Świat jest stworzony po to, aby stać się kiedyś piękną książką
Archiwum
Zakładki:
Książki 2013
Książki 2012
Książki 2011
A tutaj piszę o książkach
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Dekoratorskie
Książki - 2010
Książki- 2008
Książki- 2009
Napisz do mnie
Piszą o książkach
Strony o książkach
Szablon mojego bloga
Wydawnictwa
Wyzwania czytelnicze
Zaglądam również TU
Tagi
Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać
piątek, 31 lipca 2009

To moje kolejne udane letnie odkrycie literackie. Obok niesamowitej Sagi Sigrun Elżbiety Cherezińskiej – Zła krew Grzegorza Gortata odkrywa przede mną wartości naszej rodzimej literatury, po którą tak rzadko sięgam. Tymczasem powiem tak – po trzykroć warto!

To co nie pozwoliło mi oderwać się od tej książki – to dziwna aura autentyczności. Historia opowiedziana z perspektywy małego chłopca. Powojenna Łódź. Obskurna, zniszczona, bardzo biedna. Bez żadnych upiększeń, tanich rekwizytów. Ludzkie losy toczące się daleko od reprezentatywnej Piotrowskiej, w starych kamienicach – ciemnych, zawilgoconych, pełnych chorób i robactwa. Życiorysy – nawet jeśli wymyślone, to jakby prawdziwe. Powykręcane przez wojnę, pijaństwo i komunizm. Michał – narrator, ma niesamowity dar opowiadania. Prawdziwy gawędziarz, który snuje swoje opowieści o dzieciństwie w Polsce lat 60-tych XX wieku. Dzieciństwie bez zabawek i rozpieszczania. Dziecko z zakalcem. Płynie w nim w końcu zła krew. Ojciec pijak, złodziej, szantażysta, fantasta, bez charakteru. Ciągły strach matki, czy aby nie wda się w tego moczymordę i lekkoducha. I jego strach też. Strach, który wyczuwa się podczas lektury. Tekst bez upiększeń, czasem bardzo szczegółowy, osobisty, z licznymi drobiazgami – tak charakterystycznymi dla postrzegania świata z dziecięcej perspektywy. Jakby to pisanie było swego rodzaju terapią – na uzdrowienie duszy i umysłu, zatrutych przez wytykanie palcami i towarzyski ostracyzm. Zła krew prędzej czy później wypłynie. Złej krwi nie odmienisz – usłyszy kiedyś na podwórku. Nasuwa się pytanie – na ile człowiek jest w stanie sam decydować o swoim losie, na ile jest to przesądzone z góry. Czy warto pracować nad sobą, czy raczej wszystko jest nam dane przez więzy krwi – i to dobre i to złe. Michał walczy o siebie, choć wszyscy naokoło już go zaszufladkowali. W końcu niedaleko pada jabłko od jabłoni. Chłopak walczy o siebie z uporem. Syn półanalfabetki, pracownicy z farbiarni w zakładach dziewiarsko – pończoszniczych, kobiety niezwykle praktycznej. Na przekór matce namiętnie oddaje się czytaniu – w tym świecie szuka odpowiedzi na pytania, tam czuje się dobrze i bezpiecznie, choć często z ust rodzicielki słyszy: Bez książek można się obejść. W tle powojenna rzeczywistość, która i mi wydała się bliska – a to dzięki opowiadaniom mojej mamy Basi. Jeden telewizor na kamienicę, tłumy przed ekranem, wałówka ze wsi, perszerony ciągnące wozy wypełnione węglem, ulice wyłożone kocimi łbami, huczne pochody pierwszomajowe, teatr Kobra, ławki szkolne z otworami na kałamarze i rowkami na pióra, westerny z Peckiem. Na kartach pojawiają się znane nazwiska i wydarzenia. Jest i Johann, z którego wszyscy szydzą i unikają. Bo ten człowiek ma w sobie tajemnicę – ból  i smutek po stracie najbliższych w ostatniej wojnie. Tłamsi w sobie swoją żydowskość, która nie znajduje zrozumienia w prostackich umysłach mieszkańców łódzkiej kamienicy. Książka bardzo prawdziwa, w odcieniach czerni i szarości. Smutna. Zapadająca w pamięć.

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

czwartek, 30 lipca 2009

O Jodi Picoult naczytałam się tyle dobrego, że w końcu sama również postanowiłam sięgnąć po jej książkę. Dziewczyny piszą w swoich recenzjach o bulgoczących w nieskończoność zupach, przypalonych obiadach, niemożności oderwania się od lektury. Po takich recenzjach nie sposób się nie skusić. I faktycznie – moje pierwsze spotkanie z tą pisarką oceniam pozytywnie. Powieść grubaśna i wielowarstwowa. Łączy w sobie elementy lektury obyczajowej, kryminalnej, romansu. Dotyka kontrowersyjnych tematów- eutanazji, zdrady, kłamstwa. Pojawiają się liczne dylematy i znaki zapytania – co ja bym zrobił/a w danym momencie? Jednocześnie zdaję sobie sprawę z tego, ze łatwo jest oceniać postępowanie innych z perspektywy wygodnego fotela stojącego na ocienionym tarasie. No tak - zawsze lepiej jest komuś doradzać, niźli samemu podjąć trudną decyzję. Bo książka zmusza do takich refleksji, zmusza do myślenia i wejrzenia w głąb siebie. A i tak życie może kiedyś zweryfikować nasze obecne deklaracje. Choć przyznaję osobiście – raczej nie chciałabym być postawiona pod ścianą tak, jak główny bohater i sprawca całego zamieszania – Jamie. Bo czy można mówić o morderstwie spowodowanym miłosierdziem? Czy to grzech, zasługujący na potępienie? Nie odpowiem. Nie mam odwagi do takich publicznych wyznań w kwestii tak delikatnej.

Autorka umiejętnie przenosi nas z miejsca na miejsce, zmienia co rusz bohaterów, akcja toczy się wartko – i ani się spostrzeżemy jak dobrniemy do końca. Mimo ciekawej i kontrowersyjnej warstwy moralnej w tej powieści najbardziej wciągnęła mnie małżeńska historia szefa policji Cama MacDonalda i jego drugiej połowy - Allie. Na tle tragicznych wydarzeń Jodi Picoult pokazuje typową amerykańską parę, z kilkuletnim stażem, ze swoimi mniejszymi i większymi dramatami. Od samego początku sekundowałam Allie – kobiecie, która kochała za bardzo. Dużo na tym straciła. Jak wiele? Też nie odpowiem.

I jeszcze jedna kwestia. Senne miasteczko Wheelock. Prowincja. Małomiasteczkowa społeczność, przywiązana do tradycji, co tydzień spowiadająca się ze swoich grzechów w malutkim kościele. Mimo woli wciągnięta w dramatyczne wydarzenia. Jak oceni, jak zareaguje? Też nie odpowiem. Sami możecie poszukać odpowiedzi, do czego zachęcam. Książka wciąga - faktycznie można obiad przypalić:)

 

Wydawnictwo Prószyński i S-ka

środa, 29 lipca 2009

Nie wiem jak Puzo to sprawił, ale ja czuję dużo sympatii do jego mafiosów. Mimo tego, że krew się leje, mordują na lewo i prawo, to tak do końca głównych bohaterów nie przekreślam Tak było z Ojcem Chrzestnym, tak jest i teraz w przypadku Omerty. Wysłuchałam sobie książki z kaset – nawet polubiłam sprzątanie, zmywanie, prasowanie. Ostatnio świat wywrócił się do góry (powiem z wielkopolska:) girami. Na czytanie mniej czasu, ale walczę dzielnie o zachowanie pewnych proporcji i priorytetów. Słuchanie książek to dla mnie odskocznia od dnia codziennego i cenne obcowanie z lekturą. (Właśnie zaliczyłam po raz enty Misia i Tygryska Janoscha) Jeśli ktoś lubi klimaty a’la don Corleone to polubi i te a’la don Aprile. Kasety (sztuk 11), nie takie znowu stare – ale jeszcze sprzed ery bardzo popularnych obecnie audioboków. W interpretacji Leszka Filipowicza. Pewnie łatwiej będzie o książkę, którą polecam.

Nie podaję szczegółów co do treści – nie mając egzemplarza książki, zrobiłabym z pewnością błędy w pisowni. Wytłumaczę tylko pokrótce tytuł: Omerta- Sycylijski kodeks honorowy, zabraniający informowania o przestępstwach, uważanych za wewnętrzną sprawę osób w nie wmieszanych. Tyle na początek. Następny krok należy do Was.

poniedziałek, 27 lipca 2009

Przyzwyczailiśmy się do tego, że o postaciach z pomników zwykło się mówić same poważne rzeczy. Tymczasem Michał Rusinek odbrązowił w bardzo sympatyczny sposób naszą narodową świętość. Jak?– Przeczytajcie w recenzji książki o naszym wielkim kompozytorze. Takie i podobne określenia niestety same rodzą się na klawiaturze. Bo jak pisać o Wielkich Tego Świata – jak nie pompatycznie? Autor książeczki o małym Frycku, co to nie znosił szpinaku, udowadnia, że wcale tak być nie musi…Zajrzyjcie tutaj.

Wydawnictwo Znak

czwartek, 23 lipca 2009

Postanowiłam wziąć udział w kolejnym wyzwaniu czytelniczym: Literatura na peryferiach. Z czasem jest knapp – tak więc piszę się na pewno na dwie książki, które od dawna czekają na mojej półce na zmiłowanie z mojej strony i wreszcie nadarza się ku temu okazja.

Oto tytuły:

- Dominikana – Junot Diaz – Krótki i niezwykły żywot Oscara Wao

- Australia – Alexis Wright – Karpentaria- jest to książka autorstwa Aborygenki z plemienia Waanyi. Mimo, że czytałam książki z Australii – nigdy nie miałam w ręku książki z kręgu pierwotnych mieszkańców tego kontynentu. Dla mnie – to peryferia totalne.

Jeśli ktoś chciałby poznać szczegóły wyzwania książkowego, zapraszam tutaj Być może skusi się i do nas dołączy.

środa, 22 lipca 2009

Ciekawa informacja dla tych, których zachwyciła Saga Sigrun Elżbiety Cherezińskiej. Dla mnie to książka roku. Dlaczego? O książce pisałam tutaj. A jeśli Was zainteresuje moja recenzja, to niniejszym informuję, że ksiązka i autorka będą obecne na Warsztatach Archeologii Eksperymentalnej (24 – 30 lipca) i XV Festiwalu Słowian I Wikingów (31 lipca – 2 sierpnia) w Wolinie. Dla mnie to strasznie daleko i nie pojadę, choć serce wyrywa się nad nasze polskie morze. Chętnie poznałabym autorkę tej perełki z mojej półki.

Szczegółowe informacje- WWW.jomsborg-vineta.com

 

poniedziałek, 20 lipca 2009

 

Kiedyś czytałam. Kiedy byłam mała. W jakimś zbiorze bajek. Może w Śpiewającej lipce, świetnym zbiorze bajek słowiańskich ? Stare, dobre i sprawdzone, w nowej szacie, ale o tym za chwilę. Cieszę się, że pojawiają się takie perełki, wyciągane z lamusa – bo w księgarniach całe mnóstwo bajek z Europy Zachodniej (czy ktoś jest w stanie zliczyć wersje i wydania Czerwonego Kapturka?). Gdy tymczasem zachwycamy się czymś, co w gruncie rzeczy nie nasze, a o swoim nie pamiętamy. Przecież Słowianie, nie gęsi, też swoje bajki mają. Może mi się dostanie od wyznawców teorii, że kultura nie zna granic, ale proszę mi wybaczyć – bardzo chętnie poczytam moim dzieciom o czartach ukrytych w starych wierzbach, o Biedzie, co to mieszkała na piecu, o Śmierci, młynarczykach, wodnikach siedzących na dnie stawu. Nawet, jeśli błędnie łączę tę bajkę ze wspomnianą Śpiewającą lipką, to i tak wielkie dzięki za Maruszkę. Recenzja na blogu Półeczka z książkami.

 

Wydawnictwo Media Rodzina

niedziela, 19 lipca 2009

Inspiracją do napisania tej książki były opowieści matki autorki. Przedrewolucyjne Chiny lat 20- tych XX wieku. Lubię takie klimaty. Ciągle mam w pamięci Dzikie łabędzie. Trzy córy Chin. I mimo, że to zupełnie inna literatura, też ma swój urok. Ale dość już tych porównań. Pierwsze strony książki rozgrywają się w Rosji – w momencie wybuchu rewolucji październikowej. Z tego piekła uciekają Lidia, jej matka i inne rodziny, dla których nie ma przyszłości w robotniczej Rosji. Jako cel obrano Chiny – Międzynarodowe Osiedle, obok Francuzów, Brytyjczyków, Włochów, Amerykanów i Japończyków. Obie kobiety należą do najuboższej części tego społeczeństwa. Rozpoczyna się trudna walka o przeżycie.

Autorka w ciekawy sposób przedstawiła Chiny przed wybuchem rewolucji, która miała zmienić ten świat już na zawsze. Bardzo spodobał mi się wątek zakazanej miłości. Nie jestem miłośniczką ckliwych historii miłosnych, dlatego z ciekawością przyglądałam się, jak Kate Furnivall poradzi sobie z tym tematem. Równolegle rozwijała trudną miłość między matką i córką, stosunek Lidii do ojczyma. Często dopuszczała do głosu osoby drugoplanowe, których charaktery bardzo szczegółowo rozbudowała. Ciekawie też został pokazany proces rozwoju głównej bohaterki. Dzieciństwo, okres dojrzewania, wejście w dorosłość.

Książka spodoba się tym, którzy lubią historię w tle. To kolejny bohater tej opowieści. Bardzo ważny zresztą. Bez niego powieść nie miałaby takiego klimatu, byłaby zupełnie czymś innym. Tuż obok – elementy obyczajowe, inna kultura, egzotyka, świat intryg i tajemnic. Arogancja, z jaką imigranci traktowali ludność miejscową. Chińczycy w ich oczach byli społeczeństwem zacofanym, które trzeba było ucywilizować. Nie dostrzegali przeogromnego dziedzictwa kulturowego tej części świata, wywyższali się.

Książka długo czekała na zainteresowanie z mojej strony. Pewnie to za sprawa dość nieciekawej okładki. Tymczasem kryje w sobie wartą uwagi powieść o epickim rozmachu. Istnieje kontynuacja losów Lidii Iwanownej – mam taką cichą nadzieję, że te książki zostaną również przetłumaczone na język polski. Ostatnio mam szczęście do debiutów – obok Kate Morton i jej Domu w Riverton, to kolejna ksiązka (cegła!), która bardzo mi się spodobała. Wam również ją polecam.

Wydawnictwo MUZA

sobota, 18 lipca 2009

Co należy zrobić, by pewien niedźwiedź mniej psocił? Rozwiązanie jest całkiem proste: trzeba wydzielić mu kawałek ogrodu. Tak właśnie czynią państwo Brown, u których pomieszkuje miś imigrant, przybysz z mrocznych zakątków Peru. I jest to strzał w dziesiątkę, bo Paddington staje się bardzo zajętym misiem i robi wszystko, by jego ogród był wyjątkowy. Kupuje nawet książkę, której autor osiąga niesamowite efekty w ogrodzie - właściwie nie wstając z hamaka. Czy rzeczywistość jest tak prosta jak pisze autor wspomnianego poradnika? Miś przekonuje się, że uprawianie kawałka ziemi wymaga jednak zaangażowania i kreatywności. Więcej o książce i tej niezwyklej postaci znajdziecie tutaj.


Wydawnictwo Znak

czwartek, 16 lipca 2009

 

Już myślałam, że książkę straciłam, że zaginęła bezpowrotnie. Czasem o niej myślałam, bo związane są z nią moje pierwsze uniesienia czytelnicze. Dostałam ją wieki temu – gdy byłam takim sobie podlotkiem. Siostra dostała Anię z Zielonego Wzgórza i strasznie jej zazdrościłam. Tymczasem te krótkie opowiadania dla dziewcząt były strzałem w dziesiątkę. Czytałam je na okrągło.  Prezenty pochodziły od cioci Frani, u której buszowałyśmy w bibliotece podczas naszej krótkiej wakacyjnej wizyty. Siałyśmy tam prawdziwe spustoszenie i cioteczka chyba odetchnęła z ulgą, gdy w końcu odprowadziła naszą rodzinkę na dworzec PKP. Książka zniknęła na długie lata. Teraz gdy zaczęłam szperać w moich kartonach znalazłam ją i radość moja jest wielka!

 
1 , 2 , 3