Świat jest stworzony po to, aby stać się kiedyś piękną książką
Zakładki:
Książki 2013
Książki 2012
Książki 2011
A tutaj piszę o książkach
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Dekoratorskie
Książki - 2010
Książki- 2008
Książki- 2009
Napisz do mnie
Piszą o książkach
Strony o książkach
Szablon mojego bloga
Wydawnictwa
Wyzwania czytelnicze
Zaglądam również TU
Tagi
Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać
poniedziałek, 21 maja 2012

Nie jest to dla mnie książka nowa. Przed laty przeczytałam, poleciłam koleżance, która z kolei poleciła swojej mamie. Ta zafascynowana tą historią zaproponowała za nią całkiem spore pieniądze. A ja ją jej podarowałam. Tę historię opisałam kiedyś na moim blogu książkowym dla dzieci. Wydawnictwo wykorzystało ją i umieściło na skrzydełkach okładki. Książka po latach wróciła w nowej szacie, by znów …zniknąć na kilka miesięcy. Najpierw mama, potem ciocie. I wreszcie znów trafiła w moje ręce. Ciekawa jestem tylko na jak długo. Sagi rodzinne zawsze cieszyły się powodzeniem. Tyle że często takie książki opowiadały o wielkich rodach, ludziach znanych i sławnych. Może tutaj właśnie tkwi tajemnica tej książki: oczywiście niczego nie ujmując ziemiańskiej rodzinie Stępkowskich – ich losy wydają się być nam bardzo bliskie. Rodzina ma podobne problemy do naszych, spotykają ją szczęśliwe chwile, z tragediami i chorobami w tle. Dzień wypełnia praca, która nie jest dopustem bożym, ale sprawia przyjemność. Autorka dotyka różnych aspektów życia codziennego – dzięki temu możemy śledzić jak wyglądało domostwo, jak świętowano, jak leczono choroby, jakie zabawy preferowały przedwojenne dzieci, jak wyglądało kształcenie panien z dobrego domu. Dzięki Autorce zaczęłam interesować się Sebastianem Kneippem i jego metodami leczniczymi. Dwa lata temu będąc w Bawarii odwiedziłam również Bad Wörishofen. Poznałam dyrektora Muzeum Kneippa, starszego miłego pana Wernera Büchele, który o Kneippie wiedział wszystko. Gdyby nie książka o Maniusi, to spotkanie pewnie wyglądałoby inaczej. Autorka książki, mama znanego piosenkarza country Tomasza Szweda (pojawia się również w tych rodzinnych opowieściach) ma dar do opowiadania. To swego rodzaju rodzinne gawędy. Zupełnie jakby ktoś w zaciszu domowym, przy stole, w miłej atmosferze opowiadał o życiu, które już bezpowrotnie przeminęło. Kolejna tajemnica popularności tej książki? Może to właśnie tęsknota starszych osób za takimi miłymi czasami z dzieciństwa, które gdzieś tkwią w ich podświadomości. Czas, który teraz wypełniają (niestety) telewizor i komputer był kiedyś poświęcony ludziom – rodzinie i sąsiadom. Ludzie chorowali – a jakże – a autorka, zwolenniczka wodolecznictwa, dawała z siebie wszystko, by im pomóc. Ale nikt nie cierpiał na depresje, nikt się nie nudził. Ludzie z głową podniesioną szli przez życie, zaprawieni zahartowani, honorowi, pełni godności.

 

Wydawnictwo Bis



niedziela, 20 maja 2012

Kolejna udana książka w serii Ocalić od zapomnienia. Tym razem rzecz – o kapliczkach i przydrożnych krzyżach, których całe mnóstwo w polskim, a na pewno Wielkopolskim krajobrazie. Kiedy ostatnio mój mąż brał udział w Półmaratonie w Poznaniu i szukaliśmy miejsca koło Malty, by zaparkować samochód – co z racji imprezy wcale nie było łatwe, zapuściliśmy się w zupełnie nam nieznaną część Poznania – bardzo nowoczesną i wychuchaną. Jakież było nasze miłe zdziwienie, gdy koło pewnej nowiutkiej willi  – zobaczyliśmy starą, przepiękną kapliczkę na równie starej wierzbie. Pewnie wiele-dziesiąt lat temu stała gdzieś na rozstajach dróg i nikomu się nawet nie śniło, że kiedyś znajdzie się w samym Poznaniu. Teraz była w doskonałym stanie, zadbana – widać, że ktoś bardzo dba o to, by było jej dobrze na starym nowym.

Właśnie w tym okresie kapliczki i przydrożne krzyże zwracają naszą uwagę – nie wiem, jak to wygląda w innych częściach kraju, ale w moim regionie żywa jest jeszcze tradycja spotykania się przy nich na nabożeństwach majowych i czerwcowych. Pamiętam jak dawno dawno temu, kiedy byłam u mojej cioci na wakacjach, na ubieranie krzyża zebrała się niemal cała wieś. Dużo tu wspomnień – mamy swoje kapliczki i krzyże na naszej stałej trasie rowerowej. Zawsze zwracają uwagę dzieci, naszą również, i warto było wzbogacić wiedzę z tego zakresu. Tomasz Czerwiński, etnograf, starannie uporządkował wiedzę, która, muszę to przyznać, była … znikoma. Autor zwraca uwagę przede wszystkim na różnorodność krzyży w różnych kulturach: jest krzyż słoneczny, celtycki, grecki, laskowany, jerozolimski, zdwojony, łaciński patriarchalny, swastyka, papieski, prawosławny, maltański, liliowy, kotwicowy, strzałkowy, trójlistny, kulowy, łapowy, św. Andrzeja.  Odwiedzamy ciekawe miejsca w polskim krajobrazie. Czytamy napisy na kapliczkach maryjnych, poznajemy przysłowia, z których jak się okazało, kilka dobrze znałam: Wygląda jak z krzyża zdjęty, Modli się pod figurą a ma diabła za skórą. Bardzo ciekawy jest rozdział zatytułowany Boże męki. Jak się okazało, to staropolska nazwa krzyża przydrożnego – są tu krzyże drewniane, kamienne i żelazne oraz…. karawaki, czyli krzyże z dwiema poprzecznymi belkami. Dalej kapliczki – wiszące, kłodowe i słupowe, brogowe i domkowe, arkadowe, murowane  z wnękami. Zadziwia bogactwo nazewnictwa. Bo jeszcze do niedawna – krzyż to był krzyż, a kapliczka – kapliczką. Równie tajemniczy jest rozdział o gospodarzach kapliczek. Na pewno są poświęcone głównie Trójcy Świętej, Chrystusowi i Maryi, ale też różnym świętym, z których najpopularniejsi to: Jan Nepomucen i Florian. Autor szuka śladów w przeszłości, szuka uzasadnienia dla stawiania krzyży kapliczek przy polach, na rozstaju dróg, przy wjeździe do danej miejscowości. (epidemie, gradobicie, szarańcze, nadmiar opadów, susza, przemarsze wojsk, złe moce – oj, długo by wymieniać). Na kolorowych marginesach wyjaśnia ciekawe pojęcia, zatrzymuje się  wybranych miejscowościach. Książka jest przebogata jeśli chodzi o ilustracje i ryciny. Jeśli ktoś chce zgłębić temat, może skorzystać z obszernej Literatury podanej na końcu książki. Bardzo cenna pozycja – mus dla tych, którzy interesują się polską kulturą. 

 

Wydawnictwo MUZA

Nigdy nie byłam wielką miłośniczką Londona (1876 - 1916). Próbowałam czytać różne jego tytuły – Martin Eden przeleżał na półce długie miesiące. Aż w końcu miał swoje pięć minut – a te pełne były moich achów i ochów. Zaraz po lekturze zaczęłam szukać Żeglarza na koniu, bo gdzieś doczytałam, że w Martinie pełno było wątków autobiograficznych.

I tu zaskoczenie – znałam kilka innych książek Stone’a – a Żeglarz odbiega od nich jeśli chodzi o formę, ponieważ jest bardziej wielostronicowym esejem na temat życia i twórczości pisarza, niż zbeletryzowaną biografią, w której autor daje możliwość wypowiedzenia się swojemu bohaterowi w pierwszej osobie. Niemniej – książkę przeczytałam z zaciekawieniem. Faktycznie, można się dopatrzeć w  tym jasnowłosym chłopaku, w którym płynęła irlandzka krew, rysów Martina – albo i na odwrót. Niewyjaśniona sprawa ojcostwa, burzliwa młodość, w której nie brakowało bijatyk, przekrętów, dziwnych kolesiów, alkoholu, nieszczęśliwa miłość, umiłowanie książek i chęć polepszenia swego losu, między innymi poprzez zdobycie wykształcenia i wyrwanie się z nizin społecznych. Stone wybrał na zakończenie swojej powieści wersję – samobójstwo pisarza. Wielu znawców tematu nie zgadza się z tym. Jak było naprawdę – tego chyba nie wie nikt.

Czy książka straciła na tym, że znajdziemy w niej innego Stone’a? Dla mnie było to ciekawe, nowe doświadczenie, które spełniło moje oczekiwania. Książka pełna jest informacji obyczajowych, z drugiej ręki, przypuszczeń, ploteczek, dociekań.  I może nie mam teraz apetytu na samego Londona (no, chyba że miałby to być Martin Eden), ale na Stone’a i owszem.

 

Wydawnictwo MUZA

 



sobota, 19 maja 2012

Dopiero teraz zauważyłam, że się zagapiłam. Ale to przez te wszystkie emocje, wrzaski moich mniejszych i większych kibiców przed telewizorem na meczu o zwycięstwo w Lidze Mistrzów (chyba:) Wpis przeznaczony dla blogu o książkach dziecięcych zaplątał się tutaj. Zostawiam na pamiątkę - a wszystkich zainteresowanych literaturą dla dzieci - zapraszam - tutaj:)

Takiej książki nam było trzeba. By odbrązowić tych wielkich bohaterów, by choć na chwilę zrzucić ich z piedestału, i by postawić na nim….. mamę bohatera. Bo czy ktoś gdzieś czytał o matce Zawiszy Czarnego, albo Robin Hooda? Na pierwszym planie zawsze – sam bohater mężnie wypina pierś, a przecież komuś to zawdzięcza, że jest, że może spokojnie wykonywać swój rycerski fach, gdy tymczasem gdzieś w tle, na drugim planie, jest jego MAMA. Autorzy książki zajrzeli za kurtynę i opisali, co tam się dzieje. A tam mama prasuje płaszcz bohatera żelazkiem na duszę,  dba o dobre imię syna, poprawia mu strój, karmi, dzielnie kroczy za chłopakiem z podkręconym wąsem, a gdy trzeba - broni przed niebezpieczeństwem i daje po głowie torbą podróżną komu trzeba. A syn ma trudną misję do spełnienia. Młodziutki król po swoim ojcu odziedziczył olbrzymi dług, a Czarny Kawaler żąda natychmiastowej jego spłaty. Pomóc może dzielny Dick van Dyke - właśnie ów synalek mamusi. Uchylę rąbka tajemnicy i wyjawię, że misja się powiedzie, ale tak między nami – bez mamy – nie byłoby happyendu.

Od kilku dni to hit w naszym domu – książka śmieszna – zabawne ilustracje, które przypominają dawne sceny rodzajowe. Wciśnięte między to wszystko rusztowanie w zamku Czarnego Kawalera i sztuczna szczęka ogra wywołują salwy śmiechu. Do tego śmieszne gderanie mamy, jej torebkowy atak i skruszona mina Czarnego Kawalera.  

Ta książka to ukłon w stronę wszystkich mam, które dla swoich dzieci gotowe są zrobić wszystko. Brawo za pomysł, brawo za humor i za przesłanie – bo tak między nami – po raz drugi – przecież kiedyś nadchodzi ten moment, kiedy trzeba dzieci puścić wreszcie w świat. Książka dla całej rodziny – na Dzień Matki i nie tylko.

 

Wiek 4+

Wydawnictwo Tako



Gdy czytam czyjeś listy (zebrane w formie książki), zawsze mam takie uczucie, że jednak wchodzę butami w czyjeś życie. Może dlatego, że sama lubię chronić swoją prywatność, nie rozumieniem tego całego afiszowania się z tym co kto robi i o której. I kolejne pytanie – czy osoba sławna za życia, liczy się z tym, że w przyszłości być może ktoś będzie odkrywał kawałek po kawałku jego inną naturę, tę, którą tak skrzętnie ukrywa przed ciekawością innych. I czy w pewien sposób weryfikuje to czy tamto, usuwając celowo nieudane, porażki, wstydliwe. Niektórzy wręcz zastrzegają sobie w testamentach publikację takich prywatnych dokumentów na wiele lat po śmierci. Raczej pani Marii (1867 – 1934) nie podejrzewałabym o tego rodzaju praktyki, a już broń Panie Boże o chęć bycia celebrytą. Nie ukrywam, ciekawi mnie od dawna prywatne życie pani Marii, do której czuję wielką sympatię. Tak normalnie, po babsku. Z wielu powodów. Bo być na piedestale nauki, dojść do tego strasznie wyboistą drogą, z licznymi guzami nabitymi tu i ówdzie, walcząc z wielką nieprzychylnością tamtych czasów, dać z siebie wszystko, udowodnić, że kobiety nie gęsi…. Mogłabym tak długo. Maria Skłodowska – Curie była kobietą, która musiała na początku XX wieku zacząć dzielić życie między ukochaną pracę i ukochany dom, gdzie czekały na nią dwie córki: Irena i Ewa. Myślę, że znając tło kulturowe tamtej epoki, był to wyczyn nie lada. Mąż Piotr Curie ginie w wypadku w 1906 roku. Pierwszy wpis w tej książce to nie – list. To kartka, którą mé naukowiec wysłała do Irenki. Jeszcze żyje Piotr Curie. Właśnie bawią w Sztokholmie, gdzie odbywa się konferencja noblowska. Po wypadku męża nigdy nic już nie będzie takie jak było – jednak trzeba było żyć dalej. Z listów Maria Curie daje się poznać jako osoba bardzo zapracowana ale z pasją wykonująca swoje obowiązki. Pisze o spotkaniach ze znanymi ludźmi, licznych wykładach, pracy ze studentami. Bije z nich troska o córki – ich zdrowie, odżywianie, zajęcia w wolnej chwili, pogodę, bliższą i dalszą rodzinę. Wzruszyła mnie wymiana zadań matematycznych z córką Ireną, która w przyszłości pójdzie w ślady matki. Wzruszają błędy ortograficzne, które małe Curie robiły pisząc do matki, a które tłumacz uwzględnił w przekładzie. Mé  gdera czasem, że dziewczyny – zwłaszcza – Ewa (artystyczna dusza), nie pisze dat. Listy często krótkie, za to wysyłane co rusz do matki, która była daleko. Pewnie w dzisiejszych czasach panie mailowałyby ze sobą albo gadały na skypie. I mimo, że można tutaj pokusić się o stwierdzenie, że to przecież inna epoka, innej możliwości kontaktu raczej nie było, to jednak taka rozbuchana korespondencja między dziećmi a rodzicami naukowcami pewnie do częstych nie należała. W ogóle to piękny przykład – takich zażyłych i ciepłych stosunków między matką a dziećmi. Wielka dbałość o kontakty. Nie każdy to potrafi.

Dla osób lubiących takie klimaty – będzie to pasjonująca lektura. Dowiedzieć się kiedy Marię Curie bolała głowa, jak postrzegała wybory swoich córek, co robiła podczas długich podróży pociągiem. Na końcu w Aneksie znajdziecie dodatkowe informacje na temat trzech pan Curie oraz wykaz osób, jakie przewijają się w tych prawie 200 listach. Ostatni list - nosi datę 31 marca 1934 roku. Wyboru listów dokonała córka Ireny i wnuczka Marii. Nie ma tu sensacyjnych odkryć, które towarzyszą współczesnym celebrytom.

 

Wydawnictwo Publicat  

 



środa, 02 maja 2012

A co zrobili - można zobaczyć tutaj:)

Pozdrawiam Basię i Marysię - zdjęcie nr 10


"Wszystkich, którzy dla dobra Trzeciej Rzeczypospolitej tę Konstytucję będą stosowali,

wzywamy, aby czynili to, dbając o zachowanie przyrodzonej godności człowieka,

jego prawa do wolności i obowiązku solidarności z innymi,

a poszanowanie tych zasad mieli za niewzruszoną podstawę Rzeczypospolitej Polskiej"


Tagi: notatki
07:08, be.el
Link Komentarze (3) »
wtorek, 01 maja 2012

Zawsze z ciekawością czekam na pojawienie się takich perełek. Oczywiście z westchnieniem ulgi – że nareszcie jest. Przecież jeszcze trochę – i książka będzie miała 200 lat (po raz pierwszy ukazała się w 1848r.) A dlaczego wzbudza takie moje zainteresowanie? Autorką jest nie kto inny, jak Anne Brontë, jedna ze słynnych sióstr Brontë – utalentowanych pisarek, które zmarły w młodym wieku, związane z magiczną plebanią w Haworth. Jakiś czas temu ukazała się Shirly – Charlotte Brontë (autorki ponadczasowej Jane Eyre) – i aż wypada zapytać, co nas czeka w przyszłości:) Mam nadzieję, że kolejna wydawnicza niespodzianka.

Mogę sobie jedynie wyobrazić, jakie poruszenie wywołała ta książka w tzw. wyższych sferach, kiedy tylko się ukazała. I mogę sobie wyobrazić, że na pewno niejednej mężatce dodała sił i odwagi, by coś zmienić w swoim życiu. Bowiem główna bohaterka -  młodziutka Helen, pewnego dnia zjawia się znikąd gdzieś na angielskiej prowincji i razem z jedną służąca i małym synkiem zamieszkuje w opuszczonym dworze. Helen żyje skromnie, nie udziela się towarzysko, stroni od sąsiadów i plotek. Nie trzeba chyba dodawać, że jej dziwne zachowanie to woda na młyn w tutejszym towarzystwie. Ciekawskie sąsiadki zaczynają plotkować, drążyć, oczerniać. W jej obronie staje młody szlachcic, któremu to Helen powierza tajemnicę swego nieszczęśliwego życia.  A to faktycznie nie było usłane różami. Kobieta wiele wycierpiała zanim trafiła w to ustronne miejsce.

Jeśli ktoś oczekuje jakichś sensacji, pikantnych opisów, spektakularnych kłótni – może poczuć coś w rodzaju rozczarowania. Anne Brontë była damą – i pisała jak dama. Jej bohaterkami też były damami. Jeśli się kłóciły – robiły to z klasą, jeśli opuszczały mężów – również. Jeśli kogoś kochały – to górę brała miłość – doznania duchowe – nad tymi cielesnymi. Helen znajduje odwagę, by walczyć o spokojne i godne życie, ale kieruje się przy tym również ważnymi zasadami, które wpojone zostały jej od dziecka: Bóg i honor. Jeśli składa przysięgę – to nie są to słowa rzucone na wiatr. Bo mimo, że książka z pewnością wywołała skandal – to bije z niej jakiś …spokój. Dziś odejście od partnera, męża nie szokuje. Wtedy – tak. Zrobiła to w dodatku kobieta z arystokracji, która kilka lat wcześniej wyszła za mąż z prawdziwej miłości. Akcja rozwija się powoli, autorka zwraca uwagę na leniwy prowincjonalny krajobraz, opisuje dokładnie swoich bohaterów, nie zaniedbując postaci drugoplanowych, panującej mody, potraw, które pojawiły się na stole.

Lubię takie klimaty, niespieszną literaturę, rozmowy, z których wiele wynika. Czytając tę książkę, nie opuszczała mnie pewna myśl, że jej autorka od samego początku wyznaczyła jej pewną misję – i wszystko jej podporządkowała. Na owe czasy był to wyczyn nie lada, na który niewielu potrafiło się zdobyć. Zwłaszcza kobieta. I tu mój ukłon w stronę Autorki.

 

Portret Autorki znalazłam na stronie Wikipedii

Wydawnictwo MG