Świat jest stworzony po to, aby stać się kiedyś piękną książką
Archiwum
Zakładki:
Książki 2013
Książki 2012
Książki 2011
A tutaj piszę o książkach
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Dekoratorskie
Książki - 2010
Książki- 2008
Książki- 2009
Napisz do mnie
Piszą o książkach
Strony o książkach
Szablon mojego bloga
Wydawnictwa
Wyzwania czytelnicze
Zaglądam również TU
Tagi
Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać
środa, 29 kwietnia 2009
 

Czytając tę książkę nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że gdzieś już kiedyś coś podobnego czytałam. No tak - Pachnidło Süskinda. Z tą tylko różnicą, że tam mowa była o zapachach, tutaj o dźwiękach. Pomimo tego, że hiszpański autor napisał dobrą powieść, to jednak nie dorównuje mistrzostwem swej starszej siostrze. Brakuje jej mianowicie tego czegoś - przyjmijmy, że pewnego dźwięku, który decyduje o doskonałości. Ale nie szukajmy go na siłę - bo może stać się doń przekleństwem, tak jak poszukiwany dźwięk miłości dla Ludwika Schmitta von Carlsburga głównego bohatera tej opowieści. Uwolnijmy się zatem od porównań, choć autor, pisząc taką powieść musiał być świadom tego, że raczej ich nie uniknie. Z takim uczuciem, powieść hiszpańskiego autora - sama w sobie - okaże się naprawdę ciekawą historią, która trzymać nas będzie w napięciu i niepewności  od początku do samego końca.

Ludwik żyje w świecie dźwięków. Można by rzec w tym miejscu, przecież większość z nas ciągle coś słyszy. To dziwne stwierdzenie. A jednak... Już od pierwszych chwil swego życia poznaje świat nie oczyma, lecz dzięki swoim uszom. Reaguje tylko na hałasy, stuki, głosy, jęki. Od najmłodszych lat wszystkie dźwięki poddaje głębokiej analizie. Wszystkie je zapamiętuje i poznaje każdy element ich brzmienia. Ciągle ma świadomość, że tyle jeszcze dźwięków do poznania. Stara się poznać naturę każdego hałasu, krzyku, przedmiotu. A to, co zapamiętuje, jest już jego własnością na wieki. Brakuje mu tylko jednego dźwięku - dźwięku miłości. Ludwik zostaje w końcu najsławniejszym tenorem Niemiec.

Wiele się w powieści dzieje. Zmieniają się gatunki, narratorzy, fikcja plącze się z rzeczywistością. Thriller, kryminał, powieść obyczajowa, listy niemieckiego kompozytora Wagnera, do tego mnóstwo ciekawych wątków ze świata muzyki. Fernando Trias de Bes - znany do tej pory jako ekonomista parający się też literaturą, popełnił książkę o wartkiej akcji, osadzoną w ciekawym momencie historycznym, stworzył bohatera w pewnym sensie nadczłowieka - mającego władzę nad innymi, umiejącego zniewolić każdego, potwora świadomego swej misji śmierci, dziedzica Tristana. Dźwięk miłości, którym Ludwik tak często się posługuje, który wykorzystuje do zaspakajania swojej żądzy jest dla wybranek jednocześnie dźwiękiem cierpienia i śmierci, a władza, jaką ma nad innymi to straszne przekleństwo i zarazem brak woli i możliwości wyboru. Wiele tu znaków zapytania, wiele niespodzianek. Nic nie jest oczywiste, a każdy kolejny rozdział zaskakuje. Ambicja, namiętność, przeznaczenie, strach, grzech, w końcu prawdziwa miłość i ofiara. Historia, której warto poświęcić dwa wieczory.

Wydawnictwo Muza

Bogusława Sochańska przetłumaczyła baśnie Andersena bezpośrednio z języka duńskiego - a tego w Polsce jeszcze nie było. O efektach tej pracy możecie przeczytać tutaj.   

Wydawnictwo Media Rodzina

piątek, 24 kwietnia 2009

 

Kupiłam przed kilkoma tygodniami w Taniej Książce w Poznaniu. Zaintrygował mnie jej przekorny tytuł, jakoby bociany miały przylatywać zimą. Bo też tak się stało- do autorki klekoczące stworzenia przyleciały faktycznie w mroźny dzień i to nie same, ale z trójką dzieci. Czytając o losach rodziny adopcyjnej, o jej trudnościach, radościach i smutkach, wzajemnym oswajaniu się,  narodzinach miłości, wiele razy głośno śmiałam się do siebie, czasem (po cichu) przeklinałam - to na polskie sądy (niestety) i wzruszałam do łez. Bo dziecko przygarnięte z domu dziecka jest substancją (nie wiem czy mogę tak napisać) najbardziej delikatną, najwrażliwszą, podatną na najdrobniejsze stłuczenia, siniaki, ból.  Tak łatwo okaleczyć jego delikatną i skrzywdzoną duszę. Autorka pisze o sobie, swoim życiu, dzieciach, relacjach z mężem- tak po prostu, bez wielkich słów, nie wstydzi się swoich słabości i niepowodzeń, pokazuje, że najmniejsza rzecz, drobiazg, może wywołać największą radość. Jednocześnie praca z dzieckiem , jego wychowanie należy do najtrudniejszych i najbardziej odpowiedzialnych zadań, jakie stoją przed człowiekiem. Jakże prawdziwa wydaje się być ludowa mądrość, że prawdziwą matką nie jest ta, która urodziła, ale ta, która wychowuje. Autorka obnaża bezduszność sądów, urzędów, ukazuje całą prawdę o domach dziecka - instytucjach, które nie powinny istnieć w takiej formie, w jakiej istnieją. Niech wreszcie ktoś coś z tym zrobi!!! Tak pomyśli każdy, kto przeczyta tę książkę. Jednocześnie pisze o wielu dobrych ludziach, pedagogach, wychowawcach niosących pomoc i pociechę na każdym kroku. Niezwykle mądra lektura, na długi wieczór- bo oderwać się nie sposób. Książka ukazała się w 2005 roku. Ciekawam bardzo jak potoczyły się dalsze losy tej rodziny. Polecam bardzo wszystkim mamom - ku pokrzepieniu serc i ducha.

Autorka przytacza wzruszający i jakże smutny wiersz Ewy Lipskiej - Dom Dziecka

Trzydzieści par pantofelków filcowych

z wyszytym na środku kwiatem tulipana.

Trzydzieści fartuszków poplamionych sokiem

z czarnej porzeczki. Trzydzieści nieruchomych kotów

wyhaftowanych ściegiem płaskim.

Trzydzieści par wyciągniętych rączek

Ale tylko po łyżki do zupy mlecznej.

Trzydzieści par oczu otwieranych we śnie

Aby dojrzeć rodziców na wzgórzach cukierków.

Gdyby moja mamusia chciała

Mogłaby być królowa.

Ale musiała umrzeć bo tatuś zamienił się w wilka.

Moja mamusia była chuda

I dlatego nie mogła mnie kochać.

Ale jak tylko będzie chuda mniej

To kupi mnie na zawsze.

Moja mamusia jest piękna. Mój tatuś jest silny.

Moja mamusia jest bogata.

Mogłaby kupić Amerykę Północną i złoto.

A tatuś potrafi strzelać z prawdziwego karabinu.

Trzydzieści par nóżek

stoi przed nieczynną zwrotnicą

I oczekuje na wjazd

domu.

W księgarniach znów mnóstwo ciekawych nowości:)

Księga innych ludzi - Zadie Smith

Bez cenzury, bez sztampy, bez trzymanki. Zadie Smith zebrała grono najciekawszych angielskojęzycznych pisarzy z obu stron Atlantyku i postawiła przed nimi proste zadanie: "Wymyślcie kogoś". Tak powstała Księga innych ludzi: galeria fantazji, poglądów i wydarzeń z życia dwudziestu trzech osób. Osób co prawda fikcyjnych, lecz fascynujących. Poznajcie więc nowych znajomych. David Mitchell przedstawia Judith Castle, frywolną starszą panią uciekającą w wiek nastoletni. Hari Kunzru zza rozchylonych zasłon o 4.30 rano pokaże wam Magdę Mandelę, którą właśnie zabiera radiowóz. Adam Thrillwell opisze historię nie do końca udanego romansu w dekoracjach bliskowschodnich, a ZZ Packer - zupełnie nieudanego w nowojorskich. Za to na pocieszenie babcia Jonathana Safrana Foera poczęstuje was ciasteczkami i opowie, co sądzi o szkopach i czarnuchach. Natomiast sama Zadie Smith zabierze was do Anglii, byście mogli pomieszkać z pewną zwariowaną rodzinką. Na deser dwa komiksy. Opowiadania zabawne i mroczne, melancholijne i szalone, symboliczne i dosłowne - to podróż przez nieocenzurowane, nie tworzone pod gusta krytyków światy najciekawszych młodych pisarzy. Zadie Smith po raz kolejny zadziwia - jako autorka i jako redaktor.

 

Pochwała macochy - Mario Vargas Llosa

Skandal. Tę powieść powinno się spalić. Nie czytaj jej. Odłóż z powrotem na półkę. Jest zbyt rozpasana, perwersyjna i wyuzdana. Mario Vargas Llosa musiał pisać tę książkę z uśmieszkiem wyrafinowanego oszusta, którego nic tak nie cieszy, jak naciąganie czytelnika. W samym środku gęstego od namiętnych uniesień małżeńskiego życia don Rigoberta i doňi Lukrecji, tkwi niewinne pacholę. Mały Fonsito, syn z pierwszego małżeństwa don Rigoberta, nie ma co konkurować o względy ojca z piękną kobietą o ponętnych kształtach, jakimi natura hojnie obdarzyła szczęśliwą pannę młodą. Niewinność dziecka tłamszona jest przez moralną rozwiązłość rodziców. A może dziecko wcale nie jest dzieckiem, a niewinność ma zbyt wiele wspólnego z rozwiązłością? Kto tu właściwie jest krętaczem... Foncito, Rigoberto, Lukrecja czy Mario Vargas Llosa? A może jednak czytelnik, skoro sięga po powieść, której nie powinien czytać? Ciotka Julia i skryba to czysta rozpusta, ale Pochwała macochy... Nie, nie czytaj tej książki!

Zima o poranku . Opowieść dziewczynki z warszawskiego getta - Janina Bauman

"Mieliśmy i mamy bardzo szczęśliwe życie, wbrew tym wszystkim burzom po drodze." Janina Bauman
Janina Bauman od wczesnej młodości prowadziła dzienniki, jednak burzliwe koleje losu sprawiły, że jej wspomnienia z lat wojny musiały czekać kilkadziesiąt lat, zanim mogły ukazać się drukiem. I zanim sama odważyła się do nich wrócić. Autorka opisuje doświadczenia wojny widziane oczyma kilkunastoletniej dziewczyny, ucieczkę z getta oraz lata, kiedy wraz z matką i siostrą ukrywała się w najróżniejszych domach, w Warszawie i pod Krakowem (między innymi u narkomanki, która potrzebowała pieniędzy na morfinę, prostytutki przyjmującej hitlerowców czy okultystki). Janina po wojnie została w Polsce. Wyszła za mąż za Zygmunta Baumana - filozofa i socjologa. W 1968 roku wraz z rodziną wyemigrowała z kraju; początkowo zamieszkali w Izraelu, potem osiedli w Anglii.
Nowe, uzupełnione i poszerzone wydanie opowieści o okupacyjnych losach dziewczynki w warszawskiego getta.

Wyspa klucz - Małgorzata Szejnert

Najnowsza książka cesarzowej polskiego reportażu. Małgorzata Szejnert, autorka książki Czarny ogród, zabiera nas tym razem w daleką podróż na Ellis Island, małą wyspę u wybrzeży Nowego Jorku, która przez lata była nazywana "bramą do Ameryki". Od końca XIX wieku do lat 50. wieku XX mieściło się na niej centrum przyjmowania imigrantów przybywających do Stanów Zjednoczonych. W tym czasie przez wyspę przewinęło się blisko 12 milionów osób. Większość przebywała na niej zaledwie kilka godzin. Ci, którzy mieli mniej szczęścia, spędzali tam nawet do kilkunastu miesięcy, przechodząc długotrwałą kwarantannę i najróżniejsze badania. Inni zaś byli po prostu odsyłani z powrotem, ponieważ zgodnie z ustawami imigracyjnymi zakaz wstępu obejmował: "idiotów, chorych umysłowo, nędzarzy, poligamistów, osoby, które mogą się stać ciężarem publicznym, cierpią na odrażające lub niebezpieczne choroby zakaźne, były skazane za zbrodnie lub inne haniebne przestępstwa, dopuściły się wykroczeń przeciw moralności" oraz tych, którzy nie mieli pieniędzy na podróż w głąb kraju. Autorka nie tylko śledzi dramatyczne losy emigrantów polskich, żydowskich, niemieckich czy włoskich, ale dzięki ogromnej reporterskiej pasji i dociekliwości ożywia postaci pracowników stacji na Ellis Island - lekarzy, pielęgniarek, komisarzy, tłumaczy oraz opiekunek społecznych, a nawet przyzwoitek. To fascynujący reportaż, bogato ilustrowany unikatowymi zdjęciami archiwalnymi.

Wydawnictwo Znak
środa, 22 kwietnia 2009

Astrid Lindgren kochać będę po wsze czasy. To moje bardzo osobiste wyznanie w przededniu Światowego Dnia Książki. Po raz pierwszy w Polsce najnowszy zbiór opowiadań szwedzkiej pisarki. Wzruszająca lektura, która uwrażliwi dziecko na krzywdę i smutek innych, a nam rodzicom uświadomi, co tak naprawdę naszym pociechom do szczęścia jest potrzebne. Bo Lindgren jak mało kto rozumiała dziecięcą duszę. Recenzja na blogu Półeczka z książkami.

 

wtorek, 21 kwietnia 2009

W rodzinie mojego męża był pewien epizod związany z Powstaniem Wielkopolskim. Mąż dowiedział się o tym niedawno i przypadkiem. Podczas projekcji filmu, który nakręcono z udziałem mieszkańców naszego miasteczka z okazji 90 rocznicy jego wybuchu. Padło nazwisko pradziada. Nigdy o tym w rodzinie nie było mowy, pradziad nigdy nie opowiadał, nie chełpił się tym, że miał jakikolwiek związek z tym jedynym udanym zrywem wyzwoleńczym w historii naszego uciemiężonego narodu. Zrobił swoje, spełnił swój obowiązek wobec ojczyzny, następnie przeszedł szybko do porządku dziennego i pracował sumiennie dla rozkwitu nowej Polski. Tak samo zresztą jak trzynastu bohaterów niezwykłej książki Dainy Kolbuszowskiej - uczestników Powstania Wielkopolskiego. Jak się okazuje - podobnież było w wielu wielkopolskich rodzinach. Byli powstańcy często nie chcieli wracać do przeszłości, zatajali swoje życiorysy, niekiedy w tajemnicy spisywali swoje wspomnienia, by potem już zza grobu z uśmiechem kolejnego, tym razem bardzo osobistego zwycięstwa, spoglądać na zdumione odkryciem twarze swych wnuków i prawnuków. Jakże inna sytuacja - choćby w porównaniu z uczestnikami Powstania Warszawskiego. Przez kilka lat mieszkałam w stolicy, mam tam kilkoro dobrych znajomych. Rodzice koleżanki brali udział w walkach w 1944 roku. Żyją tym do dziś, opowiadają, przeżywają kolejne rocznice. Ja sama widzę, jak dopiero teraz odkrywa się na nowo naszą wielkopolską przeszłość. W parku miejskim stoi wielki głaz z tablicą upamiętniającą tamte wydarzenia z 27 XII 1918 roku, kiedy to mieszkańcy wyruszyli walczyć o niepodległość. Głaz stoi- od zawsze. Kilkanaście lat temu w uroczystościach miejskich uczestniczyli jeszcze byli powstańcy - nobliwi staruszkowie w mundurach, w charakterystycznych szarych czapkach. A mimo wszystko- była to historia , o której mówiło się wyłącznie w okolicach grudnia. Na szczęście wszystko zmienia się na lepsze. Ludzie odkurzają stare fotografie, wyciągają z szuflad listy, dokumenty, spisane wspomnienia. Wyłania się z nich obraz dawnego życia, najpierw  w zaborze pruskim, potem walki, układanie swojego życia prywatnego już w wolnej Polsce. Taka jest właśnie książka Trzynastu Wspaniałych. Trzynaście zwykłych - a jednak niezwykłych życiorysów. Autorka opisuje korzenie każdego z uczestników, wśród nich także spolszczonych Niemców. Chłopi, robotnicy, arystokraci, inteligencja, zawodowi wojskowi. W krótkich akapitach opowiada historię ich życia podczas pierwszej wojny światowej, następnie podczas powstania, cytuje wspomnienia, dokumenty, ówczesną prasę, sięga po anegdoty z ich życia, Jak pisze w przedmowie Lech Trzeciakowski (znawca tematu, chylę czoła- za wstęp do Marianny i róże także) autorka wykonała mrówczą pracę, odbyła rozmowy z potomkami powstańców, przejrzała masę dokumentów, artykułów prasowych. Do tego mnóstwo zdjęć, kalendarium Powstania Wielkopolskiego, kopie dokumentów, listów, pocztówek. Wszystko starannie opracowane, pięknie wydane - dla mnie osobiście to perełka wśród moich książek. Książka o świecie, jakiego już nie ma. Ludziach, dla których Bóg, honor, ojczyzna były wartościami najważniejszymi i najcenniejszymi. Warto wchodzić do tego świata, warto o nim rozmawiać, wzruszać się, uśmiechać - czytając o „polskiej chorobie", nocie zrozumiałej dla Niemców, pomniku Wilhelma I-szego przyozdobionym dla żartu w naczynie nocne. W tle Wielkopolska  i jej mieszkańcy - pracowici, wytrwali, oszczędni, zdolni do żartów, karni, twardzi , pragmatyczni ale i romantyczni.

poniedziałek, 20 kwietnia 2009

Długo nas nie było - dzieci się pochorowały na zapalenie płuc i moja dwójka wylądowała w szpitalu.  Oczywiście wśród toreb i torebek pełnych pudełek i pudełeczek z mlekiem takim siakim owakim, kaszkami na dzień, na noc i kleikiem ryżowym, znalazła się i spora torba z książkami - zarówno dla mamy i dziatwy. Ale niestety - niepotrzebnie- bo bycie mamą z dwójką małych dzieci w szpitalu to nie lada wyczyn. Choćby takie zjedzenie czegoś tam, umycie głowy, wykąpanie się, chodzenie na zabiegi- no tak w końcu jest się tu dla dzieci. Wieczorem człowiek pada skonany i cieszy się, że minął kolejny dzień. Oto kilka refleksji z pobytu:

Obrazek pierwszy- czyli - gdy dzieci mają dzieci. Nie wiem nawet, czy mieli po 18 lat. Przyszli do szpitala z dzieciątkiem 3 - tygodniowym, bo najzwyczajniej w świecie się bali. Mają prawo. Ale... no właśnie. U dziecka bywali, na noc raczej nie zostawali, bo - „mają WAŻNE sprawy do załatwienia", gdy się w końcu decydowali na odwiedziny siedzieli na szpitalnych krzesłach, patrzyli tępo w sufit i pufffffali, ciężko wzdychali, dziecko trzymali jak worek kartofli i nic do niego nie mówili. Bo i po co. Cały czas słali w świat sms-y. Para ożywiała się tylko, gdy na odwiedziny wpadały plastikowe psiapsiółki. Obwieszone łańcuchami- oczy gdzieś za siódmą górą siódmą rzeką makijażu, Zaczynały ćwierkać, świstać, kwilić, pipilitać i pimpilić. Kończyło się na pocieszeniu rodziców, że jakoś to będzie.

Obrazek drugi- Adaś - czyli dziecko, które zmienia świat na lepsze. Adaś jest bardzo ciężko chorym dzieckiem. Mając roczek waży niecałe 7 kilo. Dopadło go paskudne zapalenie płuc. Ma stwierdzonych 15 innych schorzeń, z których powoli wychodzi. Nazw nie jestem w stanie powtórzyć. Nie może utrzymać główki, ciało ma nienaturalnie długie i chude. Jest odżywiany najczęściej zupkami przez nos. Jego życie to wieczne wizyty u specjalistów najróżniejszego kalibru. Otacza go cudowna aura miłości. Uwielbiają go rodzice, babcie, które dyżurują na zmianę, Gdy go zobaczyłam pierwszy raz, tak mnie zatkało, że nie mogłam wydobyć głosu. Pomogła mi Adasiowi babcia, z którą nie mogłyśmy się potem nagadać. Adaś nie daje mi spokoju , każe mi się zastanowić nad pewnymi rzeczami, nad tym, co naprawdę w życiu ważne. Rodzice Adasiowi szaleją ze szczęścia, gdy Mały grymasi, uśmiechnie się, wydobędzie z siebie jakikolwiek dźwięk. Z optymizmem patrzą w przyszłość i wierzą, że będzie lepiej.

Obrazek trzeci - czyli - czy tabakiera jest do nosa , czy może nos do tabakiery. Razem z innymi mamami odniosłyśmy takie wrażenie, że NIEKTÓRE osoby z personelu byłyby szczęśliwe, gdyby pracowały w pustym szpitalu. Mali pacjenci mają swoje prawa- nie usiedzą w jednym miejscu, nie zamilkną na długo, wszystko chcą od razu, a najbardziej to domu, w pewnym momencie białe fartuchy zaczynają działać na nie jak czerwona płachta na byka, co otwarcie okazują. Brrrr. Jak sobie przypomnę te uwagi- proszę nie hałasować, proszę uciszyć dzieci, proszę uspokoić dziecko (sama boję się zastrzyków), proszę nie chodzić po korytarzu, proszę nie patrzeć z dzieckiem przez okno - nie dowiedziałam się dlaczego nie było wolno, proszę proszę proszę. I ten TON. Brrrr. A te spojrzenia. Brrrr. Uodporniłyśmy się na nie i nic sobie z tego nie robiłyśmy. Nawet zaczęło nam się w szpitalu podobać.

Obrazek czwarty- czyli - dzieci widzą i słyszą wszystko. Wpada pani ordynator- taka miła i przyjacielska- zaczyna mówić, kto jest najbardziej chory. Dzieci niby się bawią, ale wiadomo- uszy mają jak radary. Potem między sobą dyskutują kto z nich jest w najlepszej, a kto w najgorszej sytuacji. 7-letnia Ania przez dwa dni ma takiego doła, że własna matka jej nie poznaje. W końcu jej płuca są w najgorszym stanie, a tak w ogóle to wszystko jest bez sensu.....

I sami powiedzcie - jak tu czytać w takich warunkach?

Książka stała u mnie na półce przez kilka miesięcy. Sama nie mogę pojąć, jak to się stało, że nie zwracałam na nią najmniejszej uwagi. Kupiona na potem, na kiedyś tam. Tymczasem przepadłam na długie godziny.... Przez kilka wieczorów przenosiłam się w odległe czasy starej Anglii, gdzie dwie siostry - jedna rozważna - Eleonora, druga romantyczna- Marianna, szukają swojego miejsca na ziemi. Panny Dashwood, po śmierci ojca, oszukane przez przyrodniego brata, są w dość trudnej sytuacji materialnej- nie należą do najatrakcyjniejszych partii, ale mają coś, czego brakuje tak wielu pustym panienkom z dobrych domów. Są dobrze wykształcone, mądre, wiedzą co to godność, przyjaźń, dobre wychowanie. Czy ich marzenia się spełnią? Czy to akurat wystarczy, by dobrze wyjść za mąż? Jane Austin (1775 - 1817) to perfekcyjna obserwatorka ówczesnego społeczeństwa, dokonała trafnej analizy panujących stosunków społecznych, często z dużą dozą humoru i ironii. Czytanie tej książki sprawiło mi ogromną przyjemność. Nie powiem, lektura ta skłoniła mnie do poszperania w historii literatury polskiej. Byłam ciekawa czy jest wzmianka o kimś a'la Jane Austin. Okres oświecenia. Niestety królowali u nas panowie- Niemcewicz, Zabłocki i inni. Pań raczej jak na lekarstwo. Doszukałam się krótkiej informacji o Klementynie z Tańskich Hoffmanowej (1798-1845), która pisała powieści historyczne. Napisała między innymi Listy Elżbiety Rzeczyckiej (1824) i Dziennik Franciszki Krasińskiej (1825). Polem jej obserwacji są zwłaszcza dwory magnackie, np. w Listach Elżbiety Rzeczyckiej opisuje dwór Czartoryskich w Puławach. [Historia literatury polskiej w zarysie - PIW, tom 1, str. 205] Brzmi ciekawie. Wracając do Rozważnej i romantycznej - przyznaję, że dopiero teraz chętnie obejrzałabym film pod tym samym tytułem.

Wydawnictwo Prószyński i S-ka

wtorek, 14 kwietnia 2009

Trudno o książkę  z gatunku nauk politycznych czy socjologii, która podejmując próbę wyjaśnienia jakże dynamicznej rzeczywistości społeczno-politycznej, zachowałaby aktualność przez kilka sezonów. W ostatnich latach księgarskie półki zalewały pozycje autorstwa przeważnie teoretyków i praktyków zza Oceanu, a każdemu ważnemu wydarzeniu politycznemu towarzyszyły coraz to nowe „przepowiednie" na temat tego, co nas czeka. Większość nie wytrzymała próby czasu i konfrontacji z wydarzeniami, które próbowały opisać, a tym bardziej przewidzieć.  Pamiętamy głośny „Koniec historii" Francisa Fukuyamy - dziś o słuszności tez tam zawartych jest przekonany już tylko ich autor. Z drugiej strony są i lektury, które dla wszystkich chcących zrozumieć meandry współczesnego świata, są wręcz nieocenione. Do takich należało na przykład „Zderzenie cywilizacji" niedawno zmarłego Samuela Huntingtona. Przyznam, że była to pierwsza książka, opatrzona znakiem wydawnictwa Muza i raczkującej jeszcze serii spectrum, którą dostałam w prezencie, będąc na studiach. Jakże udana intelektualna inwestycja, niestety prorocza w wielu aspektach, o czym przekonujemy się niemal codziennie z serwisów informacyjnych.

Zapewniam, że taką samą intelektualną „rozkosz" przyniesie przeczytanie „Buntu mas" - książki ponadczasowej. Zdumiewa w niej wszystko lub prawie wszystko, począwszy od autora - nie jest nim kolejny Amerykanin z listy najlepszych uniwersytetów, tylko i ...aż Europejczyk, nie jest naszpikowana danymi statystycznymi, z prostego powodu - te najszybciej się dezaktualizują, ma formę eseju (co podkreśla Szacki), gdzie wybija się myśl i refleksja, w końcu czytelnik, zwłaszcza ten nie znający autora, nie do końca się zorientuje, kiedy była napisana. Zresztą zabieg wydawnictwa, aby nie przytaczać daty wydania oryginału, ma swoje uzasadnienie - to tezy i argumenty samej książki mają jej bronić. Świadomość czytelnika, że została po raz pierwszy wydana przed laty i nie stoi za nią potężny bagaż historii powojennej i taki sam poligon doświadczeń ekonomicznych, ustrojowych, kulturalnych, nic nie wniesie. Gasset stworzył świetne, nowoczesne dzieło, pomimo że do tego celu użył starych narzędzi - czyli analizy świata i społeczeństwa przełomu XIX i XX wieku.

No i najważniejsze wkład do współczesnej socjologii i politologii. Wiele tez wręcz szokuje aktualnością. Tak jak wylansowane pojęcie hiperdemokracji - ten etap rozwoju społeczeństwa i jego demokratycznych struktur, które żywią się masowością i powszechnością.  Tytułowe masy  to nie, jak zaznacza autor na wstępie, masy robotnicze, czy jakiekolwiek inne związane ze statusem społecznym czy ekonomicznym, masy to „ludzie przeciętni" - jak sam przyznaje dalej: „nie ma bohaterów, jest tylko chór". Wiemy, że o wartości chóru decyduje to, na ile potrafi „wchłonąć" poszczególne jednostki, a  najwybitniejszych równać do przeciętności, bo z istoty swej jest bez twarzy. Jest siłą ogółu. Człowiek - element owej masy, wpada w pułapkę, która sam misternie przez lata buduje. Pułapka to przekonanie, że uczestniczy w postępie, rozwoju cywilizacyjnym, natomiast w rzeczywistości korzysta tylko z ich „produktów", i to tych, które najszybciej się starzeją.

Bez fałszywej szczerości stwierdzam, że dziś „Bunt mas" ma jeszcze większe uzasadnienie i potwierdzenie, niż wtedy kiedy książka ta była pisana. Stopniowo zanikające bariery komunikacyjne, globalny obieg informacji i kapitału, przepływ prądów myślowych, mody i standaryzacja zachowań, powodują, że jednostka żyje życiem całego świata. Przestrzeń geograficzna kurczy się, coraz lepsza technologia, doskonalsze osiągnięcia naukowe i... co dalej. Gasset  stawia diagnozę (to nic, że w czasach młodości naszych dziadków): „żyjemy w epoce, którą cechuje poczucie olbrzymich możliwości realizacji, ale która nie wie co ma realizować. Panuje nad wszystkimi rzeczami, ale nie jest panią samej siebie. Czuje się zagubiona w nadmiarze własnych możliwości". 

Dlaczego tak jest? Bo mamy do czynienia z logiką masy. Co niektórzy szybko dorzucą: te same „masy" potrafią wysłać człowieka w kosmos, a osiągnięcia naukowe wskazują  na wręcz nieograniczone możliwości. Czy są w ogóle jakieś granice dla umysłu człowieka?  Fakt, ale „ludzie nauki , pokolenie za pokoleniem, coraz bardziej się rozchodzą, ograniczając się do coraz węższych zakresów pracy intelektualnej. Dochodzi do tego, że za cnotę uznaje nieznajomość wszystkiego, co leży poza małym poletkiem przez nią uprawianym, a ciekowość dla całości wiedzy ludzkiej określa się mianem dyletantyzmu. Rozczłonkowanie wiedzy możliwe jest dzięki stałości i dokładności metod. Za pomocą tych metod pracuje się jak przy użyciu maszyny". Lub inaczej, dosadniej: czym się różni dzisiejszy noblista z fizyki od Michała Anioła. Tym, że prawdopodobnie na niczym innym się nie zna, łącznie z pozostałymi działami swej ukochanej fizyki. A Mikołaj Kopernik kim był: lekarzem, ekonomistą (teoria wypierania dobrego pieniądza), prawnikiem, poetą, tłumaczem. Oh, bym zapomniała : no i jeszcze astronomem. Nic dodać, nic ująć.

Paradoks: współczesny świat wie coraz więcej, ale części składowe masy - człowiek w sumie wie i potrafi coraz mniej.  Ludzie rozwijają się na bazie coraz węższych specjalizacji, a wszystko pozostałe, co uznają za potrzebne do egzystencji czy konsumpcji jest podane na tacy. Wszechobecna reklama skutecznie przy tym tępi refleksję i narzuca wzór dla masowego odbiorcy.  W końcu wygląda to tak, że człowiek potrafi korzystać z najnowocześniejszych cywilizacyjnych narzędzi, ale jednocześnie nie zna podstaw swej cywilizacji. Ponadto, świat wie coraz więcej, ale nie staje się coraz lepszy. Wiedza intelektualna jest addytywna, tzn. dzisiaj dziecko nie uczy się łowić czy polować, jak jego przodkowie mieszkający w jaskiniach, tylko włączać telewizor i DVD (mój 1,5-roczny synek robi to z powodzeniem). Wiedza moralna taką nie jest, tej nie możemy uzyskać w spadku, nie można od razu zacząć z wyższej półki. Ją mój synek musi nabywać od podstaw.  Dlatego tym ważniejszy jest kontekst społeczny, w jakim przyjdzie mu wzrastać. Im szersze będzie miał horyzonty i wsparcie autorytetów, tym będzie łatwiej. Niestety, w świecie mas są to dobra coraz rzadsze. 

„Bunt mas" Gasset'a to lektura aktualna, szczera, niekiedy boleśnie prawdziwa o naszym świecie i... obowiązkowa.

 

sobota, 11 kwietnia 2009

Wszystkim odwiedzającym życzę wesołych i pogodnych świąt wielkanocnych.Pozdrawiam serdecznie- B.L.

Czym jeszcze różni się jajko niepoświęcone od święconego?

Tym, że jajko niepoświęcone się zjada,

Milczy i nic nie gada.

Przy jajku poświęconym składamy sobie życzenia, to znaczy jemy i mówimy.

Jak ktoś jajko z miłości dzieli, tak jak trzeba,

tego nawet jajko prowadzi do nieba.

[Ksiądz Twardowski- Jajko święte i nieświęte]

 
1 , 2