Świat jest stworzony po to, aby stać się kiedyś piękną książką
Archiwum
Zakładki:
Książki 2013
Książki 2012
Książki 2011
A tutaj piszę o książkach
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Dekoratorskie
Książki - 2010
Książki- 2008
Książki- 2009
Napisz do mnie
Piszą o książkach
Strony o książkach
Szablon mojego bloga
Wydawnictwa
Wyzwania czytelnicze
Zaglądam również TU
Tagi
Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać
sobota, 26 marca 2016

 

Ostatnia już część serii o Ropuchu i Żabku – dwójce przyjaciół,  tak różnych jak ogień i woda. Pisałam o tej książce niedawno tutaj. „Dzień po dniu” zawiera pięć krótkich historyjek, z których można wiele się nauczyć. Sprawnie opowiedziane, ciekawie zilustrowane. Mnie żaby zwykle kojarzą się z wiosną. Budzą się z zimowego snu, nad wodą słychać żabie gody. Nic to, czytajcie właśnie teraz – wszak kilka dni temu nadeszła kalendarzowa wiosna.

„Jutro” to opowieść, która mnie nieźle rozbawiła. Kiedy czytałam ją w święta, pomyślałam, że trzeba było ją przeczytać kilka dni wcześniej. Na pewno zmotywowałaby mnie do tego, by się lepiej zorganizować. Od Ropucha można się nauczyć: że dobrze zrobić dziś to, co ma się zrobić jutro. Wtedy jest i satysfakcja, i radość ogromna z porządku i no i więcej wolnego. Ropuch jak to Ropuch – ponarzeka, ponarzeka, ale zrobi swoje. Zresztą od czego są przyjaciele. Już myślałam, że Żabek wpadnie na pomysł, by zrobić wszystko za kolegę, jednak na szczęście akcja poszła tu w kierunku pozytywnej motywacji.

„Latawiec” natomiast uczy dzieci wytrwałości. Nawet gdy inni wołają, że i to tak na nic, że się nie uda (drozdy), warto ponowić próbę mimo wszystko. Może trzeba coś w działaniach zmodyfikować, zrobić trochę inaczej – nadzieja zawsze umiera ostatnia. Howgk.

„Dreszcze” są zachętą do spotkań w przytulnych miejscach (kominka nam trzeba!) przy ciasteczkach, ciepłej herbatce i do snucia opowieści. Kiedyś tak było – ludzie spotykali się wieczorami i opowiadali sobie niesamowite historie: wspominali innych, wydarzenia, lubili karmić się historiami o duchach i zjawa. Teraz zabił to wszystko telewizor i komputer. Tymczasem Żabek serwuje mrożącą historię o starej żabie pożerającej żabie dzieci. U Ropucha z wrażenia pojawiają się dreszcze. Nieważne czy to prawda czy nie. Takie chwile na długo zostają w pamięci. Może dwójka przyjaciół zmotywuje nas do odkurzania rodzinnych opowieści o kocie bez głowy, przechodniu, który jak szedł nie dotykał ziemi i czarnej łapie?

W „Kapeluszu” Żabek zrobi wszystko, by przyjaciel ucieszył się prezentu. Wpada na ciekawy pomysł: jak zmniejszyć kapelusz, który spada Ropuchowi z łebka.

Najbardziej spodobała mi się opowieść „Sam”. Czasem w życiu ma się ochotę pobyć tylko we własnym towarzystwie. Sam na sam z naturą, by odetchnąć, uspokoić myśli i by … zatęsknić do tej drugiej osoby. Żabek informuje Ropucha, że chce pobyć właśnie SAM. Ropuch robi wszystko, by dotrzeć do przyjaciela na bezżabią wyspę. Pytanie: po co Ropuszku, po co?

Aż się samo ciśnie na usta: szkoda, że to już koniec….

Wiek 5+

Wydawnictwo Literackie

środa, 23 marca 2016

Na początku recenzji chcę wyrazić swój entuzjazm: jak ja się cieszę, że ta książka została u nas wydana. Podglądałam ją u naszych sąsiadów za Odrą jakiś czas temu. Nawet skorzystałam z możliwości przeczytania jej w którejś z wirtualnych bibliotek. Mały literacki skarb, pięknie zilustrowany, który liczy sobie – ba -  110 lat (data pierwszego wydania 1906). A jednak to uczucie – kiedy bierzesz książkę do ręki – tego nie da się opisać:) To jedna z najstarszych książek, o jakich miałam przyjemność pisać. Powstała w czasach, gdy skrzaty, leśne duszki, elfy dość często pojawiały się w literaturze dziecięcej. Sibylle von Olfers z wdziękiem opisywała ich przygody, codzienność. Mało tego – następnie do tekstu sama tworzyła ilustrację. Z ciekawości sprawdziłam w różnych księgarniach internetowych w Niemczech – wiele z książek von Olfers jest ciągle dostępnych. To cieszy. Klasyka ciągle modna mimo bogatej oferty książkowej – a muszę tu podkreślić, że rynek książkowy w Niemczech należy do największych na świecie. Sibylle von Olfers nie odeszła w zapomnienie, jest ciągle wydawana, a motywy ilustracyjne z jej książek pojawiają się często w różnych elementach dekoracyjnych w dziecięcych pokojach.

Zbliża się wiosna. Pod ziemią ruch: dzieci korzeni szykują się, by wyjść na światło dzienne. Szyją ubranka, pucują chrząszcze. Nadchodzi w końcu ten moment: dzieci w nowych ubrankach, z trawami i kwiatami wychodzą powitać wiosnę. Książka pokazuje na przykładzie małych istot, jakie zmiany zachodzą w przyrodzie. Najmłodsi czytelnicy śledzą poszczególne pory roku: przebudzenie roślin wiosną - wytwarzanie się pączków i płatków - to te liryczne barwne ubranka, które trzeba "uszyć", feerię barw latem, eksplozję energii, bujność roślinności. W końcu szarości, brązy jesieni - kiedy to rośliny przygotowują się do snu zimowego. Widać na ilustracji, że dzieci korzeni są zmęczone, marzą tylko o tym, by się położyć i wypocząć. jakiś maluszek z utęsknieniem przytula się do Matki Ziemi. 

Sibylle von Olfers patrzy w tej książce oczami dziecka. Dostrzega najmniejsze kwiatki i najmniejsze zwierzęta. Te, obok których dorośli najczęściej przechodzą obojętnie. Tylko najmłodsi potrafią pochylić się nad małym fiołkiem i prawie niewidoczną biedronką. Widać to na ilustracjach. Ich autorka z wielką pieczołowitością i dokładnością narysowała swoich bohaterów wśród cudów przyrody. Po lekturze "Dzieci korzeni" kępka trawy nie będzie już tylko zwykłą kępką trawy. Tętni w niej życie. Male dzieciaczki uwijają się jak w ukropie, pracują, bawią się, robią wszystko, by świat był piękniejszy. 

O Olfers pisałam kilka lat temu. Oto, co znalazłam w sieci. Szwedzi mają zatem swoją Elsę Beskow. My – Marię Konopnicką. Niemcy  - Sibylle von Olfers (1881 – 1916). U nas z kolei ta pisarka jest zupełnie nieznana. Przyszła na świat w Prusach Wschodnich w zamku Metgethen niedaleko Królewca (dziś Kaliningradu). Trzecia z piątki dzieci od najmłodszych lat wykazywała olbrzymie zainteresowanie rysunkiem i malarstwem. Wrażliwa, bardzo religijna, z bogatą wyobraźnią, głową pełną pomysłów na najbardziej wymyślne zabawy. Z buzią anioła, a może i samej Madonny, stroniła jednak od nauki – przynajmniej na samym początku – robiła sobie żarty z poważnych lekcji udzielanych przez zatrudnionych w zamku guwernerów. Zamiast tego wolała wymyślać książeczki z własnymi ilustracjami dla swojej młodszej siostry. Była przeszczęśliwa, gdy do Metgethen przyjechała jej ciotka Maria – malarka i pisarka w jednej osobie. I to skąd – z dalekiego i światowego Berlina. To ona udzieliła jej pierwszych profesjonalnych lekcji rysunku. Mała Sibylle znikała na długie godziny w różnych zakątkach ogrodu i z wielką pieczołowitością malowała i rysowała świat roślin i zwierząt. Rodzina z różnych powodów musiała opuścić zamek i przeniosła się miasta. Siedemnastoletnia Sibylle pojawiła się w Berlinie, gdzie dalej zagłębiała tajniki malarstwa i rysunku u swej ciotki. Myli się jednak ten, kto myśli, że wielkie miasto zawróciło dziewczynie w głowie.

Ani specyficzny klimat ówczesnego Berlina, ani liczni adoratorzy (a Sibylle była chodzącą pięknością - widać na zdjęciu) nie odciągnęli jej od już dawno powziętego zamiaru. 21 maja 1906 roku dziewczyna wstąpiła w Königsbergu do Zgromadzenia Sióstr Św. Elżbiety, w którym przebywała od kilku lat jej starsza siostra Nina. Zszokowała rodziców, którzy od najmłodszych lat inwestowali w jej wykształcenie – jako dobrą partię na rynku małżeńskim w przyszłości. Już jako siostra Maria Alojza przybyła w 1908 roku do Lubeki, gdzie zaczęła uczyć m.in. rysunku w szkole katolickiej. W międzyczasie sama pobierała jeszcze lekcje na Akademii Sztuk Pięknych. Wtedy zaczęła chorować na płuca. Zmarła 29 stycznia 1916r. w wieku 35 lat. Do dziś znana jest jako autorka 9 książek obrazkowych. Widać w nich odbicie epoki – fascynację secesją – mnóstwo w nich motywów roślinnych, płynnych falistych linii, subtelnej pastelowej kolorystyki. Stworzyła baśniowy świat - podobny do tego, jaki pojawił się w książkach Elsy Beskow. Pełno w nich skrzatów, małych ludków, stworzonek, kwiatów, traw... Zresztą popatrzcie sami:)

W Niemczech nie tylko ilustracje artystki są i lubiane i popularne. W recenzjach jej książki pojawia się informacja, że rodzice i dzieci znają historię "Dzieci korzeni" nawet na pamięć. Ta książka jest tego warta. Może spróbujecie?:)

Wiek 3+

Wydawnictwo Przygotowalnia

niedziela, 13 marca 2016

 

Felek i Tola mają już swoich wiernych fanów. Przypomnę tylko: Tola to zajączka, a Felek - lisek. Przyjaźnią się do dawna, mieszkają w zielonym lesie, przeżywają różne przygody, spędzają wspólnie czas, razem udają się w podróż. W czwartej już części przygód tej pary pojawiają się kuzyn Felka, vel Kuzyn właśnie i Kojot, vel Kundel. Oj, tej dwójce  niezbyt dobrze patrzy  z oczu. Przeczucia nas nie mylą, bowiem planują oni kradzież. Właśnie zaczynają knuć perfidny plan. Kuzyn ze smutkiem stwierdza, że on to nie ma niczego. Za to Felek posiada dużo fajnych rzeczy kanapę, przyjaciół. Postanawia zatem okraść swego kuzyna. Pewnego dnia razem z Kundlem zjawiają się na Felkowej polance i zaczynają rozrabiać. Wiadomo rodziny się nie wybiera, i Felek nic nie może za zachowanie Kuzyna. Felek ma dużo cierpliwości, w stosunku do Kuzyna. Tłumi ostrzeżenia Toli, by baczyć na gościa. Jednak kiedy para rabusiów porywa ich wspólnego przyjaciela: Jo, czara goryczy się przelewa.

Trzymająca w napięciu detektywistyczna opowieść dla najmłodszych. Bez przemocy, z humorem, pokazująca gafy i wady dwójki złoczyńców. Jednak mimo tego, że Kuzyn i Kojot popełnili przestępstwo, to jednak w jakiś sposób budzą sympatię, a nawet współczucie. Nic im się nie udaje, są samotni zdani tylko na siebie, bez przyjaciół, zazdrośni o innych. Z drugiej strony książka pokazuje, jak wspaniałą wartością jest przyjaźń. Komuś źle się dzieje, inni ruszają na ratunek. Pokonują niebezpieczeństwa, poświęcają się, by uratować jedno malutkie życie. Akcja ratunkowa, ubarwiona licznymi przygodami, zabawnymi dialogami, sytuacjami. Książka przeznaczona jest głównie dla dzieci, które zaczynają przygodę z czytaniem. Duża czcionka, szeroka interlinia, wciągająca fabuła, kolorowe ilustracje, bohaterowie z charakterem. Oczywiście bardziej zaprawione w literowym boju, mogą również skorzystać.

Wiek 3+

Wydawnictwo Dwie Siostry

sobota, 12 marca 2016

Lubię bohaterki książek Barbary Stenki. „Masło przygodowe” czytałam już dość dawno temu, a Kasia Koniec tak jakoś na dłuuuuugo utkwiła w mojej pamięci. Duże szanse na długie pamiętanie ma też Aśka Wirowska (koniecznie taka forma, bo sama zainteresowania „Asia” nie lubi). Wychowywana przez mamę, głośna, trochę roztrzepana, wygadana, pewna siebie, odważna dziewczynka. Jeszcze pod wpływem „silniejszych i bardziej charakternych” koleżanek z klasy, ale na szczęście już powoli ze swoim własnym zdaniem. Ciągle pod opieką babci – wiecznie narzekającej i czarno widzącej starszej pani. Dziewczynce niczego do szczęścia nie brakuje – no może tylko ojca, który ponoć nic a nic się nią nie interesuje i nigdy na oczy nie widział. Kiedy pewnego dnia okazuje się, że matka Aśki zmuszona jest wyjechać na kilka miesięcy do pracy za granice, całe życie Aśki zostaje wywrócone do góry nogami. Wiadomo: rozłąki rodzinne nie są dobrą rzeczą, jednak Aśka musi zaopiekować się potworny ….ojciec. A spotkanie z nim niesie z sobą wiele fajnych niespodzianek. Jednym słowem: nie taki ojciec straszny, jak go mama do tej pory malowała.

Książka opowiada o wielu współczesnych problemach. Aśka nie ma bajecznego dzieciństwa. Mimo tego, że ma kochającą mamę i kochającego tatę, wciągana jest chcąc nie chcąc w świat dorosłych, w  którym często jest brak porozumienia, pieniędzy, chęci do kompromisu. Co potrzebne jest do szczęścia? Aśka dostrzega wielką wartość w rodzinie. Choć jest dopiero wrzesień już teraz cieszy się na wspólne Boże Narodzenie. To rzadkość we współczesnym świecie, w którym liczą się dla wielu głównie prezenty. Czasem trzeba doświadczyć rozłąki, braku kogoś, by zobaczyć jak ważną rolę odgrywa w życiu. Barbara Stenka zwraca na to uwagę w swojej książce: pięknie wplata do fabuły fascynacje literackie Aśki („Bułeczka”), pociąg do przyrody. Na wsi u taty – w prostym domu, bez wygód, doświadcza niesamowitej więzi z naturą” roślinami i zwierzętami, czuje się częścią tego świata, ta myśl raduje ją. Jednym słowem – mądra książka o tym, co w życiu ważne. Czasem zwracamy uwagę na głupoty, długie lata boczymy się na kogoś, unieszczęśliwiamy siebie i innych. Czy warto?

 

Wydawnictwo Literatura

piątek, 11 marca 2016

Lektura książki zbiegła się z zadaniem domowym młodszego syna. Miał napisać lis (wyimaginowany) do swojej (niby) chorej koleżanki.

-„Auć. Ale mama, listów już się nie pisze!” – usłyszałam jęk zawodu.

-„Uno momento. A mejle to nie listy?”

Oczywiście kiedyś list miał inną formę, pisany na specjalnym papierze, wysyłany w kopercie ze znaczkiem. Jednak świat poszedł do przodu. Mejl to też list, kochani. I właśnie takie mejle ryjówka Florka pisze do swojego przyjaciela Klemensa. Ale od początku.

Florka poznała Klemensa na lekcjach baletu. Niestety, Klemens miał operację i leży w szpitalu. I z tego względu, że dzieci zdrowe nie mogą wchodzić na oddział, pozostało Florce pisanie listów do przyjaciela drogą elektroniczną. Swoją drogą – ta niewidzialna sfera wędrówki listu od nadawcy do adresata ma swoje plusy i minusy. Z jednej strony wiemy, że wystarczy nacisnąć tylko ikonkę „wyślij” i nasz mejl jest już na drugiej stronie globu. Tymczasem te dawne listy w kopertach uczyły nas trochę i pokory i cierpliwości. Z jakim drżeniem serducha niekiedy czekało się na listonosza – doręczyciela kopert? Pamiętam, jak każda z sióstr przechodziła fazę pytań niby od niechcenia: „Czy listonosz już dzisiaj chodził?”. Tak kochani, technika zabija dzisiaj tęsknotę. Raz, dwa i już mamy to, co chcemy.


Florka pisze dużo, bo przecież przyjaciół w biedzie się nie zostawia. Miło w szpitalu przeczytać list od bliskiej koleżanki. Florka opisuje przedszkolną codzienność Tygrysków: pojawienie się nowej koleżanki, wypadające mleczaki, sympatie i antypatie, rodzinny spacer do lasu, kwestię wołacza i manipulacji, grę w badmintona. W kilku mejlach przewija się temat operacji. Czy ma ona coś wspólnego z operą? Florka drąży temat – a efekty tych „badań” są pełne humoru i dziecięcej naiwności – oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Z mejli Florki dowiadujemy się, jak się czuje Klemens: ma się coraz lepiej, zdrowieje, zdjęto mu szwy, spędza czas szpitalnej świetlicy. Dla Florki duży PLUS za jej cmoki – podskoki, buziaki -zębalaki, cmoktasy-górasy, buziaki-wesolaki, buziaki-przytulaki, całusy-rozczarowusy, całusy-wścieklusy, pozdrów ki-nerwówki, całusy-wołaczusy. Autorka porusza mnóstwo ciekawych tematów, które dotyczą najmłodszych. Dużo uwagi poświęca relacji nowej koleżanki z resztą grupy przedszkolnej. Eulalia to osóbka charkterna, lubiąca rządzić. Na szczęście Florka potrafi ocenić jej zachowanie, potrafi właściwie ocenić sztuczki koleżanki. Od Florki można się wiele nauczyć – również poprawnych relacji z innymi, asertywności. Książka pokazuje, że każdy choruszek chętnie dowie się, co dzieje się w przedszkolu podczas jego nieobecności. Stąd warto się o niego zatroszczyć – a Florka robi to znakomicie.


Wiek 5+

Wydawnictwo Bajka

czwartek, 10 marca 2016

Na początku był chaos. Nie mogłam się połapać w nazwiskach, miejscach, datach. Raz wiek XXI, raz czasy II wojny światowej. Niekiedy, przez kilka pierwszych stron, łapałam się na tym, że czytam bez udziału, że muszę wrócić, by połączyć fakty. Potem też tak robiłam, ale już z prawdziwą pasją i ciekawością. Bo nagle okazywało się, że coś przeoczyłam, co było ważne – reakcję bohatera, jakąś niby zdawkową odpowiedź, rekwizyt. Napisałam: z pasją? Tak, bo ta książka wciągnęła mnie niemiłosiernie. Dzięki niej odzyskałam wiarę w skandynawskie kryminały (śmiech). Po ostatniej fali trochę infantylnych kolejnych części książek Camilli Läckberg (co wyprawia Erika – żona policjanta, przechodzi naprawdę ludzkie pojecie), zniesmaczona po naciąganym „Przerwanym milczeniu” Charlotte Link, zaczęłam czytać „Ostatniego pielgrzyma” z niejakim ociąganiem. Może ten mój początkowy brak zaangażowania związany był właśnie z niezbyt ciekawymi ostatnio kryminalnymi doświadczeniami. Tymczasem wpadłam po uszy i polecam wokół, znajomym, rodzinie, tym, którzy tu mnie podczytują.

Należy zauważyć to, że autor za tę właśnie książkę został uhonorowany trzema różnymi ważnymi nagrodami. Gdy tymczasem Jo Nesbo (ten Jo Nesbo gwoli ścisłości) otrzymał ich tylko dwie. To już czegoś dowodzi. Wielkim plusem jest to, że niemal do końca nie wiadomo, kto zabił. Rozwiązanie zagadki znalazłam na ostatnich stronach, potem dopiero zrobiłam duże oczy, że były ku temu jakieś przesłanki, ale autor tak uśpił moją czujność, że najzupełniej w świecie je przegapiłam. A przyznam, że lubię węszyć z detektywem.

W pewnej willi zostają znalezione zmasakrowane zwłoki pewnego mężczyzny. To znane nazwisko ze świata polityki i norweskiego ruchu oporu z czasów ostatniej wojny. Kilka dni wcześniej studenci medycyny znajdują w lesie szczątki trzech ofiar. Tropy prowadzą do wydarzeń sprzed ponad pół wieku. Wyjaśnienie tej zagadki przypada detektywowi Bergmannowi. Powoli, krok po kroku, układa całość, jakby to były puzzle. Autor zręcznie bawi się nami, każe kluczyć po ślepych zaułkach. I gdy już już wydaje się, że sprawa jest bliska zakończenia, wszystko wymyka się spod kontroli i „zabawa” zaczyna się od nowa. Wiele tu tajemnic, niejasności. Teraźniejszość przeplata się z przeszłością, zazębiają się one, uzupełniają. Jeśli pojawiają się jakieś znaki zapytania, to odpowiedź znajdujemy w innym wymiarze. Historia tak mnie wciągnęła, że trochę pobawiłam się i pomyszkowałam w necie, w celu sprawdzenia, czy taka historia mogła zdarzyć się naprawdę.

Nie ma tu zbędnych dłużyzn, sztucznych dialogów. Czytelnik jest w stanie uwierzyć, że to wszystko miało miejsce. Mnie cieszy bardzo, że autor zapowiada serię kryminalną o detektywie Tomym Bergmannie. Puszczamy oczko do Wydawcy i czekamy na więcej.

Wydawnictwo Media Rodzina

środa, 09 marca 2016

Magdalena Grzegorczyk jest autorką popularnego bloga kulinarnego Gotuj. Skutecznie. Tv. Kiedy przeglądam książkę i wybieram przepisy myślę o tym co powiedziała do mnie jedenaście lat temu pewna lekarka, kiedy razem z maleńkim synem pojechaliśmy na wizytę kontrolną dla niemowląt: „Czy w Państwa domu się gotuje?”. Dziwne pytanie znalazło odzwierciedlenie w naszej równie zdziwionej minie. „Oczywiście, że się gotuje” – odparłam. „Niech się pani nie dziwi. – odparła pani doktor – Naprawdę znam wiele domów, w których są piękne żurnalowe kuchnie, a w których się nie gotuje”. Nieee, u nas się dużo gotuje, właściwie dzień wcześniej zastanawiam się co przygotować dla dzieci, by po powrocie ze szkoły miały coś ciepłego do zjedzenia, a nie objadały się chlebem albo nie daj Boże słodyczami. Zabiera to oczywiście trochę czasu. Ale można się zorganizować. W wielu domach moich znajomych tak jest. U mojej znajomej obok garnka z gotującą się zupą leży wielka łyżka. Co jakiś czas któryś z domowników próbuje, czy aby na pewno wszystko dobrze z tą zupą. No a rosół ze świeżą pietruchą i lubczykiem prosto z ogrodu wyciąga wszystkich z najdalszych zakątków domu.

Książka Magdaleny pokazuje, że wielu z nas tak ma. Troszczymy się o rodzinę, chcemy by wszyscy jedli zdrowo. Niektórzy to lubią, inni nie. W książce dużą wartością dodaną jest to, że oprócz ciekawych przepisów można odszukać pasję gotowania i radości z tego, że coś robi się dla osób, które się kocha. Książka jest tak przejrzyście napisana, że z przepisami poradzą sobie osoby nie zaprawione w kuchennych bojach, początkujący, mężczyźni. Można tu znaleźć szeroki wachlarz najróżniejszych receptur: od przekąski, po danie główne i deser. I choć zdarzają się wyszukane składniki, w przeważającej części znajdziecie tu produkty, które można kupić w polskich sklepach.  Potrawy z polskiej i obcej kuchni, choć nasza, tradycyjna zdecydowanie dominuje. Każdy przepis poprzedzony jest krótkim wstępem: krótkie refleksje autorki związane z danym daniem. Potem: składniki. Po nich wypunktowane czynności: krok po kroku. Większość potraw jest zilustrowana jednym zdjęciem, niektóre pokazują poszczególne etapy prac podczas gotowania i pieczenia. Całość podzielona na 6 rozdziałów różnej długości: dania popularne z bloga, przed pracą (lubię ten dział, bo cierpię na chroniczny brak czasu, a tu znajdziecie przepisy na dania baaaardzo szybkie), w pracy (kilka przepisów na dania na wynos, które sprawią, że nie dopadnie nas nagły głód), po pracy - długi dział z przepisami na potrawy na następny dzień. Wrzucamy wszystko do garnka, samo się gotuje, a my robimy coś innego), weekend, spotkania towarzyskie.

 

Jak przyznaje autorka w doborze przepisów kierowała się myślą: proste i szybkie. Znalazłam w książce kilka ciekawych inspiracji i podpowiedzi, jak lepiej zorganizować sobie czas w kuchni. Magdalena przekonuje, że nie taki diabeł straszny jak go malują. Czy piekliście kiedyś tort? Brzmi dla niektórych jak demon. Bo tort wielu kojarzy się z barierą nie do przebycia. Tymczasem w jej wykonaniu wydaje się być zadaniem do zrealizowania. Tort cappuccino jest pyszny. Podobnie jak domowe pieczywo czosnkowe, farsze do jajek, drożdżówka z kruszonką, klopsiki z ziemniakami.

Wydawnictwo Olesiejuk

Książce E.G. Lutza równe trzy lata temu stuknęła …setka. Muszę przyznać, że radość  z tego, że ta książka po raz pierwszy w całości i po polsku ukazała się właśnie teraz, jest przeogromna. Sam autor urodził się jeszcze w XIX wieku – a dokładniej w 1868 roku w Filadelfii w Ameryce. Żeby pokazać jaka to przestrzeń czasowa dzieli nas od tej daty, przypomnę tylko, że nasz kraj (którego nie było wówczas nawet na mapie świata) właśnie wtedy lizał rany po powstaniu styczniowym. Było to dawno temu, prawda? Edwin George Lutz był cenionym rysownikiem, a jego książka, w której podpowiada jak narysować to i owo, swoją premierę miała w ubiegłym wieku w 1913 roku. Ponoć prace Lutza zainspirowały samego Walta Disneya.

Kiedy patrzymy na jakiś obrazek, myślimy sobie, że to niemożliwe, by coś takiego narysować. Do tego trzeba mieć przecież TALENT. Jednak z drugiej strony analizując poszczególne etapy powstawania danej ilustracji, dodawanie poszczególnych elementów, można pokusić się o stwierdzenie – Do licha, ja potrafię jednak rysować! Pingwin, łabędź, sowa, lis, głowa konia, cały koń, mężczyzna w kapeluszu, lalka, postacie w  ruchu i spoczynku, różnego rodzaju pojazdy. I to wcale nie uproszczone rysunki – wręcz przeciwnie: dopracowane, ładne ilustracje, zawierające szczegóły anatomiczne i techniczne. Okazuje się, że rysowanie nie jest domeną tylko i wyłącznie ludzi utalentowanych. Każdy może chwycić za ołówek. Widząc taką książkę marzy mi się jej wykorzystywanie na lekcjach rysunków, które są bolączką w naszej szkole. Całość ma format A 4 i liczy 183 strony + kilka kartek szkicownika na prace własne, w tym 143 ilustracje z instrukcjami. Podzielona na cztery duże grupy tematyczne: zwierzęta, rośliny, ludzie i varia, czyli pojazdy. Najbardziej rozbudowane działy to zwierzęta i ludzie. Oczywiście zawartość odnosi się do epoki i poziomu technicznego, w jakich książka powstawała. Zatem ilustracje stanowią również ciekawy obraz społeczeństwa amerykańskiego: ludzi i ich ubiorów, rozrywkę, pojazdy, które dziś można spotkać najczęściej w muzeach. Jednak z takimi solidnymi podstawami rysunku można pójść dalej i szukać inspiracji we współczesności. Od czego ma się wszak wyobraźnię?


Ciekawym zabiegiem jest pojawienie się również szkicownika, który zawiera wybrane ilustracje i miejsce wolne na próby własne. Szkicownik to 64 strony, w tym 32 strony do ćwiczeń.  Całość wykonana z szorstkiego kremowego papieru, po którym dobrze się rysuje, w formacie A4. Można pokusić się o zakup tylko szkicownika. Proponowanych ilustracji jest ich zdecydowanie mniej, ale to taki przyspieszony kurs rysunku dla każdego. Jeśli ktoś będzie miał ochotę na więcej – wtedy sięgnie po bardziej rozbudowaną wersję.

Wydawnictwo Egmont

wtorek, 08 marca 2016

Marcin Brykczyński bardziej był mi do tej pory znany z krótkich żartobliwych form wierszowanych, niż z dłuższych utworów lirycznych. Stąd miłe „rozczarowanie”. Baczny obserwator przyrody i świata, który zaprasza do wędrówki przez cały rok, przez wszystkie dwanaście miesięcy. Trochę czytam te wiersze z rozrzewnieniem i nostalgią. Zwłaszcza jeśli chodzi o miesiące zimowe. Bo za oknem srogiej zamieci w styczniu jak na lekarstwo, ślizgawki w parku w lutym też nie było. Zima Brykczyńskiego to zima mojego dzieciństwa: w futrzanych czapach i grubych płaszczach, z zaspami śnieżnymi i lodem zalegającym przez długie tygodnie. Fakt – klimat się ociepla, przyroda szleje, natura wywraca się do góry nogami. Jednak od czasu do czasu natura faktycznie płata figle i jest tak jak dawniej – zimy jak za cara, z mrozem odmrażającym i uszy i nosy.

W książce znajdziecie dwanaście nastrojowych wierszy – każdy na poszczególny miesiąc, w kalendarzowej kolejności: od stycznia do grudnia. O zimowych wersach już pisałam. W marcu „obudzone w zacisznych norach śpiochy i śpioszki wyglądają, czy to już pora, by schować piżamę w groszki”. Kwiecień „pełno żartów wciąż ma w głowie”. W maju „ptasich lęgów przyszła pora”. W czerwcu „w każdym gnieździe kwilą pisklęta”. W lipcu „w koronie lipy brzęczą pszczoły”. Sierpień – „koniec wakacji jest już bliski”. We wrześniu „ciemną czerwień dzikiego wina szron ukradkiem pobielił nocą”. W październiku „tańczą w słońcu późne motyle”. W listopadzie” „zszarzała trawa na łące, pod stopami szeleszczą liście”.

Proste liryczne strofy pokazujące najmłodszym zwykłą codzienność, za oknem, w ogrodzie, na podwórku, na ulicy. Autor pokazuje, że przyroda jest elementem naszego życia. Wszystko przemija – ale tylko na chwilę, za jakiś czas powraca o tym samym czasie. Do wierszy przepiękne ilustracje wykonała Ewa Poklewska – Koziełło. Na każdej z nich dzieci – taplające się w słońcu, to w czerwieni jesieni, to znów płatkach bielutkiego śniegu.

Wiek 3+

Wydawnictwo Literatura

sobota, 05 marca 2016

Kolorowanki Steve’a McDonalda robią wrażenie. Kanadyjski rysownik mimo dobrodziejstw techniki najchętniej korzysta z piórka i tradycyjnego tuszu. Jest również zapalonym podróżnikiem, który przemierzył różne kontynenty. Jego zainteresowania znajdują wyraz m.in. w kolorowankach. Zafascynowany geometrią miast i poszczególnymi konstrukcjami tworzy wycinki miejskich krajobrazów ze wszystkimi szczegółami i szczególikami, wyciszające mandale, których zorganizowana swego rodzaju jednostajność, uporządkowanie i regularność uspokajają, wprowadzają klimat refleksji i medytacji.

Fantastyczne miasta i Fantastyczne konstrukcje to 58 mniej i bardziej znanych miejsc z całego świata. Brema, Wzgórze św. Michała, Sidney, Paryż, Tokio, Wasserburg, Toronto, Nowy York, Rio de Janeiro.

Mnóstwo fascynujących miejsc, które można poznać dzięki wyczulonemu oku artysty. Czyż to nie ciekawe przeżycie? Zależnie od tego, kto jaką ma pasję, tak zbudowane ma oko. Znam osoby, które w podróżach po świecie widzą głównie ogrody. Ktoś inny koncentruje się na …drzwiach. Jeszcze ktoś inny jedzie w celu zwiedzania muzeów, ktoś dla widoków. Jeszcze ktoś inny skupia się na codziennej modzie ulicy. McDonald uczy nas zupełnie nowego spojrzenia na nowe miejsca. Zaczynamy dostrzegać te wszystkie gzymsy, rynny, okna, mansardy, szkło, balkony, okiennice. Nie widzimy wieży Eiffla – tej wielkiej żyrafy górującej nad miastem, jako całości, ale dostrzegamy jej koronkową i lekką konstrukcję, nity, łuki, wywijasy, zakrętasy. Przykuwa nasze oko precyzyjna układanka szklanych elementów w wiedeńskiej palmiarni. Miłą niespodzianką dla mnie jest ilustracja biblioteki miejskiej w Stuttgarcie, w której miałam okazję być kilka lat temu. Ach te regały książek, na których rysownik z wielką cierpliwością poukładał setki grubych tomów.

Kolorowanka jest przeznaczona dla dojrzalszego czytelnika, choć u mnie o pokolorowanie wybranych obiektów pokusił się starszy syn (11). Jest tu mnóstwo dokładnych i małych elementów. Zdecydowanie odnajdą się tu dorośli: taka kolorowanka może stać się odskocznią od zabieganego życia, jako umilacz czasu, odstersownik. 

Wydawnictwo Egmont

 

 

 
1 , 2