Świat jest stworzony po to, aby stać się kiedyś piękną książką
Archiwum
Zakładki:
Książki 2013
Książki 2012
Książki 2011
A tutaj piszę o książkach
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Dekoratorskie
Książki - 2010
Książki- 2008
Książki- 2009
Napisz do mnie
Piszą o książkach
Strony o książkach
Szablon mojego bloga
Wydawnictwa
Wyzwania czytelnicze
Zaglądam również TU
Tagi
Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać
czwartek, 31 lipca 2008

Zaintrygowala mnie książka Stefana Bollmanna, ze wstępem Elke Heidenreich, pod dość ciekawym tytułem- Kobiety, które czytają są niebezpieczne. Czytające kobiety w malarstwie i fotografii.

Historia czytających kobiet znajduje swoje odzwierciedlenie w malarstwie i fotografii. Motyw ten fascynował artystów wszystkich epok. Wiele stuleci musiało minąć, by kobiety mogły czytać to, co chciały. Kiedyś niewiasty mogły tylko haftować, modlić się, opiekować sie dziećmi i gotować. W momecie, w którym zdały sobie sprawę z tego, że czytanie daje im możliwość wyjścia poza domową ciasnotę w świat myśli, fantazji i wiedzy- zaczęły one stanowić zagrożenie. Kobiety poprzez lekturę mogły przyswajać sobie wiedzę i doświadczenia, które do tej pory nie były przeznaczone dla nich.  

 

(van Gogh- Arlesienne)

Autorzy tej pięknie wydanej książki- właściwie albumu z licznymi reprodukcjami obrazów bardziej i mniej znanych artystów, z kilkoma fotografiami- starają się uzasadnić tytuł książki- Czytające kobiety są niebezpieczne. Brak tu jednak jednoznacznej odpowiedzi- to czytelnik musi utwierdzić się w tym przekonaniu między kartkami książki, między jednym obrazem a drugim.

Marie von Ebner- Eschenbach powiedziała kiedyś- Gdy kobiety przyswoiły sobie umiejetność czytania, sprawy związane z kobietami i kobiecością ujrzały światło dzienne.

Czytanie dodało kobietom skrzydeł- pozwoliło wyrwać się ze świata słynnego niemieckiego 3K- Kinder (dzieci), Kuche (kuchnia) i Kirche (kościół), czytanie rozbudziło w kobietach ciekawość, krytyczniej zaczęły postrzegać otaczającą je rzeczywistość, stały się poprzez tę czynność mądrzejsze.  Czytanie jakoś nie szło w parze z gotowaniem, sprzątaniem, cerowaniem. We wstępie czytamy, iż dawniej ostrzegano przed czytającą kobietą, ponieważ w jej głowie miało się dziać coś takiego, co nie pasowało do jej dominujących planów życiowych- wytyczonych i określonych jej naturalnie przez innych. Czytanie jako rozrywka zaczęło się rozwijać w wieku XVII. Wiek XVIII i XIX to okres czytelniczego rozpasania wśród kobiet, była to prawdziwa rewolucja społeczna- czytały nie tylko kobiety z dobrych domów, ale również pokojówki, kucharki- w Niemczech w końcu XIX i pocz. XX wieku zaczęła sie rozwijać tzw. Hintertreppenliteratur- książki niskich lotów, których celem była głównie rozrywka. Wielką rolę w rozwoju czytelnictwa wsród kobiet odegrała Biblia i różne pisma religijne- przede wszystkim u protestantów- to bardzo się podobało mężczyznom -Święta Księga stała się pierwszym elementarzem do nauki czytania- a stąd już było niedaleko do innych książek. Czytanie literatury światowej przez kobiety było niemile widziane- bo przecież mogła zapomnieć o swojej misji żony i matki. Kobiety, które zbyt dużo czasu spędzały z książką uważano za niebezpieczne, bo mogły sobie stworzyć własny obraz świata, jakże inny od tego, jaki był przekazywany przez autorytety społeczne i tradycję. Mężczyźni poczuli się zagrożeni- zaczęli mówić o kobiecej histerii, pojawił się termin "wściekłego czytania"- będący sygnałem rozpadu tradycji i społeczeństwa.

(Jean Baptiste Simeon Chardin - [1699-1779])

Książka ta wzbudziła moje zainteresowanie z jeszcze jednego powodu. Małgorzata Łukasiewicz w Rubryce pod różą pisze:

Książka to motyw malarsko raczej nieefektowny. Przegrywa z byle bukietem kwiatów. Nawet jeśli jest to rzadki inkunabuł w oprawie inkrustowanej drogimi kamieniami albo bibliofilskie cudo z nowszych czasów- co z tego zostanie w przekładzie na kolor, linie, światło? List prezentuje się jeszcze gorzej- ćwiartka papieru, ledwo widoczna w dłoni albo na stole.(...) [str.75]

A jednak ta książka- niby motyw nieefektowny- w ręku czytających kobiet fascynowała artystów wszystkich niemalże epok. Bollmann opowiada historię czytających kobiet od średniowiecza aż po czasy współczesne, następnie opisuje obrazy z czytającymi kobietami  Są tu takie nazwiska jak- F.Boucher, T.Roussel, E. Heckel, H.Matisse, Van Gogh, Rembrandt, Vermeer i inni. Obrazy znane nam już i obrazy do cudownego odkrycia i zachwytu. Jakie są kobiety czytające? Są różne- skoncentrowane, zamyślone, tajemnicze, niekiedy wydają się być nieprzyzwoite, wręcz sprośne, a przede wszystkim wydają się być niesamowicie samotne.

 

Najstarsze dzieło sztuki przedstawione w tej książce to grób Eleonory Akwitańskiej- z początku XIII wieku. Królowa trzyma w dłoniach otwartą księgę- symbol czekającego na nią niebiańskiego szczęścia

Jan Vermeer- malarz ciszy i spokoju- tutaj ciężarna kobieta w niebieskiej sukni czyta list- prawdopodobnie od męża. Malarz uchwycil niesamowitą koncentrację czytającej- być może kobieta szepcze czytane słowa....

 

Pierre Antoine Baudonin-Lektura- malarz markizy Pompadour. Kobieta leży odchylona do tyłu, książka wypadla z jej ręki, kilka guzików gorsetu jest rozpiętych. Odbieramy ją jako kobietę łatwą. Czyżby oczekiwała kochanka?  A może tylko o czymś marzy? Artysta pewnie chciał pokazać, jak niszczące konsekwencje może mieć czytanie przez kobiety.

Bardzo podoba mi się obraz Franz Eybla- czytająca dziewczyna- artysta akcentuje tutaj frywolność kobiecego czytania. Dziewczyna trzyma książkę blisko twarzy, jest lekko ubrana, jej ramię jest obnażone. Jest kompletnie zaabsorbowana lekturą.

Jean Jecques Henners - La Lectrice ( 1880) 

Rudowłosa kobieta jak Wenus leży na łożku i jest pochłonięta lekturą. Zajmuje ją inny świat - jak taka kobieta mogla myśleć o gotowaniu, dzieciach i kościele:) Takie czytanie baaardzo denerwowało mężczyzn 

Eve Arnold- Marilin Monroe czyta Ulissesa

Książka albo list, mimo niepozornego wyglądu, buchają tajemnicą i organizują wokół siebie podwójną akcję, i tę na obrazie, i tę, która zawiązuje się między obrazem a widzem. Nie wiadomo, jaka to książka, nie wiadomo, co jest w tym liście. Dokładają do obrazu zagadkowy ogrom tego, czego na nim nie pokazano. Wciąga nas lektura.[Rubryka pod różą Str.75]

Książka Bollmanna liczy prawie 150 stron- zmotywowala mnie do wnikliwego przyglądania się obrazom,  fotografiom, których tematyką jest osoba czytająca. Muszę przyznać, że wcześniej nigdy nie postrzegałam kobiety czytającej jako ważnego zjawiska społecznego, próbą wyemancypowania się, znalezienia i ugruntowania swojej pozycji w świecie. Jestem z pokolenia kobiet, dla których czytanie to oczywistość, chleb codzienny- dlatego też  z taką ciekawością i zdziwieniem poznałam historię naszych czytających prababć. Żaden obraz z czytającą kobietą nie będzie już tylko obrazem. A obcowanie z książką Bollmanna było niebezpiecznie przyjemne.

 

czwartek, 24 lipca 2008

Bardzo podobał mi się film P. Webbera "Dziewczyna z perłą". Książki nie czytałam- i teraz, muszę to przyznać będzie mi trudno sięgnąć po nią- raczej wolę kolejność- najpierw książka potem film, dlatego też trudno mi dokonać tu porównania- co lepsze w tym właśnie przypadku? Może ktoś z odwiedzających mógłby się wypowiedzieć na ten temat? W niedzielny wieczór siedzialam jak oczarowana i dałam się uwieść pięknej historii, przeniosłam się do XVII wiecznej Holandii, gdzie Griet- zostaje zatrudniona w domu sławnego malarza Vermeera (1632-75) jako służąca. Dziewczyna robi zakupy, wykłóca się na targu z rzeźnikiem o mięso, szoruje garnki, zajmuje się hałaśliwym licznym potomstwem mistrza, robi pranie w śmierdzących kanałach i ... sprzata również pracownię artysty. Ona sama jest osobą niesamowicie wrażliwą, użyję tu określenie- czuje to, co widzi, co nie uchodzi uwadze malarza. Oboje ulegają wzajemnej fascynacji. To co jest siłą tego filmu- to niesamowita oszczędność- widz musi tu sobie wszystko sam dopowiedzieć- oszczędne dialogi, ukradkowe gesty, ukradkowe spojrzenia. Oglądając ten film miałam niekiedy wrażenie, że mam przed soba obrazy Vermeera, określanego często mianem malarza ciszy- cudowne zdjęcia, gra światła i blasku, niesamowity nastrój- światło wkrada się do pomieszczeń, jego blask pada na czepek Griet, na jej rękę, muska jej twarz, kawałek koszuli, nie mąci ciszy.

 Dziewczyna z perłą- Jan Vermeer (1632-75)

niedziela, 20 lipca 2008

Jakże bym chciała być Perfekcyjną Panią Domu. Taką, co ma dwójkę dobrze wychowanych synków, zawsze wyrobioną z pracami domowEmi, z uporządkowanym domem, piwnicą pełną przetworów, miłym uśmiechem dla niespodziewanych gości itd itd. Im bardziej chcę być PPD, to tym bardziej mi nie wychodzi- i pomiędzy tęsknotami o piwnicy pełnej nalewek, kompotów dla dzieci i konfitur, potykam się o porozrzucane zabawki Tomcia, gubię się w plątaninie małych ciuszków, brudzę opuszki palców o rozmazaną pastę do zębów. Ale ja tak bardzo chcę, chcę....

Na półce z książkami kucharskimi szukam przepisu na kwaszone ogórki. By było PERFEKCYJNIE- czyli wzorowo:)

Ogórki można kwasić w beczkach z niesmolistego drewna, dużych baryłkach kamiennych lub w słojach szklanych różnej pojemności.

Do kwaszenia 100 kg ogórków w beczce należy przygotować:

-ok. 3 kg kopru (łodygi wraz z baldachami nasion)

-ok. 300 g korzeni chrzanu

-ok. 1 kg liści chrzanu

-ok. 1 kg liści czarnej porzeczki

- ok. 1kg liści dębu

- 4 główki czosnkuśredniej wielkości

- sól, cukier

(Gospodarstwo domowe- Kazimiera Pyszkowska, 1989)

Upssssss!!! Skąd wziąć 1 kg liści dębu??? Toż to ilości dla słonia:))) Raczej zdaję się na kobiecą intuicję, robię wszystko na tak zwane oko. Może nie będzie P E R F E K C Y J N I E, ale da się zjeść.  No i wyszło 6 słoików.

Książki- jak je okiełznać? Jak uporządkować? Jakiś czas temu Siostra wspomniała mi o programie Perfekcyjna pani domu na TVN STYLE.  Coś dla mnie? Kaśka spojrzała na nasze regały i rzuciła- "No tutaj to o perfekcyjnym porządku nie ma mowy". Wiem, przecież wiem- No i się dowiedziałam, że według autorki programu, najlepiej książki schować, najlepiej wynieść ( może do garażu?) by wnętrze bardziej zyskało w kwestii porządku. W głowie mam mętlik. To ja buduję dom i w projekcie zmieniłam garaż na.... bibliotekę, by w końcu ogarnąć to wszystko, bo tak zawsze chcieliśmy. Chyba mnie pogięło:((( A wystarczyło tylko je upchnąć gdzieś, by nie przeszkadzały i nie rzucały się w oczy. Chyba w końcu zrezygnuję z tej PERFEKCYJNOŚCI- bo skoro tak ma wyglądać PERFEKCYJNE mieszkanie, to moje takim nie będzie- no i ja nie będę PPD:(

Te szafy biblioteczne, które pan widzi, wykonane są z lapacho, rodzaju drewna niemającego szczelin, przez które mogą dostawać się owady. Półki zamówiłem specjalnie: zrobiono je z dziesięciu warstw twardego drewna, zlepionych klejem odstraszającym owady, a szkło kazałem wstawić dlatego, że na książkach, oczywiście, zbiera się dużo kurzu. Jednak od czasu do czasu na wszelki wypadek muszę zlecać ich odymianie, bo nigdy nie wiadomo. 

(Dom z papieru- Carlos Maria Dominguez)

Nie, nie aż tak źle ze mną nie jest, ale moja filozofia bardziej bliska jest cytatom- Pokój bez książek jest jak ciało bez duszy niźli pismom wnętrzarskim, gdzie promuje się mieszkania wypieszczone przez dekoratorów wnętrz, artystów, gdzie nie ma miejsca na pobrudzone sandałki dziecka i samochody bez kółek i stosy czytanych książek.  Takie cuda anorektyczne wręcz. Może się mylę- na jakimś blogu znalazłam kiedyś stwiedzenie, które baaardzo mi się spodobało- Nudne kobiety mają nieskazitelnie czyste domy. Gdy więc mi coś nie idzie według planu, to myślę o tym podbudowującym zdaniu:) A swoją droga - dlaczego nie pisze się, że Perfekcjna Pani Domu powinna być oczytana? Jestem ciekawa czy macie swój przepis na uporządkowanie biblioteki- jak układacie książki na półkach? Jak leci? Według alfabetu czy może  tematycznie?

 

 

czwartek, 17 lipca 2008

Coraz więcej na rynku grubaśnych książek- cegieł- to takie moje określenie. Ponad 600 stron, niektóre wręcz podchodzą pod magiczną liczbę 1000. Książki- cegły mają chyba tylu przeciwników co zwolenników. Osobiście lubię grube tomiska- choć na pewno jest wiele osób nie znajdujących upodobania w dłuuuugich historiach, które czasami mogą wręcz nużyć czytelnika swoją rozciągłością. Przeciwnicy zarzucają wręcz autorowi brak talentu- bo w końcu to sztuka zawrzeć maksimum myśli i treści w minimum formy. Patrząc na przykłady u góry książek cegieł- towarzystwo ma się raczej nieźle:) - Pamuk- noblista, Rushdie szacowny pisarz, nagradzany i Booker Prize i tytułem szlacheckim przez królową angielską;  Rowling też namieszała- bo udowodniła światu, że z czytaniem u dzieciaków wcale tak źle nie jest i że potrafią nawet o północy wstać, by kupić swoją ulubioną książkę (opasłe tomisko), na co niejeden zaprawiony dorosły mól książkowy nie mógłby sie raczej zdobyć. Kostova też mnie zaciekawiła swoją wersją historii o Draculi- skończyło się tym,że zaczęłam już poważnie myśleć o kładzeniu czosnku pod poduszkę- tak dla bezpieczeństwa:)))

 

Ostatnio przy wolnej chwili sięgam po Shantaram- 700 stron, duży format, małe litery.... Uczta czytelnicza pewnie potrwa kilkanaście ładnych dni. Historia wciąga mnie powoli..... Jedynym minusem jest ciężar tej książki- jak i wielu podobnych cegieł. W tym przypadku jest to na pewno ponad kilogram- tak więc czytanie staje się nie tylko przyjemnością i wysiłkiem umysłowym, ale również fizycznym:))) Nie wszędzie można ją ze sobą zabrać- to chyba jedyny minus tego rodzaju książek. Jestem ciekawa, czy macie może swoje typy ulubinych książek cegieł?

niedziela, 13 lipca 2008

Bardzo lubię książki Agaty Tuszyńskiej- Zaczęło się kilka lat temu od Wyznań gorszycielki - biografii Ireny Krzywickiejpotem były książki o Isaacu Bashevisie Singerze i Marii Wisnowskiej. Wszystkie równie ciekawe i wartościowe. W tym przypadku zaintrygował mnie tytuł- Rodzinna historia lęku. Książka była dla mnie dużym zaskoczeniem. Chociażby to, że autorka jest córką znanego sprawozdawcy sportowego Bogdana Tuszyńskiego. Nigdy nie łączyłam tych dwóch nazwisk jakoś ze sobą, a przecież TEN Tuszyński przewijał się w opowiadaniach mojej Mamy o swoim dzieciństiwe- kiedy to zafascynowana, podobnie jak cała Polska w latach 50-tych Wyścigiem Pokoju, potrafiła z jakiegoś ważnego  powodu zwolnić się z lekcji i biegusiem leciała do domu, by usłyszeć sprawozdanie w.... radiu. ( do dziś kocha Polskie Radio:))) Akcja tej "ucieczki z lekcji" była tak skrupulatnie opracowana, że mała Basia zdążyła jeszcze po drodze zahaczyć o miejsce, gdzie na ulicy był wystawiony kołchoźnik i tam z lekką zadyszką, słuchała słynnego "Halo, halo tu helikopter", bo jak pisze Agata Tuszyńska, ojciec był jedynym, który nie miał lęku wysokości i zadanie opisywania wyścigu z lotu ptaka wziął na swoje barki.

Agata Tuszyńska miała 19 lat, kiedy jej matka, Halina Przedborska, również dziennikarka, wyznała jej, że jest Żydówką. Przez tyle lat świętowały Boże Narodzenie, były opłatek i choinka, śpiewały kolędy, Agatka chodziła na lekcje religii, w szufladzie leżał akt chrztu, matka nigdy choćby najmniejszym słówkiem nie wspomniała o żydowskich przodkach, nigdy się nie zdradziła, najmniejszym gestem, najmniejszym wspomnieniem, tęsknotą z dzieciństwa, jaką każdy z nas w sobie nosi- za rodzicami, zapachami, smakami, domem rodzinnym. Informacja ta u autorki nie wywołała zrazu żadnej reakcji- dowiedziała się, dobrze, schowała ją w sobie i przed światem. Przez kilka lat cisza, cisza, żadnych rozmów z matką, żadnych refleksji, znaków zapytania- tak jakby matka powiedziała jej- Agatko, wiesz jutro będzie padał deszcz. Aż coś się zaczęło dziać- ciekawość, bunt, złość, wyrzuty, zrozumienie- wszystko to pomieszło się ze sobą- pojawiły sie pytania- dlaczego, kto, kiedy? Autorka przez wiele lat dojrzewała do konfrontacji ze swoją przeszłością, historią  żydowskiej rodziny ze strony matki- zaczęła wnikać, szukać, pytać, odwiedzać miasteczka i wsie, zadała sobie dużo trudu, by zrozumieć, dlaczego matka rozpostarła nad nią w powojennej już Polsce parasol ochronny i odgrodziła ją od rzeczy i przeszłości trudnej, od gwiazdy Dawida, żydowskich przodków, synagogi, czulentu, żydowskiego Boga. Holocaust- to było zawsze coś, co jej bezpośrednio nie dotyczyło. Coraz mniej świadków historii- dlatego też czytamy niekiedy o  życiorysach zmyślonych, bo Tuszyńska wyobraża sobie, co mogła robić jej praprababka- jak wyglądała, co gotowała, jak się ubierała, jak wychowywała dzieci. To zmierzenie się z rodzinną tajemnicą. Pisanie o najbliższych- ze strzępów wspomnień, z fotografii, z cmentarzy, z opowiadań, ze spisów w urzędach i kartotekach.

Książka, niezmiernie ciekawa,  nie należy do łatwych lektur- to przez temat. Bolesny temat- dla autorki i czytelnika. Bo Tuszyńska pisze o lęku, lęku egzystencji w naszym kraju, pisze o Polakach - dobrych i  złych, choćby szmalcownikach. Pisze o lęku Żydów, ale i o lęku Polaków. Bo Żydzi przyjdą i odbiorą, to, co w gruncie rzeczy, nie nasze, co zostawili po wojnie i po marcu 68. Ale taka jest właśnie nasza historia, a temat, z czego sobie autorka doskonale zdaje sprawę, jest niewygodny, nie lubiany. 

Mam jedno marzenie. Nie wiem, marzeniem je nazywać czy życzeniem. Chciałabym mieć ich wszystkich przez chwilę w jednym pokoju. Chciałabym, żeby zjawili się wszyscy. Wszyscy, których nie miałam, których nie znałam, których mi zabrano, zanim mogłam ich poznać, albo zamilczano, żebym nie wiedziała. Niech przyjdą teraz do mnie. Babcia Jecia z Henrykiem, jej matka Salomea Herman z mężem typografem, który zmarł młodo, jej dzieci, ich dzieci. Bracia ich ojca, siostry, babki, wszyscy, wszyscy razem na wielkie spotkanie. Niech wyjdą z ciszy, z nicości, z nieistnienia. Z dymu, z grobu, z niepamięci. Zapraszam was do siebie. Do mnie. Do mojego dziecinnego pokoju, którego nie odwiedzaliście. Gdzie was brakowało. Gdzie pusta przestrzeń, gdzie milczenie. Tam, gdzie tęskniłam za wami, nie wiedząc nawet o waszym istnieniu. Jestem i czekam. 

piątek, 11 lipca 2008

Świat Książki bierze udział w akcji  "Czas na czytanie. Książka wzbogaca". Chce przekazać bibliotekom 100 000 książek. Kupując kartkę pocztową w cenie 1,50 zl można wesprzeć akcję, dzięki której wiele osób otrzyma szansę kontaktu z wartościową książką.  Kartkę już mam :) - będę miała pamiątkową zakładkę.

niedziela, 06 lipca 2008

Do zadania tego pytania skłoniła mnie książka, która ukazała się u sąsiadów za miedzą o takim właśnie tytule. Bo czytanie oczywiście uszczęśliwia- kto lubi czytać tylko to potwierdzi:))) Autor tej książki nie pyta zresztą- "czy"  lecz "dlaczego". Stefan Bollmann, twierdzi, że poprzez czytanie istota ludzka staje się szczęśliwsza ponieważ:

-czytanie uświadamia nam, kim tak naprawdę jesteśmy i kim chcielibyśmy być

- czytanie nadaje naszemu życiu sens i znaczenie

- czytanie otwiera przed nami inne światy i roztacza inną rzeczywistość

- czytanie pozwala wrócić nam w pewnym sensie do korzeni- znów stajemy się myśliwymi i zbieraczami

Właściwie nigdy nie pytałam się sama siebie, dlaczego podczas czytania dobrze się czuję, czemu z chęcią zawsze sięgam po książkę- lubię czytać i już. Odpowiedź jest dla mnie samej zagadką. Ale coś w tym jest, ktoś kupuje tony ciuchów, ktoś inny ogląda się za ładnymi samochodami, ktoś kolekcjonuje drogie buty, a ja jak tylko znajdę się w obcym mieście - to mogłabym wizytę zacząć od zwiedzania księgarni, a gdy jestem w supermarkecie to zaraz rozglądam się, czy przypadkiem nie ustawili jakiegoś regału z książkami, a jeśli już takowy zobaczę to w kurzpodskokach udaję się w jego kierunku- nawet jeśli są tam tylko poradniki o kiszeniu ogórków, bo książka to książka.  Lubię i dobre buty, przydałby mi się super samochód i jak każda osoba rodzaju damskiego lubię dobre ubrania, ale co ja za to mogę,że mam książkowego hopla?- Dlaczego jestem przez to szczęśliwsza? Dzięki czytaniu mogę być w tylu miejscach, mogę poznać tak wielu ludzi, poznać zapachy, smaki, historię, inne myśli. Mogę zapomnieć o tym świecie i przenieść się choć na chwilę gdzie indziej. Gdy czytam, gotowam za Faustem powiedzieć- Chwilo trwaj, boś piękna!

Nie umiem oprzeć się Patricii Shaw. Jak tylko widzę jej ksiażkę w bibliotece- zaraz wędruje ze mna do domu po to, by równie szybko tam wrócić, bo książki tej australijskiej pisarki wciągają niemiłosiernie, przykuwają do siebie na długie godziny, człowiek jest zniewolony, aż nie skończy. Shaw, dawniej nauczycielka, ciekawie opowiada o swoim kraju, pierwszych osadnikach, Aborygenach, narodzinach nowego państwa, dawniej kolonii brytyjskiej. Schemat, z małymi wyjątkami jest wciąż ten sam: przybywają nowi osadnicy i zderzają się z nową rzeczywistością, która do łatwych nie należy, muszą walczyć o swój byt, stawić czoła nieokiełznanej przyrodzie, nowej kulturze, odnaleźć siebie w maglu wielu narodowości, nauczyć się żyć obok Tubylców. Autorka nie unika trudnych tematów związanych z zasiedlaniem kontynentu, zabijaniem Aborygenów, odbieraniem im ziemi, bezczeszczeniem ich świetych miejsc- jednoczesnie wyczuwa się sympatię do pierwszych mieszkańców, miłośc do swojego kraju i dużą tolerancję do wszystkiego, co obce. Autorka sięgnęła po sprawdzony przepis na ciekawą opowieść- zawsze jest ten dobry i ten zły, czasem góruje zło nad dobrem, ale dobro zawsze zwycięża. Poszukiwaczy marzeń  czyta się szybciutko, mimo, że książka liczy ponad 500 stron. Tym razem bohaterami ksiażki jest wspólnota niemiecka, która przybyła do Australii, by szukać szczęścia, realizować swoje plany. Nowy świat, zakupiona ziemia, inni osadnicy- wszystko to zaskakuje przybyszów. Ta książka to dobre czytadło, od którego naprawdę nie sposób się oderwać.

środa, 02 lipca 2008

Georg Friedrich Kersting (1785-1847)

Według Dziennika ( 31.05-01.06.2008)  rasowy czytelnik, człowiek inteligentny i znawca nie powinien na półce stawiać książek Paula Coelho, Maxa Cegielskiego, Agaty Passent, Janusza L. Wiśniewskiego i Dana Browna- bo to ... obciach. Robię przegląd biblioteczki- no i co tu mamy- Coelho jest,  darowany mi przez siostrę z powodu niespodziewanego i nieplanowanego romnożenia egzemlarzy Wiśniewski jest, Dan Brown zalega gdzieś od miesięcy u rodziny- a niech oni się czerwienią:) Oj niedobrze, niedobrze. Uff!!! Gut, że się nie pokusiłam na taką Passent, albo Cegielskiego, bo to dopiero by było. Bo przecież ich książki to nie dobra literatura, tylko narzędzie zbiorowego ogłupiania. Tyle, że właśnie taki subiektywny artykuł i ranking dziennikarki bardziej może ogłupić, niż choćby któraś z cytowanych przez nią książek.  Powiedz, co czytasz, a powiem ci kim jesteś - sama lubię zaglądać na półki moich znajomych, ale od razu wyrabiać sobie opinię o ludziach po tym, co tam ujrzę- nie śmiem. Czasem jest to ciekawość, ranking bestsellerów, okładka, stan bibliotecznego zaczytania- kusimy się no coś i albo się nam podoba albo i nie. Niekiedy ulegam ogólnonarodowemu ogłupieniu i sięgam po coś, co czytają wszyscy po to tylko, by się przekonać, że szkoda było na to czasu. Czy to obciach, czy nie - ponoć nie ma książek dobrych i złych- wszystko zależy od czytelnika. No i druga strona medalu tych moich wynurzeń- ileż to ludzi kupuje książki dla samych okładek- po to, by były i robiły dobre wrażenie za właściciela. Dlatego moim zdaniem- lepsze jakiekolwiek czytanie - nawet takie obciachowe- niż żadne.