Świat jest stworzony po to, aby stać się kiedyś piękną książką
Archiwum
Zakładki:
Książki 2013
Książki 2012
Książki 2011
A tutaj piszę o książkach
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Dekoratorskie
Książki - 2010
Książki- 2008
Książki- 2009
Napisz do mnie
Piszą o książkach
Strony o książkach
Szablon mojego bloga
Wydawnictwa
Wyzwania czytelnicze
Zaglądam również TU
Tagi
Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać
wtorek, 30 marca 2010

Wysyłacie kartki świąteczne? Te tradycyjne, którym trzeba poświęcić trochę uwagi i czasu? Najpierw musimy je kupić, potem wymyślić życzenia, napisać coś od siebie. Mało tego, trzeba jeszcze pójść na pocztę, czekać w długim ogonku, kupić znaczki. Jak mamy niezły stosik, to nam nie popuszczą, wypchną z okienka. I znów trzeba usiąść, nakleić znaczki i stanąć w kolejce. Pewnie łatwiej nacisnąć na klawiaturę i wysłać drogą mailowa. Ale to już nie to samo. Wracam do tradycji wysyłania kartek pocztowych. Kochane siostry i znajomi, którzy mnie podczytują – kartki już wysłane!!! Oj, dostało mi się w ostatnie święta. Dostaliśmy dużo życzeń drogą tradycyjną, a my… Zacisnęłam zęby i obiecałam poprawę. Razem z Tomkiem naprodukowaliśmy kilkanaście egzemplarzy – na niektórych odciśnięte małe palce pięciolatka. Przez kilka ostatnich lat miałam wymówkę, że dzieci, że brak czasu i pomysłu. A tak w ogóle: to po co kartki? To tylko kartka papieru. Podoba mi się zwyczaj eksponowania kartek świątecznych w USA. Dotyczy to przede wszystkim kartek na Boże Narodzenie. Wiesza się je na specjalnych kokardach, stawia na kominku. Wracam do pytania – A po co te kartki? Też tak myślałam. Do czasu. Robiłam porządki w papierach i czas się zatrzymał. Stare kartki – jakich się już nie drukuje, często od ludzi, których już nie ma. Zachwyciła mnie strona, gdzie można znaleźć stare kartki wielkanocne – u mnie kilka zaledwie przykładów. Podretuszowane, w kolorze sepii, niemi świadkowie historii...

Na blogu Półeczka z książkami publikuję kilka przykładów kartek dziecięcych. Oj, moje serce wyrywa się do nich…

niedziela, 28 marca 2010

Nie, nie pomyliłam się. Wcale nie miało być o książce Allende Dom dusz. Mam ogony w czytaniu, a to za sprawą różnych innych bardzo ważnych spraw – m.in. kończenia budowy naszego domu. Tego wyśnionego, wymarzonego. Podpatruję z ciekawością, bo przed nami urządzanie i marzy mi się, by było ładnie, szczęśliwie… tak, jak JA bym chciała. Zajrzałam na Forum Gazety o wnętrzach i włos mi się zjeżył na głowie. Bo pytać, czy obrazek pasuje do kuchni, albo czy w ogóle kuchnia się komuś podoba? Mało tego, jeszcze te deklaracje użytkowniczek (bo to one głównie piszą), że zaraz poprawią, kupią nową kuchnię, wydrapią fugę, zmienią drzwi, zrąbią kafelki, wyrzucą zasłonki i powieszą te, które ktoś poleca. Mój Boże…. Sama nie wiem, co napisać. Dom, mieszkanie jest moje i dla mnie, i to ja mam się w nim dobrze czuć, a nie pani X, która poleca przesunąć kwiatek doniczkowy odrobinę w prawo, by świetnie komponował się z całością. Chciałabym mieć takie problemy, naprawdę. Zresztą szkoda mi życia, na meblowanie mojego domu z całą Polską. Dom jest mój, nasz – z naszym całym bałaganem, całą kompanią bibelotów durnostojących, które do siebie nijak nie pasują. Kosze zabawek, bez kółek, głów, kierownic. Klocki z nadjedzonymi przez moje dzieci rysunkami. I co ja mam powiedzieć moim maluchom – słuchajcie wyrzucamy, bo brzydko wygląda? Nie, nie – zbieractwo mam we krwi. Zresztą  z moich obserwacji wynika, ze dzieci jakoś najchętniej bawią się tymi pokiereszowanymi zabawkami, z ubytkami, wadami. Miś z naderwanym uchem, koparą sklejoną taśmą, traktorzystą bez głowy. Trochę to wszystko przypomina mi Dziadka do Orzechów. Od dzieci jak zwykle możemy się wiele nauczyć – wnętrze jest najpiękniejsze i najważniejsze, a to one potrafią zawsze dostrzec i wysunąć na plan pierwszy podczas zabawy. Traktorzysta i tak świetnie jeździ bez głowy, a miś zostaje królem balu. I jak się ma do tego kuchnia – wypacykowana, bez najmniejszej smugi, bez cienia, bez wad – gdzie jednak nie ma blatu roboczego, bo…(autentycznie – z Forum Gazety) pańcia prawie nigdy nie gotuje, bo nie lubi. To ja się pytam – po co pańci była ta kuchnia za grube pieniądze? Chyba żeby ludziom wodę z mózgów robić. Nie dajmy się zwariować:)))))))

 

 

czwartek, 18 marca 2010

Kiedy jako dziecko zaczytywałam się w Dzieciach z Bullerbyn, zawsze na końcu pojawiało się to samo pytanie – A co dalej? Zresztą podobne uczucia miałam niedawno, gdy po raz kolejny (z przyjemnością, a jakże:) przeczytałam tę książkę z Tomkiem. I żadne wydania obrazkowe – dodatkowe historie o Bożym Narodzeniu, wiośnie i Wielkanocy nie są w stanie tak do końca mnie zadowolić. Dobre, zwyczajne, szczęśliwe , ba – sielankowe wręcz życie się skończyło, a ja tak bardzo chciałabym wiedzieć, jak wyglądał jego ciąg dalszy. No tak, jestem zepsuta przez współczesną literaturę, filmy. Jak coś odniesie sukces, to zaczyna się to traktować jak kurę znoszącą złote jajka. Czasem niestety aż do przesady – dopisuje się kolejne części w nieskończoność. Może właśnie na tym polega urok tej niesamowitej dziecięcej lektury – i żyli długo i szczęśliwie (bez szczegółów), a dalszy ciąg sami sobie dopowiedzcie.

Kerstin i ja może wypełnić tę pustkę po Dzieciach. Z jednej strony inna tematyka, a z drugiej – jednak kilka podobieństw, scen, które przypominają o tamtej wesołej gromadce. Recenzję znajdziecie na blogu Półeczka z książkami.

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

piątek, 05 marca 2010

Ktoś we mnie może zachwycić, ale Złodziejka…to ho,ho. Czapki z głów proszę Państwa. Mamy oto powieść doskonałą. Aż boję się sięgnąć po kolejną książkę tej autorki. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta: by się nie rozczarować. Bo nie wyobrażam sobie, że może być jeszcze jakaś lepsza książka od tej tutaj.

Złodziejka ma w sobie to coś, co urzeka, przyciąga i nie pozwala odłożyć książki na bok. Ma klimat. Przenosi nas do wiktoriańskiej Anglii. Najpierw do Londynu – niebezpiecznego, ponurego. Nie w miejsca, gdzie bawi się arystokracja. Ale do meliny, gdzie zarobić tylko guza – to jest dopiero szczęście, bo za krzywe spojrzenie można powąchać kwiatki od dołu. Złodzieje, szumowiny, mordercy, oszuści, dziwacy, chorzy psychicznie – właśnie ich spotkacie w tej powieści.

Susan Trinder, sierota, córka morderczyni, wzrasta sobie spokojnie w domu pani Sucksby. Jest jej oczkiem w głowie, dobrze traktowana, rozpieszczana wręcz. Pewnego dnia poznaje czarującego mężczyznę, którego wszyscy nazywają Dżentelmenem, a który proponuje jej wzięcie udziału w pewnym spisku – arystokrata zamierza poślubić bogatą Maud Lilly mieszkająca na prowincji ze swoim wujem dziwakiem. Susan ma mu w tym pomóc. Wszystko idzie według planu, aż do strony 152, gdzie autorka zaskoczyła z pewnością główną bohaterkę, ale również i mnie. Wspomnę tylko moje oczy o rozmiarach dorodnego arbuza.

Wszystko jest tu przemyślane, dopracowane – zachwyca fabuła, charaktery, opisy Londynu i prowincji, styl. Trochę to ryzykowne, już na początku roku pokusić się o typowanie Książki Roku z mojej listy. Ale kto wie, Złodziejka ma na niej mocną pozycję. Bardzo dobry kryminał i historia pewnej miłości...Polecam!

Wydawnictwo Prószyński i S-ka