Świat jest stworzony po to, aby stać się kiedyś piękną książką
Archiwum
Zakładki:
Książki 2013
Książki 2012
Książki 2011
A tutaj piszę o książkach
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Dekoratorskie
Książki - 2010
Książki- 2008
Książki- 2009
Napisz do mnie
Piszą o książkach
Strony o książkach
Szablon mojego bloga
Wydawnictwa
Wyzwania czytelnicze
Zaglądam również TU
Tagi
Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać
środa, 30 kwietnia 2014

Znani są najróżniejsi rycerze z krain bliższych i dalszych, prawdziwych i tych wymyślonych. Tyle że najczęściej znamy ich historię jako ludzi dorosłych – dzielnych i walecznych mężów, którzy wsławili się niesamowitymi i niezwykle chwalebnymi czynami. Tymczasem każdy z nich kiedyś był małym dzieckiem. Chłopcem z głową pełną marzeń i planów na przyszłość. Na pewno zadawali sobie oni pytanie – kim będę, kiedy dorosnę, jaki będę. Marzyli o przygodach, turniejach i walkach. Wiedzieli, że będą chcieli stoczyć walkę ze złem. I właśnie wielu z nich miało już za pacholęcia cechy, które zadecydowały w przyszłości o tym, że w końcu zostali rycerzami – opiewanymi w pieśniach przez bardów. Bohaterowie legend i baśni – niekiedy wymyśleni, niekiedy postacie historyczne.

Książka Christiny Björk to krótkie historyjki właśnie o takich małych rycerzach – dzielnych chłopcach, na których drodze stanęły smoki. U nas ta książka stała się wiosennym przebojem. Wiadomo – w moim domu są chłopcy – ale myślę, że i dziewczynkom się spodoba. W tekstach pełnych przygód i niebezpieczeństw ukryte zostały wartości – dziś niekiedy spychane na plan dalszy, niemodne wręcz. Honor, odwaga, gotowość do niesienia pomocy słabszym. Razem 8 opowieści na dwie, trzy strony – ciekawie zilustrowanych. Kto zna kreskę Evy Eriksson wie, że się nie zawiedzie.

Jakimi chłopakami byli Parsifal, Artur, Hajmdal, Jerzy czy Sigurd? Jakie było ich dzieciństwo? Jak zachowywali się wobec niebezpieczeństw? Oprócz tego znajdziecie tutaj również informacje na temat życia w dawnych czasach. A cała ta wiedza historyczna podana w atrakcyjny sposób. Jednym słowem – warto! Książkę proponuję już 3-, 4-latkom, ale i 9-latek będzie się dobrze bawić przy tej lekturze.

A może dziewczynki dadzą się namówić naKsiężniczki i smoki?Akurat tej nie czytaliśmy, ale w Internecie aż huczy od pozytywnych recenzji:)

Wiek 3+

Wydawnictwo Zakamarki

wtorek, 15 kwietnia 2014

Maleńka pani Flakonik to kolejne wspomnienie z dzieciństwa wznowione właśnie w ramach serii Mistrzowie Ilustracji. Po latach – już po lekturze z dziećmi, stwierdzam: ile tu nienachalnej i delikatnej magii. Tak różnej od tej, która serwowana jest w książkach dla dzieci współcześnie – jeśli takowa faktycznie jest elementem fabuły. Subtelna proza, w której zwykła rzeczywistość miesza się właśnie z magią. Bo za sprawą jakichś czarów pani Flakonik nagle ni stąd ni zowąd maleje – do rozmiarów flakonika. I nie ma na to żadnego racjonalnego wytłumaczenia. Bo tak jak maleje, tak nagle znów staje się duża. I nie ma niczego nadzwyczajnego w pani Flakonik. Ta osóbka nie jest ani czarodziejką ani czarownicą. Sprząta swój domek, przygotowuje kochanemu mężowi posiłki, krząta się to tu to tam. I nagle – czary mary – robi się ociupinką drobinką, którą pan Flakonik może spokojnie schować kieszeni na piersi. Pani Flakonik gdy maleje – zaczyna rozumieć również mowę zwierząt.

W książce znajdziecie 5 krótkich opowiadań o przygodach małej bohaterki o tym jak sama zdziwiona swoim nowym wzrostem stara się nie zaniedbywać obowiązków domowych, jak sprawia radość dziewczynce z sąsiedztwa, jak sprytnie staje się posiadaczką dwóch eleganckich niebieskich filiżanek ze złotym brzegiem, jak zostaje wybrana królową wron i jak udaje nakręcaną lalkę na szkolnej zabawie.

Książka na pewno działa na wyobraźnię. Zaraz w małych głowach pojawiają się pomysły – co by było gdyby. No właśnie: ile możliwości daje właśnie taki rozmiar flakonika do octu albo oliwy. W jakie zakamarki można by wejść, jakie psikusy zaplanować. Pojawiają się marzenia i nadzieja, że może kiedyś … kto wie.... A wtedy to naprawdę będzie się działo.

Oczywiście trzeba tu zwrócić uwagę na wyśmienite ilustracje Krystyny Witkowskiej, które równolegle opowiadają tę historię. Są dopełnieniem tej opowieści.


Wiek 4+

Wydawnictwo Dwie Siostry



niedziela, 13 kwietnia 2014

Takie książki to perełki. Ukazały się dawno dawno temu, może nawet po drodze zostały zapomniane, teraz dla przypomnienia, świeżutkie, pachnące, starannie wydane, na pięknym papierze. Mole książkowe powinny być ukontentowane. Ja mam zresztą wielki sentyment do klanu pań Chotomskich – ale to już osobna historia. Pani Wanda wiadomo: no i jej córka – Ewa, dla której biegłam po szkole, by mi nie umknęła Ciotka – Klotka. Bo ja to jestem dziecko PRL-u, wychowana jeszcze na dobrych programach dla dzieci. I Bohdan Butenko, którego była moc w moim dzieciństwie – zwłaszcza w gangsterskich książkach dla dzieci. Jak nikt, potrafił wbić się klimatycznie w te wszystkie detektywistyczne historie dla dzieciaków: pościgi, napady, śledztwa.

Z rozrzewnieniem wspominam Butenkowe gęby – nieogolone, z pypciami gdzieniegdzie wystającymi, z fragmentem czegoś tam, czego wyraźnie brakowało, a co trzeba było dopowiedzieć sobie w dziecięcej głowie, ewentualnie odnaleźć na kolejnej stronie. Oj to były książki. Dlatego serce moje i buzia wykrzywiają się w wielkim rogalowym uśmiechu, gdy widzę takie przedsięwzięcia – wznowienia naprawdę dobrych tekstów dla dzieci, świetnie zilustrowanych.

Wanda Chotomska rekomendacji nie potrzebuje – to wysoka jakość tekstów dla najmłodszych, pełnych humoru, z zaskakującymi puentami, poetyckimi zwrotami akcji, koncentrujących się i na świecie fantazji i zwykłej rzeczywistości. Razem 35 utworów: o mieszkańcach pewnego miasteczka za górami, za lasami; o mysiej mowie, która nie zawierała słowa kot, Urszuli uwielbiającej zagadki, kłótni gąski z kurką, słoniu szukającym posady, pannie Sabinie co dla zapamiętania związywała 5 supełków, i Julku mającym problemy z prawidłową wymową er. Śmieszny jest wiersz o butach pana doktora, które zbuntowały się, że od tego chodzenia od pacjenta do pacjenta same zachorowały. Poetka wyjaśnia tajemnicę dziurki w obarzanku. Moim chłopakom, zakochanym w samolotach, spodobała się historia wuja Barnaby, który po pewnym locie samolotem właśnie zmienił się nie do poznania. Ale co z tego wniknęło, jakie były skutki owego feralnego (tak tak) przedsięwzięcia? Nie zdradzam – sami zajrzyjcie do tej książki.

Chotomska czaruje słowem, rymem, rytmem. Butenko równolegle bawi się obrazem – np. zachęca do wycięcia skarbonki na głosiki kanarka, robi psikusa autorce: na początku jest fotografia Wandy Chotomskiej … bez twarzy. Ciąg dalszy oczywiście w środku (strona podana).

Tere Ferewedług słownika to wyrażanie, które można wypowiedzieć wtedy, gdy wątpimy w prawdziwość czyichś słów. Właśnie w takim klimacie są te wiersze – zwariowane, oderwane od rzeczywistości. Takie bajdurzenie – miłe, śmieszne. Bardzo przyjemna lektura.


Wiek 5+

Wydawnictwo Muza



środa, 09 kwietnia 2014

Lubię, gdy w książce jest jakaś inna książka. Zaraz wytłumaczę o co chodzi. Czworo dzieci i "coś" nawiązuje do słynnej powieści Edith Nesbit Pięcioro dzieci i "coś". Zresztą ta stara powieść nie raz się tu pojawia. I na pewno nie na tym kończą się punkty wspólne. Jest i wielka leśna piaskownica, w której czwórka współczesnych dzieciaków spotyka Piaskoludka. I są życzenia, które trwają do zachodu słońca. Zmieniły się tylko czasy, mody, marzenia i oczekiwania. Bo przyznajmy, współczesne dzieciaki mają głowy nabite zupełnie czymś innym, niż ich rówieśnicy dziesiątki lat temu. To co mnie bardzo się spodobało to wnikliwa analiza współczesnej rodziny – nie wolnej od różnorakich bolączek – w kwestii wychowywania dzieci, kontaktów międzyludzkich, relacji dzieci – rodzice. Tutaj na przykładzie rodziny Davida i Alice – z których każdy ma swoje dzieci z innymi partnerami i wspólną Magdalenkę. Czwórka tych właśnie dzieci z różnych związków, z różnym przykrym bagażem doświadczeń życiowych spotyka się podczas wakacji. Rodzeństwo – rezolutna Róża i zakochany w zwierzętach Robert. Dalej – Psujka, która jest niesamowicie trudnym dzieckiem, rozchwianym emocjonalnie, pyskatym i złośliwym. I przeurocza najmłodsza Magdalenka – wspólna siostra całej trójki. Toż to tykająca bomba zegarowa.

Od samego początku zastanawia – w jakim kierunku poprowadzi swoich bohaterów Jacqueline Wilson. Dała się poznać już wiele razy jako autorka nie stroniąca od trudnych tematów – na Wyspach bardzo popularna, również i u nas ma swoich wiernych czytelników. Prawdę powiedziawszy byłam trochę zdziwiona tą książką. Wilson to autorka głównie dla młodzieży – tutaj po raz pierwszy w książce dla dzieci - w dodatku miesza rzeczywistość z fantastyką, nie boi się podjąć wyzwania. Wszak porównania z Nesbit nie uniknie. To zupełnie dwa różne światy. Nesbit na plan pierwszy wysunęła dzieci i ich przygody. Wilson tymczasem traktuje całą historię z Piaskoludkiem jako tło do ukazania zmian zachodzących w bohaterach, pokazania ich skomplikowanej sytuacji rodzinnej. To co tam było bajką, tutaj jest smutną rzeczywistością. Pytanie: jak dzieci poradzą sobie z szansą daną im od Piaskoludka, jak zmienią się relacje między nimi i rodzicami czy opiekunami.

Wydawnictwo Znak

Na koncie pana Macieja Uzarskiego, o którym pisałam we wcześniejszym poście, jest już 88 tysięcy. Razem potrzebne jest 150 tysięcy. Może ktosik dołączy?:)

Ta historia jest na ustach wielu mieszkańców mojego miasta. Wielu ludzi angażuje się w pomoc w zbieraniu pieniędzy na operację, która daje szansę życia. Moją stronę odwiedza dziennie mnóstwo czytelników, nadal można pomóc, albo podać linki dalej:) Wierzymy, że się uda:)

O tej wzruszającej historii można poczytać tutaj:

http://www.tvp.pl/poznan/aktualnosci/maciej-potrzebuje-pomocy/14706314

https://www.facebook.com/maciej.uzarski.96

 

62 1090 1258 0000 0001 2307 4361
BZWBK S.A. o/Gostyn


poniedziałek, 07 kwietnia 2014

W dzisiejszym poniedziałkowym (07.04.2014) wydaniu Teleexpressu był reportaż o panu Macieju Uzarskim, który pochodzi z mojej miejscowości i walczy o życie. Rak to niechciany gość - czytamy na plakacie promującym akcję pomocy dla pana Macieja. Ja powiem, że to draństwo, paskudztwo. Do gościa to rakowi daleko. Ze 150 tysięcy potrzebnych na operację w Berlinie zebrano połowę. Może ktoś zechce pomóc:) Liczy się każda złotówka i każdy dzień!!! Szczegóły na stronie pana Macieja.
https://www.facebook.com/maciej.uzarski.96


środa, 02 kwietnia 2014

O P. L. Travers zrobiło się ostatnio głośno za sprawą filmu „Ratując pana Banksa” z Emmą Thompson w roli głównej. Nic dziwnego, że w tych okolicznościach wzrosło zainteresowanie jej osobą. Taka książka musiała powstać, bo przecież w filmie o wielu sprawach nie powiedziano, wiele ominięto. Niektórzy – podobnie jak ja – najpierw szukają lektury, potem wybierają się do kina. W każdym razie Mary Poppins przeżywa renesans. I to zasłużenie. Bo to dobra seria, na której wychowały się nasze babcie i mamy (w Polsce Mary Poppins nadano nawet bardziej polskie imię … Agnieszka). Niania trochę … wojskowa, nie na nasze czasy. Jej metody dziś pewnie wielu rodzicom spędzałyby sen z powiek. A jednak miała wiele uroku. Ja traktuję jak ciekawostkę. Mary Poppins tylko spojrzała – i już wiadomo było jak trzeba się było zachować. Współczesne dzieciaki nie mogą w to uwierzyć – a jednak...

Jak tylko zaczęłam czytać biografię P.L. Travers szczególną uwagę zwracałam właśnie na … Mary Poppins. Ciekawa byłam ile jej było w życiu samej pisarki, czy był jakiś pierwowzór. A może jej rodzina, znajomi znaleźli swoje odbicie w wielu częściach o niani, którą przywiewał wiatr ze wschodu, a porywał wiatr z zachodu. W końcu szukałam odpowiedzi na nurtujące mnie od zawsze pytanie (od czasów mojego dzieciństwa) – dokąd udawała się Mary Poppins, jak jej nie było, jak nagle znikała z życia Banksów?:))) Czarodziejka, dobra wróżka mająca w sobie tak wiele sprzeczności – surowość i wrażliwość, tajemnicę i pragmatyzm, w końcu dobro, ale takie czasem szorstkie i surowe. Autorka biografii – Valerie Lawson, już na samym wstępie zaznaczyła, że P.L. Travers nie lubiła zdradzać swoich tajemnic. Miała napisać do niej taki liścik:


Szanowna Pani Lawson! Nie lubię opowiadać o swoim życiu prywatnym, ale chętnie porozmawiam z Panią o swojej twórczości.”

(22 sierpnia 1994)

(str. 9)

Jej życie to na pewno pasmo sukcesów, ale też nieszczęść, czym za bardzo nie lubiła się „dzielić”. To niezbyt szczęśliwe dzieciństwo, utrata ojca, jego choroba alkoholowa, kłopoty finansowe matki, błąkanie się i pomieszkiwanie u zamożniejszych krewnych – zwłaszcza u ciotki Ellie.

Ellie użyczyła swoich manier niejednej kobiecie z książek o Mary Poppins. Nie tylko wcieliła się w sztywną i zaaferowaną postać samej Mary Poppins, ale jej cchy można odnaleźć również w budzącej grozę pannie Duduś: niani pana Banksa – oraz pannie Skowronek , aroganckiej, ale romantycznej sąsiadce Banksów. Panna Duduś i panna Skowronek – die fikcyjne kbiety w pewnym wieku, które nigdy nie wyszły za mąż – reprezentowały dwie strony charakteru cioci Ellie, apodyktycznej i łagodnej”.

(str. 46)

Takich mary – poppinsowych śladów jest w całej książce mnóstwo. Można odnieść wrażenie, że nic w książkach o niani nie było przypadkowe, a samo dzieciństwo Lyndon, a zwłaszcza relacje z rodzicami, wywarło ogromny wpływ na dalsze życie i podejmowane decyzje.

Jest mnóstwo ciekawych epizodów, ba - etapów życia słynnej postaci. Jednym z nich to na pewno adopcja Camillusa. Chłopca z Irlandii mającego brata bliźniaka Anthony'ego – co zresztą skrzętnie przed nim ukrywała.

Autorka ciekawie pisze o relacjach z przyjaciółmi, zainteresowaniach, poglądach filozoficznych, dylematach sercowych i jej podejściu do wychowania przybranego syna. Często sięga po ciekawostki, przytacza wspomnienia, rozmowy, korespondencję. Nie ocenia swojej bohaterki – raczej powiedziałabym, zachowuje dystans do przedstawianych wydarzeń. I choć pisze też o różnych planach pisarskich P.L. Travers, główne miejsce zajmuje oczywiście Mary Poppins – kontakty z wydawcą, ilustratorką, również wspomnianym na samym początku czarodziejem z Hollywood – czyli Waltem Disneyem.

Każda opowieść o Mary Poppins ma coś z mojego własnego doświadczenia … w niektórych zawarłam moją nudną pokutę z czasów dzieciństwa, chodzenie na spacer. Ale również rozkoszne, pełne przebaczenia chwile w porze kładzenia się spać, kiedy nagle czułam się tak dobrze. Migotanie, kiedy rozpalano ogień i paliła się lampa, pokój dziecinny odbijający się w ogrodzie”.

(str. 186)

Mimo że całkiem dobrze znałam cykl o Mary Poppins, niewiele wiedziałam na temat jej autorki. Dopiero ta książka rozwikłała dla mnie tajemnicę okładkowych inicjałów. Pochodząca z Australii autorka naprawdę nazywała się: Helen Lyndon Goff. Tyle że nikt nie wołał na nią inaczej jak Lyndon. Irlandzkie imię, nadawane od dziesiątek lat w rodzinie ojca zarówno dziewczynkom i chłopcom, a oznaczające wodę i kamień. Kiedy postanowiła wydać książkę o Mary Poppins, przyjęła jako nazwisko imię swojego ojca: Traversa Roberta Goffa. Pamela twierdziła, że chciała wydać książkę o Mary Poppins anonimowo, ale wydawca wpadł w szał i umieścił moje nazwisko. Pierwotnie podpisałam się jako P.L. Travers, bo miałam wrażenie, że w owym czasie wszystkie książki dla dzieci napisały kobiety, a nie chciałam, żeby autorstwo przypisywano mężczyźnie czy kobiecie, tylko po prostu człowiekowi”.(Str. 189).

To rzetelna biografia, wzbogacona licznymi fotografiami, nienużąca, pokazująca jak skomplikowane może być ludzkie życie. Dla miłośników cyklu o kultowej niani – na pewno lektura obowiązkowa.


Wydawnictwo Marginesy