Świat jest stworzony po to, aby stać się kiedyś piękną książką
Zakładki:
Książki 2013
Książki 2012
Książki 2011
A tutaj piszę o książkach
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Dekoratorskie
Książki - 2010
Książki- 2008
Książki- 2009
Napisz do mnie
Piszą o książkach
Strony o książkach
Szablon mojego bloga
Wydawnictwa
Wyzwania czytelnicze
Zaglądam również TU
Tagi
Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać
wtorek, 26 kwietnia 2016

Kilka lat temu w środku mojego miasta wybudowano betonowe monstrum. Na ten temat rozpisały się lokalne i ogólnokrajowe gazety. Architekci, historycy sztuki wyrażali swoje oburzenie: jak można było postawić coś takiego w bezpośredniej bliskości perły baroku, zabytku historii. Betonowa cukierniczka podzieliła moich znajomych na zdecydowanych przeciwników, na obojętnych i na zwolenników. To pokazało jak różne są nasze gusta, jak różnie widzimy otaczającą rzeczywistość. To, co dla niektórych jest koszmarkiem architektonicznym, innych w ogóle nie zajmuje, z kolei jeszcze inni dopatrują się ładności, a nawet piękna. Tak jak we wspomnianym betonowym silosie, który niektórym ponoć nawet kojarzy się z … obserwatorium astronomicznym. Ot, taki nowy symbol miasta, który widać z daleka, gdy zbliża się do G.

Ta historia pokazuje jak różne twarze mają piękno i sztuka. Zresztą doskonale widać to w książce, która jest znakomitą kontynuacją serii „Dzieci filozofują”. Jednak z góry chcę przestrzec, że książka nie daje gotowej odpowiedzi, nie wskazuje jednej jedynej drogi, którą należy pójść, by na samym końcu dotrzeć do celu. Niczego nie neguje i nie potwierdza. Lektura definiuje pewne pojęcia, rozbiera je na czynniki pierwsze, jednak tym samym nie wyczerpuje tematu, motywując do dalszych poszukiwań.

Całość jest podzielona na sześć części, które są tylko punktem wyjścia, bowiem autor na początku każdej z nich zaczepnie stawia pytanie. Ciąg dalszy to różne warianty odpowiedzi na nie, które z kolei wywołują dalsze rozterki i powodują dalsze pytania.

I tak w rozdziale „Uniwersalność” szukamy odpowiedzi na pytanie: czy wszyscy tak samo pojmujemy piękno? W „Kryteriach” – co jest piękne i kto jest piękny? W „Zrozumieniu” - czy powinniśmy rozumieć piękno? W „Artyście” – czy każdy z nas jest artystą? „Wolność” prowokuje do następujących poszukiwań: Czy aby artysta jest wolny, kiedy tworzy? A w „Użyteczności” – do czego służy sztuka?

Nie ma tu poważnych dyskusji na temat piękna i sztuki. Ups. Wracam. Oczywiście, że temat został potraktowany poważnie – jednak unika się trudnych i zagmatwanych słów i pojęć. Mały czytelnik ma zrozumieć, że to wszystko jest dla niego, a obydwa tytułowe elementy są częścią codziennej rzeczywistości. Rozważania w książce Brenifiera są jak kamienie w domino. Znacie ich działanie. Jeden uderza o drugi, drugi o trzeci i tak dalej. Podobnie jest z pytaniami dzieci. Gdy chcą dotrzeć do prawdy wiercą dziurę w brzuchu. Każde pytanie to zaledwie punkt wyjścia, swego rodzaju prowokacja. Autor nie daje gotowych odpowiedzi. Forma tej książki zachęca do szukania własnych sformułowań, do pójścia własną drogą.

Książka ma przemyślaną i poukładaną konstrukcję. Przypomina tradycyjny organizer, w którym łatwo szybko odnaleźć to, co nas interesuje. Każdy rozdział ma swoją zakładkę, każdy oznaczono innym kolorem. Lekkości dodają ilustracje, którym często nie brak humoru. To ważny element książki filozoficznej, bowiem ta nauka często kojarzy się z czymś trudnym, poważnym. Tymczasem jak się okazuje (to też zasługa całej serii) – filozofia jest dla każdego – a już na pewno dla dzieci.

Chciałabym, by ta książka znalazła się w każdej bibliotece, by była wykorzystywana na zajęciach – bo uczy samodzielnego myślenia, wysuwania wniosków, argumentowania. Daje odwagę do wyrażania własnych myśli. A ten tytuł – o pięknie i sztuce, mógłby przyczynić się do tego, że częściej zwracalibyśmy uwagę na to co piękne blisko i daleko. Łatwiej byłoby zdefiniować brzydotę i jej uniknąć. Może otwarłby nam szerzej oczy, może pomógłby spojrzeć dalej niż na czubek swojego nosa. Znów: ups: komórki albo laptopa. Może pomógłby szukać piękniejszych symboli miasta niż zwykły betonowy silos górujący nad miasteczkiem, które ma ponad 700-letnie tradycje.

Wiek 6+

Wydawnictwo Zakamarki

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Tomasza Samojlika cenimy za jego serię o Ryjówce Dobrzyku. Tutaj miłe zaskoczenie. Poznajemy autora z zupełnie nie-komiksowej strony. Puszczańska saga dla dzieci o pewnej żubrzej rodzinie, którą tworzą: potężny tato żubr Pomruk, mama żubrzyca Porada i dzieci: Pompik  i Polinka. Mieszkają na polanie w samym środku puszczy.

Samojlik otwiera przed dziećmi świat, który jest dostępny dla nielicznej grupy. Bo przyznajmy: niewielu z nas wybierze się na wschodnią granicę, by spotkać się oko w oko z królem Puszczy Białowieskiej. Zresztą: pojechać – to jedno, mieć szczęście i faktycznie spotkać zwierza jak się patrzy – to drugie. Stąd warto skorzystać z okazji i przekonać się książkowo, co na żubrzej polanie w trawie piszczy. A dzieje się wiele. Autor przemyca do fabuły niektóre informacje  o życiu tych zwierząt, personifikuje bohaterów, czyniąc z nich aktywnych uczestników wielu przygód. W tle pojawiają się inne zwierzęta – to doskonała okazja, by opowiedzieć w atrakcyjny sposób o przyrodzie, która wielu wydaje się być taka nudna.

Żubry, zwłaszcza Polinka i Pomruk, jest jak dwójka najzwyklejszych dzieciaków: lubią psocić, bawić się w przepychanki, przebieżki dookoła polany, wpadanie na drzewa. Dzieci dowiadują się, że niektórych zwierząt nie sposób zauważyć, że żubry wymieniają wiosną sierść, natomiast żubrze kłaczki (po czochraniu o korę drzew) są cennym materiałem budulcowym gniazd wykorzystywanym chętnie przez inne zwierzęta: np. wiewiórki (czy wiedzieliście, że wiewiórki również budują gniazda?!!!). Mnóstwo ciekawostek o lesie i jego mieszkańcach, również takich, że dzięcioły inaczej stukają w drzewa, gdy szukają larw, inaczej gdy wykuwają dziuplę, i jeszcze inaczej gdy oznaczają swój teren.

A małe żubry jak dzieci wyprawiają się w niedaleki nieznany świat, oswajają okolice, znajomych, podpatrują inne zwierzęta, uważają, by nie deptać ptasich gniazd w trawie, by nie wpaść na sarniątka, walczą z meszkami – tarzają się w ziemi i wzbudzają tumany kurzu.

Urocza prosta proza, która zachęca do wypadów w naturę. Ciekawe opisy przyrody i wydarzeń w puszczy, żartobliwe dialogi. Ilustracje trochę kojarzą mi się z dawnymi czeskimi kreskówkami, do których wielu z nas wraca z rozrzewnieniem. Co mam na myśli? Oryginalność, humor, czar i swego rodzaju naiwność dziecięca, której brak w popularnych amerykańskich produkcjach dla dzieci. Ale to już temat na jakiś inny dłuższy wpis. Tymczasem zachęcam do odwiedzin w Puszczy, o której w mediach ostatnio głośno. Książka Samojlika uzmysławia i rodzicom i dzieciom, że mamy coś, czego nie ma nikt w całej Europie. Coś, czego wszyscy nam zazdroszczą. I uzmysławia nam – że warto o to walczyć. Piszę ciągle bezosobowo – to, tamto, coś. A przecież nasza Puszcza to SKARB!

Wiek 5+

Wydawnictwo Media Rodzina

niedziela, 24 kwietnia 2016

Ciekawe, jakie macie skojarzenia słysząc słowo: „koala”. Mnie od razu kojarzy się z puszystym futrem, do którego chciałoby się przytulić, zatopić w nim wręcz. Miś (!) koala budzi wyłącznie ciepłe uczucia. Dlatego książka Rafała Witka zaskakuje na wielu płaszczyznach. Jego Koala walczy o swoje, próbuje przekazać jaki jest w istocie. W tej kartonówce nie ma on za wiele wspólnego z puszystym osobnikiem z drzewa i wcinającym soczyste liście eukaliptusa. To nie pluszak, którego można zagłaskać na śmierć, któremu by się dało wejść na głowę (co niektórzy w książce próbują). Nie lubi cmokania w nosek, wycierania smarków w jego futerko, głaskania, przytulania, spoufalania się. Jednym słowem: koala trzyma dystans. Książkowy Koala ma zadziorną minę, chochlika w oku. Pokazuje dzieciom, że nie można wymusić na nim zachowań, których się od niego oczekuje, a  których on w istocie nie lubi. Do książki przemycono zgrabnie kilka ciekawostek przyrodniczych, a co najważniejsze zwrócono uwagę, że koala to … nie miś. Cudnie w te przepychanki, tupanie, przeciąganie liny wpisują się ilustracje Emilii Dziubak. Jej Koala ma charakter, jest postawny, budzi respekt. Z Koalą można obcować, ale wszystko musi być fair play. I na pewnych zasadach. Ich łamanie nie wchodzi w grę.

Kartonowa książka do częstego obcowania z małymi rączkami, do wielokrotnego przewracania kartek. Książka kolorowa, solidnie wykonana.

Wiek 2+

Wydawnictwo Bajka

sobota, 23 kwietnia 2016

Kolejna ciekawa propozycja i dla dorosłych i troszkę starszych dzieci: kolorowanka w magicznym klimacie, w której baśniowość przeplata się ze światem realnym. Komnata czasu to rysunkowa opowieść o wyprawie wróżki, która na chwilę opuszcza swój tajemny ogród i odwiedza świat, w którym mieszka mała dziewczynka. Towarzyszymy wróżce i małej sówce w różnych miejscach. Kiedy już do nich wchodzimy, nasza uwaga skupia się na szczegółach wyposażenia. Pokój dziewczynki – widzimy w całej jego perspektywie, za chwilę skupiamy się na żyrandolach, zasłonie, wazonie z kwiatami. Podobnie jest z innymi miejscami. Razem z wróżką zaglądamy do biblioteki, kosza piknikowego, przybornika z nićmi, zegara. Autorka namawia nas do kreatywności: w specjalnie wyznaczonych miejscach można dorysować kwietne balony, skarby, swoją bibliotekę. Kolorowanka pełna jest szczegółów i szczególików, które należy wypełnić. To pewnie spowoduje pewną trudność dzieciom – stąd zdecydowanym odbiorcą są dorośli. Choć tematyka przypadłaby pewnie do gustu zwłaszcza małym dziewczynkom, które lubią historie o wróżkach i ich rówieśniczkach osadzonych w bajkowym świecie.

Wydawnictwo Vesper

piątek, 22 kwietnia 2016

O emocjach i uczuciach wierszem. Na przykładzie myszki, która ma w sobie wiele z naszych dzieci: ze smutku opadają jej uszka, złości się cała, obrażona staje nosem do ściany, a z radości potrafi skakać do sufitu. Znamy to z własnego podwórka. Krótkie wiersze, wpadające w ucho, w których pojawiają się strach, smutek, radość, dąsy, głód, rozpacz, płacz, miłość. Na przykładzie myszki dzieci nazywają uczucia i emocje, rozpoznają je, uczą się nad nimi panować. Jednocześnie wierszyki pokazują, że negatywne uczucia i emocje są częścią mysiej (i ludzkiej) natury, nie ma co ich negować i tłumić. Na przykładzie doświadczeń myszki można z maluchami porozmawiać o tym, jak sobie radzić ze złymi emocjami.

Wiersze Gellner (autorki takich hitów jak „Zuzia – lalka nieduża” czy „A ja rosnę”) są rytmiczne, łatwo je zapamiętać. Może gdy ogarnie nas smutek albo miłość ociepli serducho, przypomnimy sobie te dwie strofki:

Smutek myszki jest szary,

wypłowiały, pluszowy,

czasem myszkę ogarnia

od ogonka do głowy.

 

Kiedy kocha – to kocha!

Całym mysim serduszkiem!

Pyszczkiem, łapką, ogonkiem,

Nawet mysim fartuszkiem.

Bardzo podobają mi się ilustracje Dobrosławy Rurańskiej. Pełne są florystycznych motywów. Jako że kocham ogród, lubię w nim spędzać czas wolny, lubię w nim „działać”, zanurzyłam się w tej książkowej naturze po uszy. Pełno tu drzew, kwiatów, traw i grzybów, ziół, jagód. Szczególnie fajnie było hasać w przyrodzie w nocy. Pięknie został pokazany świat roślin pod osłoną nocy. Przy świetle gwiazd zwykłe niezwykłe „zielsko” nabiera charakteru. To już nie tylko kępy traw i gęste liście, które widzimy podczas spaceru. Tu zostały pokazane w ciekawej poświacie – a efekt robi wrażenie. Jest poezja w tym świecie.

Wiek 3+

Wydawnictwo Bajka

niedziela, 17 kwietnia 2016

W tych kotach można się zakochać od pierwszego wejrzenia: dziergane, z filcu, z kicika (tak dzieci mówią na puszysty materiał), przyozdobione koralikami, ptakami, syrenim ogonem, z naręczem gwiazd. Czarne, białe, rude, szare – ale też zwariowanie zielone, w odcieniach niebieskiego, żółte. Z pięknymi kocimi oczętami. Jakie są koty w tej książce? Niby takie niewinne, a jednak bestie w środku, z artystyczną duszą, buszują wśród gwiazd, wyjadają cioci łakocie, kochają (!) Polskę. Ale oprócz tych cudowności koty w wierszach Brykczyńskiego są jak zwykłe koty: mruczą, łapią myszy i muchy w locie, miauczą, chodzą w nocy, śpią w dzień, drapią pazurkami nowy fotel, włóczą się po dachach, sypią iskry, i oczywiście chadzają własnymi ścieżkami. I wzbudzają tylko ciepłe uczucia. Pięknie zilustrowana książka, wiersze z pazurem (kocim) i łagodne. Elżbieta Wasiuczyńska włożyła w swoje prace tak wiele serca. Również z wierszy Marcina Brykczyńskiego bije dużo pozytywnej energii. Czyżby ta para miała kota na punkcie kota?

Wiek 4+

Wydawnictwo Media Rodzina

wtorek, 12 kwietnia 2016

Poradnik dla rodziców i wychowawców dotyczący dzieci najmłodszych i tych w wieku wczesnoszkolnym. Autorka znana jest z popularnego poradnika: „Każde dziecko może nauczyć się spać”, który do niedawna na aukcjach osiągał niebotyczną cenę. Warto było chwilę poczekać, ponieważ Wydawnictwo w roku bieżącym wydało uaktualnione wznowienie. A co w tej książce: porady i przykłady z życia wzięte jak poradzić sobie w wychowaniu dzieci. Na pewno jest wielu rodziców, którzy bezstresowo wychowują swoje pociechy – jednak Autorka: doświadczony i praktykujący psycholog, już w pierwszym rozdziale zaznacza, że każde dziecko potrzebuje reguł. Anette Kast–Zahn nazywa je, klasyfikuje pod względem wieku, następnie omawia najczęściej spotykane problemy między rodzicami i dziećmi. Generalnie książka została podzielona na 4 długie rozdziały, one z kolei na mniejsze liczne podrozdziały. Pierwsze ważne zagadnienie już znacie, następnie: miła informacja, że wszyscy rodzice popełniają błędy, plan wyznaczania granic i na koniec: co jeszcze możecie zrobić, czyli jak kreatywnie rozwiązywać problemy. Autorka zawsze na początku przedstawia problematykę, często na jakimś bardzo klarownym przykładzie, odnosi się do kiedyś – bowiem wielu obecnych rodziców jest z „innej epoki”. Model wychowania zmienił się na przestrzeni ostatnich lat- stąd sięganie do doświadczeń z dzieciństwa ma też swoje uzasadnienie. Książka jest napisana przystępnie. Właściwie podczas lektury ma się takie uczucie, że bierze się udział w jakiejś rozmowie, podczas której ktoś doświadczony udziela nie tyle porad, co mówi o swoich doświadczeniach, zasłyszanych przypadkach i podaje receptę na rozwiązanie problemu z pozycji specjalisty i rodzica (Autorka ma trójkę dzieci). Co szczególnie ważne, na co warto zwrócić uwagę – wytłuszczono, zaznaczono innym wyróżniającym się kolorem, wstawiono w ramkę. Cenne są zwłaszcza „podsumowania w skrócie”, które zawierają najważniejsze uwagi. Niekiedy skłaniają one do ponownego rozpatrzenia problemu, przyjrzeniu się sprawie raz jeszcze, przekartkowania książki do tyłu.

Bardzo spodobało mi się to, że Annette Kast–Zahn mówi też o swoich doświadczeniach. Nie wykorzystuje do przedstawienia problemu tylko i wyłącznie przypadków swoich pacjentów. Przyznaje sama się do błędów, porażek – mówi, jak się zachowała, gdy zabrnęła w ślepy zaułek. Widać, że nie chce uchodzić za wszystkowiedzącą panią mądrą, która zna receptę na każdą dolegliwość. Podsumowując: znajdziecie tu ciekawe przedstawienie problemu, przykłady z życia wzięte, podpowiedzi co zrobić, by sobie dać rade w codzienności. Na końcu podano dodatkowo pomocną literaturę (ciekawe zwłaszcza dla czytelników niemieckojęzycznych). Książka jest ładnie i solidnie wydana, z kolorowymi ilustracjami, przejrzyście sygnalizuje to, co najważniejsze.

Wydawnictwo Media Rodzina

 

 

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

„Salon d’amour” zdecydowanie poleciłabym raczej kobiecej części czytelników? Dlaczego? Bo to typowa babska książka, a jej zalety być może nie do końca zostałyby prawidłowo zdefiniowane przez męskiego czytelnika. Książka napisana przez kobietę odsłania nasza wrażliwą duszę, która tęskni za miłością, przyjaźnią i ciepłem. Ktoś kiedyś stwierdził, że kobiety są z Wenus a mężczyźni z Marsa – i coś w tym jest. Dwa różniące się od siebie światy. Kobieta z jej potrzebą wygadania się, zwierzenia, wypłakania w czyjś rękaw. I mężczyzna – bardziej tajemniczy, spokojniejszy, zamknięty w sobie. Choć nie zawsze tak jest: przedstawiam dwa obrazki z salonów fryzjerskich: obydwa z mojej rodzinnej miejscowości. Jeden salon to taki, w którym fryzjerka prawie w ogóle nie odzywa się do klientki. Niby że wtedy się zapomina i za bardzo obcina: tu i tam; jednym słowem gadanie w czasie aktu cięcia oznacza jedno: wszędzie za krótko. Więc jest cisza, przekazuje się tylko rzeczowe informacje: po bokach proszę tak i tak, grzywka taka i taka, a tył? I drugi: fryzjer męski, do którego czasem chodzę z moimi synami. Czekam długo, bo klientów tam cala masa. Młody mistrz nożyczek tnie godzinami (dosłownie) i dokładnie, a przy tym miele językiem, plotkuje, podpytuje (przy wszystkich). A mnie z tym niedobrze, bo mi takie zachowanie nijak do faceta pasuje. Pierwsze też nie, bo kobieta fryzjerka powinna mieć w sobie to coś: a co konkretnie? gotowość otwarcia na klientkę.

Takie coś ma właśnie Angelika, która przyjęła na siebie nie tylko rolę fryzjerki, ale też powierniczki i swego rodzaju terapeutki, mało tego … również swatki. I choć nie oczekuję absolutnie tego, że nagle salony fryzjerskie staną się biurami matrymonialnymi to książka i miejsce, w  którym pracuje Angelika mają i klimat, i charakter, i fajną otoczkę. Ten, kto odwiedza Salon D’amour przechodzi swego rodzaju metamorfozę: w wyglądzie i duchowości. I jak to w życiu bywa: szewc bez butów chodzi. Angelika przed kilkoma laty straciła męża. Nie potrafi teraz na nowo ułożyć swojego życia. Pewnego dnia spotyka mężczyznę, który wywołuje drgnienia jej serca. Jednak tu nie zdradzam, jak się skończy ta historia. Pełno w tej książce wątków pobocznych. Można obserwować losy poszczególnych bohaterów: często zagubionych we współczesności. Dalej relacje Angeliki z młodym pracownikiem Rickym. Takim swego rodzaju lekkoduchem, który z życia czerpie garściami, nieprzygotowanym na klęskę i nieszczęście. Dwa zupełnie inne światy, bowiem Angelika to dojrzałość, skuteczność, ambicja i pracowitość. Ciekawe jak ta para się mimo wszystko uzupełnia i rozumie. Lubię książki, w fabułę których wplecione są przepisy kulinarne: czyli tak zwane książki smakowite. Na końcu znajdziecie kilka przepisów, które z powodzeniem realizowały kobiety z rodziny Autorki.

Jeśli szukacie lekkiej lektury na wiosenne popołudnie – to „Salon D’amour” świetnie się do tego nadaje.

Wydawnictwo Media Rodzina