Świat jest stworzony po to, aby stać się kiedyś piękną książką
Zakładki:
Książki 2013
Książki 2012
Książki 2011
A tutaj piszę o książkach
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Dekoratorskie
Książki - 2010
Książki- 2008
Książki- 2009
Napisz do mnie
Piszą o książkach
Strony o książkach
Szablon mojego bloga
Wydawnictwa
Wyzwania czytelnicze
Zaglądam również TU
Tagi
Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać
czwartek, 27 maja 2010

No i proszę. Jeszcze nie tak dawno pisałam, że zapomnieliśmy już o tym, cóż to takiego flirt, gdy tymczasem, książka o takowym tytule, wprowadza nas w arkana sztuki uwodzenia. Frywolna okładka, na której nawet literki tańcują w rytmy gorącej muzyki, a meksykańska czerwień rozpala zmysły i budzi od razu takie a nie inne skojarzenia, mogą jednak przypadkowego czytelnika wprowadzić w błąd. Bowiem – flirt to w końcu flirt, jeśli ktoś oczekuje czegoś więcej – (ars amandi) -niech na to tutaj nie liczy. To również nie jest poradnik – co zrobić gdy… hm hm, ale z pazurkiem napisana współczesna powieść obyczajowa o młodych londyńczykach, na kanwie której można by nakręcić interesującą romantyczną komedię, gatunek ukochany przez wielu z nas, za sprawą choćby niejakiego Hugh Grant’a, do którego jak nic pasowałaby rola profesjonalnego masażysty kobiecej jaźni. Wiek może już nie ten, bo nasz książkowy bohater liczy sobie lat dwadzieścia parę, ale HG to w końcu wieczny chłopiec, nieprawdaż? Podczas czytania miałam ciągle właśnie jego przed oczyma. Hughie Armstrong Venables –Smythe (cóż za nazwisko!)- aktor bez angażu, ma długi, dużo uroku, piękną twarz, kochankę i …chyba nic poza tym. Kiedy pewnego dnia jego oczy natrafiają na ogłoszenie, że niejaki Valentine Charles poszukuje osoby o dobrych manierach i elastyczną moralnie, szybko podejmuje decyzję, która ma zmienić jego dotychczasowe życie. Ma flirtować z kobietami, by przywrócić im chęć do życia, ma je zauważać, schlebiać im, zajmować się delikatną materią romantycznych tęsknot, które wciąż, mimo upływu czasu, rozwoju nauki i technologii, niezmiennie tlą się w kobiecych sercach. Zaczyna w tej dziedzinie odnosić niemałe sukcesy, jednak gdy zechce swoje doświadczenia przenieść na prywatny grunt, metoda zawiedzie.

Obok tej postaci autorka wprowadza wiele innych, których losy często krzyżują się. Poznajmy ich: Leticia – prowadzi butik z bielizną- kochanka Hughie, sparaliżowana strachem przed wielką miłością, zaangażowaniem w związek. Rose, przez dziwny zbieg okoliczności uznana za objawienie sztuki współczesnej; Oliwia – tkwiąca w chorym związku z dużo starszym od siebie mężczyzną. Tessaro w każdym rozdziale poświęca uwagę komuś innemu, przenosi nas z miejsca na miejsce, czuje się jak ryba w wodzie w tym londyńskim piekiełku, czasem naśmiewa się, szydzi z panujących zwyczajów, ludzkiej głupoty, chęcią zaistnienia w wielkim świecie. Jednocześnie uzmysławia nam, jak wszyscy bez wyjątku marzą o szczęściu, spełnieniu marzeń – najczęściej według własnej receptury, ale jednak. Nie ominie nas oczywiście pytanie – co tak naprawdę jest ważne w życiu. Ocenę moralną bohaterów zostawiam Wam. Ja się z moimi refleksjami nie podzielę. Jeśli szukacie lekkiej lektury na zbliżający się urlop – Flirt Kathleen Tessaro świetnie się nadaje na listę książek latem pożądanych.

Wydawnictwo Muza

wtorek, 25 maja 2010

Chyba wszyscy już to czytali. Oprócz mnie:)....

Właśnie takie powinny być książki – wciągające, tajemnicze, pochłaniające bez reszty. Na taką natrafiłam. Po kilku wysłuchanych rozdziałach, wiedziałam, że to jest to. Zabierałam się do tej czynności z pewnymi oporami, po przeczytaniu kilkunastu recenzji – różnych w swej ocenie. Amplituda była bardzo duża – od zachwytów po totalną krytykę. Lubuję się w  książkach o książkach. A taki jest Cień wiatru. Pełno tutaj odnośników dotyczących literatury, pisarzy, czytania książek. Wszystko bowiem zaczyna się w momencie, gdy Daniel jako kilkunastoletni chłopiec odwiedza wraz ze swym ojcem księgarzem dziwaczne miejsce zwane Cmentarzyskiem Zapomnianych Książek. To coś w rodzaju inicjacji, rytuał powtarzany w rodzinie z pokolenia na pokolenie. Tam wybiera dla siebie egzemplarz niejakiego Juliana Caraxa, książkę, która zaważy na jego dalszym życiu, książkę, która sprawi, że nic już nie będzie takie jak było. Słuchałam z przyjemnością – i to z wielu powodów. Ciekawy temat, tajemnica, klimat Barcelony lat pięćdziesiątych, świat, którego już nie ma w zadeptanym przez turystów mieście. Uliczki spowite mgłą, kobiety ubrane na czarno, dewotki religijne wysiadujące w oknach, wielkie nadgryzione przez ząb czasu wille otoczone mrocznymi i zdziczałymi ogrodami, knajpki, antykwariaty, w których unosi się zapach książek - specyficzny, znany tym, którzy kochają szeleszczące zadrukowane kartki. Mieszanina stęchlizny, kurzu kręcącego w nosie, farby drukarskiej, skóry, wreszcie lat zaklętych w okładkach. Książka bez krzykliwych kolorów. W tonacji szarości, czerni, złamanej bieli. Niewyraźne obrazy jak na starych fotografiach. Wszystko toczy się powoli, autor zatrzymuje się nad każdą postacią, kreśląc niezapomniane charaktery. Jeśli można zakochać się w postaci literackiej, to moje serce oddaję włóczędze. Dziwaczna postać, z niewyparzoną gębą, mężczyzna po przejściach, w przeszłości torturowany, żebrak z ulicy, potem spec od wyszukiwania białych kruków w księgarni panów Sempere. Jego elokwencja, bezczelność, słodki tupet, umiejętność odnalezienia się w  każdej sytuacji, flirtowanie z kobietami ( oj nie ze wszystkimi – te, które mu podpadły, musiały stawić czoła jego kąśliwemu jęzorowi) – halo, halo!!! – czy są jeszcze tacy mężczyźni? To dla mnie najbarwniejsza postać w tej powieści.

Podczas słuchania naszła mnie oto taka refleksja – powieść Zafona uparcie przypomina mi o wielkich powieściach Tołstoja, Dickensa. Rozmach, niesamowita dbałość o każdy szczegół, rozbudowane postacie, opisy miasta, jego zakątków. Chciałoby się wręcz powiedzieć – powieść realistyczna wieku 19 i początku 20. Jednocześnie urzeka magia i  tajemnica tak charakterystyczne dla literatury południowoamerykańskiej. Książka jest dla mnie ze wszech miar powieścią doskonałą – nasuwa się od razu pytanie – któż tak dzisiaj pisze? I dołączam tym samym do szerokiej rzeszy czytelników zachwyconych.

Przy okazji porównałam dla siebie późniejsze dzieło Zafona z Mariną , którą czytałam kilka miesięcy wcześniej. Widać niesamowity postęp w warsztacie. Z tamtego Zafona pozostało niewiele. Cieszę się, że właśnie w takiej kolejności czytałam te książki.

Bardzo podobała mi się interpretacja lektora – Wojciecha Żołądkowicza. Czas nagrania 18h52

Wydawnictwo MUZA


piątek, 21 maja 2010

Charlotte oczekuje dziecka. W zaawansowanej już ciąży dowiaduje się, że córeczka jest ciężko chora. Nieuleczalnie. Czy gdyby dowiedziała się o tym wcześniej, zdecydowałaby się na aborcję. Nie chce tej wiadomości przyjąć do siebie, jednak trudy dnia codziennego, wielkie koszty opieki nad dzieckiem, rehabilitacja sprawiają, że pojawia się myśl o wytoczeniu procesu położnikowi, który w odpowiednim momencie nie wykrył zmian chorobowych w płodzie. Położnikiem jest najlepsza przyjaciela Charlotte. No i co teraz zrobi?

Strasznie przeżywam wszystkie książki, gdzie dziecku dzieje się krzywda, a rodzice wystawieni są na olbrzymią próbę. Czytam, ocieram łzy, wściekam się, współczuję. Myślę też – jak dobrze, że mnie to nie spotkało. Choć z mojej strony jest to zapewne stwierdzenie bardzo egoistyczne i na wyrost, bo życie niesie z sobą wiele niespodzianek – niekoniecznie tylko tych dobrych. Pewnie inaczej odbiorą tę książkę czytelniczki – mamy, którym ciągle plączą się pociechy po całym domu, być może czasem też po trudnych doświadczeniach związanych z chorobą dziecka. Nie chcę nikogo urazić, ale mam doświadczenie ze znajomą, której książka nie przypadła do gustu. Stwierdziła, że to coś w rodzaju poradnika prawno – medycznego dla amerykańskich rodziców – Co zrobić w przypadku, gdy wyleje ci się kawa z McDonalda na nogi podczas jazdy samochodem… Mnie książka wciągnęła od samego początku. Oceniam ją zdecydowanie wyżej niż „Deszczową noc”. To solidnie napisana powieść obyczajowa, w której został podjęty ważny temat: choroba kości osteogenesis imperfecta – nieuleczalna choroba genetyczna, wrodzona łamliwość kości, która przejawia się tym, że osoba na nią cierpiąca może w ciągu życia przejść nawet przez kilkadziesiąt najróżniejszych złamań, niekiedy wręcz trudnych, niemożliwych – jak choćby złamanie łopatki. I nie trzeba wielkich wyczynów – typu podskoki, by sobie zafundować gips. Wystarczy głośniejsze a – psik, potknięcie – i już brzmi charakterystyczny dźwięk łamanej kończyny, który stawia wszystkich dookoła w pełnej gotowości.

Krucha jak lód na pewno przekazuje wiele informacji na temat samej choroby, na pewno jest swego rodzaju kroniką procesu o wielkie odszkodowanie. Niech sobie jest. Dla mnie to przede wszystkim opowieść o miłości matki. Jak daleko można posunąć się w imię miłości do dziecka, co zyskać, a co stracić. Bo suma pieniędzy, jaką chce wywalczyć Charlotte dla przyszłości swojego dziecka nie jest tak naprawdę współmierna do tego, co jednocześnie traci. Odchodzi najlepsza przyjaciółka, wali się życie rodzinne, starsza córka Amelia ma bulimię, mąż staje po drugiej stronie barykady, w pewnym momencie zostaje sama na placu boju. Sekundowałam jej do samego końca…

Książka opisuje lata 2002 – 2009. Często w swoich opowiadaniach bohaterowie sięgają jeszcze wcześniej. Bo przecież było życie przed przyjściem na świat Willow i życie po jej narodzinach. Picoult stosuje  tu ciekawą narrację. Oddaje głos wszystkim członkom rodziny Charlotte, wszystkim, którzy mieli coś wspólnego z procesem. Poznajemy ich punkt widzenia, ich uczucia, interpretację wydarzeń. Wszyscy zwracają się w swoich wypowiedziach do chorego dziecka, które wypowiada się tylko raz – na końcu książki.  Co jakiś czas Charlotte podaje przepis na jakiś deser. Była w końcu kiedyś cenionym cukiernikiem, któremu wróżono wielką przyszłość. To coś w rodzaju odskoczni, powrotu do niespełnionych marzeń. Może nawet osłoda gorzkiego życia.

Wrzuciłam hasło do przeglądarki. W Polsce można dowiedzieć się na temat tej choroby tutaj: http://www.osteogeneza.pl/onas.html

Kiedy przeglądałam tę stronę, pomyślałam, jak to jest chorować na tę straszną chorobę w Polsce. Gdzie czasami szokuje bezduszność urzędników, gdzie wiecznie brakuje pieniędzy na chorych.

Ksiązka ważna, smutna, podejmuje temat marginalny – choroba występuje rzadko. Jednak uwrażliwia na ból i cierpienie ludzi, każe wręcz zauważyć rzesze anonimowych rodziców, którzy często sami toczą bój o własne dzieci.

Wydawnictwo Prószyński i S-ka.

piątek, 14 maja 2010

Bardzo lubię tę piosenkę. Lubię SDM. Lubię maj...


Brnąłem do ciebie maju
Przez mrozy i biele
Przez śnieżyce i zaspy
I lute zawieje

Przez bezbarwne szpitalne
Korytarze stycznia
W tych korytarzch słońce
Gasło ustawicznie

A teraz maj dokoła maj
Wyświęca ogrody
I cały ja i cały ja
Zanurzony w jordanie pogody

A teraz maj i maj i maj
Dokoła się święci
Od wonnych bzów szlonych bzów
Wprost w głowie się kręci
I płyną przeze mnie dmuchawce
Jak dzieciństwa echa
I wielka jest majowa noc
Kiedy niebo się do ziemi uśmiecha

Śpi w twoim wnętrzu chłopiec
W chłopcu pierwszy zachwyt poznaję
Z twoich ziaren wyrosną sady
Strudzonemu pielgrzymką ulżyj dodaj wiary


A teraz maj dokoła maj ...
poniedziałek, 03 maja 2010

Minął weekend. Mieliśmy taaaaakie plany. Dokąd to z dziećmi nie pójdziemy. I tak siedzieliśmy w domu, bo synkowie chorzy. A ja sobie heklowałam. Lubię bardzo, tylko mam mało czasu na moje hobby.