Świat jest stworzony po to, aby stać się kiedyś piękną książką
Archiwum
Zakładki:
Książki 2013
Książki 2012
Książki 2011
A tutaj piszę o książkach
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Dekoratorskie
Książki - 2010
Książki- 2008
Książki- 2009
Napisz do mnie
Piszą o książkach
Strony o książkach
Szablon mojego bloga
Wydawnictwa
Wyzwania czytelnicze
Zaglądam również TU
Tagi
Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać
piątek, 30 maja 2008

                    Van Gogh-1885

O książce tej  usłyszałam kiedyś, przez przypadek- i od tej chwili zaczęłam na nią polować. Lubię książki o książkach, a Przyślę Panu list i klucz  jest nie tylko o książkach, ale i o maniakach czytania. Długo nie mogłam jej zdobyć- cena na allegro i ostatnio w antykwariacie internetowym wahała się w granicach 100zł (!!!), co, muszę tu koniecznie dodać, podsycało jeszcze bardziej mój czytelniczy apetyt. W końcu, gdy wydawać by się mogło, że naprawdę już nie mam gdzie szukać, znalazłam ją, zapomnianią, niepozorną w bibliotecznym magazynie- bo, jak poinformowała mnie pani bibliotekarka- nikt tego nie czytał od lat kilku i wynieśli.

Wystarczyło otworzyć pierwszą stronicę, by się przekonać, że to książka dla mnie- "Książkę tę ofiarowuję maniakom czytania      M.P."  Faktycznie współczesny czytelnik, Anty-Mól-Ksiązkowy, by się zanudził podczas czytania na śmierć. Bo rzecz w niej tylko o czytaniu i o książkach- co mnie z kolei baaaaardzo przypadło do gustu.

To obraz rodziny opętanej przez książki. Już sam tytuł zaczerpnięty z Wesela Wyspiańskiego sugeruje, że dla bohaterów książka jest sensem życia.  Motorem księgomanii jest ojciec rodziny, a dzielnie sekundują mu córki, a zwłaszcza Zosia- narratorka oraz wuj "sienkiewiczolog".

Ojciec czytał ciągle. Czytał przy jedzeniu, czytał w pociągu i w tramwaju, i na przystanku. Czytał po południu w fotelu , wieczorem w łóżku. Najważniejsze obowiązki życiowe odwalał- można by powiedzieć- szybko, uczciwie i precyzyjnie, ale nie wkladając w nie serca ani zapału. Odwalał je też cierpliwie, nigdy się nie buntując, ażeby kupić sobie prawo do zatracania się w książkach podczas godzin należących do niego(...) Ojciec co parę dni wyruszał z teczką na żer. Odwiedzał wtedy dwie biblioteki związkowe i jedną wypożyczalnię prywatną,  z których przynosił nowe naręcza. Miał też swoje meliny u różnych przyjaciół i znajomych, którym rewanżował się Darami Księżycowymi.

Cóż to były te Dary Księżycowe?  Wyjaśnia to Zosia:

"Posiadamy w naszym mieszkaniu dwie biblioteki. Pierwszą nazwaliśmy "Miesiąc Zatajony" według pięknej nazwy herbu pana Snitko z Pana Wołodyjowskiego [...] Zatajone  tam były książki, które czytało się po wiele razy [...] Klucz od tej szafki chowaliśmy w zegarze, lecz dla najbliższej nawet rodziny i przyjaciół był niby zawsze zagubiony [...] Drugą bibliotekę nazywaliśmy "Dary Księżycowe" od tytułu bardzo głupiej książki Farnola". Ta biblioteka była zapełniona "różnymi Zarzyckimi, Dellami i tym podobnymi głupstwami [...] Bardzo chętnie wypożyczaliśmy książki z tych półek, bo jeśli nawet dary księżycowe wywędrowały z naszego domu na wieczne nieoddanie, nikt się tym nie przejmował".

Do bractwa bibliofilskiego nie należała matka- która w ogóle nie rozumiala pasji rodziny i była w niej ministrem finansów.

"Bardzo zabawny był ojciec gdy natrafił na jakiś rodzynek książkowy i pragnął go mieć w Miesiącu Zatajonym. Kokietował wtedy Matkę i czarował, usiłując jej wytłumaczyć, że dla całej rodziny będzie korzystniej nabyć właśnie tę książkę, a bez maszynki do mięsa można się przecież obejść".

Książkę czyta się szybko i przyjemnie. Jakże ona nie pasuje do dzisiejszych czasów. Bo i któryż 12-latek zachwyca się dziś poezją Tuwima i Wierzyńskiego, prozą Żeromskiego?  Gdy wejdzie się się w towarzystwo młodych ludzi, rzadko na przerwach w szkole dyskutują ono o książkach- internet, muzyka, to jest to. Dla wielu spotkanie z książką nieobowiązkową ograniczyło się tylko do Harrego Pottera. No cóż dobre i to. Dlatego też cieszę się, że miałam okazję przeczytać książkę Marii Pruszkowskiej- na wznowienia raczej nie ma co liczyć. Kto ją przeczyta- zrozumie, dlaczego.

P.S.- Drugi tom perypetii zwariowanej rodzinki- Życie nie jest romansem, ale...

 

wtorek, 27 maja 2008

Czytam książkę- z biblioteki. Wiekową, ale nie zaczytaną. Zniszczoną mechanicznie i świadomie. Bo jak wytłumaczyć fakt, że co kilka stron straszy wygięty niechlujnie ośli róg. Czasem maleńki, a czasem zagięty na pół strony. Chwała czytelnikom, co nie zamkną książki, dopóki nie skończą , bo co by to wtedy było, jakby każdy z nas zostawiał po sobie taki namacalny ślad. Anonimowy Czytelnik z Przeszłości musiał się zresztą przy tej książce nieźle namęczyć, bo rogów narobił często i gęsto. Szkoda. Zastanawiam się, czy to tak trudno czymś zaznaczyć miejsce, gdzie ktoś skończył czytać? Ja przyznaję się, że często zamykam książkę, a potem szukam tego miejsca, psioczę wtedy, bo czas to przecież cenna rzecz- albo też staram się zapamietać stronę- co ma może sens, gdy się czyta jedną książkę, ale przy kilku- nie jestem w stanie. Z rozrzewnieniem wspominam czasy zajęć technicznych jak kolorowym kordonkiem obszywaliśmy zakładki do książek.... Moje nie były najpiękniejsze, ale mi służyły:) Z wycieczki do Krakowa przywiozłam ze sobą zakładkę- arras- jakaś scena z polowania. Gdzieś jest.... w jakiejś książce, w której utknęłam między kartkami wieki temu.

W Niemczech wydawnictwa często dodają do swoich książek gotowe, ładnie wydane zakładki. Można wręcz kupić co miesiąc inną. Są tańsze papierowe i droższe- ze skóry a nawet z metalu.  Te ostatnie ponoć potrafią nieźle zniszczyć książkę. Najbardziej podobałaby mi się  zakładka-tasiemka. Szkoda, że myślą o tym wydawcy kalendarzy, książek- niestety rzadko ...

A co najczęściej stosują rodacy? Z moich obserwacji wynika, że wspomniane już zaginanie rogów, często znajduję kartki pocztowe, wyciągi z bankomatów, paragony, kiedyś znalazłam nawet świadectwo szkolne:)- było nawet niezłe. W czasie studiów udało mi sie kupić w sklepie z antykami stare książki niemieckie pisane gotykiem- w jednej z nich znalazłam zasuszone kwiaty, a w innej kartkę z początku XX wieku upamiętniającą konfirmację- z tyłu pięknie wykaligrafowane litery... aż miło popatrzeć.

 

niedziela, 25 maja 2008

Ornela Vorpsi - Kraj, gdzie nigdy się nie umiera

Jestem ciekawa, ilu z nas czyta książki ... od końca? Zaczęłam się zastanawiać nad tym po mojej ostatniej wizycie w księgarni. Pani w średnim wieku długo przebierała w książkach, nie mogła się na nic zdecydować i zawsze zaczynała przeglądać coś ...od końca. Potem sama przyznała pani obsługującej, że ona tak właśnie czyta- najpierw koniec, potem całą książkę. Przyznam szczerze, że zamarłam czekając z wybranym egzemplarzem przy ladzie. Od końca to czyta M. i to tylko gazety, bo zaczyna zawsze od sportu:)- przeleciało mi przez myśl, ale czytanie książki od końca jest dla mnie niewyobrażalne. Choć muszę przyznać, że ostatnia strona najczęściej wcale nie należy do mocnych stron książek. Najlepszy jest środek. Przynajmniej dla mnie. Gorzej wypada wstęp. Czasem autor ma fajny pomysł, a nie wie, jak zachęcić, by brnąć dalej w jego historię. Stąd robię test, podobnie jak wielu z nas, np 50, 60 stron i jak mi nie odpowiada, to nie czytam. M. kończy książki zawsze- choćby nie wiem, jak bardzo cierpiał, dzielnie trwa do końca, by, jak sam mówi, zrozumieć, dlaczego TO COŚ mu się nie podobało. Początek i koniec książki. Robię szybki test dla siebie , czy potrafię zacytować jakiś przykład, niezapomniany:)??? Mam!

 Miałam farmę w Afryce u stóp gór Ngong

i

Pomyślę o tym jutro (...) Mimo wszystko, życie się dzisiaj nie kończy.

Przyznam jeszcze, że czytam tylko początek i koniec recenzji książek, szczególnie tych długich, boję się, że w zbyt rozbudowanym środku, autor rozpędzi się za bardzo i zdradzi za dużo, tym samym popsuje mi radość czytania:)

Konrad von Soest ( ok.1370-1422)- Der Leser fragment obrazu Pfingstfest

sobota, 24 maja 2008

Jestem zauroczoną tą baśnią- nie-baśnią.

Do irlandzkiego miasteczka Ballinacroagh przybywają trzy piękne siostry Aminpour. Za sobą zostawiły Iran ogarnięty islamską rewolucją. Na Zielonej Wyspie próbują zbudować swoje nowe życie, chcą zapomnieć o koszmarnej przeszłości. Otwierają egzotyczną Babylon Cafe, która pachnie kardamonem, szafranem, cynamonem, wodą różaną i herbatą jaśminową. Kuszą mieszkańców zapachami, smakołykami i szukają w ich oczach akceptacji. Czy im się uda?

Jest to przepiękna i zarazem ciekawa książka o poszukiwaniu szczęścia, miłości i akceptacji. Jeśli ktoś lubi klimat Czekolady, Przepórek w płatkach róży, Mistrzyni przypraw, Stu odcieni bieli,  to z pewnością zaliczy tę książkę do swoich ulubionych.

Podoba mi się akcja ekologiczna Dziennika przeciwko torbom foliowym rozdawanym w sklepach. Sama widzę po sobie, że człowiek jest istotą wygodną, która przed pójściem na zakupy nie myśli o tym,  w co zapakuje towar nabyty. Pamiętam z dzieciństwa, w kuchennej szafce zawsze leżały siatki na zakupy- czarna w białe grochy, z żyłki koloru pink i w kolorową kratę. Do tego oczywiście maminy koszyk wiklinowy.Kto szedł do sklepu, maszerował z siateczką. W czasach kryzysu weszłam do sklepu, gdzie akurat rzucili.... chrupki. Doszłam do lady i miła pani powiedziała, że jak nie mam swojej siatki, to chrupek nie zakupię, bo ona nie ma ich w co zapakować.  Foliówki pojawiły się wraz z transformacją polityczną i pachniały Zachodem. Tak jak plastikowe butelki i piękne opakowania , które są tylko po to by po przyjściu do domu je wyrzucić do śmieci. Teraz, gdy jestem naz zakupach i widzę, jak ktoś maszeruje ze swoją torbą (a są one o wiele ładniejsze niż nasze PRL-skie:))- to podziwiam i ja też tak chcę...

By projektem zajął się Sejm, musi ją poprzeć 100tys. dorosłych Polaków. Termin zbierania podpisów mija 28 czerwca. Petycję mozna pobrać ze strony www.zielony.dziennik.pl

środa, 21 maja 2008

Nie powiem- lubię pożyczać książki- może nawet bardziej komuś niż od kogoś:) Czasem, gdy trafi mi się naprawdę coś fascynującego, wręcz namawiam, by to koniecznie wziąć ode mnie i przeczytać. Ale lubię też, jak książki do mnie wracają, przynajmniej niektóre, te, na których mi szczególnie zależy. No i tu pojawia się problem, bo niektórzy pożyczenie książki utożsamają sobie z jej równoznacznym przywłaszczeniem. Od kilku miesięcy nie mogę się doprosić zwrotu mojego Villette (a to przecież Bronte!!!) i książki o Singerze ( a tu z kolei też ceniona przeze mnie Tuszyńska!!!). Na nic prośby- na groźby nie mogę się jakoś zdecydować:)))) Znajomy P. wprasza się do takiej osoby - niby na miłą pogawędkę, ale jak tylko znajomy ów ginie w czeluściach kuchennych, by przygotować herbatkę- P. zaczyna sobie poczynać w jego bibliotece. Jak mówi- tylko wyciąga- to moje i to moje, a to też moje- tę historyjkę opowiada zawsze przed pożyczeniem, no i ponoć zawsze jego książki wracają. Pamiętam jak kiedyś Księgarnia św. Wojciecha w Poznaniu wywiesiła na drzwiach XVI-wieczną klątwę na złodziei książek:

A temu, co ukradnie książkę z tej książnicy, niech się ona w ręku w węża zamieni i w rękę go ukąsi. Niech go uderzy paraliż i niech wszystkie jego członki będą porażone. Niech wije się z bólu wołając głośno o litość i niech nie będzie ulgi dla jego konania. Niech robaki zagnieżdżą się w jego trzewiach i staną się przyczyną jego śmierci. A kiedy przyjdzie czas Kary Ostatecznej, niech płomienie piekieł pochłaniają go wiecznie. Amen

Barbara N. Łopieńska rozmawiała ze znanymi osobami na temat ich księgozbiorów (Książki i ludzie). Każdy bardzo ciężko przeżywał straty ( nie jestem więc jakimś wyjątkiem:)), a Andrzej Osęka wręcz miał ochotę wklejać do nieoddanych książek karteczkę z informacją- Skradziono u Andrzeja Osęki. ( ponoć Rodziewiczówna tak właśnie robiła)

 Tak więc recept na rozwiązanie problemu jest kilka

 

Wszędzie uwaga skierowana w kierunku literatury polskiej- nominacje do najróżniejszych nagród, a mnie gryzą wyrzuty sumienia, że w tej kwestii ja pozostaję upartą ignorantką. Nie tylko ja, ale wśród moich czytających znajomych, króluje niepodzielnie literatura obca. Zaczynam się zastanawiać, dlaczego? Oczywiście znamy nazwiska, słyszeliśmy o książkach, ale zazwyczaj tylko na tym się kończy. Poczytam recenzje na blogach, może coś mnie zachęci sięgnąć po te właśnie książki, może sama coś wypróbuję...

 

Mój Tomcio znowu walczy z jakąś przedszkolną zarazą. To już nawet mnie nie denerwuje- powoli przyzwyczajamy się do tego, że w naszym domu ktoś ciągle jest chory. Byliśmy u naszej pani G. Patrzyłam , jak stetoskop powoli przesuwa się po delikatnym ciałku, a moje dziecię odważnie oddycha. Made in USA- wygrawerowany napis na zimnym metalu wywołał nie lada zdziwienie-  wszędzie Made in China, a tu coś takiego. Ostatnio czytałam Tomkowi książkę- wydrukowane w Chinach- nie wspomnę już o zabawkach- nie tylko tych tandetnych w sklepach, gdzie wszystko mozna kupić po 4 zł, ale też markowych. Nic dziwnego, że robią co im się podoba i gwiżdżą na nasze protesty, groźby. Światem rządzi pieniądz- i zarówno oni, jak i wielcy tego świata o tym wiedzą.....

 

Słucham wiadomości o małym Bartusiu i pewne rzeczy nie mieszczą mi się w głowie. Każdy tydzień przynosi jakąś informację o maltretowanym dziecku. Jest to przerażające.... Lepiej jest znosić krzywdę, niż ją wyrządzać- Sokrates nie miał tu racji...

 

 
1 , 2