełnie nieświadomi zagrożenia. Plamki, obrzęki, krostki- inne dziwne symptomy, były lekceważone. Dopiero, gdy zaczęły pojawiać się poważne zmiany skórne, zniekształcenia twarzy, wręcz odpadanie niektórych części ciała (palców, uszu, nosa) - ludzie dowiadywali się, co im tak naprawdę dolega. Nieleczeni trędowaci zarażali innych...

Betty Martin- to pseudonim (względy bezpieczeństwa zrozumiałe) bohaterki i jednocześnie autorki książki. Miała szczęście, bo trafiła na mądrego lekarza. I choć tytuł tej książki jest bardzo wymowny- i z góry można przewidzieć, jak zakończy się wieloletnia i żmudna kuracja, to warto po nią sięgnąć choćby z tego względu, by więcej dowiedzieć się o samej chorobie, spustoszeniach, jakie powoduje- głównie w psychice, w życiu osobistym, w kontaktach z innymi. Bo TRĄD budzi respekt. Za trądem ciągnie się utrwalona przez wieki ponura sława i ludzie panicznie się go boją. W każdej epoce był problemem społecznym. Bakcyle Hansena można zniszczyć, natomiast ludzkie uprzedzenia - nie. Książka pokazuje, jak Betty i jej rodzina zacierają ślady choroby, tłumaczą wieloletnią nieobecność córki, nagłe jej pojawianie się i znikanie, odnalezienie przez główna bohaterkę swojego miejsca na ziemi- a w szczególności ... pogodzenie się z chorobą. To piękny  i pouczający obraz o miłości na zawsze i w każdym momencie, uczy pokory i daje nadzieję, że marzenia się spełniają. Doczepić można by się strony literackiej. Wszystko trąci troszkę myszką, ale dzięki temu czuć klimat odległych czasów. Do tego zapach starej książki- od momentu wydania w 1965 roku nigdy u nas nie wznawianej. Bardzo wartościowa pozycja wspomnieniowa. Polecam!!!

piątek, 20 marca 2009

O drugiej wojnie światowej zostało już tyle powiedziane, że chyba nikt i nic nie jest  w stanie nas już zaskoczyć.  Tak myślałam... do czasu...

Złodziejka książek to książka, jakiej jeszcze nie spotkałam - o Holokauście, dla dzieci. Temat poważny - okropności wojny,  Trzecia Rzesza, szaleństwo tłumów, miłość - a wszystko to opowiedziane z perspektywy dziwacznego obserwatora. Narrator całej tej historii to Śmierć- nie, nie typowa kostucha w czarnym kapturze, z nieodłącznym atrybutem - kosą. Śmierć Zusaka ma wyłącznie ludzkie cechy -  jest bardzo prawdziwa, z krwi i kości, z sercem i duszą, współczująca, wiecznie zmęczona ciągłym transportowaniem dusz.

Drogi Śmierci i Liesel krzyżują się po raz pierwszy w pociągu do Monachium, gdy ta przychodzi po duszę sześcioletniego braciszka dziewczynki. To na cmentarzu Liesel kradnie swoją pierwszą książkę. Podręcznik Grabarza daje początek wielkiej miłości Złodziejki do książek, budzi w niej fascynację słowami, ich mocą i magią. Dzięki papie Hansowi Liesel uczy się czytać i poznaje wartość słów. Można je czytać. Można je spisywać. Przy odrobinie szczęścia słowa mogą przetrwać całe stulecia. Bo w końcu papier jest cierpliwy...

Kradzieże Liesel nie ograniczają się tylko i wyłącznie do książek. Z równą zachłannością kradnie kartofle, jabłka i cebulę. Serce Rudy'ego. Serce Hansa i Rosy Hubermannów. Serce - Maxa, Żyda ukrywającego się w piwnicy i piszącego dla dziewczynki najpiękniejsze książki. W końcu Liesel zawładnie również sercem samej Śmierci. Temu, kto zacznie czytać tę książkę skradnie niechybnie czas. A może również i serce...

Na Złodziejkę Zusaka zwróciłam szczególną uwagę po rozmowie z bibliotekarkami z działu literatury dziecięcej i młodzieżowej, do którego zachodzimy bardzo często z moim synem. Panie postanowiły nie kupować tej lektury, bo wydała im się dziwaczna i po prostu za trudna w swej wymowie - Holokaust dla dzieci? Szkoda, że nie wgłębiły się w temat, nie poczytały więcej informacji lub nawet samej książki. U Katji książka zyskała miano książki książek - tytuł przyznany przez nią samą i jej dwie  nastoletnie córki. To dzięki jej namowom sięgnęłam z tak wielką ciekawością po tę książkę.

Książka bardzo wzruszająca, napisana prostym współczesnym językiem, który niewątpliwie trafi do młodego czytelnika. Sam język, budowa zdań, metafory, dobór słów są niezwykle staranne. Inaczej Śmierć opowiada o okropnościach wojny- rzeczowo, zwięźle, bez zbędnych ozdobników. Inaczej o miłości Liesel do Papy, Rosy, Maksa i przyjaźni do swoich rówieśników z błotnistej Himmelsstraße - z uczuciem i niezwykle malowniczo. Lektura , którą warto podsunąć do przeczytania dziecku, by dowiedziało się o tamtych czasach, i by zdawało sobie sprawę z tego, że wśród ludzi ogarniętych nieludzkim szaleństwem, wśród tak olbrzymiej brutalności i nienawiści rasowej żyli zwykli, czasem zupełnie maluczcy ludzie, odważni, którzy starli się żyć godnie, kochać, nieść pomoc innym. Złodziejka książek nie zostawia czytelnika obojętnym. Zmusza do refleksji nad życiem, uprzedzeniami i trudnymi decyzjami, jakie trzeba podejmować w życiu. Niewątpliwie byłaby to bardzo dobra propozycja na lekturę szkolną w gimnazjum. Na swoim przykładzie mogę powiedzieć, że książka spodoba się również starszym czytelnikom. Polecam!!!

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

 
1 , 2 , 3