Świat jest stworzony po to, aby stać się kiedyś piękną książką
Zakładki:
Książki 2013
Książki 2012
Książki 2011
A tutaj piszę o książkach
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Dekoratorskie
Książki - 2010
Książki- 2008
Książki- 2009
Napisz do mnie
Piszą o książkach
Strony o książkach
Szablon mojego bloga
Wydawnictwa
Wyzwania czytelnicze
Zaglądam również TU
Tagi
Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać
środa, 28 lipca 2010

Bardzo lubię wyprawy Stanisława Milewskiego do przeszłości. Autor to zapewne człowiek z pasją – trochę detektyw – wielki mól książkowy i prasowy, co to tylko w papierzyskach siedzi, wodzi nosem po makulaturze i co rusz odkrywa coś ciekawego. Wiele informacji o codziennym życiu w dawnej XIX – wiecznej Warszawie zakrawa dziś na sensację – choć kiedyś, w przeszłości były one zapewne szarymi elementami dnia powszedniego, którymi przeciętny mieszkaniec stolicy za bardzo się nie przejmował, ani głowy nad nimi nie łamał. Ja przyznaję, że podczas lektury nie raz kręciłam głową z niedowierzaniem.

Bo choćby taka przeciętna wieku Warszawiaka to… (uwaga) 33 lata – tak pisał Bolesław Prus w swoich słynnych kronikach z 1898 roku.

Brud, epidemie, duża śmiertelność, zły stan wody rzecznej, wszechobecne góry śmieci, miazmaty drażniące gardła i nosy, skanalizowanie miasta, przemysł, sytuacja robotników, rzemieślników, służących (w XIX-wiecznej Warszawie co piąty pracujący mieszkaniec miasta zatrudniony był w „usługach domowych”), utrzymanek (Nad igłą nie chcę ślęczyć – lepiej kamelią zostać, niźli się pracą dręczyć). Dużo uwagi poświęca autor sytuacji kobiet, które wzorem emancypantek amerykańskich, szukały godnej i dobrze płatnej pracy, chciały uniezależnić się od mężczyzn i wyraźnie chciały poprawić swój los. Dowiemy się jak tak naprawdę wyglądało życie w ruderach i pałacach. Autor cytuje ciekawe artykuły z ówczesnej prasy, analizuje je. I co się okazuje? – Już ponad sto lat temu narzekano na import pietruszki i cebuli ze Śląska, albo rumianku z Prus (ciekawe co na to UE?), na ceny leczenia chirurgicznego, na małe spożycie mleka. Czytamy o pierwszych bicyklach, paryskiej modzie, niechęci do szkół zawodowych, rynku małżeńskim. Wszystko bogato zilustrowane rycinami z epoki, zwłaszcza rysunkami Franciszka Kostrzewskiego, który nie tylko żył w Warszawie, ale żył tym miastem i sprawami mieszkańców.

Przeciętny Kowalski żył w Warszawie drugiej połowy XIX wieku raczej na niskim poziomie. Często wpadał w łapy lichwiarza, bywał klientem lombardów, gdzie zastawiał najcenniejsze skarby z lichego dobytku, nierzadko licytował go komornik, sprzedający jego chudobę na Rynku Starego Miasta.

Liczby, którymi operował często Prus, a które kiedyś powodowały spadek zainteresowania Kurierem Warszawskim, są dla takich badaczy jak Milewski cennym źródłem informacji, dają obraz epoki. Milewski wybrał najistotniejsze dane, które nie nużą, a wręcz przeciwnie – wciągają i wywołują to wspomniane już kręcenie głową z niedowierzania.

Jak bardzo świat się zmienił. Ot choćby taki zawód szewca:

U szewca – twierdził Bolesław Prus – haruje się od 7 rano do 7 lub 10 wieczorem; czasem jak jest robota pilna, także w nocy.

:)))

Milewski czerpie z różnych źródeł – świadczy o tym bogata bibliografia: Prus, Gomulicki, Żeromski. To ci najbardziej znani – ale obok nich jest cała rzesza wielu mniej znanych. Mój polonista w liceum mówił o ciekawych książkach tak: czyta się jak kryminał. Taka jest właśnie Codzienność niegdysiejszej Warszawy, która przenosi do zupełnie innej epoki, pozwoli poznać najciemniejsze i najbardziej wstydliwe elementy ówczesnego życia.  Odkryje sensacje i tajemnice. Bardzo polecam!

 

Wydawnictwo Iskry

 

niedziela, 25 lipca 2010

Na swojej półce mamy cieniutką książeczkę o przygodach małego Tyranozaurusa Rexa – tyle że po niemiecku. Z humorem napisana o tym jak mały synek Rex skacze przez skakankę z liany, ucina sobie poobiednią drzemkę i takie tam. Zawsze przy jej czytaniu, właściwie przekładzie na gorąco, myślałam sobie, dlaczego w Polsce sprawy poważne są traktowane baaaardzo poważnie i nikt nie wyda o dinusiach książki z jajem, takiej trochę z przymrużeniem oka. A tu proszę – właśnie taką odkryliśmy.Recenzja na blogu Półeczka z książkami.

Od tej serii jestem uzależniona:)) Jak zresztą połowa mojej rodziny. Dlaczego? Piszę o tym na blogu: Półeczka z książkami.

 

niedziela, 18 lipca 2010

Kiedy czytam o milionach, które straciły życie podczas ostatniej wojny, kręcę głową z niedowierzaniem, przerażeniem, ale też z pewną ulgą, że to już na szczęście minęło. I jakoś szybko przechodzę do porządku dziennego.  Kiedy czytam o losach jednego człowieka, konkretnego, nieważne skąd, nieważne jakiej narodowości – historia siedzi w mojej głowie przez wiele dni, często do niej powracam myślami. Tak też było  w przypadku Daniela, lutnika z Auschwitz…

W 1991 roku pewien muzyk Clement poznaje w Krakowie polską żydówkę - skrzypaczkę Reginę. Jest pod wrażeniem jej osoby, również uwagę przykuwa instrument, na którym kobieta wykonuje utwory Mozarta, Beethovena i innych. Na pytanie – skąd u nie taki instrument, Regina ze smutkiem w oczach wspomina o skrzypcach z Auschwitz, a przy pożegnaniu wręcza zainteresowanemu w skrócie nakreśloną historię wuja Daniela i jego skrzypiec. I tutaj zaczyna się opowieść właściwa, którą otwierają znamienne słowa Dantego:

I przybywam do miejsca pozbawionego

wszelkiego światła.

[Boska Komedia , Piekło IV, 151]

Dreiflüsslerlager – jeden z mniejszych podobozów w kompleksie Auschwitz III – Obóz Trzech Rzek, gdzie nie obowiązywała logika, nie było miejsca na miłosierdzie. Straszne miejsce. Piekło. I to jedno konkretne życie, obok setek tysięcy innych. Walka o każdy następny dzień, czasem o kolejną godzinę. Daniel jest lutnikiem, który w obozie pracuje jako stolarz. Kiedyś przez przypadek wydaje się, że umie naprawić pęknięte skrzypce. Za chwilę dostaje rozkaz od komendanta obozu, by wykonał skrzypce równie doskonałe, jak instrumenty słynnego Stradivariusa. Daniel wie, że od skrzypiec zależy jego dalsze życie. Katalońska pisarka, absolwentka filologii klasycznej, poświęciła wiele uwagi pracy nad wykonaniem instrumentu. Specyficzny zapach, słoje pięknego drewna z węgierskiej jodły,  sinusoidalna linia, tworząca kształt równie piękny jak kobieca talia – na chwilę pozwalają Danielowi wrócić do dawnego życia, które minęło bezpowrotnie. Ale tylko na chwilę, bo radość tego, co tak dobrze się zna, możliwość dotykana tych wszystkich narzędzi, z którymi ręce lutnika jakby się zrosły –dłut, hebli, szczypiec, noży, miesza się z głodem, wielkim strachem, tęsknotą za bliskimi, których już nie ma, z uczuciami których nie umiem określić. Proste zdania, zimna relacja, krótko, konkretnie – tak pisze Anglada. Ale jak ten tekst porusza. Jakie ślady zostawia w czytelniku? Wrażenie potęgują fragmenty autentycznych dokumentów z archiwum z Auschwitz , fragmenty poezji. Czy język jest w stanie wyrazić okropność tamtych czasów?

Ból – ma w sobie coś z Luki

W Pamięci – nie umie ustalić,

Kiedy się zaczął – czy był czas,

Kiedy nie było go wcale

[Emily Dickinson, Wiersz 650, przeł. S. Barańczak]

To książka wstrząsająca. Dla mnie po takiej lekturze przerażające jest to, że nagle uświadamiam sobie, jak jeszcze niewiele wiem o tamtych czasach. Każdy człowiek – świadek tamtych wydarzeń, więzień obozu koncentracyjnego, robotnik przymusowy – każdy z nich nosi w sobie jakąś wstrząsającą historię. Smutną, wbijającą się  pamięć. Po takiej książce nie sposób szybko wrócić do normalności, nie sposób o niej szybko zapomnieć. Staję się nośnikiem tej pamięci – czy tego chcę czy nie chcę. Raczej chcę – w końcu świadomie sięgam po takie książki. To dobry zabieg, by nie zgnuśnieć, by nie utonąć w swoim wygodnictwie – że coś już bezpowrotnie minęło, i że nie wróci. Trzeba pamiętać, choć to boli, oj jak bardzo boli…

Wydawnictwo Muza

sobota, 17 lipca 2010

 

Ostatnio dużo mówi się i pisze o Grunwaldzie – wiadomo okrągła rocznica, a i temat ciekawy. Ja chciałabym natomiast zwrócić uwagę na jedną z najbardziej znanych scen z Krzyżaków Sienkiewicza, kiedy to Danusia narzuca swemu rycerzowi białą chustkę na głowę i ratuje go z rąk kata. Jakiś czas temu znalazłam ciekawostkę na ten temat i pomyślałam sobie, że kiedyś do niej wrócę. Otóż zachowanie Danusi nosiło miano: odproszenia od śmierci. Ciekawie na ten temat napisał Roman Kaleta w świetnej książce Sensacje z dawnych lat. Już sam tytuł potwierdza, co kryje w sobie ta grubaśna księga licząca prawie 900 stron. Kaleta pisze:

„Znany nam z Krzyżaków H. Sienkiewicza zwyczaj odpraszania sobie przez kobiety na męża przestępców skazanych wyrokiem sądowym na śmierć utrzymał się do początków XIX wieku. O przeobrażeniu się precedensu, jaki musiał się zdarzyć w czasach niepamiętnych, w obyczaj tolerowany przez ustawodawców i żywotny przez tyle wieków zadecydowało wiele czynników. Najważniejszy był brak rąk do pracy oraz gwarancja reedukacji więźnia, jaką dawała społeczeństwu kobieta uwalniająca złoczyńcę od śmierci. Akt miłosierdzia, okazywany skazańcowi publicznie na placu egzekucji przez kwapiącą się do małżeństwa niewiastę, łączył się z ryzykiem własnego jej życia – jak to wynika np. z relacji woźnego, umieszczonej w 1622 r. w bieckich księgach grodzkich. Zapisano tam historię zamordowania „uczciwej Jagnieszki z Markuskiej, poddanej”, przez Macieja Podkówkę, młynarczyka, mimo iż ta Jagnieszka „skazanego na śmierć o zabójstwo jawne, miłosierdziem i sercem chrześcijańskim zdjęta, odprosiła go sobie na męża z rąk katowskich”.

O innym wypadku odproszenia sobie skazańca na męża mówi wiadomość z Lublina, umieszczona w „Kurierze Polskim” (nr 12 z 1730r.)

W przeszły poniedziałek z dekretu tutejszego miano egzekwować pewnego delikwenta, który syna Jmci p. Koźniewskiego we 13 leciech crudelissime [najokrutniej] zamordował. Tego już na placu kobieta chustką zarzuciwszy od śmierci eliberavit [uwolniła]”.

 

(Sensacje z dawnych lat – Roman Kaleta str.264, wyd. Iskry)

piątek, 16 lipca 2010

Cukiernia pod Amorem to historia pewnej rodziny ze szlacheckimi korzeniami, z mazowieckiej prowincji – Gutowa.

Punktem wyjścia całej opowieści jest przypadkowe znalezisko. Otóż archeolodzy podczas prac wykopaliskowych na ryneczku w Gutowie znajdują tajemnicze szczątki ludzkie sprzed kilkudziesięciu lat, a z nimi drogocenny pierścień, który związany jest z losami Zajezierskich. Zaledwie kilka metrów od tytułowej cukierenki. Wszystko rozgrywa się na dwóch płaszczyznach – w czasach współczesnych Iga koniecznie chce wyjaśnić rodzinną tajemnicę. W przeszłości poznajemy kolejnych przodków znanej w całej okolicy rodziny, jej losy w czasie trudnych lat zaborów, przed i po powstaniu styczniowym. Autorka z niezwykłą starannością odtwarza minione lata – z ciekawością czytałam o detalach dotyczących służby, mody, fryzur, potraw, mebli. Świadczy to o solidnym przygotowaniu autorki do tej powieści. Bardzo sprawnie wplata w tekst archaizmy, wyrazy rzadko już dziś używane. Stworzyła klimat czasów przeszłych –  powiem tak -  z niechęcią wracałam do współczesności.  Jedyne co mi przeszkadzało to określenie „mumia”, które nijak mi tu nie pasowało – stąd użyłam celowo u góry „szczątki ludzkie”. Jeśli lubicie sagi rodzinne, napisane z pasją, jeśli lubicie zanurzyć się w historii – to warto odwiedzić Zajezierskich.

Cieszy mą czytelniczą duszę fakt, że to nie koniec rodzinnych historii, bowiem w planach są kolejne dwie części Cukierni, na które już teraz czekam. Ale czy dam radę do października?:)))

Więcej informacji o książce znajdziecie na stronie specjalnie dla niej utworzonej: Cukiernia pod Amorem.

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

Najlepszą recenzją książki dla dzieci są wybuchy śmiechu jak strzelające korki szampana, wyrywanie jej z rąk czytającym rodzicom i wodzenie swoim małym noskiem po kartce w celu swoich właśnie poczynionych poszukiwań za kolejnym szczegółem, który z dalszej perspektywy dziecka słuchającego mógł mu przypadkiem umknąć – a przecież szkoda byłaby przeogromna; ciągłe przerywanie i wołanie, tak, właśnie – wołanie pełne emocji. Coś w rodzaju – A mama… !!! Bo mama…!!! Co takiego jest w tej książce, że się tak bardzo podoba dzieciom? Recenzja na blogu Półeczka z książkami.


czwartek, 15 lipca 2010

Droga do domu to książka nagrodzona w 2008 roku prestiżową Organe Prize. Sięgnęłam po nią ze względu na autorkę. Jeśli ktoś zna Muzykę i ciszę Rose Tremain wie, że może liczyć na ciekawą książkę. Tak było i w tym przypadku, choć nie ukrywam, że jest pewne ale…

Kiedyś przeczytałam dość osobliwą rzecz o Rosjanach, napisaną chyba przez Turgieniewa - Rosjanie wyjeżdżają z Rosji po to, by za nią tęsknić. Myślałam o tym zdaniu wiele razy czytając Drogę do domu. I choć tę książkę od Iwana Siergiejewicza dzielą całe lata świetlne, choć dotyka ona zupełnie innej rzeczywistości, to nie sposób myśleć inaczej o książce Tremain jak: melancholijna, pełna tęsknoty za rodzinnymi stronami, za tym co takie bliskie, a jednak dalekie, smutna, w kolorach szarości. Słowiańska dusza - nie tak łatwo wyrwać jej się do wielkiego świata. A jeśli już - to potem tęskni, okropnie tęskni, co świetnie uchwyciła brytyjska pisarka. A mnie podczas tej lektury nie opuszczała taka oto myśl, że pewnie niejeden z naszych rodaków odnajdzie w Lwie siebie - zagubionego w wielkim świecie, zakompleksionego, bez znajomości języka, ale jednocześnie uparcie dążącego do celu, przedzierającego się przez dżunglę nowoczesności, masy ludzi z całego świata. Taki kogel - mogel różnych kultur, który Lwa - Rosjanina zaskoczył zupełnie. Prawie czterdziestoletni mężczyzna opuszcza swoje rodzinne Auror - miasteczko bez perspektyw, pełne bezrobotnych i pijących mężczyzn, wiążących ledwo koniec z końcem, próbujących sprostać wyzwaniom, jakie postawiła przed nimi postsowiecka twarda rzeczywistość. Za chlebem udaje się do Anglii - ale myślami jest ciągle przy ukochanej córeczce, żonie, która jakiś czas temu zmarła na raka, przy przyjacielu Rudim- kolesiu, który ma swoją receptę na życie i w Anglii pewnie zachowałby się tak i tak. Właśnie to ciągłe i uparte wręcz czepianie się Rudiego - bystrego i zaradnego chłopaka z rosyjskiej prowincji daje nadzieję na lepsze jutro, które jak się okazuje, wcale lepsze nie jest - odpływanie we wspomnienia daje Lwu siły i energię do stawiania kolejnych kroków w nowym świecie. Ale czy można nazwać to krokami - to raczkowanie w zupełnie innej kulturze, tradycji, mentalności - i nic dziwnego, że główny bohater nabija sobie od czasu do czasu porządnego guza, który tak bardzo boli. Autorka w przedmowie dziękuje między innymi kilku Polakom, którzy udzielali jej informacji o ich życiu na emigracji. Książka odniosła w samej Wielkiej Brytanii duży sukces, zebrała dobre recenzje, została nagrodzona, co pewnie przyczyniło się do jej popularności. Jednak z mojej strony pozostał pewien niedosyt, który wynika pewnie z tego, że jako czytelniczka z jednego z „krajów trzeciego świata” (Cytat dosłowny. Tak wyraził się pewien Anglik o Polsce w firmie, w której pracuje mój znajomy) znam problem od podszewki. Wystarczy rozejrzeć się wśród znajomych, być może rodziny, i już uparte dążenie autorki do happy endu, zaczyna denerwować. Nie sądzę, by wynikało to ze złej woli pisarki – w końcu pisanie o człowieku z innego świata, o innej mentalności, kulturze, nie jest łatwe. Z pewnością Tremain poruszyła ważny problem imigrantów w UK. Może dzięki tej książce niejeden Anglik spojrzy inaczej na ludzi skądś tam. Mnie po tej lekturze mimo wszystko nie opuszcza taka oto myśl - jak wyglądałaby ta książka, gdyby napisał ją ktoś z naszych…

Ja ze swej strony zachęcam do sięgnięcia po wspomnianą już na samym wstępie Muzykę i ciszę – książkę z tłem historycznym. W obu przypadkach czeka was dobra proza.

Wydawnictwo Zysk i S-ka

poniedziałek, 12 lipca 2010

Czas akcji ostatni weekend, upalne lato

Miejsce akcji jeziorko pod Poznaniem

Opis sytuacyjny – na kocu leży sobie pańcia,  a obok (chyba) adorator  (w eleganckiej koszuli i grubych dżinsach – o Matko Święta – na dworze gdzieś 35 stopni) Parka rozmawia sobie głośno o życiowych planach.

Ona- Z pracą kruchą. Oj krucho (westchnienie)

On – A język jakiś znasz?

Ona – Język? Łeeee, chyba raczej nieeee. No, podstawy mam, ale takie kiepskie chyba.

On – E tam. Wszystko się zrobi. Trochę się poduczysz i będziesz mogła tłumaczem od książek być.

Ona – Od literatury, myślisz?

On- Właśnie.

Ona – Ale ja tam za książkami nie przepadam.

On – Kaska się liczy. Taki tłumacz w dwa miesiące powyżej piątki zgarnie. I w domu sobie siedzi.

Ona(myśli, myśli, myśli) A może to nie jest wcale taki głupi pomysł? Zastanowię się.

(pańcia obraca się i zaczyna opalać płaski brzuch) Koniec

Księgarnia Znak przygotowała wyjątkową letnią ofertę dla miłośników i miłośniczek dobrej literatury.

W każdy piątek w „Dzienniku Polskim” znajdziecie Państwo specjalny kupon wraz z listą 10 książek (co tydzień innych) dostępnych w księgarni Znak w wyjątkowej wakacyjnej ofercie: już za 10, 15 i 20 zł.

Zrealizować go będzie można wyłącznie w księgarni Znak, przy Sławkowskiej 1, czynnej od poniedziałku do piątku w godz. od 10.00 do 18.00 i w soboty od 10.00 do 14.00. Każdy kupon będzie ważny przez tydzień.

Czekają na Państwa wyborne powieści, tomiki poetyckie, pasjonujące książki historyczne, religijne i dziecięce.

Akcję rozpoczynamy już w poniedziałek 12 lipca i potrwa ona aż do 28 sierpnia. Zapraszamy na Sławkowską 1!

Szczepańska-Kowalczuk Katarzyna
Havel Vaclav
Padura Leonardo
Śliwiński Piotr Jordan
Mentzel Zbigniew
Urbanowicz Witold
Smoleński Paweł
Żukowski Dariusz
Zuchniewicz Paweł
Friszke Andrzej, Paczkowski Andrzej
 
1 , 2