Świat jest stworzony po to, aby stać się kiedyś piękną książką
Archiwum
Zakładki:
Książki 2013
Książki 2012
Książki 2011
A tutaj piszę o książkach
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Dekoratorskie
Książki - 2010
Książki- 2008
Książki- 2009
Napisz do mnie
Piszą o książkach
Strony o książkach
Szablon mojego bloga
Wydawnictwa
Wyzwania czytelnicze
Zaglądam również TU
Tagi
Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać
poniedziałek, 28 czerwca 2010

Istnieje (...)  przenośnia nazywająca grubą książkę „cegłą”.

Otóż gdy czyta się z pasją, cegła staje się obłokiem i ulatuje wysoko, unosząc nas ze sobą.

(„Jak powieść” Daniel Pennac)

Cytat u góry mógłby stanowić całe resumee dla Szwaczki. Z początku, nie powiem,  przeraziłam się – całe 650 stron. Potem spakowałam do torby podróżnej, wyjechałam na delegację i … przepadłam. Cegła stała się obłokiem i uniosła mnie ze sobą:))) Pennac określił proces czytania ciekawej książki bardzo trafnie. Zapomniał napisać tylko, co potem. W tym przypadku, gdy trzeba było powrócić na ziemię, za każdym razem nabijałam sobie wielkiego guza. I dobrze, bo nie ma nic gorszego jak czytanie jałowe, bezpłciowe, po którym nie ma żadnego śladu. Wadą dobrych książek, choćby nie wiem jak grubych, jest to, że zdecydowanie za szybko się kończą.

Szwaczka to opowieść o dwóch siostrach – starszej Emilii i młodszej Luzii, wychowywanych przez ciotkę Sofię, siostrę ich zmarłej przed laty matki, gdzieś na prowincji Brazylii. Dwa odmienne charaktery, inne marzenia, inny cel w życiu. Każda z nich ma swoją receptę na szczęście, każda idzie swoją własną drogą. To co je łączy – to umiejętność szycia. Obie są szwaczkami, co nie pozostanie bez znaczenia na przebieg ich życia. Umiejętność szycia nie sprawia wprawdzie, że panny opływają w bogactwa materialne, jednakże z pewnością pozwala na swego rodzaju niezależność obu kobiet, co w latach dwudziestych ubiegłego wieku w Brazylii było rzadko spotykane i stanowiło wielki krok do przodu w rozwoju stosunków społecznych, relacjach damsko-męskich i miejscu kobiety w życiu rodzinnym i społecznym. W książce spodobało mi się kilka rzeczy.

Autorka posłużyła się retrospekcją. Lubię taki zabieg w literaturze, tyle że nie każdy umie wykorzystać umiejętnie ten chwyt, by utrzymać czytelnika przy książce po przekroczeniu magicznej 50 strony. A gdy przed nami jeszcze jest ich sześćset – to ho ho, to jest dopiero wyzwanie. Frances DPP już na samym początku zdradza nam pewne ważne szczegóły z życia dwóch sióstr. Punktem wyjścia dla Emilii jest pogrzeb jej męża. Dla Luzii - jej rzekoma śmierć. Kiedy wydawać by się mogło, że już tyle zostało powiedziane, dla niektórych – może nawet za dużo, autorka jak gdyby nigdy nic, zabiera nas do przeszłości i zaczyna swoją opowieść od początku, snuje ją do tego momentu, który już znamy, a potem następuje ciąg dalszy. A jak to robi. To kolejna rzecz, która mnie urzekła. Coś takiego mogłabym określić – od ogółu do szczegółu. Zaczyna opisywać pewną rzecz, najpierw z grubsza nazywając, a potem koncentruje się na najmniejszych elementach, na ściegach, nitkach, guzikach. Podobnie jest z opisem wydarzeń. Pisze o Brazylii z początków lat dwudziestych. Wchodzi do chłopskiego i mieszczańskiego domu, przygląda się modzie, zastawie na stół, potrawach, ulicy wielkiego miasta, nastrojach społecznych, przemianach, jakie następowały, obyczajności wśród bogatych i biednych, pisze o buntownikach kryjących się po lasach, zwyczajach i prawach, jakie panują na prowincji,. Choć tu można bez skrupułów słowo prawo zastąpić bezprawiem. Świetnie ukazała kontrasty panujące w społeczeństwie brazylijskim – z jednej strony wielkie bogactwo, z drugiej – sromotna bieda. Świetna książka, o której zachęcająco napisano już na kilku blogach. Ja dołączam do tego grona.

Wydawnictwo MUZA

piątek, 25 czerwca 2010


Wręcz nie przystoi zaczynać od tego, co powinno wieńczyć recenzję dobrej książki, czyli zachęcającego podsumowania.  W tym przypadku pokusa jest nazbyt silna, a co ważniejsze w pełni uzasadniona. Świetne dzieło Burnaby’ego w niemniej świetnej serii „Podróże retro” – kompozycja idealna. Nie mogło być inaczej, bo i rozkosz czytania ogromna. Uciekamy w przeszłość, w pochłaniającą podróż do dawnej Chiwy – miasta ongiś wspaniałego, położonego w dalekich stepach Azji Środkowej (Uzbekistan), na przecięciu ważnych szlaków, swoistej bramy do Indii, a więc w kategoriach polityki XIX wiecznej, strategicznego, o którego rywalizowały ówczesne mocarstwa kolonialne – carska Rosja i Anglia. Nie dziwi, że większość  jakichkolwiek ruchów w stosunku do Chanatu Chiwy  pachniała prochem. Rosja „sąsiedzkie relacje” ułożyła z chanem po swojemu (skąd my to znamy), w Anglii dojrzewał pogląd, że na więcej pozwolić już nie można, zbyt blisko perły w Koronie brytyjskiej. Takie też było przesłanie i ukryty cel podróży, misji autora – zbadać zamiary Rosji. Pokazał prawdziwe oblicze kolonializmu carskiego, tu był prawdziwym prekursorem, i  niestety … złym prorokiem.

Jak w takim kontekście odbyć podróż do zamkniętego miasta, i to jeszcze do tego będąc Anglikiem. Zrobił to i opisał właśnie Burnaby, ówczesny globtroter i nieświadomy uczestnik wyprawy ekstremalnej. Sam po raz pierwszy zetknął się z taką gamą skrajności, skrajności wszelkiej maści. Czy to w odniesieniu do warunków klimatycznych, czyli skrajnych temperatur, przyrody – od skutych lodem terenów po pustynię, w końcu skrajności kulturowych, mentalnych i cywilizacyjnych. W kategoriach trudnego do zniesienia szoku można rozpatrywać obrazek nienagannego dżentelmena, ze staro angielskimi manierami, w doskonale skrojonym garniturze, wypucowanego i być może wypudrowanego, który obleczony w skóry, pozbawiony podstawowych (w ujęciu świata cywilizowanego) środków higieny, poruszając się prymitywnymi środkami transportu, obcuje z wszami, je to, czego normalnie żołądek by nie przyjął, i zderza się z mało dla niego zrozumiałymi zachowaniami.

Poznajemy ludzi zwykłych i tych sprawujących jakiekolwiek zwierzchnictwo. U Rosjan dostrzega to, co i dziś jest poniekąd aktualne. Z jednej strony wspaniała kultura, przyjmowanie importowanych wzorców z Zachodu, widocznych w Sankt Petersburgu czy Moskwie, z drugiej strony, zamiłowanie i przyzwolenie do obłudy, wietrzenie wiecznych spisków i  niemal wszechogarniająca bieda wśród niższych warstw społecznych.  Przy tym dość lekkie podejście do obowiązków i czasu. Jak pisze, Rosjanie „słowem zawtra posługują się równie ochoczo, jak mieszkańcy Półwyspu Iberyjskiego słowem maňana”.

Wraz z wjazdem do azjatyckiej części imperium wszystko staje się jeszcze bardziej trudniejsze. Jedno jest pewne, ludzki organizm zdolny jest przystosować się do wielu przeciwności. Turkmeni, Kirgizi – ich życie  sprowadza się do tego by przetrwać, a większość czynności, zachowań jest determinowana perspektywą zdobycia jedzenia. Jeśli jest, pochłaniają w olbrzymich ilościach. Wieczna obawa o to, kiedy będzie następny posiłek, czy w ogóle będzie, karze gromadzić  zapasy w żołądku, niezależnie od wynikłych z tego tytułu dolegliwości. Ponadto, obcowanie w srogim klimacie, z niewiadomą czy przetrwa się burzę śniegową, czy nie zamarznie się gdzieś w czasie drogi, którą na tych bezkresnych terenach tak łatwo zgubić.  Prymitywizm, ale jednak świetnie dostosowany do warunków, czego uosobieniem są stepowi koczownicy, a bodaj najlepszym przykładem dogodnego rozwiązania technologicznego – jurty (specjalnie skonstruowane namioty).

W końcu Chiwa, legendarne miasto, cel podróży autora. Wspaniała architektura, meczety,  pałace, ogrody, mozaika kultur, widoczna na bazarach i w życiu społeczny. Porównywane do baśniowej Samarkandy, wszystko gdzieś daleko, w nieznanym świecie. Miasto tajemnicze, gdzie toczy się walka o strefy wpływów, ściąga ludzi z wielu zakątków. Jeszcze wciąż  z chanem jako władcą, ale już w rzeczywistości pod władaniem Rosjan, którzy pod różnymi pretekstami dokonują coraz to dalszych aneksji, nakładają kolejne kontrybucje. Od tego momentu zaczyna się jego schyłek, blednie dawna świetność. A dalej miało być już tylko gorzej. Dziś Chiwy i egzotycznej do niej wyprawy można zasmakować dzięki wyjątkowej książce Frederica Burnaby’ego.

(Autorem recenzji jest mój mąż Michał)

Wydawnictwo Zysk i S-ka

sobota, 19 czerwca 2010

Niby nic nadzwyczajnego. Zwykły kawałek materiału. Kiedy przekroczyłam sklepik z antykami przy ulicy Różanej w Lesznie, od razu rzucił mi się w oczy. Leżał na stercie pożółkłych haftów, wśród jaskrawych kwiatów zaklętych w ściegu krzyżykowym, płaskim, łańcuszkowym. Ten, w porównaniu z innymi prezentował się nadzwyczaj skromnie. Malutki kawałek tkaniny z kieszonką, obramowany chabrowym płótnem, z mizernymi uchwytami. Przedwojenna zawieszka na ścianę, z napisem Topflappen, wyszytym w gotyku. W domu wyprałam ją, wykrochmaliłam, wyprasowałam gorącym żelazkiem. Teraz leży sobie i cierpliwie czeka na swoje nowe przeznaczenie. Nie, to dawne nie wchodzi w grę. Nie mam zamiaru eksponować ściereczki do garnków w ten sposób. A jednak nie mogę opędzić się od myśli, że niemiecka gospodyni, która ją wyszyła dla ozdoby swojej kuchni z taką starannością dbała o każdy szczegół, że nawet zwykła ściereczka kuchenna miała swoje miejsce, muszę przyznać, jak na zwykłą ściereczkę, czy łapkę do garnków, czy jak tam kto woli, bardzo elegancką. Jak wyglądała jej właścicielka? Pewnie jak wzorowa niemiecka Hausfrau, z włosami zaplecionymi w obwarzanki nad uchem, w białym wykrochmalonym fartuchu, może w czepku na głowie. Do tego jeszcze te śnieżnobiałe mankiety przy prostej, ale eleganckiej bluzce. Proszę nie dopatrywać się w tym przypuszczeniu ironii. Ja tylko głośno myślę…


Właściciel sklepu ze starociami powiedział, że zawieszkę znalazł w którymś z mieszkań w starych leszczyńskich kamienicach. Zwykła zawieszka, a jednak znak czasu. Przed wojną w Lesznie i okolicach, także mojej rodzinnej miejscowości, żyła bardzo liczna mniejszość niemiecka. Związane było to też z naszymi pokręconymi losami. Przecież zaraz za Frauenstadt (Wschowa) była granica z Rzeszą. W moim mieście jest piękny kościół, kiedyś protestancki – dziś katolicki. Jak miała na imię właścicielka zawieszki? Krążą po mojej głowie stare niemieckie imiona – Gertrud, Margarete, Hilda, Helga. Niech będzie Gertrud. Wkrótce na front wyjechał jej mąż – Adolf. Był dumny z tego imienia. Przynajmniej na początku wojny. Kiedy wrócił z frontu wschodniego z przebitym płucem – już mniej. Nie przyznawał się do tego. Rozgoryczony patrzył, jak jego żona wychowuje Kindry, biega popołudniami do kościoła i jak krząta się po kuchni. Tak jak każda ordentliche deutsche Frau, sprowadziła swoje życie do trzech K- Kinder, Kirche, Küche. W kuchni była królową. Piekła co tydzień swój Heimwehkuchen – bo przecież tęskniła za Heimat, gdzieś w dalekiej Bawarii. Klepała ciasto drożdżowe, jak jej babka, 900 razy, by nałykało się powietrza i by dobrze wyrosło. Potem kroiła jabłka, kupowane prosto z wozu od chłopów, co zjeżdżali do miasta co tydzień z pobliskich wiosek. Na wierzch sypała Streusel, które robiła ukradkiem przed dziećmi ze smalcu i cukru. By nie wyjadały, bo lubiły obżerać się surowym ciastem. Do kruszonki dodawała troszkę Backpulver – bo tak poradziła jej bawarska babka – dla subtelnej pulchności. Było to zbawieniem dla jej słabych zębów – nie miała w sobie aż tyle dyscypliny ile by chciała mieć – nie umiała odmówić sobie słodkiego puchowego drożdżowca. Lisa. Tak brzmiała niemiecka nazwa miasta. Kiedy dowiedzieli się, że nadchodzą Rosjanie, spakowali tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Zresztą i tak wszystko pogubili po drodze. Resztę im rozkradli. W ich starym mieszkaniu (czy do końca jednak ich, czy zajętym po wybuchu wojny?) została między innymi ta stara zawieszka, ręcznie wyszyta chabrowym kordonkiem. Zwykły płaski ścieg, Gospodyni w tradycyjnym stroju regionalnym (?) trzyma w rękach garnek – Eintopf. Jak Bóg przykazał w każdy poniedziałek – solidna, gęsta zupa, by Adolf mógł najeść się do syta. I dzieciaki też. Chabrowe obramowanie przyszyto maszynowo – drobniutki ścieg, może uszyty Singerką. Tyle pozostało po Gertrud i Adolfie. Tylko tyle... A może aż tyle...


piątek, 18 czerwca 2010

Znalazłam tekst, modlitwę, pod którą i ja się podpisuję. Zupełnie, jakby autorka miała mnie na myśli:) Tekst pochodzi z książki Balsam dla duszy rodziców. Ta modlitwa faktycznie koi duszę, tłumaczy pewne niewiarygodne rzeczy, pomaga przyjąć rzeczywistość jaką jest i… mimo wielu trudności wywołuje uśmiech na twarzy.

Za obowiązki wszystkie,

Dzięki Ci, Panie,

Za trud codzienny,

Za wczesne wstawanie.

Nigdy ich dosyć,

Rzeczy do prania wszędzie;

Za wannę do mycia,

Choć długo to trwać nie będzie.

Dziękuję za zabawki

Rozrzucone na podłodze;

Za obłocone buty,

Które przy drzwiach straszą srodze.

Dziękuję za ślady paluszków

Na czystej zastawie;

Dziękuję za dywan

Umorusany w trawie,

Dzięki za kuchnię

Zawsze w czystości potrzebie,

Za garnki do mycia,

Które leżą w zlewie.

Całe to życie moje

Jest Twoim błogosławieństwem, Panie;

Dałeś mi rodzinę,

A ja umiem żyć w tym bałaganie.

(Sheila Hammock Gosney)


niedziela, 13 czerwca 2010

Cieszę się, bo ten zestaw od jakiegoś czasu był moim marzeniem. Chodziłam koło niego i chodziłam, w końcu jest. Mata, specjalna linia, nożyk. I materiały, które oglądam, przekładam i znowu oglądam. Rodzinni prześmiewcy nie będą już kręcić nosami, że niby krzywo:) Tylko jest jeden wielki problem. Czas!!!!! Oczywiście udaje mi się go wygospodarować, ale z trudem. Ostatnio moi chłopacy, zakochani w rycerzach spytali – A dlaczego nie ma rycerzy przytulanek? A kto powiedział, że nie ma. W związku ze zbliżającą się rocznicą bitwy pod Grunwaldem rzuciłam wszystkie ważne sprawy i uszyłam takich dwóch sympatycznych panów. Bo jak się ma dwóch smyków, to wszystko trzeba mnożyć razy dwa:) Tylko gdy czytam małym cosik do snu i leżymy wszyscy na jednym łóżku, zrobiło się ździebko ciaśniej. Z prawa i z lewa słychać: Posuńcie się!!! Ciekawe, dlaczego?


Więcej na blogu Półeczka z książkami.

czwartek, 10 czerwca 2010

Mimo, że książka przedstawia fikcyjne życie dziewczyny, która mogła jedynie pozować wielkiemu Leonardowi do najsłynniejszego portretu w dziejach malarstwa, historia napisana została w taki sposób, że skłonna jestem uwierzyć, że to prawda. Po tej książce, pewnie do kolejnej lektury o Mona Lisie, kobieta z portretu będzie Elisabettą, którą poznajemy w przededniu jej 13 urodzin. Jesteśmy świadkami, jak przeistacza się w kobietę dojrzałą, jaką znamy z portretu, stateczną, piękną, świadomą swej kobiecości. Z tajemniczym uśmiechem na twarzy – jaką rolę odegra on w tej całej historii ? – Przekonajcie się sami…Recenzja na blogu Półeczka z książkami.

Wydawnictwo Jaguar

wtorek, 01 czerwca 2010

Wściekłam się przy tej książce (Tak a propos – nie lubię tego słowa - wściekać się. Jest takie jakieś nieeleganckie, ale moja złość była nieelegancka. Baaardzo.) A na co? Na kogo? Na swoją ignorancję, naiwność. Na siebie. Właściwie sama nie wiem, jak to określić. Tkwiłam w Południu po uszy. Taplałam się w tej ich bawełnie, skwarze, czerwonej ziemi. Głównie za sprawą romantycznego Przeminęło z Wiatrem, z Rhettem Buttlerem pochylonym nad Scarlet O’Haara na okładce, a jakże, a w tle żółto - pomarańczowych płomieni łakomie pożerających Tarę. A przecież czytałam Chatę Wuja Toma, Zabić Drozda, Kolor Purpury. Jednak te książki przytłoczył mit pewnej w gruncie rzeczy pustej osóbki, która miała dość ciekawy i dziwny zarazem zwyczaj myślenia o pewnych nieprzyjemnych sprawach dnia następnego. Trzytomowe dzieło Mitchell usunęło w cień inne książki o Południu USA, które są w wymowie na pewno i ważniejsze i… prawdziwsze (pewnie dostanie mi się od miłośniczek książki legendy). Zapytajmy pierwszą napotkaną osobę o książkę traktującą o niewolnictwie, stosunkach między białymi i kolorowymi. Zapewne pierwsze, co usłyszymy, to właśnie Przeminęło z wiatrem. Służące mogą to zmienić. I chciałabym, by tak się stało. Od wielu tygodni utrzymują się na liście bestsellerów New York Times’a i mają wielkie szanse na to, by pokazać pannie, co to miała w pasie tylko 17 cali, gdzie raki zimują. Zresztą wystarczy prześledzić recenzje na Amazonie. Pierwszy raz widzę, żeby książka miała ponad 2000 recenzji – z których większość to pięć gwiazdek. Dowód na to, że lektura poruszyła wielu, wśród nich również mnie. W Służących ten lukrowany obraz, gdzie biali przyjaźnią się z czarnymi nie ma miejsca. Jest za to prawdziwa Ameryka lat 50 i 60 ubiegłego wieku. Pomyśleć, że to, co tam się dzieje, miało miejsce zaledwie kilkanaście lat przed moim przyjściem na świat. Pewnie do dzisiaj dają się odczuć bolączki przeszłości. Zresztą, czy jest w ogóle możliwe, by Ameryka wyzbyła się ich raz na zawsze? Śmiem wątpić. Chwalę książkę za kilka rzeczy – primo - za temat. Temat, który pewnie boli Amerykanów jak nie wiem co i jest wielkim ropiejącym wrzodem w historii i kraju i narodu. Przecież żyją jeszcze ludzie, którzy pamiętają czasy sklepów, zakładów fryzjerskich, szpitali  tylko dla białych. Secundo – za przedstawienie panujących wówczas stosunków społecznych. W to wszystko autorka zgrabnie wplata losy trzech swoich bohaterek, które ze swojej perspektywy opisują bieg zdarzeń. Dwie murzynki i jedna biała. Ta biała – Skeeter - to też swego rodzaju outsiderka, nijak nie pasująca do środowiska południowoamerykańskiego  – absolwentka uniwersytetu, chce od życia czegoś więcej niż tylko męża i gromadki dzieciaków, czego nie rozumie jej matka, chcąca koniecznie wydać jedynaczkę za mąż – i tu starsza pani wykazuje się nie byle jaką przebiegłością – skoro Skeeter (przezwisko z dzieciństwa, które przylgnęło do niej na całe życie – oznaczające komara) ze swoim wyglądem – wysoka, chuda, ze spiczastym nosem, ponoć bez wdzięku, z rzadkimi włosami, nie złapie męża na słodkie uśmiechy, to może wyjściem awaryjnym będzie pokaźne konto dziedziczki białych pól bawełny. Pewnego dnia dziewczyna wpada na szalony pomysł. Zamierza przeprowadzić wywiady z murzynkami, które są służącymi u białych kobiet. Udaje jej się zainteresować pomysłem redaktorkę z Nowego Jorku. W tle wielkie wydarzenia, wielkie nazwiska – Martin Luther King, manifestacje na rzecz równości społecznej, człowiek oblatuje kulę ziemską, pojawia się pigułka antykoncepcyjna – a my czytamy, co przeżywają na codziennej służbie w domu białych Aibileen i Minny. Choćby o tym, że białe dzieci mówią do swoich murzyńskich opiekunek mama. I o tym, co sprawia im ból przede wszystkim, że te dzieci stają się później tak samo wredne jak ich matki. O tym, jak smakuje chleb w samotności na kilkustopniowym mrozie, jak czarny jest zwykłym śmieciem, nad którym nie warto się zatrzymać, jak białe kobiety nigdy nie zapominają i jak mszczą się za drobnostkę, czasem za przysłowiową duperelkę. Murzynki opowiadają prostym językiem. Nie tak jak miało to miejsce w powieści Alice Walker, ale i tutaj roi się od błędów, języka używanego potocznie, wpadek językowych. Jednak to nie razi – pomaga stworzyć klimat, wczuć się w akcję powieści. Każda z kobiet jest inna. Aibileen budzi respekt i szacunek, imponuje odwagą, rozwagą, przenikliwością do szpiku kości. Minny jest pyskata jak nikt, trudno utrzymać jej język za zębami. Najlepsza kucharka w okolicy – skrzywdzona przez los, kłuje jak jeż, ale tak naprawdę to ciepła osoba spragniona miłości.

Książka przedstawia szerokie spektrum społeczne USA w czasach JFK, panujące mody, przepisy obowiązujące i czarnych i białych. Uświadomiła mi, jak niewiele wiem na temat rasizmu w USA. Wzrusza, śmieszy, złości (w końcu jestem białą zołzą, no nie?). I jakoś trudno mi zrozumieć, że w takiej Ameryce, chlubiącej się swoimi osiągnięciami w sferze praw człowieka, demokracji i innych ważnych haseł, walczącej przecież zaledwie kilka lat wstecz w Europie z upiorami faszyzmu, narodowego socjalizmu (rasa panów i niewolników) miały miejsce takie rzeczy. Okropne, niegodne człowieka, uwłaczające mu. I wiecie co, nie znam się na polityce, ale wczoraj autentycznie się wzruszyłam (za sprawą tej książki właśnie), gdy na ekranie telewizora zobaczyłam prezydenta USA. Proszę państwa, czarnego prezydenta USA, gwoli ścisłości.

Jeśli lubicie książki, które pochłaniają bez reszty, których się nie zapomina, jeśli szukacie wyrazistych bohaterek, które Was wzruszą, rozśmieszą, to jesteście pod właściwym adresem.

I jeszcze jedno – przyrzekam, że to już koniec. Ta książka to debiut – skoro tak to fiu fiu – pogratulować. Czekam zatem na kolejne książki pani K.S. z wielką niecierpliwością.

Wydawnictwo Media Rodzina