Świat jest stworzony po to, aby stać się kiedyś piękną książką
Zakładki:
Książki 2013
Książki 2012
Książki 2011
A tutaj piszę o książkach
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Dekoratorskie
Książki - 2010
Książki- 2008
Książki- 2009
Napisz do mnie
Piszą o książkach
Strony o książkach
Szablon mojego bloga
Wydawnictwa
Wyzwania czytelnicze
Zaglądam również TU
Tagi
Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać
wtorek, 16 czerwca 2009

Książka Funke - czasem smutna, czasem wesoła, ma klimat tajemnicy, nieznanego, nieoczekiwanego. Niemiecka pisarka pisze tak, że jestem skłonna naprawdę uwierzyć, iż smoki naprawdę żyją jeszcze na Planecie Ziemi, gdzieś w wysokich górach. Nie mogę się doczekać, kiedy za lat kilka będziemy czytać ją wspólnie z naszymi dziećmi – na pewno się spodoba. Prawie 450 stron dobrej lektury dla wszystkich - od lat 8 do 99!!! Recenzję znajdziecie na blogu Półeczka z książkami. Zapraszam!

Wydawnictwo Media Rodzina

poniedziałek, 15 czerwca 2009

Człowiek robi w życiu czasem rzeczy wielkie zupełnie przez przypadek. Rzeczy, których nigdy wcześniej nie planował, ba – o których mu się nigdy nawet nie śniło. Przejechanie 7000 kilometrów jest rzeczą wielką. A jak dodam – na rowerze bez żadnych wypasów, współczesnych mechanicznych gadżetów, które umożliwiają pokonywanie trudnych odcinków w dużo szybszy i łatwiejszy sposób. Nie, nie – nic z tych rzeczy. Pierwszoplanowymi bohaterami książki, obok autora, są zwykła chińska „ukraina”, ze zgrzytającym łańcuchem, bez przerzutek i skromny namiocik bez szaleństw. Autor nic lepszego w Chinach nie znalazł. No właśnie, do tych informacji muszę dodać, że owa magiczna kilometrowa cyfra podana na początku wpisu mierzy drogę przebytą w Chinach, Wietnamie, Kambodży i Laosie. Robi wrażenie? Na mnie tak. Zabójczy klimat, tony brudu, potu, nierzadko o głodzie i chłodzie – okrutne różnice temperatur, woda, na której unoszą się piana nieczystości i śmieci.  Dzienny budżet – ok. 25 złotych (nie pomyliłam się). Książka – dziennik podróży – nie znajdziemy tutaj wielu informacji na temat zabytków i atrakcji turystycznych tak typowych dla różnych lektur podróżniczych, których na rynku zatrzęsienie. Jakaś migawka, ułamek uśmiechu, machający i zaaferowani tubylcy, zajęci swoim życiem, swoim chlebem codziennym, powinnam w tym miejscu napisać - ryżem. Niepowodzenie życiowe, złamane serce – to początek tej wielomiesięcznej wyprawy – by wymęczyć, wypocić, znaleźć odpowiedź na nurtujące pytania, między innymi to – jaki ma być cdn. Swego rodzaju katharsis. To książka drogi – serpentyny, zjazdy, podjazdy, wśród pól ryżowych, zwykłe proste i monotonne, z całym światem skupionym na jej poboczu - biednymi mieszkańcami pipidówek na końcu świata, pędzącymi żywot w nędznych chatach.  A im bardziej kręte drogi, tym mniej kręte myśli – i na odwrót. Łatwiejsza droga jest łatwiejszą na niby. Bo pojawiają się myśli, których się nie chce, które zatruwają ducha. Gdy Maciąg walczy na trasie z 10-procentowymi podjazdami nie ma już sił na myśli o bólach i bolączkach. Dlatego też woli takie okrutne wyzwania. Podróż, droga po azjatyckich bezkresach, ale – i to przede wszystkim – podróż w głąb samego siebie, myśli filozoficzne, refleksje, próba odcięcia się od przeszłości, plany na nowe życie.

Czy można sobie wyobrazić podróż w tak wielkie i obce nieznane – bez mapy, bez języka. My, ludzie Europy wybierając się w nasze „malutkie” Bieszczady czulibyśmy się zagubieni bez tego magicznego kawałka papieru, nawet wówczas gdyby mijali nas inni, których zawsze można zapytać o drogę, o wskazówkę. A tam? Dziesiątki kilometrów bez żywej duszy na drodze (z wyjątkiem Chin), bez sklepiku, w którym można nabyć coś dla pokrzepienia ciała, w dżungli. Książka, która odkrywa nieznany nam, mieszkańcom Starego Kontynentu, świat – tak bardzo egzotyczny, niezrozumiały. Ludzie o innej mentalności. Czy wiedzieliście, że w takich Chinach nie ma prawie w ogóle ptaków? To co się rusza trafia do chińskich garnków i żołądków. Albo taka zaskakująca informacja, że autor książki miał niejednokrotnie problemy z rozbiciem namiotu z powodu … braku miejsca, a każdy wolny kawałek chińskiego świata wzbudzał podejrzenia.

Na początku pojawiły się pewne wątpliwości – jaka będzie ta książka, w której autor – mężczyzna, pisze o swoim złamanym sercu w klimacie laotańskiej puszczy, kambodżańskiego błota, wietnamskich gór i wszechobecnych i ciekawskich Chińczyków. Nigdy wcześniej nie spotkałam się z czymś takim w książce typowo podróżniczej. Często twardziele, macho - szli naprzód i rozpychali się łokciami, by osiągnąć cel, gdzie tam im w głowie sentymenty. Tutaj w miarę rozczytywania się, odkrywałam powoli postać bardzo wrażliwą, upartą, skromną, szczerą, taką zranioną duszę, która pragnie ukojenia i znajduje go w nadludzkim wysiłku. A w sobie poczułam pewien odruch sympatii i zazdrości. Oj kłuło mnie w żołądku – bo też bym chciała przeżyć podobną przygodę. Zdecydowanie bez sercowych dodatków:)

Świetna książka. Przeczytałam z zapartym tchem w jeden wieczór. Mnóstwo ciekawych zdjęć, humoru, trochę smutku – to na początku książki, wyraźna ewolucja bohatera ku lepszemu. A my poznaliśmy nową jakość w życiu, jaką jest sztuka pedałowania. Polecam!!!

Zainteresowanych odsyłam do strony autora – Ku słońcu - o podróżniczych wyczynach Roberta i Ani.

Wydawnictwo Zysk i S-ka

 

piątek, 12 czerwca 2009

Sięgnęłam po dwóch mało obiecujących recenzjach internetowych – mimo wszystko. I przeżyłam rozczarowanie. Recenzjami - gwoli ścisłości. Potwierdza się reguła – ilu czytelników – tyle różnych opinii na temat danej książki. Według mnie Kosmofobia to ciekawie napisana i wciągająca lektura o współczesnym kociołku kulturowym jakim jest mekka turystów z całego świata – słoneczna Hiszpania. Książka - reportaż o pewnej dzielnicy Madrytu – Levapies- ukazująca nie piękne fasady domów, pełne przyciągających oko kolorów tęczy, ale cały brud i smród podwórek ukrytych przed oczami  odwiedzających. Takich informacji o Hiszpanii i jej mieszkańcach nie znajdziemy w przewodnikach pełnych palącego słońca, lazurowego nieba, uśmiechów, wiatraków, flamenco, corridy i gazpacho. Lucia Etxebarria pisze o rzeczach niewygodnych, trudnych, śmierdzących z daleka – mianowicie – o braku tolerancji wobec emigrantów z różnych stron świata, tworzeniu enklaw kulturowych i narodowych, strachu przed wychyleniem się poza ich granice. Uczestnicy zajęć dla ofiar przemocy domowej. Najróżniejsze profesje, najróżniejsze korzenie. Najbardziej zaskoczyła mnie opinia emigrantów na temat życia w Hiszpanii.

 Przyjazna gościnność to jedna z tych cech, które najbardziej zdumiewają osoby przebywające tu po raz pierwszy. Jeżeli nawiąże rozmowę z kimś z mieszkańców, to wielce prawdopodobne, że skończy się ona zaproszeniem na kawę lub piwo.

Nie, to nie cytat z Kosmofobii. Takie informacje znajduję w jednym z przewodników wydanych ostatnio w Polsce. Brzmi zachęcająco. Może to i prawda. Tyle, że rozmówcom autorki raczej się to nie zdarzy. Żyją obok Hiszpanów. Nie z nimi. Niektórzy bez papierów, wielu jednak jako prawowici obywatele tego kraju. Niestety – mają czarną skórę albo typową arabską urodę – to wystarczy, by znaleźć się na samym dole drabiny społecznej. Ciągle dyskryminowani – z powodu języka, akcentu, pochodzenia, kultury. Emigranci nie tolerujący innych emigrantów, mało tego – emigranci z jednego kraju – a skolonizowani przez Francuzów nie tolerujący tych skolonizowanych przez Hiszpanów. Każdy rozdział przedstawia inną postać – pojawiają się nowe nazwiska, imiona, mieszkańcy tej części miasta, którzy za chwilę również usiądą przed autorką i nagrają na kasetę opowieść o swoim życiu. Są do bólu szczerzy – bo mają zagwarantowaną anonimowość. Ktoś tylko krótko wspomniany w którymś z rozdziałów zdradza swoje tajemnice w szczegółach już za chwilę, wspomina sąsiada z klatki, o którym też zaraz przeczytamy i dowiemy się, dlaczego w jego życiu wszystko ułożyło się tak a nie inaczej. Podczas czytania czuję się jak osiedlowy poduszkowiec tkwiący godzinami w oknie i czekający na lokalne sensacje, kto z kim, kto pije, kto się wydziera i leje z małżonkiem, a komu się po prostu powiodło. Życie tych ludzi nie jest słodkie. To obalenie kolejnego mitu o Hiszpanii ostatnich lat – jako kraju cudu gospodarczego. Wielu z bohaterów wiąże ledwo koniec z końcem, ma problemy natury osobistej, ukrywa swoją odmienność z powodu braku tolerancji, jest uzależniona od narkotyków, leków, albo od drugiej połowy. Toksyczne związki, toksyczne życiorysy.  Szczegóły, szczególiki. Biedni i ci, którzy odnieśli sukces. Wnikliwa analiza pewnego fragmentu społeczeństwa. Wśród tylu ludzi można być tak bezgranicznie samotnym.  I czuć strach, wielki strach – co kolejny dzień przyniesie. Nie mi oceniać, ile w tym wszystkim jest prawdy. Sama Lucia pisze w części Podziękowania, że wiele z historii tu opowiedzianych jest prawdziwa, wiele miejsc, ludzi. Hiszpanie – jak wynika z informacji okładkowej – doceniają pisarkę i co rusz obdarowują kolejną nagrodą literacką. Temat – ciekawy, warsztat pisarski – również. Mnie bardzo zainteresowałaby opinia ludzi znających panujące w tym kraju stosunki – czy potwierdziłyby zawarte w tej książce informacje, jaka byłaby ich reakcja na tę lekturę. Książka nie pozostawia obojętnym – jak życie pokazuje – albo jest się zdecydowanie na nie – albo – jak w moim przypadku – na zdecydowane tak. Mimo wszystko – Kosmofobia jest na pewno ciekawą propozycją dla wybierających się na Półwysep Iberyjski. By lepiej poznać, lepiej zrozumieć, by zobaczyć coś więcej pod powłoką uśmiechów zarezerwowanych niekiedy tylko i wyłącznie dla turystów zostawiających tam swoje eurasy i zielone.

 

Wydawnictwo Muza

poniedziałek, 08 czerwca 2009

Recenzję napisał - gościnnie i po raz pierwszy - (mam nadzieję, że nie ostatni) mój mąż - Michał:)

Przygodę z kresami miałem dotąd niestety tylko raz. W maju 1992 roku, z kołem historyków, pojechaliśmy szlakiem sienkiewiczowskiej trylogii, w podróż, która w tamtych czasach miała wszelkie znamiona podróży egzotycznej. Na granicy mijaliśmy autobus z wyraźnymi śladami ostrzału. W samym  Lwowie, skąd wyruszaliśmy na dzikie pola, nie znano jeszcze wówczas czegoś takiego jak parking. Tę rolę pełniła ulica, a parkingowymi  okazało się pięciu milicjantów, którzy tuż po naszym przyjeździe wyłonili się z pobliskiej bramy z mało dla nas intratną propozycją zadbania o to, aby na drugi dzień pojazd nadawał się do jazdy. Początek kresów? Nie, to był powiew nieodległych czasów, spuścizna i trwałe ślady przynależności dawnych ziem polskich do Związku Radzieckiego i wynikającego stąd nastawienia  typowego dla homo sovieticus. Zresztą moje spotkanie ze Stanisławowem – choć w tym przypadku lepiej napisać Iwano-Frankiwskiem, za sprawą naszego lokalnego przewodnika, a może raczej opiekuna, też miało pewien symbolizm. Będąc już na przedmieściach zapewniał nas, że w zasadzie w tym mieście nie ma co zwiedzać i wysadził gdzieś daleko od centrum. Nikt z nas nie chodził po dawnym Stanisławowie, choć wyjeżdżając z miasta zza szyb autobusu zobaczyliśmy namiastkę tego, co nas ominęło.

Teraz, dzięki książce Tadeusza Olszańskiego, miałem sposobność wrócić do Stanisławowa, rozkoszować się spacerem po jego uliczkach, poznawać architekturę, ludzi, a zatem zajrzeć do jego duszy.  Tego miasta już nie ma. Ulica Cicha, Pełesza, Kamińskiego,  Sapieżyńska, Ormiańska… Spotykamy ludzi ciekawych, ważnych dla historii, dzieci ze wspólnych zabaw, szkoły – wszystkich w jakimś konkretnym miejscu. Autor umiejętnie oprowadza po mieście przedstawiając  losy mieszkańców. Dla wielu z nas, którzy nigdy się ze Stanisławowem nie zetknęli, książka wydobywa to magiczne miejsce, a przede wszystkim mieszkańców,  z zapomnienia. Olszański przenosi czytelnika w czasy swego dzieciństwa, w miejsca w których żył, odkrywając  piękno i nastrój przedwojennej II Rzeczpospolitej – matki narodów, a następnie ukazując bolesną, wojenną historię miasta kresowego.  Mamy więc ulicę Kolejową, inaczej zwaną na Sybir, getto, Gmach Sądów, gdzie mieściły się katownie najpierw NKWD, a następnie Gestapo.  I coraz mniej osób z rodziny, przyjaciół, szkolnych profesorów, znajomych: rozstrzelany, wywieziony, zakatowany, zniknął bez śladu. Dla wielu rozpoczyna się wieczna tułaczka. Wojna pokazuje najbardziej dramatyczne i bolesne oblicze. Hitleryzm i bolszewizm odcisnęły  szczególne piętno, doświadczając mieszkańców chyba największym z możliwych okrucieństw – nie tylko tyranii najeźdźców, ale także walki między ludźmi, którzy do niedawna żyli w zgodnym sąsiedztwie.

Sąsiedztwo. To słowo w takim miejscu miało szczególny wymiar. Zresztą sam Olszański – syn wziętego w mieście lekarza i Węgierki. Jego matka na dobrą sprawę nigdy się polskiego dobrze nie nauczyła, ale w niczym to jej nie przeszkadzało. W mieście takich rodzin było wiele, bo było w latach dwudziestych wręcz modne mieć żonę z Węgier, życie towarzyskie rodzin polsko- węgierskich kwitło więc w pełni. Gdy dodać do tego Żydów, a także liczne społeczności Ukraińców, Rosjan, Niemców czy w końcu nielicznych ale wpływowych Ormian, mamy prawdziwą mozaikę, bogactwo narodowości. Sam kościół katolicki był reprezentowany przez trzy obrządki: łaciński, grecki i ormiański. Społeczności te miały daleko jak na owe czasy idącą autonomię. Na przykład Ukraińcy korzystali z własnych szkół, pielęgnowali swój język – którego notabene nauczano także w polskich szkołach, partie polityczne, teatr, organizacje harcerskie i społeczne, zajmowali też ważne stanowiska. Rolę i wkład Żydów w mieście można było ocenić nie tylko po ich liczebności (27 tys. na 70 tys. mieszkańców w ogóle). Było aż 50 żydowskich bożnic, a także robiąca imponujące wrażenie Synagoga, zwana Templum, z tej społeczności wywodził się poseł, senator, a także wiceprezydent Stanisławowa, funkcjonowały szkoły, partie polityczne, organizacje społeczne i aż trzy kluby sportowe.

Wojna zniszczyła wszystko, prócz pamięci o przedwojennym mieście. Jak to się mogło stać, że pojawiły się pogromy na ludności polskiej ze strony ich dawnych sąsiadów Ukraińców, że część ludności żydowskiej witała sowieckich okupantów jak wyzwolicieli. Część ludności ukraińskiej i żydowskiej darła polskie flagi, pluła na nasze godło i entuzjastycznie witała wyzwolicieli. Z upadkiem państwa polskiego przestawała również istnieć zgoda żyjących obok siebie narodów. A może to tylko nam, Polakom, tak się wydawało?. Wszystkich połączyły tragiczne losy: w getcie w ciągu jednego dnia 12 października 1941 roku zgładzono 10 tys. stanisławowskich Żydów, z rąk tych samych oprawców ginęli Ukraińcy. Gestapo i NKWD na terenie województwa stanisławowskiego wymordowało 50 tys. ukraińskiej inteligencji, która w przeważającej mierze wykształciła się w II Rzeczpospolitej. Tamtego Stanisławowa już nie ma. Jakie to szczęście, że jest książka Tadeusza Olszańskiego Kresy kresów. Stanisławów.

 

Wydawnictwo Iskry

niedziela, 07 czerwca 2009

W jednej z księgarni internetowych wpisałam hasło KOT. Z czystej ciekawości. Wyskoczyło ponad 500 pozycji. I to nie tylko poradniki typu – jak rozmawiać, z kotem, czy - co zrobić, by nasz milusiński był szczęśliwym zwierzęciem. Żadne tam słodkie książeczki dla dzieci  o chorym kotku, czy kocim przebierańcu, który upodobał sobie buty z cholewkami. Nie, nie - całkiem poważne tytuły, napisane przez poważnych ludzi, z poważnym bohaterem – czyli panem K-O-T-E-M na pierwszym planie. Bo kot od kilku sezonów szturmuje księgarskie półki. Bo kot to jest ktoś – o czym przypomina mi systematycznie moja miła koleżanka Dorotka w swoich mailach – w których to pomiędzy wieściami o rodzinie, co u córek, u męża, u rodziców, co w pracy, zawsze przemyci garść informacji co u Fajki:) No właśnie, koty są niezwykłe. Tak twierdzą właściciele tych czworonogów. Do takiego przekonania doszłam też po przeczytaniu historii wędrówki bośniackiego kocura – Murriego. Ilja Bojaszow, rosyjski pisarz pokazał nam wojnę domową na Półwyspie Bałkańskim i Europę lat 90-tych właśnie z perspektywy kota. Murri to zwykły koci młodzieniaszek z bośniackiej wioski, którego świat to miejsce obok fotela, stary koc i miska. Wszystko to zawaliło się oczywiście w 1992 roku. Kot opowiada o tamtych wydarzeniach bez jakichkolwiek wzruszeń, uczuć, zimno, rzeczowo, reporterskim stylem. Przyjął do wiadomości, że coś się skończyło, że nic już nie będzie takie jak było. Wyruszył na długą wędrówkę, na której spotyka muzułmanów, chrześcijan, żydów, mieszkańców różnych europejskich krajów. A że widzi również to, czego nie są w stanie zobaczyć oczy dwunożnych – książka nabiera magicznego charakteru. Bo pełno tu krążących duchów, aniołów transportujących dusze do nieba, skrzatów domowych rozpaczających na zgliszczach zniszczonych domów, demonów kręcących się wokół brutalnych partyzantów. Murri słyszy niesłyszalne dla innych. Jęki i zawodzenia starych jabłoni wyrywanych z korzeniami podczas bombardowania,  rozmowę traw i ptaków. W czasie tej wędrówki Murri napotyka inne stworzenia, ludzi z różnych stron półwyspu, słucha ich żalów, roszczeń, trafia też na dobrych dwunożnych, którzy pomagają mu w tych ciężkich czasach– dzielą się jedzeniem, troszczą się o niego, którzy zachowali godność i człowieczeństwo w tej nieludzkiej wojnie, która wstrząsnęła światem. Idzie po bawarskich drogach, rusza na Berlin, dociera pod Warszawę, odwiedza litewskie wioski, mija smętny Petersburg, je ryby rzucane przez fińskiego rybaka, odwiedza barakowe domki dla emigrantów pod Goteborgiem. W końcu wraca na swój stary dobry koc.

To książka napisana w klimacie filozoficznym, refleksyjnym. Cieniutka, ale – jak dla mnie – absolutnie nie na krótkie czytanie. Bolesna prawda o ludziach, ich brutalności, obojętności, ale też dobroci i pięknie. Co w nas drzemie, co jest w stanie to coś obudzić? Niezmierzone pokłady dobra i zła, z których czasem nie zdajemy sobie nawet sprawy. Polecam!

Wydawnictwo Prószyński i S-ka

piątek, 05 czerwca 2009

Kilka lat temu przeczytałam inną książkę tego autora. Pamiętam, że bardzo mi się podobała – wyruszyłam na łowy w celu znalezienia czegoś więcej. Na próżno. Kilka dni temu przyniosłam z biblioteki Misjonarza – i znów pozytywne wrażenia. Powieść przenosi nas do XVIII wiecznego Wietnamu. To tam w podróż misyjną udają się trzej jezuici – Francis Gervaise, Henri Monange i Pierre de Behaine. Każdy z nich ma dość ciekawą przeszłość i  ciekawe powody, dla których musi uciekać z Francji. Zresztą kogóż w tamtych czasach nie kusił Nowy Świat? Indie? Nowe lądy? Trójka musi stawić już na miejscu czoła innej kulturze, językowi, mentalności, miejscowym watażkom. W końcu jezuici zostają wplątani w krwawą wojnę domową. Książka niekiedy swym klimatem przypominała słynną Misję (film!), choć zdaję sobie sprawę, że o inny zakątek świata tu chodzi – mamy trudny moment aklimatyzacji, zżycia się z lokalną prostą społecznością, uczuciowa solidarność z nią. Powieść bardzo egzotyczna, w której znajdziemy przygodę, niezwykle kolorowy opis tamtego świata, obcej kultury i zwyczajów. Bardzo dobrze się czyta. Kilka razy już przekonałam się, że książki z serii Albatros, szczególnie jeśli chodzi o pisarzy z kręgu Azji – są strzałem w dziesiątkę. Bardzo polecam Gobelin. To dzięki tej książce zachwyciłam się kilka lat temu talentem do opowiadania pięknych historii pisarza o wietnamsko- amerykańskich korzeniach. Uwaga – stomatologa z zawodu – a pisze po prostu pięknie. Nie pamiętam szczegółów tamtej powieści, więc dla chętnych nota okładkowa. Obie polecam!

 

Barwna i okrutna opowieść o zemście osadzona w realiach Wietnamu I połowy XX wieku. Siedmioletni Dan zostaje ożeniony z Ven, dziewczyną o 17 lat starszą od niego. W ten sposób Ven staje się służącą jego rodziny. Wychowuje chłopca w duchu zemsty...

Wydawnictwo Albatros/ Kuryłowicz

czwartek, 04 czerwca 2009

To kolejna część sympatycznej serii kryminalnej dla dzieci o dwójce szkolnych detektywów - Morsie i Pinky, autorstwa Dariusza Rekosza. Receznję znajdziecie na blogu Półeczka z kiążkami.

poniedziałek, 01 czerwca 2009

Adę czytałam długo. Nie jest to książka na chwilę, nie jest to książka na szybkie czytanie. Trzeba delektować się słowem, trzeba uważać, by nie zgubić się w licznych dygresjach, opowiastkach – wtrąceniach niby przypadkowych – a o to w tej książce całkiem nietrudno.  Przyznaję – sięgnęłam po Kronikę rodzinną z ciekawości. Oczekiwałam skandalu a’la słynna Lolita. Zachowałam się jak pensjonarka, przed którą rodzice chowają zakazane książki na najwyższych półkach. Jednak całkiem spokojnie, bez wypieków na twarzy przeczytałam tę książkę – a jakże – o seksie, w dodatku zakazanym, bo między rodzeństwem. O miłości również. Tylko czy w dzisiejszych czasach jest coś, co nas może jeszcze zaszokować i zgorszyć?    

 

Pięć części w opasłym ponad 700-stronicowym tomisku. Historia bierze swój początek w XIX wieku, kiedy to dwie siostry – Aqua i Marina poślubiają dwóch kuzynów – Demona i Daniela. Dalej mamy romans Mariny z Demonem i syna z tego związku - Vana (Iwana). Ada albo żar to prawdziwa kronika rodzinna, saga, coś w rodzaju słynnych Forsythów Johna Galsworthyego. Mnóstwo postaci- z najdrobniejszymi szczególikami z ich życia, koligacje rodzinne, przyzwyczajenia, romanse. Demon, Daniel, Marina, Aqua, Mlle Larivière, Blanche, Bouteillan, Monsieur Rack, Andriej i Dorothy Vinelander, Percy i Cordula de Prey, Kim Beauharnais, dr Krolik, Alsonso, Eric van Veen... To tylko niektórzy z nich. Autor poświęca każdemu mnóstwo uwagi. Na chwilę wypadają z gry, po to tylko, by za chwilę znów powrócić. Od tej różnorodności może rozboleć głowa.

 

W końcu najważniejszy element tej powieści – uczucie Ady i Vana. Gdyby tak zliczyć strony, na których opisana jest ich miłość – to nie stanowią one dominanty w całej tej historii, a właściwie różnych opowieściach, czasem od siebie oderwanych, beż żadnego powiązania. Wiele wody upłynie w rzece od pierwszego pocałunku 12 letniej Ady i 14-letniego Vana, ich wspólnego lata w 1884 roku. Wiele się wydarzy. Ich przelotne romanse, drogi, które co rusz się schodzą, to rozchodzą, protesty rodziny, ślub Ady z bogatym hodowcą bydła z Arizony, nieszczęśliwa miłość Lucette do Vana, poszukiwanie sensu życia, filozoficzne i psychologiczne rozważania, w końcu wspólne życie po śmierci męża i rodziców Ady – od 1922 roku. W piątej ostatniej części – Van spogląda za siebie. Są lata 60-te XX wieku. Widzimy pana z brzuszkiem i kobietę – matronę, w pofarbowanych włosach, czarnej sukni z jedwabiu, wbitą w gorset. Czy coś mnie w tej książce zgorszyło? Nie – nic takiego nie miało miejsca. Książka powstała 40 lat temu – była to inna epoka, inna obyczajowość, naprawdę inny świat. Zresztą Ada i Van rozpoczęli swój romans w nieświadomości, długo nie zdawali sobie sprawy z tego, że tak naprawdę są przyrodnim rodzeństwem. Powieść pełna jest emocji, namiętności. W niektórych miejscach, pozwolę sobie na to określenie – jest po prostu bardzo, ale to bardzo sexy.  

 

Ada, kiedy jej jedwabista grzywka dotykała jego sutek lub pępka, zdawała się czerpać radość z tego, że robi wszystko, by wprawić w drżenie mój dzisiejszy ołówek i by w tej groteskowo odległej przeszłości jej niewinna siostrzyczka zauważyła i zakonotowała sobie to, nad czym Van nie mógł zapanować. Dwadzieścia łaskoczących palców wesoło wpychało teraz zgnieciony kwiat pod gumkę jego czarnych spodenek. Jako ozdoba kwiatek nie miał zbyt wielkiej wartości , a jako zabawa było niestosowne i niebezpieczne. Otrząsnął się ze swoich pięknych dręczycielek, i odszedł, idąc na rękach, w czarnej masce na karnawałowym nosie. (str.251)

 

Wewnętrzne monologi, listy, liczne intrygi, tysiące szczegółów i szczególików, wspomnienia, aluzje, metafory – wszystko to tworzy dość specyficzną literacką mozaikę, której od momentu rozpoczęcia lektury trudno się oprzeć.  Lektura trudna, wymagająca dużego zaangażowania, uwagi. Świetny przekład i posłowie Leszka Engelkinga - również o perypetiach innych tłumaczy. Książka, jakich niewiele przeczytałam w swoim dość długim już życiu. Dla mnie osobiście - prawdziwe wyzwanie – które już po ukończeniu – na długo pozostawiło niezapomniany i bardzo wyraźny smak satysfakcji.

 

Wydawnictwo MUZA