Świat jest stworzony po to, aby stać się kiedyś piękną książką
Zakładki:
Książki 2013
Książki 2012
Książki 2011
A tutaj piszę o książkach
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Dekoratorskie
Książki - 2010
Książki- 2008
Książki- 2009
Napisz do mnie
Piszą o książkach
Strony o książkach
Szablon mojego bloga
Wydawnictwa
Wyzwania czytelnicze
Zaglądam również TU
Tagi
Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać
sobota, 21 czerwca 2014

 

Oczywiście, że można kierować się tytułem. Ten akurat w tym przypadku wskazuje, kto będzie bohaterką powieści – choć dla mnie pierwsze skrzypce grała tutaj … epoka. Lata dwudzieste poprzedniego wieku – wraz ze swoimi konwenansami – to one determinowała losy swoich bohaterów – a te wierzcie mi były zaskakujące. Niby  życie zwykłej kobiety z prowincji w Kansas, niby nudna pani domu, która ma kolorową służącą, udane dzieci i oddanego męża. Jednak pod tym kryją się tajemnice, marzenia i namiętności, z których nikt do końca sobie nie zdawał sprawy – a dawkowane są po troszku. Są książki, w których można coś wyczuć, przewidzieć, w połowie lektury typować zakończenie. Tutaj nic z tych rzeczy. Owa przyzwoitka – Cora Carlisle – ma w sobie tak olbrzymie pokłady skumulowanej energii, że ona sama niczym wulkan od czasu do czasu wybucha powodując swego rodzaju rewolucję, a może i  nawet trzęsienie ziemi w spokojnej fabule. Autorka z wyczuciem wprowadza w klimat Ameryki z początków wieku XX. Prohibicja, walki gangów, działania Ku – Klux – Klanu, panujące mody, fryzury, wygląd ulicy małego miasteczka i wielkiej aglomeracji. I oczywiście losy kilku bohaterów – 15 letniej Louise Brooks – wysłanej z małego Witicha do nowojorskiej szkoły tańca – krnąbrnej dziewczyny, zbuntowanej, też ze swoimi tajemnicami, postaci autentycznej, która w końcu zrobi karierę w świecie filmowym.  Cora Carlise – kiedyś dziecko niczyje, po przejściach -  w wyprawie do NY widzi szansę na poznanie swoich tajemnic, odwiedzenie miejsc i ludzi, które być może są pomostem do jej wspomnień i przeżyć.

źródło Wikipedia

Ta książka to przede wszystkim ciekawa wyprawa w inny świat, to obraz kobiety uwięzionej w sztywnym gorsecie – dosłownym i tym przenośnym. Bo Cora Carlisle jest taka jak miliony jej rówieśniczek – mało wykształcona, nieuświadomiona w kwestiach damsko – męskich, wykorzystywana, bez zawodu, zależna od męża – jego pozycji i pieniędzy. Po wyprawie do NY nic już nigdy nie będzie takie samo jak dawniej. Cora spróbuje zmienić swoje życie – oczywiście na miarę jej czasów.  Ciekawym zabiegiem zastosowanym przez autorkę jest mieszanie teraźniejszości z przeszłością. Jedno wyjaśnia drugie. Tak jak już pisałam – powoli. Konsekwentne dawkowanie wzmaga oczywiście nasza ciekawość. Ale nic więcej nie zdradzę.

 

Wydawnictwo Bukowy Las

W skrócie podsumowałabym tę książkę tak: pochwała sztuki. Bo to właśnie ona może zmienić świat, pokazać go, zinterpretować, może zmienić nasze postrzeganie rzeczywistości. Tego uczy malarz Jan swojego syna - małego Jasia. Oto kredki (taaaa- zwykłe kredki) mogą przyczynić się do powstania dzieła, mogą sprawić, że rzeczywistość naokoło będzie po prostu piękniejsza. Książka zachęca tym samym do tworzenia - i kto wie jaki będzie skutek czytania tej historii. Może powstanie mała prywatna książka? Tak jak w przypadku Jasia, który narysował Marysię i jej świat. Tworzenie ołówkiem, kredkami i słowem. Prawdziwa afirmacja wyobraźni i kreatywności. Kolor może wiele. Kolor może zmienić świat i nas samych.

Historia Żółtego ... jest trochę tajemnicza, bowiem rękopis w postaci sklejonych kartek w formie harmonijki został odkryty dopiero jakiś czas temu już po śmierci Themersonów (1988r.). Nikt o nim wcześniej nie słyszał, nigdy książka nie była wydana. Datuje się ją na początek lat 30-tych ubiegłego wieku. Jej przygody opisano w na końcu książki - razem z biografią autorów.

Kiedy zobaczyłam ją po raz pierwszy - przeszło mi przez myśl: to mogła być lektura dzieciństwa mojej babci (a na pewno nie była - i Waszych babć również:). Postacie na ilustracjach - zwłaszcza tata Jan - artysta malarz - jak z innego świata - z długaśną i gęstą brodą. I temat. Czy dziś kredki - same kredki mogą tak zafascynować dzieci, kiedy wokół tyle innych bodźców? Fascynacja Jasia światem sztuki, zabawą kolorem, zmianami jakie wprowadzają one w szarą rzeczywistość jest naprawdę imponująca.Tyle że małe dzieci mające często do dyspozycji komórki z aparatami fotograficznymi, tablety, laptopy - mają swoją receptę na utrwalenie rzeczywistości. Stąd moje zaszufladkowanie Żółtego do lektur babcinych, które pełne są uroku. Ja lubię taki świat, tutaj przedstawiony na grubych tekturowych kartkach, z czcionką - jakby była pisana na zwykłej maszynie (tak jest też w posklejanym oryginale). Książka z innej epoki. Za chwilę będzie miała sto lat. Z czego niedawno po raz pierwszy trafiła do szerszej publiczności. 

Książka wydana przez Fundację Festina Lente. Warto zajrzeć na stronę www.iczytam.pl, gdzie znajdziecie mnóstwo ciekawych materiałów do wykorzystania za darmo: e-booki, audiobooki, i-booki i aplikacje na ipoda do pobrania. 

Więcej na stronie Półeczka z książkami

Wydawnictwo Festina Lente

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Człowiek zwraca uwagę na wielkie wynalazki. Co rusz pojawiają się i filmy i książki o rzeczach doniosłych, które miały wpływ na rozwój ludzkości. Koło, ogień, pismo, wytapianie metalu et cetera. Kto by tam zwracał uwagę na … nocnik. Ot, zwykły element jakże zwykłej i szarej codzienności. Mało tego – dla niektórych temat tabu, nie woniejący zbyt pięknie. I tak oczywiście oczywisty, że i zastanawiać się nad nim za długo nie ma co.

Tymczasem wyobraźmy sobie życie bez tego przedmiotu i jego ewolucyjno – rewolucyjnych dzieci – w postaci sławojek, sedesu, toalety. Aż strach pomyśleć, co by się działo. Noooooo właśnie. Iwona Wierzba dokonuje ciekawej analizy dziejów nocnika począwszy od czasów epoki kamienia łupanego po współczesność. Zagląda do kątków i zakątków jaskiń ludzi pierwotnych, eleganckich willi starożytnych Rzymian, rycerskich zamków. Odwiedza Wersal, w którym sikano gdzie popadnie (byłam i temat wdzięcznie przemilczano), nie oszczędza królowej Elżbiety, u której ponoć na zamku śmierdziało i żadne wonności ani zioła nie pomagały. Mnie (germanistkę) rozbawiła teoria, jakoby Martin Luter swoje 95 tez opracował właśnie w toalecie. Na kartkach książki pojawiają się różni znani ludzie - i to z górnej półki: politycy, władcy, artyści. W końcu jak mawiał Terencjusz: nic co ludzkie nie jest nam obce. I choć temat niewygodny, śmierdzący, to jednak dotyczący wszystkich. Autorka świetnie odzwierciedla reakcję ludzi na coraz to nowsze wynalazki, labirynty rur odprowadzające ścieki w siną dal, waterklozet, papier toaletowy. Niby takie nic, a jednak jakże trudno wyobrazić sobie życie bez tych wszystkich wynalazków. I nie ma co się zżymać na temat. Zresztą mole książkowe jakoś z większą tolerancją i mniejszym zawstydzeniem patrzą na to miejsce. No cóż, skoro nawet TEN Umberto Eco przyznał kiedyś oficjalnie, że najciekawsze książki czyta właśnie w toalecie.

"Kiedy wybieram do toalety jakąś książkę, oznacza to, że jest wartościowa, i zamierzam zajmować się nią przez kolejne dni. Kiedy odwiedzają mnie znajomi i znajdują w toalecie swoje książki, są zazwyczaj lekko zirytowani. Przynajmniej dopóki im nie wytłumaczę, że to jest przywilej, a nie oznaka lekceważenia". *

Ja zachęcam do poznania książki Iwony Wierzby, podzielonej na różne epoki, ważne momenty w dziejach ludzkości. Przedstawia ona stan historii nocnikowo - toaletowej w danym czasie historycznym, jednocześnie podaje do wiadomości jakie inne wynalazki warte uwagi pojawiły się równolegle gdzieś na świecie.

Ta książka ma swój charakter również dzięki ilustracjom Marianny Sztymy. Jeśli znacie Legendę o głowie wawelskiej - specjalnego zaproszenia nie potrzebujecie. Ilustratorka świetnie operuje pojęciem czasu w swoich obrazach. Nie wiem jak to robi, ale za sprawą jej prac, przenosimy się do różnych epok. Starożytność, czasy rycerzy i katów, współczesność. Traktuje temat poważny trochę niepoważnie sięgając po poetykę komiksu i technikę kolażu. Nawet Mona Lizę posadziła na klozecie, a przy Leonardo da Vincim pojawił się charakterystyczny komiksowy dymek.

Niespodzianką jest gra planszowa na obwolucie. Wyprawa przez historię ludzkości: od momentu rozniecenia ognia po kosmiczne toalety.

Wydawnictwo Albus

 

* - cytat znalazłam tutaj



piątek, 13 czerwca 2014

 

Smutna ta książka. I surowa jak surowy krajobraz na Islandii. Zimna jakaś. Ale to pewnie takie autorskie zamierzenie.

Jest rok 1829 – młoda służąca zostaje skazana na śmierć za zabicie swojego chlebodawcy. W związku z kosztami transportu więźniów do Dani wyrok ma zostać wykonany na miejscu – na wyspie. Problem w tym, że do tego czasu dziewczyna ma mieszkać pod jednym dachem z rodziną urzędnika. Dwie strony – skazana – jej tajemnice i smutny życiorys. W końcu rodzina Jona, który musi z rozkazu przyjąć pod dach morderczynię.

Z biegiem czasu dzięki wspomnieniom Agnes, jej rozmowom z księdzem i niektórymi domownikami poznajemy te straszne wydarzenia, które zmieniły bieg życia Agnes o 180 stopni. Jej żałosne dzieciństwo – u obcych, bez radości, uśmiechu, zimne. Bez najbliższych. Opuszczona, odepchnięta. Potem służba w różnych gospodarstwach. W końcu uczucie, które do końca trudno nazwać miłością. Opowieść o trudnym życiu i skomplikowanych relacjach między ludźmi.

Mnie zainteresowały opisy dawnego życia – w zawilgoconych domach, pozbawionych szyb w oknach; dalej ubioru, jedzenia, nawyków, ciężka praca na roli, w obejściu. Nie jest to do końca lekka lektura. Dużo tu wewnętrznych przemyśleń i refleksji. Są tajemnice, które zostaną wyjawione na końcu. Nikt nie ocenia głównej bohaterki – tę autorka zostawiła czytelnikowi.

Wydawnictwo Prószyński i S-ka

środa, 11 czerwca 2014

Takie książki czyta się do późna w nocy albo jak kto woli – do wczesnego rana. Gorzej, gdy trzeba faktycznie bladym świtem zrywać się do pracy. To już kolejna książka z serii młodzieżówek Ewy Nowak, która bardzo mi się podobała, Nic dziwnego, że była nagradzana i dostrzeżona przez czytelników. W skrócie powiedziałabym tak: historia chorej miłości. Natalia niepozorna dziewczyna właśnie zaczyna naukę w renomowanym warszawskim liceum. I nagle świat wywraca się jej do góry nogami – bo to właśnie na nią zwraca uwagę maturzysta Norbert. Autorka pokazuje róże  fazy tego związku – od niepozornych zalotów, przez dżunglę uczuć, do przemocy i fizycznej i psychicznej. Ktoś kiedyś baaardzo trafnie to ujął: liryka, epika, dramat. Zaletą tej książki jest fala emocji, jaka zalewa czytelnika podczas lektury. Uczuć i emocji, jakie musieli odczuwać bliscy i znajomi Natalii. Wściekłość i bezsilność wobec tego, o czym mogli się przekonać znajomi, o czym od dawna wiedzieli, a czego Natalia, zaślepiona uczuciem, nie dostrzegała. Chora miłość z perspektywy nastolatki – bardzo prawdziwa, angażująca czytelnika. Podrzuciłabym do poczytania rodzicom, by wiedzieli, co w młodej duszy gra.

Wiek 15+

Wydawnictwo Egmont

 

Po pełnej wrażeń wyprawie do różnych zakątków świata z niesamowitymi mapami, tym razem Krystyna Lipka – Sztarbałło zabiera nas do … łazienki. Właściwie można by pokusić się o stwierdzenie – phi – też mi coś – zwykła łazienka. Ta jednak – jak się okazuje – kryje wiele tajemnic, niespodzianek i ciekawostek – zwłaszcza, gdy zaczniemy grzebać w czasach zamierzchłych.

Każda rozkładówka to prowokujące pytanie, na które szukamy odpowiedzi bez wstępnego zagłębiania się w tekst i ilustracje. A potem już tylko porównanie z wizją autorki. Bo to w końcu łazienkowe pytania i nic tu nie jest do końca oczywiste. Zawsze, w przypadku takich „pytających” lektur, powstaje ciąg dalszy już poza książką, która w tym akurat przypadku stanowi uzupełnienie wiedzy, albo prowokujący ciąg dalszy naszych interpretacji.

Zresztą nie ma się co dziwić, ostatnia olimpiada w Soczi, pokazuje, że i dziś pewne łazienkowe rzeczy oczywiste dla współczesnych wcale nie są takie oczywiste.

Taka analiza pewnych rzeczy, zjawisk oczywistych jest zwłaszcza dla dzieci niezwykle intrygująca. Bo nagle to, co jest nieodłącznym elementem dnia codziennego, nawet swego rodzaju rytuałem, okazuje się czymś normalnym może akurat w czasach współczesnych, a na przykład w latach bądź wiekach minionych, było zjawiskiem rzadkim, rzeczą ekskluzywną, rzadko spotykaną.

A wracając do poprzedniego stwierdzenia rzecz ma się tak z kąpielą, nocnikiem, myciem rąk. Autorka odkrywa tajemnice higieny rąk, zębów, mydła, sedesu, włosów, kąpieli, ubikacji, oszczędzania wody. Miłośnicy historii będą ukontentowani podróżą do przeszłości – w czasy starożytnej Grecji i Rzymu, do średniowiecznej Europy, do czasów Oświecenia. Dzieci mają możliwość poznania słynnych miejsc związanych z wodą: termy, Warszawskie Łazienki Królewskie czy XIX – wieczne miejsca uzdrowiskowe.

A wszystko to w oryginalnej oprawie graficznej – współczesność poplątana z historią, nowoczesne piktogramy obok znanych malowideł i zdjęć, ilustracje w klimacie danej epoki. Temat potraktowany solidnie, dobrze i zrozumiale przygotowany. Wielki znak zapytania z okładki zapowiada mnóstwo pytań, ale bądźcie pewni: odpowiedzi znajdziecie bez problemu w tej oto książce.

Więcej na blogu: Półeczka z książkami 

Wydawnictwo Ezop

wtorek, 03 czerwca 2014

Książkę odkryłam przypadkowo - na jakimś forum ogrodniczym. Zapisałam tytuł i zaczęłam poszukiwania w bibliotekach. Na próżno. Kupiłam na aukcji - i to był strzał w 10-kę. Spojrzenie na ogrodnika - amatora z przymrużeniem oka, czeski humor. Czytam i się podśmiechuję do siebie. Wiele trafnych wniosków, w wielu miejscach odnajduję siebie:) Autor ma na swoim koncie słynną Daszeńkę ("Daszeńka czyli Żywot szczeniaka"). Każdy ogrodnik – amator powinien ją przeczytać. Ja w wielu miejscach odnajduję w niej siebie:)) Nie jest to absolutnie żaden poradnik w stylu: rób to i to i wyrośnie ci piękna roślina. To wnikliwe studium "homo ogrodnikusa" razem z jego zaletami i przywarami. Opisy zachowań, uciążliwości dla środowiska, bo że takowe są to pewne. Ja się uśmiałam i .... przyrzekam mojej rodzinie naprawdę się poprawić:)

 „Powiem wam, po czym jeszcze poznacie prawdziwego ogrodnika. „Musi mnie pan odwiedzić”, powiada, „chcę panu pokazać mój ogródek”. Gdy więc przyjdziecie, aby mu sprawić radość, dojrzycie wystającą gdzieś spośród roślin wieloletnich tylną część jego ciała. „Zaraz przyjdę”, rzuca przez ramię, „niech tylko wszystko posadzę”. „Ach, proszę sobie nie przeszkadzać”, mówię mu wielkodusznie. Po jakimś czasie z pewnością wszystko już wysadził; krótko mówiąc, wstaje, macha wam ręką pod nosem i promieniejąc gościnnością powiada: „A więc proszę popatrzeć; jest to wprawdzie mały ogródeczek, ale… chwileczkę”, powiada pochylając się nad rabatką, by wyplewić tam kilka trawek. „Proszę iść za mną. Pokażę panu dianthus musalae, to panu oczy na wierzch wyjdą. A, do diaska, tutaj znowu zapomniałem to spulchnić” powiada i zaczyna ryć w ziemi. Po kwadransie ponownie się podnosi. „Aha”, powiada, „to ja panu chciałem pokazać ten dzwoneczek, campanula wilsonae”. To najpiękniejszy dzwonek, jaki… Niech pan zaczeka, tutaj muszę przywiązać ostróżkę” Przywiązawszy, przypomina sobie: „No, ale przecież pan chciał obejrzeć tę iglicę. Chwileczkę”, mruczy, „tylko przerzucę ten aster, tu ma zbyt mało miejsca”. Wtedy odchodzicie na palach, pozostawiając tylną część ciała wystającą wśród roślin wieloletnich.

A gdy znowu go spotkacie, powie wam: „Musi pan do mnie wpaść, kwitnie mi róża perneta, tego pan jeszcze nie widział. No, co, przyjdzie pan? Ale na pewno”.

No, dobrze: wpadnijmy do niego zobaczyć, jak rok upływa.” (str. 11)


 

"Sierpień to czas, w którym ogrodnik działkowy opuszcza zazwyczaj swój ogród cudów i wyjeżdża na urlop. Przez cały rok wprawdzie z naciskiem podkreślał, że tego roku nigdzie się nie ruszy, bo taki ogródek przewyższa każdą wiejską rezydencję, i że on, ogrodnik, nie jest takim bałwanem i kretynem, aby tłuc się pociągami po jakichś zakazanych kątach, niemniej gdy nadchodzi czas lata, również i on ucieka z miasta, już to dlatego, że odezwał się w nim instynkt wędrowny, już to w obawie przed sąsiadami, iżby nie mieli mu za złe. Odjeżdża jednak z ciężkim sercem, pełen obaw i troski o swoje cudo, a nie wyruszy dopóki nie znajdzie jakiegoś przyjaciela albo krewnego, którego pieczy mógłby powierzyć na ten czas swój ogród.

 

 

"Słuchaj", powiada, "teraz i tak w ogródku nie ma nic do roboty, wystarczy, jeśli tylko raz na trzy dni rzucisz okiem, a gdyby coś tam było nie w porządku, poślesz mi karteczkę, a ja przyjadę. Spodziewam się, że mogę na tobie polegać. Jak już mówiłem, starczy pięć minut, trzeba tylko rzucić okiem".

 

Po czym odjeżdża, złożywszy swój ogródek na serce ochoczego bliźniego. Ów bliźni zaś już na drugi dzień otrzymuje list treści następującej: "zapomniałem zwrócić ci uwagę na to, że ogród należy do drugi dzień zraszać, a najlepiej o piątej rano albo o siódmej wieczorem. To nic takiego, trzeba tylko przyśrubować wąż do hydrantu i godzinkę podlewać, konifery proszę zrosić całe i to bardzo wydatnie, trawnik również. Gdybyś spostrzegł jakieś chwasty, powyrywaj je. To wszystko. "

Następnego dnia: "Jest straszliwa susza, bądź tak łaskaw i wylej pod każdy rododendron przynajmniej dwie konewki odstałej wody, każdemu drzewu iglastemu należy dostarczyć pięć konewek, a pozostałym drzewom mniej więcej po cztery konewki. Rośliny wieloletnie, które teraz kwitną, potrzebują dużo wody - napisz mi zaraz, co kwitnie. Przekwitłe łodygi należy odciąć! Byłoby wskazane, gdybyś zechciał motyczką spulchnić wszystkie zagonki, ziemia będzie lżej oddychać. Jeśli na różach są mszyce, kup ekstrakt tabaki i ranną rosą albo w czasie deszczu je opyl. Na razie nic więcej nie musisz robić."(str. 90-92)

 

Uff - a ja teraz zachodzę w głowę, komu powierzę nasz ogród, gdy latem my wyjedziemy na wakacje:(

 


Karol Čapek : „Rok ogrodnika”, Iskry 1986