Świat jest stworzony po to, aby stać się kiedyś piękną książką
Archiwum
Zakładki:
Książki 2013
Książki 2012
Książki 2011
A tutaj piszę o książkach
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Dekoratorskie
Książki - 2010
Książki- 2008
Książki- 2009
Napisz do mnie
Piszą o książkach
Strony o książkach
Szablon mojego bloga
Wydawnictwa
Wyzwania czytelnicze
Zaglądam również TU
Tagi
Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać
wtorek, 19 marca 2019

Przeczytałam kilka książek Katarzyny Enerlich i zauważyłam, że autorka zawsze przemyca do nich swoją wiedzę zielarską. Jej bohaterki interesują się ziołami, radzą innym, jakie ziółka parzyć na zdrowie, dla urody, jak wyrabiać kosmetyki. Tymczasem „Piękno z pól i łąk” to książka tylko i wyłącznie na tematy związane z domowym wyrobem naturalnych kosmetyków. Katarzyna Enerlich mówi o swoich osobistych doświadczeniach z ziołami. U niej ta przygoda zaczęła się od … jogi. „Pomyślałam, że nie można być jednocześnie joginką i niezdrowo się odżywiać albo wcierać w ciało całą tablicę Mendelejewa, zawartą we współczesnych kosmetykach”. Dalej czytamy: „Bądź w zgodzie z Naturą. Po prostu bądź”. I to jest motto tej książki. Jest tutaj tyle miłych niespodzianek. Dezodorantem może być sok z cytryny, a z aquafaby (woda z ciecierzycy) można zrobić żel do mycia. Takich cudów jest tu mnóstwo. Czasami odnosi się wrażenie, że wystarczy wyjść na łąkę, na polną dróżkę, do lasu i wrócić z naręczem skarbów do wykorzystania. Autorka namawia (skutecznie) do wyrobu kosmetyków w domu. Można zaoszczędzić pieniądze i ma się pewność, że to samo zdrowie, a nie chemia. Podpowiada, czym zamienić szkodliwą chemię podczas sprzątania. Soda, ocet, olejki eteryczne, wosk pszczeli, oliwa z oliwek – to kilka zdrowych zamienników. Znaleźć tu można dziesiątki cennych przepisów, prosto i zrozumiale opisanych. Ja wspomnę tylko o kilku, ale podkreślam: warto zainteresować się tematem. Są tu zatem różnego rodzaju maceraty, wyciągi olejowe, lotion z kasztanów, ogórkowy płyn do demakijażu, peeling z makiem, tonik na wypryski, tonik z płatków róży, serum odmładzające z tarczycy, szampon z zakwasu, mydło dyniowe, mazidło Babci. Jest tego dużo, dużo, dużo. Każda kobitka przepadnie w tej książce.

Wydawnictwo MG

środa, 13 marca 2019

Pamiętam z dzieciństwa cykl Stare Kino prowadzony przez Stanisława Janickiego. Regularnie przypominano w nim filmy nakręcone przed wojną. A że w TV niewiele było propozycji dla dzieci, to my oczywiście oglądaliśmy właśnie takie filmy, na które dzieciaki teraz pewnie w ogóle nie zwróciłyby uwagi.  To właśnie z tych filmów zapamiętałam Hankę Ordonównę. Grała w takich hitach jak „Szpieg w masce” i „Niewolnica miłości”. Gdzieś w głowie została pewna fraza muzyczna, niezapamiętana w całości: „Miłość ci wszystko wybaczy” (słowa napisał poeta Julian Tuwim). Jej postać pojawiała się też od czasu do czasu wśród różnych informacji, wiadomości, wspomnień. Teraz po lekturze książki Anny Mieszkowskiej zachodzę w głowę, dlaczego tak niewiele o niej do tej pory mówiono. Książka wypełnia tę lukę – choć jak się okazuje, nie na wszystkie pytania znaleziono odpowiedzi. Pytanie, czy jest możliwe ich znalezienie w ogóle?

Anna Mieszkowska potraktowała tutaj Hankę Ordonównę (może to i głupio zabrzmi) jak … człowieka z krwi i kości. Nie, nie gwiazdę z filmów, kabaretu i teatru. Śledzi losy swojej bohaterki od czasów dzieciństwa i młodości, kiedy to była zwykłą skromną dziewczyną, związaną z Warszawą. Ta miłość i tęsknota za tym miastem pozostały w niej na zawsze – w Wilnie, kiedy w latach 1940 – 1941 nosiła się tylko na czarno wyrażając tym samym żałobę po Warszawie, i w Bejrucie, gdzie zmagała się przez wiele lat z niebezpieczną gruźlicą.  Naprawdę nazywała się Marysia Pietruszyńska i nie wiadomo kiedy się urodziła. Nie tylko zresztą z tą datą jest zamieszanie w życiorysie artystki. Autorka starała się również ustalić dokładną datę ślubu Ordonówny z hrabią Michałem Tyszkiewiczem – co łatwe nie było i nie do końca się udało. Marysia w każdym razie od początku była dzieckiem ambitnym i zdolnym. Już jako artystka pokonywała różne życiowe przeszkody, które stały jej na drodze do kariery, była żywiołowa i energiczna, miała doskonałą pamięć. Długi tekst, który otrzymała o osiemnastej, recytowała z pamięci bez pomocy suflera po dwóch godzinach. Anna Mieszkowska często sięga po wypowiedzi kolegów i koleżanek po fachu. Wyszukuje we fragmentach wspomnień wycinkach z gazet, listach, zasłyszanych plotkach i powtarzanych wypowiedziach. Dużo miejsca poświęca Ordonównie właśnie jako artystce – bo prawdą jest, że brylowała na scenach warszawskich. Zdobyła serca warszawiaków, rozkochiwała w sobie mężczyzn, budziła zazdrość koleżanek. Poeci pisali dla niej teksty, gazety codzienne i plotkarskie poświęcały jej swoje szpalty. Warszawa żyła jej życiem, i odwrotnie. Dużo tu opisów występów scenicznych, plotek z zaplecza, anegdot, wspomnień, dużo postaci, które są gdzieś w tle, a które współtworzyły klimat przedwojennej Warszawy. Przewijają się tu pisarze, poeci, śpiewacy, inni aktorzy. Obserwujemy zatem karierę Hanki, jej małżeństwo, które rodzina Tyszkiewiczów określiła jako mezalians, jej „nowe” życie po 1 września w 1939 roku. Bo wtedy pojawiła się zupełnie nowa Hanka. Kapitulacja Warszawy, aresztowanie przez gestapo, pobyt w więzieniu przy Daniłowiczowskiej, uwolnienie dzięki zabiegom męża, wyjazd na neutralną Litwę, starania o wyjazd do Anglii. Czytam w książce: „Jakżeby inaczej potoczyły się losy małżonków, gdyby ten projekt udało się zrealizować”. Bolesna jest druga cześć książki, która opowiada o rozdzieleniu małżonków, pracy w tuczarni świń, pomocy przy organizacji pomocy dla polskich dzieci z ZSRR, życiu na emigracji, zmaganiu się z chorobą. Mieszkowskiej udało się pokazać portret artystki, bohaterki dawnych czasów, człowieka, który musiał całkowicie zmienić swoje życie. Książka wzbogacona jest licznymi fotografiami, wycinkami z gazet.

Wydawnictwo Prószyński i S-ka

wtorek, 12 marca 2019

Czytając „Kobietę w bieli” aż trudno uwierzyć, że powieść ta pochodzi z 1860 roku (3 lata przed naszym Powstaniem Styczniowym) i że w chwili obecnej liczy sobie już 159 lat. Jeśli ktoś lubi klimat dawnej Anglii, czasy długich sukien, niespieszną literaturę XIX-wieczną to na pewno trafił pod właściwy adres. „Kobieta w bieli”, jak się okazuje, to połączenie wielu gatunków. Gdzieś przeczytałam, że również kryminału. Nie do końca się z tym zgadzam, ale o tym za chwilę.

Walter Hartright jest młodym nauczycielem rysunku. Pewnego dnia otrzymuje propozycję wyjazdu na wieś i objęcia intratnej funkcji nauczyciela dla dwóch panien: Laury i Marian. Jeszcze przed wyjazdem do dworu Limmeridge Walter spotyka na drodze tajemniczą kobietę w bieli. Okazuje się, że dziwnym trafem ma ona wiele wspólnego z miejscem nowej pracy. Kobieta ta dziwnie się zachowuje. Walter zaś wyczuwa, że kryje ona w sobie jakąś tajemnicę. Już na miejscu nauczyciel rysunku zakochuje się w Laurze, która niestety przyrzeczona jest innemu. Wiadomo – takie to były czasy – nie wsłuchiwano się w potrzeby i uczucia młodych ludzi. Tymczasem na horyzoncie pojawia się ktoś, kto ostrzega Laurę przed małżeństwem z podejrzanym kandydatem na męża.

Książka o słusznej liczbie stron – 650. To zdecydowanie powieść obyczajowa z wątkiem tajemnicy, który towarzyszy nam od początku powieści i który zostaje wyjaśniony na końcu. Są i elementy grozy, licznych emocji. Potrafię sobie, wyobrazić, że w dawnych czasach książka mogła budzić prawdziwą sensacje i ogromne zainteresowanie. My współcześni, bombardowani ze wszystkich stron tematami kryminalnymi, horrorami, thrillerami podchodzimy do tego tematu oczywiście z dystansem. Powieść może się podobać. Mimo swojego wieku tchnie świeżością, jest ciekawie napisana, potrafi wciągnąć. Wiele jej elementów podoba mi się: konstrukcja samej powieści. Co rusz wprowadzany jest jakiś temat poboczny, postać – niby bez znaczenia, drugoplanowa. Jednak i one wnoszą dużo do fabuły, mają swoje znaczenie. Autor poświęca dużo uwagi swoim bohaterom. Poznajemy ich wygląd, charakter, myśli, upodobania. Odnoszę wrażenie, że wszystko jest tu dopięte na ostatni guzik. Każdy z bohaterów jest charakterystyczny, ma swój styl bycia. Collins pokazuje ich w taki sposób, że jedni wzbudzają od razu sympatię, inni nie za bardzo. Och, jak bardzo irytował mnie opiekun panien, który rzadko opuszczał swój pokój, a którego najmniejszy hałas wznosił na wyżyny irytacji. Ta powieść to doskonały obraz dawnych czasów. Dużo uwagi poświęcono małżeństwu z rozsądku, ustalonemu przez opiekuna. To też sielankowe życie bogatych panien na prowincji, w okazałych dworach, spędzanie czasu na nauce rysunku i spotkaniach towarzyskich, na schadzkach i herbatkach. To dbałość o konwenanse, unikanie rozgłosu, by nie szokować opinii publicznej. Jeśli ktoś lubi takie klimaty – to polecam.

Wydawnictwo MG