Świat jest stworzony po to, aby stać się kiedyś piękną książką
Archiwum
Zakładki:
Książki 2013
Książki 2012
Książki 2011
A tutaj piszę o książkach
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Dekoratorskie
Książki - 2010
Książki- 2008
Książki- 2009
Napisz do mnie
Piszą o książkach
Strony o książkach
Szablon mojego bloga
Wydawnictwa
Wyzwania czytelnicze
Zaglądam również TU
Tagi
Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać
wtorek, 22 marca 2011

Na okładkach czytam: oto (ponoć) mam przed sobą książkę bezcenną, jedyną w swoim rodzaju, która sprawi, że moje życie stanie się uboższe, gdy jej nie przeczytam, a o ileż będzie bogatsze, gdy tylko się skuszę na ów smakowity kąsek. A potem jest jak jest, czyli mdło. Tylko spece od marketingu zacierają ręce, bowiem znów im się udało omotać kolejnego (kolejną) naiwnego (naiwną). A ja zgrzytam tylko zębami i obiecuję sobie – już nigdy więcej. I udaje mi się to coraz częściej. Tymczasem są książki doskonałe, schowane za skromnymi (w dobrym guście) okładkami, z powściągliwą notą wydawcy. Jak Bornholm, Bornholm. Wpisuję na listę książek najlepszych, jakie przeczytałam w tym roku.

Dwóch mężczyzn w różnym wieku, dwa różne życiorysy, dwie historie, wydawać by się mogło, odrębne, a jednak powiązane ze sobą – drobiazgami, jakimiś strzępami wspomnień, fotografią,  aparatem fotograficznym z wygrawerowaną charakterystyczną parą liter.

Horst Bartlik – nauczyciel biologii. Zastanawiam się, czy jako kobieta zawiesiłabym na nim oko? Nijaki, bezbarwny, szary jak wróbel na dachu. Typowy facet przygnieciony babskim pantoflem. Zepchnięty na margines życia przez małżonkę, oziębłą, znudzoną. Autor skąpi szczegółów z jej nudnej egzystencji i raczej nie zdradza, czy to typowa Matka – Niemka, ślepo realizująca w swoim życiu 3 K – Kinder, Küche und Kirche.  W każdym razie nijak nie można wcisnąć tam kolejnego elementu, tym razem na literę Be: Bett. Już nie to ciało, nie te piersi, nie ten tyłek. Bartlik szuka drogi do małżonki – najpierw przez ślepe poddanie się jej woli, całkowite podporządkowanie, potem – bunt. Realizuje niecny plan cichej zemsty, małego pospolitego ruszenia w małżeńskiej alkowie. Szuka swojej recepty na nieudane życie. I kiedy zaczyna fikać, nagle wybucha wojna…

Dugi mężczyzna - dojrzały, gdzieś około czterdziestki, odwiedza swoją pogrążoną w śpiączce matkę. Po wielu latach wraca w swoje rodzinne strony. Patrzy na Bornholm oczami człowieka doświadczonego, po przejściach. Każdego dnia opowiada fragment swojego życia – bez ojca, z apodyktyczną matką, o związkach z kobietami bez prawdziwej miłości. Ma nadzieję, że matka go słyszy. Choć czy do końca? Czy należy wierzyć w to, co mówią inni o ludziach pogrążonych w niekończącym się śnie? Bo i nie wszystko jest odpowiednie dla starych uszu. To spowiedź dziecka, dorosłego dziecka – swego rodzaju katharsis, nie - wcale nie wykrzyczane. Spokojnie wypowiedziane przy łóżku istoty – rośliny. To próba skonfrontowania swoich potrzeb, marzeń, namiętności, z tym co było. Z zaborczą miłością, bezdusznością, arogancją i ignorancją. Gdy czytałam te relacje w pierwszej osobie, zastanawiałam się, jak życie tej dwójki potoczyłoby się, gdyby nie wypadek matki. Jak wyglądałoby wtedy ich spotkanie w cztery oczy…

Dwaj mężczyźni w toksycznych związkach, tkwiących w nich po uszy, różne miejsca, różne czasy. Dla równowagi – w dwie historie, wpleciona trzecia – tym razem piękna – o miłości Olego i jego żony Kristine. Na śmierć i życie, na dobre i złe.

Jest też Bornholm – wyspa, na którą los rzucił Bartlika podczas II wojny światowej. Miejsce narodzin drugiego mężczyzny. Miejsce dosłowne – namacalne, widoczne na każdej mapie. Bornholm to dla mnie też symbol – wyobcowania, osamotnienia, ucieczki przed światem. Naszej, bohaterów powieści Klimko – Dobrzanieckiego.

Książka napisana bez emocji, z charakterystyczną dla Skandynawii powściągliwością (autor dziesięć lat mieszkał w Islandii), oszczędnością słów. Emocje są w nas – zdziwienie, oburzenie, odraza, ciekawość, humor (czarny też). Zmusza do przyjrzenia się sobie i tej drugiej połowie. Mały rachunek sumienia wywołany lekturą. Dawno żadna książka nie skłoniła mnie do takiego striptizu przed samą sobą.

Teraz rozglądam się za innymi książkami autora;)

Wydawnictwo ZNAK

poniedziałek, 21 marca 2011

Davis ma ten szczególny dar, nie zawsze towarzyszący innym badaczom dziejów, że wydarzenia z przeszłości, nawet jeśli dość powszechnie znane, przedstawia w nowej, oryginalnej kompozycji, w nowym wyjątkowym kontekście, a to sprawia, że historia w jego wykonaniu jest na powrót pasjonująca i odkrywcza. A gdy jeszcze uwzględnimy barwny i bogaty język, nie wspomniane nigdzie epizody i anegdoty, ciekawy i lekko napisany tekst (wespół z dobrą robotą tłumacza), mamy produkt wręcz doskonały. Przez ostatnie dekady zdążyliśmy się co prawda przyzwyczaić, że czego się nie dotknie, zmienia w wydawniczy sukces. Sam w sobie jest wystarczającą gwarancją i marką jakości. A mimo to, najnowsza książka - Zaginione królestwa, która weszła na nasz rynek w ubiegłym roku, czaruje po raz kolejny odkrywaniem zapomnianych już historii, w tym przypadku państw i królestw. Co niektóre jeszcze całkiem niedawno świeciły pełnym blaskiem, a dziś są już tylko wspomnieniem.

Dziś na aktualnej mapie nie znajdziemy już królestw i państw spod znaku Burgundii, Aragonii, Wielkiego Księstwa Litewskiego, Gdańska (choć samo miasto ma się wciąż dobrze w ciele III Rzeczpospolitej), Galicji, Sabaudii, Prus, czy ZSRR. Ożywione na kartach książki wszystkie razem tworzą rzadki koloryt, mają tyle cech różnych, własne osobliwe ścieżki, jedne całkiem pokojowe, zniknęły, bo padły ofiarą innych, lub przerosły ich obowiązujące wówczas uwarunkowania, drugie- mówiąc dzisiejszym językiem – „zbójeckie” i zaborcze, wobec których historia sprawiedliwie zasądziła o ich niebycie. Są przykłady dalsze w czasie i przestrzeni, jak Burgundia, czy Bizancjum, oraz te całkiem nam bliskie, wynikające z mało dla nas korzystnego, a nawet przeklętego sąsiedztwa, jak były Związek Sowiecki. Taki historyczny mix królestw i państw, które łączy dziś nicość, mógł wiarygodnie przedstawić tylko prawdziwy naukowy obieżyświat, jakim jest Davis. My Polacy, mamy ten bonus i niejako podwójną rozkosz, że po raz kolejny, właśnie dzięki byłemu doktorantowi z Uniwersytetu Jagiellońskiego, zaglądamy w naszą historię, nasze dziedzictwo, coraz bardziej zapomniane. Lepszego tekstu o „Golicji i Głodomerii”, czy królestwie Hohenzollernów nie czytałem, a Wielkie Księstwo Litewskie bez zbędnej narodowej megalomanii to mimo wszystko podróż sentymentalna, do korzeni.

(recenzję napisał mąż Michał:)

Tagi: historia
16:14, be.el
Link Komentarze (2) »
środa, 09 marca 2011

Feliu rocznik 1892. Miejsce narodzin – Campo Seco w Katalonii. Przychodzi na świat prawie pod szczęśliwą gwiazdą. Prawie. Od samego początku jest zawsze jakieś ale – jego rzekoma śmierć, a potem błąd w imieniu: zamiast Feliz – Szczęśliwy -  właśnie Feliu Anibal Delargo Domenech. Ojciec – kiedyś nauczyciel muzyki, matka obdarzona pięknym głosem – chłopiec wyssał muzykę z mlekiem rodzicielki. Kiedy ojciec ginie na Kubie, Feliu dostaje na pamiątkę po nim, smyczek do wiolonczeli.

 

Dla wielu będzie to książka o Hiszpanii początku XX wieku, może niektórym skojarzy się z Cieniem wiatru Zafóna (choć mnie osobiście – mimo okładkowych zapowiedzi wydawcy jakoś to ominęło), innych zaciekawią same losy głównego bohatera. To książka o pasji. Wyobraźmy sobie taką oto scenę – Feliu pobiera nauki gry na skrzypcach i fortepianie. Robi to dość chętnie, przy czym podkreślam słowo dość, bo brak w tym wszystkim jednak serca i duszy. Ot, takie sobie granie dla przyjemności (w dużej mierze -  innych). Kiedy do rodzinnego miasteczka na prowincji przyjeżdża gwiazda muzyki, celebryta z pierwszych stron ówczesnych gazet i nadarza się okazja zaprezentowania (niby) talentu chłopca, ten (chłopiec), urzeczony grą nowego i nieznanego instrumentu – wiolonczeli, zaczyna improwizować na skrzypcach  i gra na nich tak, jakby trzymał właśnie wiolonczelę. To początek odwzajemnionej miłości do instrumentu, znacznie większego od niskiego, kruchej budowy, chorowitego Feliu. Gdzieś przeczytałam (nie podam autora, bo nie mogę odnaleźć źródła): Wszystkie wielkie osiągnięcia są wynikiem pasji i wytrwałości. To motto tej książki. Kariera od zwykłego grajka do nadwornego wiolonczelisty i jeszcze dalej. Powolne wspinanie się po szczeblach kariery – nie powiem bolesne, z licznymi upadkami, siniakami i guzami. Wątek dość popularny i lubiany w literaturze – awans społeczny – od skromnej egzystencji w ciemnych norach po uznanie na salonach. Historia, która w zawoalowany sposób w dużej mierze ponoć opowiada o życiu znanego wiolonczelisty hiszpańskiego Pabla Casalasa (1876 – 1973) nauczyciela Mścisława Roztropowicza. Ciekawa jestem, co na temat tej książki powiedzieliby muzycy? Czy oddaje klimat świata muzyki? Epoki na pewno, bo historia Feliu swoją drogą, a tło społeczno – polityczne swoją. Bogate zresztą – z plejadą najdziwniejszych charakterów – zmanierowanych, ekscentrycznych dziwolągów. Są walki o kolonie, klimat zacofanej prowincji, Barcelony, stolicy, dworu królewskiego, w końcu rządy faszystów. Dokładnie 608 stron może przerazić, ale niepotrzebnie. Czytało sie wybornie. Nie widziałam na blogach zbyt dużo recenzji – szkoda by było, gdyby książka przeszła bez echa.


Wydawnictwo Nasza Księgarnia