Świat jest stworzony po to, aby stać się kiedyś piękną książką
Archiwum
Zakładki:
Książki 2013
Książki 2012
Książki 2011
A tutaj piszę o książkach
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Dekoratorskie
Książki - 2010
Książki- 2008
Książki- 2009
Napisz do mnie
Piszą o książkach
Strony o książkach
Szablon mojego bloga
Wydawnictwa
Wyzwania czytelnicze
Zaglądam również TU
Tagi
Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać
niedziela, 26 kwietnia 2015

Do przebywania na świeżym powietrzu specjalnie namawiać nie trzeba:) Napisano na ten temat naprawdę wiele mądrych książek. Autorka tego poradnika natomiast podpowiada, co zrobić, aby zwykła wycieczka do lasu, parku, na dwór była wyprawą atrakcyjną, podsuwa pomysły, by dzieci zainteresować otaczającym je światem przyrody - pełnym mniejszych i większych cudów. Książka składa się z krótkiego wstępu, w którym czytamy o potrzebie zabawy w życiu małego dziecka. Ciekawe są punkty, które mówią o tym, jak należy zachowywać się w lesie i co należy ze sobą na taki spacer ze sobą zabrać. Wiele z tych zabaw można zaproponować dzieciom spontanicznie. Inne - należy wcześniej zaplanować,a być może nawet wcześniej ukryć rekwizyty (np. poszukiwania tajemniczego skarbu). Książka podzielona jest tematycznie na kilka rozdziałów: zabawy ruchowe, Zabawy w rycerzy i inne przygody, O leśnych skrzatach, Życie Indian i dzika dżungla, Pobudzamy wszystkie zmysły, Bawimy się i majsterkujemy, Sen i relaks.

Każda zabawa/ gra jest opisana w następujący sposób: wiek, liczba uczestników, czas trwania i pomoce. Następnie krok po kroku omówione są wszystkie zasady zabawy. Niektóre z zabaw mają więcej niż jeden lub dwa warianty. W takim przypadku są opisane wszystkie możliwości. Autorka proponuje zabawy proste z niewyszukanymi rekwizytami. Na końcu podpowiada różne pomysły na zainteresowanie dzieci przyrodą: projekty realizowane w lesie, poznawanie przyrody przy pomocy lupy, szkła powiększającego, w oparciu o przemijające pory roku; następnie: poznawanie wody poprzez obserwację kijanek, zabaw z wodą, prowadzenie badań w strumykach, jeziorze, stawach i kałużach, rozpuszczanie sopla lodu; wycieczki do pszczelarza, ogrodnika, gospodarstwa rolnego, założenie ogródka, sadzenie roślin w doniczkach i inne.

Książkę mogą wykorzystać nauczyciele klas początkowych, wychowawcy przedszkoli oraz rodzice.

W ramach serii "Nowe gry i zabawy dla badaczy przyrody" ukazały się:

gry i zabawy ruchowe, pobudzające wszystkie zmysły i rozładowujące złość.


Wydawnictwo Jedność

środa, 22 kwietnia 2015

Każde ćwir kojarzy mi się nieodłącznie z wiosną. A ta przecież niedawno nadeszła. Lektura bardzo na czasie – i to wcale nie z tego powodu, że o ptakach traktuje. Chociaż z drugiej strony, czy faktycznie o ptakach? Na ocenie zaważyły inne aspekty dotyczące tej nietuzinkowej, mądrej i oryginalnej książki. To taka jaskółka na wiosnę, że w relacjach międzyludzkich może coś drgnąć, zmienić się. I to zdecydowanie na lepsze.

Walter i Tina nie mają dzieci. Pewnego dnia mężczyzna znajduje pod krzakiem dziwne stworzenie – to ani dziewczynka, ani ptak. Dziewczynoptak, czy ptakodziewczynka? Walter bierze stworzenie do domu, ku radości swojej żony. Ta pragnie wychować je na dziewczynkę. Ptyś (to jej imię) uczy się jeść jak człowiek, mówić. Tina stroi Ptyś w różnobarwne ciuszki. Choć jej starania nie przynoszą oczekiwanych wyników, dwójka ludzi kocha Ptyś całym sercem, a małe sukcesy w ludzkim wychowaniu dają nadzieję na „lepszą” przyszłość.Lepszą specjalnie napisałam w cudzysłowie – bo lepszą dla kogo: dla Waltera i Tiny czy dla Ptyś? Ta pewnego dnia odlatuje w świat, zostawia dwójkę przybranych rodziców i szuka swojego miejsca na ziemi. Walter i Tina postanawiają odnaleźć Ptyś, która nie pożegnała się z nimi przed odlotem.

Książka traktuje przede wszystkim o tolerancji. Przybrani rodzice na początku mają też z tym problem. Trochę wody musi upłynąć, aż zrozumieją w końcu, że Ptyś ma prawo sama dokonać pewnych wyborów. To też lektura o wstydzie z powodu inności. Wprawdzie Tina kocha Ptyś, ale maskuje jej skrzydełka pod dziwnymi pelerynkami – bo przecież: co ludziska powiedzą. To w końcu opowieść o szukaniu swojej tożsamości. Ptyś za sprawą wychowania „na ludzi” nie przynależy ani do świata ptaków ani ludzi. Musi stawić czoła wszelkim problemom i przeciwnościom – a tych, przyznajmy, w dzisiejszym świecie (jeśli ktoś inaczej myśli, wygląda) na pewno nie brakuje.

Oryginalna grafika, ciekawe rozwiązania fabularne, mądre przesłanie sprawiają, że mamy przed sobą książkę jedyną w swoim rodzaju. Udowadniają to też liczne nagrody, którymi książkę uhonorowano. Wydawnictwo Dwie Siostry po raz kolejny pokazuje, że nie stroni od tematów trudnych i kontrowersyjnych. Książka na pewno oswaja takie problemy, wyjaśnia dzieciom i pomaga zrozumieć i zaakceptować.

Wiek  8+

Wydawnictwo Dwie Siostry

wtorek, 21 kwietnia 2015

Kolejna przyrodnicza perełka:) Wydawnictwo Multico nie spoczywa na laurach i co rusz zapodaje smaczne książkowe – przyrodnicze kąski. Mrówka Zofia jest może znana niektórym czytelnikom, ponieważ wcześniej ukazała się seria oddzielnych książek traktujących o kwiatach, drzewach, jagodach i grzybach. Teraz wszystko zostało zebrane do jednego tomu. Ładnie wydana książka, w delikatnych barwach. Apetyt na przyrodę rośnie w miarę jedzenia.

Książka podzielona jest na cztery odróżniające się części – a to za sprawą poszczególnych kolorów. Zieleń -  kwiaty, żółty – drzewa, różowy – jagody i fiolet – grzyby. Mimo tego, że autor jest Szwedem, zapewniam, że wiele z opisanych roślin znajdziemy na rodzimym podwórku. Niektóre występują rzadko, inne są pospolite i występują na każdym kroku. Zresztą – w notatkach albo na dołączonej mapce naszego kraju widnieje informacja, gdzie występuje dana roślina.


Niezbyt długie teksty zawierają mnóstwo rzeczowych informacji i ciekawostek nie tylko na temat tytułowych kwiatów, drzew, grzybów i jagód, ale również zwierząt, które nierozerwalnie związane są z danym gatunkiem: żyją np.  w symbiozie, uważają daną roślinę za przysmak, lub stają się jej niewolnikiem (patrz np. pszczolinka i obuwik pospolity).

Dana strona wygląda tak: najpierw nazwa opisywanej rośliny, następnie krótka jej charakterystyka zawarta w jednej sekwencji:  

Np. Szmaciak gałęzisty – skarb w sosnowym lesie, Czereśnia dzika – przodek czereśni ogrodowej, Buk pospolity – dzięki niemu wiosna błyszczy, Jastrun właściwy – lądowisko dla owadów.


Następnie ogólne informacje i ciekawostki, dotyczące danego gatunku, zapiski Zofii – to ważne krótkie informacje zawarte w małej tabelce, oprócz tego rymowana sekwencja wypowiedziana przez Mrówkę:np.  (o dębie) Trochę się boję tej wysokości, lecz widzę dęby w całej okazałości. Na dzieci na wielu stronach czekają również zagadki związane z danym tematem: dzieci liczą liście, grzyby, owady, szukają ukrytych szkodników, zgubionego kasztana. Część o kwiatach ma jeszcze dodatkowy kwiat z dwunastoma płatkami – symbolizującymi poszczególne miesiące. Na kolorowo zaznaczone są te płatki, na które przypada okres kwitnienia.


Książka jest pięknie zilustrowana. Co rusz pojawia się przewodniczka po świecie przyrody  - czyli tytułowa Mrówka Zofia. Mnóstwo ilustracji przedstawiających rośliny, zwierzęta, szczegóły anatomiczne. Sceny realistyczne z bajkowymi – np. owady, które wyciągają Mrówkę Zofię z rosiczkowej opresji. Tych bajkowych ilustracji jest zdecydowanie mniej. Podoba mi się kolorystyka – pastelowa, nienachlana, stonowana.

Wiek 7+

Wydawnictwo Multico

czwartek, 16 kwietnia 2015

Pamiętam zdjęcie Astrid Lindgren w listach od czytelników. Dosłownie. Przez długie lata dostawała dosłownie worki korespondencji z całego świata. Pomyślałam sobie wtedy - Współczuję. Po ludzku - tak po prostu. Bo jednak pisarz/ pisarka - zwłaszcza taki bardzo popularna - a Lindgren taką niewątpliwie była - ma prawo do prywatności, do czasu wolnego, do nicnierobienia. A te wory listów naprawdę nie wróżyły niczego dobrego. Astrid Lindgren długo i cierpliwie jednak na te wszystkie listy odpisywała. W końcu poprosiła, by ...  nie zachęcać dzieci do pisania tych listów, bo ona najzwyczajniej w świecie nie ma czasu na pisanie książek. O Sarze (wówczas) Ljungcrantz - dwunastoletniej, rezolutnej dziewczynie ze Smalandii - można powiedzieć, że miała szczęście. Astrid Lindgren bowiem nie tylko odpisała na jej list, ale kontynuowała tę korespondencję przez 31 lat: od 1971 roku do 2002 roku (to rok śmierci pisarki). 

Musiało być coś, co przykuło uwagę znanej autorki wielu książek. Spośród tysięcy dzieciaków Astrid wybrała właśnie Sarę na korespondencyjną przyjaciółkę. Pretensjonalną i zbuntowaną. Nigdy wcześniej i później tego nie uczyniła. Pierwszy list Sary do Astrid nie był peanem na cześć pisarki. Był pełen pretensji i niespełnionych nadziei. Sara chciała zostać aktorką i czyniła Astrid wyrzuty, że strasznie źli aktorzy grają w filmach nakręconych na podstawie książek Lindgren. Prosiła o pomoc w dostaniu się na na zdjęcia próbne. Sara nie zagrała w żadnym filmie, ale zyskała coś znacznie lepszego - zyskała przyjaciółkę, starszą, bardziej doświadczoną, która stała się powiernicą wielu dziewczęcych sekretów i tajemnic. Astrid często wspominała o tym, że o niej myśli. Nazywała ją: Saro, moja Saro lub Hej, ty ładna dziewczynko. Zagubiona nastolatka pisała o swoich smutkach, planach na przyszłość ("Kiedy będę dużą, piękną i znaną aktorką"), nastawieniu do używek ("Z wódką i narkotykami nie zamierzam zaczynać"), literackich fascynacjach, psychicznych problemach, czasem poruszała trudne tematy - których zapewne nie chciała dotykać w rozmowie z najbliższymi i koleżankami. Astrid doradzała, napominała, nawiązywała do aktualnych wydarzeń, opowiadała o swojej rodzinie, pytała o zainteresowania i czas wolny. Sara musiała czuć się dla Astrid kimś ważnym. Może faktycznie w tej młodziutkiej dziewczynie z rodzinnych stron Astrid widziała samą siebie. Jeśli czytaliście biografię Lindgren, pewnie wiecie, że nie miała łatwego życia w młodości. Ledwie wiązała koniec z końcem, oddała nieślubnego syna na wychowanie. Na pewnym etapie życia zabrakło takiej właśnie osoby, jaką ona sama stała się dla młodziutkiej Sary. Po lekturze tych listów mogę pokusić się o stwierdzenie, że dała jej szkołę życia, pomogła jej wejść w dorosłość, pomogła zrozumieć zawiłości tego świata, poradzić sobie z problemami. Pisarka zaangażowała się w tę przyjaźń - ile Sara z tego zabrała dla siebie - to już jej prywatna sprawa.

Listy te to nie tylko historia ciekawej przyjaźni. To przede wszystkim kolejna możliwość bliższego poznania pisarki. Wiele tu historyjek, ciekawostek szczegółów z życia, których na próżno szukać w oficjalnych biografiach. I to jest wartość dodana tej książki - z której - ja osobiście bardzo się ucieszyłam.

Wydawnictwo Nasza Księgarnia 

wtorek, 14 kwietnia 2015

O królowej Bonie napisano tak wiele, powstał film fabularny, co rusz pojawia się jakiś artykuł w prasie, uczą o niej na lekcji historii. Właściwie każda gospodyni ma od czasu do czasu na co dzień do czynienia z bardzo prozaiczną spuścizną po włoskiej księżniczce, która pewnego dnia została królową Polski  – mam na myśli włoszczyznę, którą Bona zakorzeniła na amen w pacierzu w kuchni polskiej. Ale nie o Bonie dziś chcę pisać – ale o jej matce: Izabeli Aragońskiej, o której do tej pory było raczej cicho na naszym podwórku. Wiadomo jedynie było – teściowa polskiego króla. Może znawcy tematu zagłębiali się w jej życiorys, jednak przeciętny zjadacz chleba niewiele wiedział. Książka Renaty Czarneckiej ma szansę to zmienić.

Poznajemy  młodziutką Izabelę w drodze do swojego przyszłego małżonka. Zaręczona jako dziecko z Gianem Galeazzo Sforzą od lat marzy o swoim księciu, o dozgonnej miłości, szczęściu małżeńskim. Wymęczona i zmizerowana podczas podróży morskiej dociera w końcu do celu. Czy jej marzenia się ziszczą, czy przystojny małżonek ja pokocha?

Renata Czarnecka pokazała w tej książce całą złożoność dawnej sytuacji, konwenansów. Życie układane przez rodziców, jak targ ludzkim ciałem i uczuciami. Nie mnie to teraz oceniać – takie były czasy. Młoda Izabela jest na to przygotowana, chce wziąć na barki odpowiedzialność, chce zostać dobrą żoną, matką, władczynią Mediolanu. Tylko, że na jej drodze co rusz pojawiają się przeszkody – w postaci stryja Ludovica Sforzy, który to tak naprawdę sprawuje władzę w Mediolanie. Mąż Izabeli też jest wielką zagadką – stroni od żony, nie konsumuje małżeństwa, ciepło przyjmuje podsuwanych mu przez Sforzę kochanków. Izabela musi walczyć o swoją pozycję, władzę dla męża i swoich dzieci, pozycję w towarzystwie, godne miejsce do zamieszkania. Niekiedy jej życie jest w niebezpieczeństwie. Tym samym Czarnecka konsekwentnie burzy mit słodkiej i bezpiecznej egzystencji księżniczki. Życie Izabeli nie ma nic wspólnego z bajkowymi wyobrażeniami o władzy ponad wszystko, wielkim dobrobycie i bogactwie. Księżna jest podporządkowana woli i planom innych, z wściekłością przyjmuje informacje o kolejnych knowaniach stryja. Do końca sama nie wie, kto wróg, a  kto przyjaciel.

Księżna Mediolanu to nie tylko próba przedstawienia postaci, która żyła ponad 500 lat temu. To również i przede wszystkim ciekawy obraz epoki – poznajemy zwyczaje, panujące mody, ludzi epoki. Na kartach powieści pojawia się plejada różnych osób: szlachty włoskiej, dworzan, ambasadorów. Jest również kochanka Sforzy, Cecylia Gallerani, znana z obrazu Leonarda da Vinci Dama z łasiczką.

Renata Czarnecka sprawiła, że od samego początku trzymałam kciuki za włoską księżniczkę. Jestem bardzo ciekawa drugiego tomu, w którym na karatach powieści niewątpliwie pojawi się córka Izabeli: Bona. Jak ją ocenię? Sama Bona wśród historyków jest postrzegana niezbyt pozytywnie (ja przynajmniej takie odnoszę wrażenie). Stąd moja taka ciekawość czytelnicza.

Cieszę się prywatnie z tej książki. Obecnie na rynku mnóstwo jest tytułów, które popularyzują historię, wydarzenia i osoby - tyle że obcą. Nareszcie akcent polski. Akurat w tym przypadku - jeszcze nie bezpośrednio, ale kierunek został już wytyczony. Czekam na ciąg dalszy tej pasjonującej historii.

Wydawnictwo Publicat

Pomelo wraca na wiosnę:) Pamiętacie tego maleńkiego słonia, który mieści się pod dmuchawcem? Różowy jegomość z długą trąbą. Ta część wydaje mi się najbardziej filozoficzna – Pomelo zauważa zmiany wokół siebie – w zachowaniu przyjaciół, warzyw i owoców, ich wyglądzie. Zadaje sobie pytanie: dlaczego tak się dzieje? Dlaczego topinambury nie zaprosiły go na przyjęcie, dlaczego chwasty go przezywają, dlaczego ktoś komentuje jego trąbę? A może tak mu się tylko wydaje? Zwłaszcza wieczorem i nocą nachodzą go smutne czarne myśli. Pomelo postanawia pójść w świat. I chce tego i nie chce. Wyrusza do ogrodu za murem. Tam nachodzą go różne uczucia i refleksje. Ma wrażenie, że pewne rzeczy wydają mu się znajome. Jakby już tu był, jakby to już widział.

Pomelo uczy najmłodszych patrzenia na świat – w różnych barwach – i smutnych i wesołych. To nie bezrefleksyjne czerpanie garściami tego, co niby najlepsze, ale dostrzeganie też jego ciemniejszej strony – jakimi niewątpliwie są smutek, samotność, chęć zmiany w życiu. Pomelo źle się poczuł we własnej skórze i postanawia to zmienić. Pytanie, czy sprawdzi się stare porzekadło: że wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma? Ciekawe, czy Pomelo w następnej części wróci pod swój dmuchawiec, czy powędruje jeszcze dalej? Czekamy:)

Sprawdziłam na półce - po raz pierwszy okładka pomelowa w kolorze niebieskim. Cudna. Taką lubię. Wyborne ilustracje Benjamina Chauda. Filozoficzny tekst - Ramony Badescu. Krótkie sekwencje, które na pewno z chęcią przeczytają początkujący czytelnicy. 

Wiek 3+

Wydawnictwo Zakamarki

piątek, 10 kwietnia 2015

Senne amerykańskie miasteczko jakich wiele. I ludzie, jakich spotkać można często na drodze. Kilka pierwszych stron – i zdziwienie, że można napisać o tym książkę. Kilka kolejnych – i znów zdziwienie, że można o tym napisać TAKĄ książkę. Skończyłam jakiś czas temu i prawdę powiedziawszy siedzi mi w głowie. Ze względu na temat, formę, sposób pisania. Ciekawe – główna bohaterka rzadko jest tutaj na pierwszym planie. Raczej przemyka uliczkami miasteczka, czasem przystaje, by zamienić słówko, wpada na chwile po zakupy, list. Jest tematem ploteczki, ktoś dostrzegł ją z okna, na chwilę zachodzi do jednego z mieszkańców w celu zbierania datków na szczytny cel.  Żona i matka, sąsiadka, nauczycielka matematyki – apodyktyczna, zimna, na dystans, zasadnicza. Nie ma dobrych relacji z najbliższymi, nie ma przyjaciół. Zwykłe szare życie, codziennie odhaczane – że zaliczone. A jednak jest coś, co przyciąga uwagę, nasze zainteresowanie. Może to właśnie owa zwykłość tej kobiety, która rzadko jest spotykana w książkach czy filmach. Musi być wyrazisty bohater, którego życie jest na tyle dobre, by zainteresowało czytelnika czy reżysera. Może właśnie ta możliwość znalezienia siebie na kartkach dobrej książki (uwaga – Pulitzer 2009) zmusza do czytania do końca. Nie ukrywam – naprawdę z przyjemnością. Weryfikacja własnych doświadczeń, relacji z innymi. Ciekawość – jak skończy się życie tej kobiety – na pozór przeciętnej, bez wyrazu. Za ciężkiej, za potężnej – jak na Amerykankę. Przecież literatura i film przyzwyczaiły nas do amerykańskiego kanonu … pięknej brzydoty. Tutaj Olive została pokazana bez make-upu, w babciowych ciuchach, człapiąca, z masą ciała. Jakże inna od wiecznie młodych i rozświergotanych , wiecznie szczęśliwych i uśmiechniętych panci. Fenomen Olive to fenomen kobiety prawdziwej, namacalnej, spotykanej tu i tam. Może ocenianej przez pryzmat własnych doświadczeń?

Książka została wydana kilka lat temu pod innym tytułem: „Okruchy codzienności”. Świetnie odzwierciedla jej treść.

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

czwartek, 09 kwietnia 2015

Czy znacie „Pamiętnik Blumki” Iwony Chmielewskiej? Opowiadający o życiu w sierocińcu na Krochmalnej w Warszawie? O wychowankach Doktora? „Ostatnie przedstawienie panny Esterki” to swego rodzaju kontynuacja tamtej książki. Choć napisana i zilustrowana przez innych autorów jest dopełnieniem tamtego życia: jeszcze wesołego, beztroskiego, sytego, bezpiecznego, wypełnionego zabawą i krzykami. Jednak tamtego świata już nie ma. Teraz jest sierociniec w getcie warszawskim – gdzie zimno, głodno, ciemno. Cisza przerywana od czasu do czasu cichą grą na skrzypcach małego Lutka. Blisko 200 dzieci w różnym wieku. Niczego nie mają – jedynie kilka wspomnień z dawnego życia – zniszczoną zabawkę, fotografie najbliższych, których już nie ma. I apetyt – na jeszcze. Na kolejną kromkę chleba i na  życie. Niekiedy znak z zewnątrz – że jednak ktoś o nich pamięta. Jakiś skromny datek, paczka żywnościowa, kwiaty. Dzieci w obliczu śmierci, zwykła codzienność – niepewna, pełna strachu. I trzech opiekunów: Korczak, pani Stefa i panna Esterka. To właśnie ta ostatnia osoba proponuje Doktorowi, by w sierocińcu wystawić sztukę Tagorego, hinduskiego poety  i filozofa. „Poczta” opowiada o śmiertelnie chorym chłopcu Amalu, który nigdy nie opuszcza swojego pokoju.

Przygotowania do przedstawienia, dziecięce zaangażowanie w naukę roli, ruch sceniczny, stroje dają nową jakość życia w tym smutnym miejscu. Pozwalają zapomnieć o rzeczywistości, która kojarzy się z bezimiennym wartownikiem na ulicy. Może nauczycielem? Kelnerem, zamiataczem ulic, rejentem? Dobrym, złym, który został wplątany w piekło na ziemi mimo woli? Relacje małej Geni przeplatają się z wypowiedziami Janusza Korczaka. Dziecięce spojrzenie na świat – jeszcze naiwne, jeszcze czepiające się szczegółów, drobnostek – z przemyślaną i filozoficzną oceną dojrzałego mężczyzny, który już zna życie i obawia się najgorszego. Spisane na maszynie do pisania. Przez to jakieś bardzo namacalne i autentyczne.

Książka, o której trudno pisać: biało lub czarno. Trudno ją zakwalifikować do jakiejkolwiek kategorii. Na pewno ważna. Na pewno dla czytelników w różnym wieku – każdy na pewnym etapie swojego życia odczyta ją inaczej. Nie do czytania przez dziecko w samotności. Jako wstęp do rozmowy na trudniejsze tematy, jako wstęp do szczegółów. Pięknie zilustrowana. W kolorach takich, jakie wyobrażam sobie do określenia słowa: wojna. Szaro – buro. Jakby autorka ilustracji mieszała ziemię z wodą, i tym błotem mazała po ścianach budynku za murami. Jest smutno, cicho. Wyzierają z każdego kąta głód, strach. Bez promyka słońca, nadziei. Tylko kwiaty ofiarowane sierotom mają mocniejszy akcent.

Jak opowiadać o wojnie dzieciom? Chyba każdy z nas rodziców stanie kiedyś przed takim dylematem. Nie umiem powiedzieć komuś: To już ten czas. Zawsze wolę najpierw sama przeczytać, obejrzeć, by potem podjąć właściwą decyzję. Rodzice znają wrażliwość swojego dziecka. Bo są filmy i filmy o wojnie. I są książki i książki o wojnie. Wszystko można dozować w odpowiednich ilościach i w odpowiednim czasie. Jedno jest pewne – nie da się pewnych rzeczy uniknąć – kolor czarny istnieje.

Wiek 8+

Wydawnictwo Media Rodzina

środa, 08 kwietnia 2015

Skrawki błękitu mają coś wspólnego z Dawcą. I tam i tu (bez porównań się nie obejdzie) przedstawiona została pewna społeczność – na odpowiednim poziomie cywilizacyjnym. I tak jak w Dawcy była to zdecydowanie nowoczesność, świat w przyszłości, tak w Skrawkach błękitu mamy do czynienia z cywilizacją bardziej cofniętą w czasie. Nie powinnam zacząć od porównań, bo to zdecydowanie dwie różne książki, jednak i tu i tam świat bohaterów kończy się w pewnym momencie, wyznaczona została pewna granica, za którą czają się: nieznane, niebezpieczeństwa i bestie. Być może te dwa światy gdzieś koło siebie istnieją. I choć nie wierzę raczej w to, aby Jonasz z Dawcy pojawił się w świecie Kiry, to jednak sam pomysł na książki każe brać pod uwagę taką koegzystencję w wielkim wszechświecie za całkiem możliwy. Popatrzmy w niebo. Czy jesteśmy w stanie powiedzieć na sto procent, że tam gdzieś w dali są ludzie tacy jak my? Lub wykluczyć taką ewentualność. A jeśli są to na jakim żyją poziomie?

Kira ma wykręconą jedną nogę. Właściwie nie powinna żyć. To, że przetrwała w twardym i bezwzględnym świecie silnych, zawdzięcza matce, która przed laty uparła się, że nie odda jej na Pole – miejsce, na które ciągacze wywlekają chorych, kalekich, słabych i zmarłych. Pole, na które przychodzą bestie. Bestie wywołują strach wśród społeczności, w której kobiety razem z dziećmi mają swój własny świat, a mężczyźni – swój. Ciekawe, że tylko nieliczni owe bestie widzieli. Niebezpiecznie jest mówić, że „żadnych bestiów nie ma”. Kiedy Kira traci matkę w dziwnych okolicznościach, zaczyna bać się o swoje życie. Teraz już nikt nie będzie walczył o nią: kruchą, słabą, poszkodowaną przez los. Jednak Kira ma pewien talent – potrafi pięknie tkać, wyczarowywać wymyślne wzory, łączyć kolory. Jest potrzebna tej społeczności, która raz do roku spotyka się na Zgromadzeniu, podczas którego śpiewak w pięknej szacie przedstawia historię tej małej społeczności. Kira znajduje schronienie, pracę, pożywienie, jednak coraz częściej dociera do niej, że świat ten – wygodny, z bieżącą cieplą wodą, tak naprawdę jest iluzją bezpieczeństwa.  

Lois Lowry zaprasza do tego świata - który prawdę powiedziawszy we mnie obudził lęki. Na pozór bezpieczny - w społeczności są ludzie odpowiedzialni z to, aby jej członkowie czuli się pewnie, niczym niezagrożeni. Jednak dziwne spojrzenia, zachowania z Rady Opiekunów, ich niedopowiedzenia, w końcu losy niektórych mieszkańców nakazują mieć się na baczności. Kira poznaje wiele prawd na końcu książki, których nie zdradzam. I po prostu - z perspektywy czytelnika boję się o tę dziewczynę, która budzi moje ciepłe uczucia. Chciałoby się powiedzieć wręcz - idź dziewczyno, uciekaj. Jednak w książkach Lois Lowry nic nie jest łatwe - ani wybory, ani decyzje. Może odpowiedź da kolejna książka, która niedawno się ukazała? Mam na myśli "Posłańca":)

Wiek 14+

Wydawnictwo Galeria Książki