Świat jest stworzony po to, aby stać się kiedyś piękną książką
Zakładki:
Książki 2013
Książki 2012
Książki 2011
A tutaj piszę o książkach
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Dekoratorskie
Książki - 2010
Książki- 2008
Książki- 2009
Napisz do mnie
Piszą o książkach
Strony o książkach
Szablon mojego bloga
Wydawnictwa
Wyzwania czytelnicze
Zaglądam również TU
Tagi
Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać
czwartek, 28 czerwca 2012

W liceum (dawno dawno temu) przeczytałam kilka powieści Rodziewiczówny: Wrzos, Między ustami a brzegiem pucharu, Czahary. Stało się to za sprawą klasowej koleżanki, która pożerała jej powieści, zachwycała, ciągle szukała czegoś nowego, jeździła do antykwariatów do Poznania. Potem na długie lata … cisza. Aż do teraz. Sięgnęłam po Kądziel (1899) m.in. ze względu na wątki autobiograficzne. Przeczytałam z dużym zainteresowaniem i nie mówię „nie” Rodziewiczównie – jak tylko się nadarzy kolejna sposobność. Na okładce – czytam Polska Jane Austin. Na pewno to chwyt medialny – ale choćby taka Kądziel to ciekawy obraz społeczeństwa polskiego XIX wieku – przede wszystkim kobiet, które same borykają się z przeciwnościami losów. I to widziany oczami kobiety. Na tamte czasu musiał to być ewenement. Pamiętam mojego polonistę ze szkoły średniej, bardzo wybrednego, wymagającego – głównie od literatów:)) Jak wspominał Rodziewiczównę. Pisząca kobieta w tamtych czasach. W takich czasach. I to jak pisząca. Gdyby była mężczyzną odniosłaby jeszcze wielki sukces. Dla wielu - zawsze była tylko tą Rodziewiczówną, która i tak miała wielkie rzesze wiernych czytelniczek. Zaczęła pisać w czasach, kiedy kobiety coraz śmielej sięgały po książkach. A pamiętacie książkę Stefana Bollmana: Kobiety, które czytają są niebezpieczne. Czytające kobiety w malarstwie i fotografii. Napisał w niej tak:

Wiele stuleci musiało minąć, by kobiety mogły czytać to, co chciały. Kiedyś niewiasty mogły tylko haftować, modlić się, opiekować się dziećmi i gotować. W momencie, w którym zdały sobie sprawę z tego, że czytanie daje im możliwość wyjścia poza domową ciasnotę w świat myśli, fantazji i wiedzy - zaczęły one stanowić zagrożenie. Kobiety poprzez lekturę mogły przyswajać sobie wiedzę i doświadczenia, które do tej pory nie były przeznaczone dla nich.  

Wiek XIX i XX opisał jako wiek czytelniczego rozpasania wśród kobiet. A to przecież lata twórczości Rodziewiczówny. Kobiety mogły z jej powieści na pewno czerpać siłę. Tak jak w przypadku Kądzieli. To powieść bardzo odważna. Taida – wdowa, wychowuje samotnie dwójkę chłopców, trzyma służbę w garści, pilnuje wydatków, wszystko pod kontrolą. Nie folguje żadnym zachciankom, nie stroi nikogo z domowników, a już tym bardziej siebie, rozsądnie pobożna, niechętna gościom różnorakim, robi wszystko, by utrzymać majątek w swoich rękach. Życie jej nie rozpieszcza. Codziennie wieczorem pani Taida siada do stołu i robi notatki w księdze. Kiedyś będzie ona drogowskazem dla domowników – jak żyć, co robić, by cieszyć się dniem, jak być szczęśliwym. Kądziel przesiąknięta jest etosem pracy. Główna bohaterka krząta się po całym domostwie, wszędzie jej pełno, dogląda zwierząt, prac w polu. Co ciekawe, w swoim zachowaniu czasem bardziej przypomina mężczyznę. Nie waha się użyć rózgi, by nauczyć synów rozumu. W powieści Rodziewiczówna dokonuje rozrachunku z coraz popularniejszym w Europie ruchem emancypantek – twierdzi, że najlepszy jest złoty środek, pracę można pogodzić z rodziną. Nie powinno się i nie warto rezygnować ani z jednego ani z drugiego. Jak to zwykle w książkach Rodziewiczówny bywa, silne są wątki patriotyczne. Brak tutaj bujania w obłokach, tkliwej i głupiej miłości. Jej bohaterki, bardzo wyraziste, twardo stąpają po ziemi, wiedzą czego chcą, same chcą o sobie decydować.

Z ciekawości zajrzałam na stronę Wikipedii, by poczytać o autorce. I w pewnym momencie spojrzałam na hasło, czy aby trafiłam w odpowiednie miejsce. Rodziewiczówna z fotografii faktycznie bardziej przypomina mężczyznę – fryzura na jeża, męskie ubranie. Internet huczy od plotek i ciekawostek – wniosek i z lektury i różnorakich wpisów taki, że przydałaby się porządna biografia pisarki, która z pewnością wyjaśniłaby wiele kwestii. A wracając do Kądzieli – jeśli ktoś lubuje się w trochę staroświeckich powieściach – zachęcam do lektury.

 

Wydawnictwo MG



sobota, 23 czerwca 2012

Od kilku dni słuchałam tej książki z kaset. W Internecie nie znalazłam okładki, a dość rachityczne kasety nie przedstawiają się interesująco Choć sama książka tak. Pewnie kojarzycie autorkę – Tajemniczego ogrodu, Małego Lorda, Małej księżniczki. Po Tajemnicę dworu sięgnęłam z ciekawości. Chciałam sprawdzić jak pisała FHB dla starszych czytelników.

Pewna młoda amerykańska bogaczka Rozalia Vanderpoel wychodzi za mąż za angielskiego arystokratę, który prawdę powiedziawszy, nie darzy swojej żony uczuciem, natomiast ma nadzieję, że jego nowy bogaty teść wesprze go finansowo. Niestety nic z tych rzeczy – Rozalia jest samodzielna i sama zarządza swoim wianem, w dodatku trudno żyje się jej w zniszczonym starym dworze, gdzie nie znajduje pokrewnej duszy. Po latach odwiedza ją jej siostra Betty, która z trudem rozpoznaje siostrę, wrak człowieka. Co się wydarzyło przez te wszystkie lata? Dlaczego Rozalia zerwała kontakt z kochającą rodziną z Nowego Jorku? Jak układa się pożycie małżonków Anstruthers?

Po lekturze muszę stwierdzić, że dziwi mnie tytuł tej książki. Bowiem nie było tu żadnej … tajemnicy dworu w Stornham. No chyba, że autorka miała na myśli lata milczenia Rozalii i zastanawiała się – co też tam może się dziać za wielkim morzem. Tymczasem to dobry romans z końca XIX wieku, w którym znakomicie została przedstawiona arystokracja brytyjska. Nie bez ironii – FHB nie zostawiła na niej suchej nitki. Można śmiać się z tych wszystkich konwenansów, prawideł, zasad, których nie można było łamać.  Dobrze, że w końcu pojawia się na horyzoncie pewien młody arystokrata, który ratuje honor Anglii, ale i tak Amerykanki są tutaj górą. Autorka jest z urodzenia Brytyjką, w 16 roku życia przeniosła się do USA. Jestem ciekawa co sprawiło, że tak czarno przedstawiła swoją ojczyznę. Może faktycznie taka wydawała jej się w porównaniu z bardziej nowoczesną, otwartą na nowinki Ameryką. Muszę sprawdzić w bibliotece, czy jest jej książka Leśna boginka – może tam należałoby szukać odpowiedzi na te pytania.

W książce odnalazłam kilka motywów, które łączą tę książkę z Tajemniczym ogrodem. I tutaj temat ogrodu, różnych roślin, starego ogrodnika zajmuje dość dużo miejsca. Nawet pojawia się na chwilę rudzik (tam wskazał Mary, gdzie zakopany został klucz do ogrodu). Jeśli ktoś z dzieciństwa pamięta Tajemniczy ogród znajdzie tutaj jego klimat.

 

Frances Hodgson Burnett: Tajemnica dworu  w Stornham, wyd. „Novus Orbis” 1995, przełożyła: Ewa Oświecimska

Czyta: Włodzimierz Nowakowski



czwartek, 21 czerwca 2012

Oddaję niechętnie do biblioteki z obietnicą, że muszę koniecznie zakupić. Mus dla każdego mola książkowego. O wielkiej pasji, miłości do książek. Wyznania czytelnicy, która książek potrzebuje tak samo do życia jak wody, chleba, światła i powietrza. Szelest przewracanych kartek to nieodłączny element dnia codziennego. Książki, które są wszędzie …..Ech… naprawdę trzeba przeczytać.

Wydawnictwo Znak



środa, 20 czerwca 2012

Słucham z kaset Tajemnicę dworu w Stornham Frances Hodgson Burnett (tak, tak – tej pani, która napisała Tajemniczy ogród).  Dzieci cały czas na dworze, można posłuchać w spokoju. Sprzątanie idzie do przodu, przy lekturze i marnowaniu czasu na przyziemne sprawy można nawet je polubić. Dzieci wracają do domu, zajęte zabawą, rozpierzchły się po kątach.  Myślę sobie – kaseta bezpieczna, kto tego słucha, oprócz mnie oczywiście. Po jakiejś pół godzinie nadchodzi Tomek (7) i mówi:

– „Mamo tak słucham i słucham i nie wiem, czemu ten lord tak ciągle chodzi za tą lejdi”?



Niegrzeczna książka o dziwnej krainie olbrzymów. Piszę o niej na blogu o książkach dla dzieci:)

poniedziałek, 18 czerwca 2012

Klangor i fanfary. Założę się, że niewielu wie, cóż to takiego. Poniekąd dobry zabieg marketingowy, bo właśnie dzięki osobliwemu tytułowi zwróciłam uwagę na tę książkę. Nie lubię nie wiedzieć, ale absolutnie nie zamierzam wyjaśniać, cóż to takiego. Sami się przekonajcie sięgając po lekturę, której klimat poznałam kilka miesięcy czytając już Wardęgę (kolejny tytuł zagadka?). Do Wardęgi lubię zresztą też „zachodzić”, wpadając na chwilę do domowej biblioteki. Otwierasz byle gdzie i jesteś w zupełnie innym świecie. Podobnie tutaj. Zawsze fascynował i męczył mnie zarazem fenomen zwiedzania stadnego – tłumy turystów w kolejce do Damy z łasiczką, na Wawel, do Luwru, na krzywą wieżę w Pizie, czy żelazną żyrafę, jak niektórzy określają najsłynniejszą paryską wieżę. Uciekam, gdzie pieprz rośnie (i na wszelki wypadek dowiaduję się, jak się rzecz ma z Malborkiem, bo dzieci od dawna spokoju nie dają, mnie samą interesuje ta historia i może ktoś podpowie kiedy tam najspokojniej). Bo po co pchać się, gdy całkiem niedaleko na uboczu jest tyle zachwycających rzeczy, które pomijane są w światowych przewodnikach. Lechosław Herz zabiera nas w miejsca … ciche, spokojne, na uboczu, gdzieś na koniec świata. Gdzie czasem droga asfaltowa się kończy i żeby wydostać się z tego miejsca trzeba najzwyczajniej w świecie zawrócić. W miejsca, gdzie płoty z łyka, życie leniwie się wlecze, a ogródki nie przypominają tych nowoczesnych – otujonych a’la warownia obronna przed okiem sąsiada – ale pełne ziół, drzew owocowych z oliwką inflancką, kwiatów jak z ogródka Zosi z Pana Tadeusza, może nawet czasem z glinianym dzbanem na płocie. Dla mnie to książka osobliwa, bo ożywają wspomnienia, niektóre miejsca miałam okazję zobaczyć osobiście, w końcu przez kilka lat mieszkałam o rzut kamienia od Puszczy Kampinoskiej, godzinami spacerowałam po lesie z moim małym Tomkiem. Byłam też w Kamieńczyku z moją klasą z warszawskiego liceum, razem zwiedzaliśmy pałac w Jabłonnie, a z działki dobrego kolegi mojego męża z czasów studiów mieliśmy wspaniały widok na ruiny zamku w Czersku. W moim przypadku nie da się oddzielić czytania od sentymentów i wkładam dużo serca w tę lekturę, żałując jednocześnie, że przed laty nie zwiedzałam Mazowsza, które na kilka lat stało się moim domem, właśnie z Wardęgą albą tą książką. Każdy ma swój własny styl poznawania różnych miejsc. Autor zwraca uwagę na to, obok czego przeciętny turysta przejechałby obojętnie. Ot jakaś tam kapliczka przyrożna, krzyż, kamień, drewniana chata, a rzeka jak to rzeka. A co dopiero jakieś tam kwiecie na rowie albo w lesie. W swoich opowieściach opowiada fascynujące historie o ludziach, dawnych czasach, władcach i możnych panach, rycerzach i chłopach. Nie stroni od ciekawostek i plotek. Pojawiają się tu znani artyści, ludzie sztuki, mnóstwo odniesień do literatury. Ale najwięcej miejsca poświęca przyrodzie. Po tej książce nawet na kasztanowce patrzę już inaczej.  Czytając tę książkę nie sposób nie zadać sobie pytania – kto tak dzisiaj jeszcze pisze o świątkach, lipach, sosnach, komu na tym zależy. Godny pozazdroszczenia warsztat pisarski, zmysł obserwacji, umiejętność pochylenia się nad rzeczami maluczkim. Nastrojowość przeplata się tu z konkretnymi i cennymi informacjami. Nie brak wzruszeń i uśmiechania się pod nosem.

Dla miłośników Adama Wajraka taka informacja – ponoć on sam twierdzi, że bez Lechosława Herza nie byłby tym samym Adamem Wajrakiem. Nazywa go „Wujkiem”, który ponoć zaważył na jego wyborach życiowych.

Bardzo wartościowa książka – po cichu podpytuję, czy ktoś poleciłby coś w podobnym klimacie o …. mojej Wielkopolsce.

 

Wydawnictwo Iskry



poniedziałek, 11 czerwca 2012

Rodzice siedemnastoletniej Amy – wybitni naukowcy - zdecydowali się dla dobra nauki zrezygnować z życia na Ziemi, by za trzysta lat obudzić się na innej planecie. Statek kosmiczny, który wynosi w orbitę ich komory hibernacyjne ma lecieć 300 lat. Amy decyduje się również na ten krok. Jednak w czasie trwania misji ktoś wcześniej budzi nastolatkę ze snu. Przypadek czy nie? Dziewczyna z przerażeniem stwierdza, że nigdy nie zobaczy swoich rodziców, dla których porzuciła wszystko, co było dla niej najdroższe. Powoli poznaje rzeczywistość na pokładzie Błogosławionego. Ma wielu wrogów, ale znalazła też sprzymierzeńca – Starszego, który w przyszłości ma objąć dowództwo na statku. Spotkanie z Amy rodzi coraz więcej wątpliwości  – co ukrywa przed nim Najstarszy, co przyniesie przyszłość, co czeka go na pokładzie statku.   

Starszy, Najstarszy…. – myślę, że po krótkiej lekturze przestaniecie gubić się kto jest kim i jaką rolę przyszło im odegrać w tej powieści. Rzadko czytam literaturę S-F i thrillery, a tutaj mamy połączenie jednego z drugim. Ciekawym zabiegiem jest zmiana narratora – co chwila poznajemy rozwój wypadków z perspektywy chłopaka albo dziewczyny. To zupełnie dwa różne światy – Starszy urodził się na statku i nie zna innego życia. Amy – poznała kiedyś smak wolności, dlatego tak trudno zaakceptować jej panujący porządek w zupełnie nowej rzeczywistości. Ma w sobie bunt, potrzebę samodzielności, samostanowienia, czego Starszy na początku nie potrafi zrozumieć. Beth Revis tak skonstruowała fabułę, że trudno przewidzieć cokolwiek. Jest tu dużo niespodzianek i zaskakujących zwrotów akcji. W dodatku okładka zapowiada wątek miłosny – owszem w tej części są pewne jego początki, ale nie jest to element dominujący. Zobaczymy, co przyniosą kolejne części. To nie miłość jest tutaj motorem do działania. Amy martwi się o rodziców, którzy nadal są w komorach hibernacyjnych i grozi im wielkie niebezpieczeństwo. Natomiast Starszy zbliża się do Amy głównie dlatego, że pojawiło się zbyt wiele znaków zapytania dotyczących całej misji i osoby dowódcy. To co ich przede wszystkim łączy - to chęć poznania mordercy.

Myślę, że jeśli ktoś polubił Igrzyska śmierci – znajdzie coś dla siebie  również w trylogii Beth Revis. Spokojnie – oba tytuły to zupełnie inna bajka, ale obydwa mają w sobie to coś.

 

Tom drugi: Milion słońc

 

Wydawnictwo Publicat