Świat jest stworzony po to, aby stać się kiedyś piękną książką
Zakładki:
Książki 2013
Książki 2012
Książki 2011
A tutaj piszę o książkach
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Dekoratorskie
Książki - 2010
Książki- 2008
Książki- 2009
Napisz do mnie
Piszą o książkach
Strony o książkach
Szablon mojego bloga
Wydawnictwa
Wyzwania czytelnicze
Zaglądam również TU
Tagi
Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać
poniedziałek, 30 lipca 2012

To druga książka, która pojechała ze mną na wakacje. Zaczęłam czytać już w samochodzie, co mi się rzadko zdarza. I choć nie lubię kierować (jadę, jak muszę) - na długich trasach jestem drugim kierowcą. Pilotuję, komentuję, a przede wszystkim konwersuję sobie mile z kierowcą. W nocy to mus, by nie zasnąć. W dzień – sięgnęłam po książkę i tyle mnie widzieli.  To znaczy widzieć widzieli, ale mało słyszeli. Gdzieś śmigały mi za szybą swojskie krajobrazy – krowy (mało ich), bociany, pola, łąki. Oddałam się lekturze, za która tęskniłam, bowiem ostatnio mało czasu miałam tylko dla siebie. Wracam do książki: Józefina to część trylogii o jednej z najsławniejszych kobiet na świecie. Wiadomo – za sprawą Napoleona.

W pierwszej części poznajemy ją jako 14-letnią dziewczynę, która mieszka na Martynice ze swoimi rodzicami i rodzeństwem. Ojciec, słabego charakteru prowadzi rodzinną plantację, matka stara się to wszystko jakoś trzymać w garści, z marnym skutkiem. Rezolutna dziewczyna mimo wyraźnego rodzicielskiego zakazu udaje się do miejscowej kapłanki wudu, która przepowiada jej, że kiedyś zostanie … królową. Myśl o tym towarzyszy Józefinie przez jej dalsze burzliwe życie, kiedy opuszcza wyspę, poślubia niekochanego mężczyznę, mieszka w Paryżu, jest świadkiem rewolucji i walczy o życie swoje i swoich dzieci. Ja królową? Powtarza sobie czasem i sama śmieje się z absurdalnej wróżby.  Przez prawie całą pierwszą część właściwie nie ma Józefiny (!!!). Jest Róża. Z jej trzech imion Maria Józefa Róża – właśnie trzeci człon odpowiada jej najbardziej. Jest wprost oburzona, gdy Napoleon, mały człowieczek znikąd, niepozorny, dziwaczny, o krzywych pałąkowatych nogach i tłustych włosach, zaczyna ją tak nazywać.

źródło: Wikipedia

Zawsze chętnie sięgam po książki z historią w tle. Jaka by ona nie była, chylę czoła przed autorem. Bo taka powieść to mnóstwo  dodatkowej pracy, rycia w książkach historycznych i dokumentach. W przypadku Józefiny też tak musiało być, inaczej sobie nie wyobrażam. I choć wiele rzeczy to fikcja literacka, z pewnością książka przedstawia nam pewien obraz głównej bohaterki, jej myśli, a przede wszystkim obraz epoki, w której żyła, ludzi, znanych do tej pory tylko z kart podręczników historii. Książka ma formę pamiętnika. Na początku trochę mnie to drażniło. Zwłaszcza wstęp od czasu do czasu poprzedzający wpisy: Drogi Pamiętniczku. Jednak z biegiem czasu i do tego się przekonałam, mało tego: pamiętnik Józefiny nabrał może właśnie więcej charakteru, przekonał mnie o swojej autentyczności. W książce nie tylko tajniki życia przyszłej cesarzowej Francji. To bardzo wnikliwy obraz społeczeństwa tamtych czasów i wydarzeń. Rewolucja francuska i jej następstwa z punktu widzenia jednostki. Napoleon pojawia się na końcu książki. Właśnie poślubił starszą o sześć lat nie Różę, ale Józefinę właśnie. Jest władczy, lubi mieć rację, nagle wychodzi bez uprzedzenia, mówi to, co myśli. A Róża – Józefina – to kobieta wrażliwa, o silnym charakterze, kochająca dwójkę swoich dzieci. I nadal śmieje się z tego, że będzie kiedyś królową.

źródło: Wikipedia

Książka wciągnęła mnie niemiłosiernie – lubię książki o nietuzinkowych postaciach. Tutaj autorce udało się przedstawić nie tylko fakty dotyczące życia Róży – Józefiny, ale również jej bogate wnętrze – myśli, uczucia, refleksje, obawy, marzenia. Nie każdy tak potrafi.  Tutaj to się udało. Chętnie sięgnę również po kolejne części trylogii: Józefina i Napoleon oraz Cesarzowa Józefina.

 

Wydawnictwo Bukowy Las



niedziela, 29 lipca 2012

Książkę zapakowałam do plecaka na wakacje i pierwszą rzeczą, jaką zrobiłam zaraz po powrocie, to sprawdziłam w Internecie, jak się rzeczy z tytułowym bohaterem mają. Bowiem Andrzej Dudziński tyle napisał na temat Jana Żeglarza, że nie sposób w to wszystko uwierzyć albo i nie uwierzyć, jak kto woli. Ja od czasu do czasu podpytywałam męża, z wykształcenia historyka przecież, który z jeziora (pilnował pluskające się dzieci) kiwał głową z politowaniem, i mówił: Natkuś, przecież świat by się wywrócił do góry nogami, jakby tak w istocie było. A że ja czytelniczo naiwna jestem, to i skłonna byłam uwierzyć w odkrycia Jana, tym bardziej, że Internet faktycznie ani potwierdza ani zaprzecza. Najważniejsze – Jan z Kolna istniał naprawdę. Dzieci na wakacjach się pluskały (o czym już wyżej), wybiegały za piłką, a ja przenosiłam się w różne miejsca. Mam tę cechę właściwą wielu molom książkowym, że potrafię zapomnieć o tym, co dookoła i podróżuję sobie za darmo po całym świecie. Tutaj na współczesne Wyspy Owcze i po Europie czasów wielkich odkryć geograficznych. Autor bowiem połączył dziś z kiedyś. W dziś historyk Robert Nowicki trafia na Wyspy Owcze, by w miejscowym starym klasztorze badać stare księgi i pomóc w uporządkowaniu biblioteki. Za namową przeora zaczyna badać tytułowy Manuskrypt Jana Żeglarza. Przy pomocy studentów udaje mu się przetłumaczyć starą księgę, która okazuje się  być zapisem życia sławnego żeglarza Jana z Kolna. Nasz historyk trochę przypomina kultowego Pana Samochodzika (tutaj w wersji dla dorosłych), tyle że bez …. pojazdu. Nie brak tu tajemnic do wyjaśnienia, podejrzanych typów, pięknych kobiet, niebezpieczeństw i dużej porcji historii podanej w atrakcyjny sposób. Jednocześnie, gdy Nowicki z niezwykłą pieczołowitością bada średniowieczny dokument, Jan Żeglarz (już w kiedyś) pływa sobie po średniowiecznej Europie, spotyka się z osobami znanymi do tej pory z kart historii – jak choćby z kupcami gdańskimi, Krzysztofem Kolumbem czy Henrykiem Żeglarzem. Autorowi udało się zgrabnie połączyć jedno z drugim, przejścia w czasie są płynne, pewne informacje uzupełniają się, zdarzają się zaskakujące zwroty akcji, książka jest nieprzewidywalna – dobra lektura na wakacje.

Już po lekturze nie opuszcza przez jakiś czas pytanie – co by było gdyby. Gdyby faktycznie okazało się, że Jan z Kolna faktycznie dotarł przed Kolumbem do Ameryki. Pomarzyć zawsze można. Choć pewnie dostałoby się nam za to odkrycie Ameryki, ponieważ wiadomo, co ze sobą niosło. Książka mimo dużej promocji i Kaszub i Polski jest absolutnie nie narzucająca się. Bez wątków emocjonalnych – że to, co nasze jest the best. I Jan Żeglarz – odkrywca Ameryki też. Ja potraktowałam ją jako ciekawą rzecz o miłości i marzeniach. O wielkiej pasji, która zawładnęła życiem. Czytało się wyśmienicie i gorąco polecam. Lubię takie historyczne niespodzianki, lubię historię w tle. Tu jest ich całe mnóstwo. Nic dziwnego, że tak łatwo dałam się wciągnąć w tę grę.

 

Wydawnictwo Bukowy Las

 



sobota, 21 lipca 2012

U mnie ostatnio Follett na topie. Zresztą na półce czeka kolejna powieść. Po Niebezpieczną fortunę sięgnęłam dlatego, że dałam się zwieść. Otóż po Filarach ziemi i Świecie bez końca ktoś mi podszepnął, że jest też …. trzecia część, a ja naiwna uwierzyłam, wcześniej nie sprawdzając. Jednak nie żałuję, bowiem też z przyjemnością przeczytałam.
Powieść zaczyna się w 1866 roku, kiedy to  grupka chłopców  z brytyjskiej szkoły z internatem wybiera się w tajemnicy popływać do porzuconych kamieniołomów. Wydarzy się tam tragedia, która zaważy na losie uczestników tej wyprawy i przypadkowych obserwatorów. Akcja powieści rozciąga się na kolejne 30 lat. Z chłopców robią się mężczyźni, teraz powiązani i tajemnicą i zmową milczenia. W tle bogate tło społeczno - obyczajowe, wielkie pieniądze, krachy na giełdach, banki pełne pieniędzy i upadłe, rodzinne tragedie, sięganie dna, podnoszenie się i osiąganie sukcesu. Ciekawy magiel, który powinien wciągnąć. Mam kilka zastrzeżeń: Hugh Pilaster nieskazitelny do bólu. Aż nie che się wierzyć, że ktoś taki po ziemi chodzi. On sam, niczym kultowy szeryf Will Kane, tutaj oczywiście w kręgu światowej finansjery bankowej, jest co najmniej podejrzany (zwłaszcza dziś, gdy banki powoli przestają być synonimem uczciwości). Mimo wszystko bohater budzi sympatię, choć co najmniej od połowy książki wie się na pewno, że do końca książki nasz Hugh pozostanie jedynym sprawiedliwym na ziemi i rąk niczym sobie zbrukać nie da. I jeszcze przypadkowy świadek wcześniej wspominanej tragedii, którego potem Autor wysłał w świat i chyba nie miał na niego pomysłu. Powoli usunął go w cień i kazał mu owce paść na jakiejś argentyńskiej pampie. Natomiast świetnie została skonstruowana postać Augusty, taka Alexis Colby tej powieści. Oj, napsuła mi wiele krwi podczas lektury.  Książkę połknęłam, choć po takich dwóch gigantach (dylogia o budowniczych katedry) – lektura na pewno nie powala na kolana.

 

Wydawnictwo Albatros



poniedziałek, 16 lipca 2012

To lektura akurat na wakacje. Lato samo włazi do domu – to za sprawą krajobrazu w Kamieńczyku, gdzie rozgrywa się powieść. Dwór mazowiecki, stary, ziemiański z tradycjami. Tyle tu ciepła, dojrzewających owoców, zboże, brzęczące pszczoły. Żyć nie umierać. I w środku tego lata – ona - Marianna (zauważyłam w ostatnim czasie w literaturze renesans tego imienia), zaledwie osiemnastoletnia, świeżo po maturze. Właśnie wypiła swoją pierwszą w życiu prawdziwą kawę, właśnie dostała się na studia prawnicze. Właśnie dopiero co się zakochała. Właśnie zaczęło się lato 1939 roku. Całe życie przed nią. Tak by się mogło wydawać. Choć my wiemy, że historia spłatała bezczelnego figla pięknym dwudziestoletnim. A taka właśnie jest Marianna. Piękna. Choć rzadko utożsamiam sobie twarz bohatera z twarzą okładkową (jeśli takowa istnieje), tutaj ciągle miałam przed oczyma to retuszowane przedwojenne zdjęcie. Dziewczyna jest wychowywana tylko przez ojca. Matka zmarła tuż po przyjściu na świat młodszego o 8 lat Michałka. Marie chce pójść swoją drogą. Nie widzi siebie w roli żony, matki, kucharki, pani domu. Rwie się do świata. Rwie się w ramiona … miłości. Bo ta nadchodzi. Znienacka, zupełnie nieoczekiwanie. Dziewczyna nie przeżyła do tej pory takich uczuć. Nikt z nią nie rozmawiał o tym, co się dzieje między kobietą i mężczyzną. Sama szuka odpowiedzi na pytania czytając zakazane książki m.in. Niebezpieczne związki.

Ta książka to wielki ukłon dla miłości. Uczucia …tajemniczego, tak bardzo zaważającego na ludzkich losach. Książka, w której tyle refleksji na temat miłości, życia, rodziny, otaczającego świata. Nic nie jest takie proste, jakby się mogło wydawać, a życie potrafi pisać również czarne scenariusze. To książka o młodości,  wchodzeniu w dorosłość. A ta … no cóż każdy z nas czytelników mógłby pewnie napisać kolejna książkę na ten temat. Czy w tej książce będzie tak jak w przedwojennym tangu śpiewanym przez Tadeusza Faliszewskiego :

Szczęście trzeba rwać jak świeże wiśnie,

Bo potem przyjdzie mróz i szczęście pryśnie.

Pustka w sercu, w duszy mrok

I tak do końca, za rokiem rok. ..

Wzruszająca i bardzo ciepła książka. Katarzynie Zyskowskiej – Ignaciak ciekawie udało się odtworzyć świat, którego nie ma. Taki, który znamy z powieści Rodziewiczówny. Tyle, że tutaj napisany współczesnym językiem. Ciekawe studium ówczesnej obyczajowości i konwenansów. Dla współczesnej dorastającej panny – to z pewnością prawdziwy szok kulturowy. W czasach, kiedy nawet reklama ketchupu potrafi epatować seksem a teledyski do piosenek pełne są prężących swoje ciała girls – i bojsbendów  i – niewinność, niewiedza, wstyd Marianny mogą wręcz śmieszyć. Ale to jest właśnie piękne w tej książce. Jeśli chcecie wiedzieć, jak kochali nasi dziadkowie – polecam tę właśnie lekturę.

 

Wydawnictwo MG

 

wtorek, 10 lipca 2012

Muza upamiętniła rok Ignacego Łukasiewicza – twórcę lampy naftowej, ciekawą publikacją na temat jego wynalazku. Wynalazku, który zmienił w decydujący sposób życie ludzi drugiej połowy XIX wieku. Jakże trudno nam to zrozumieć w dzisiejszych czasach. Przecież wystarczy tylko nadusić kontakt. A jak rwiemy sobie włosy z głowy, gdy przez chwilę jesteśmy pozbawieni światła elektrycznego. Mruczymy niezadowoleni pod nosem, może nawet złorzeczymy. Bo jak tu żyć bez światła. Świece – i owszem, od czasu do czasu przy romantycznej kolacji, ale tak na co dzień? Nieeee, na dłuższą metę tak się nie da. Jak tu czytać, sprzątać, pisać przy świetle świec, ba – świetle lampy naftowej? A jednak – tak kiedyś było. Moja mama przypomina sobie lata dzieciństwa przy lampie naftowej. Pamięta, jak czytała pierwsze czytanki właśnie w jej blasku. Książka w ciekawy sposób uświadamia wagę wynalazku Polaka. Autorka analizuje najdawniejsze sposoby oświetlenia – oczywiście pierwsze źródło światła – Słońce, ogień, lampki oliwne, świece. Dalej różne rodzaje świeczników: m.in. koptyjskie, bizantyjskie, flandryjskie o wdzięcznej nazwie pająki, żyrandole. Opisuje, jak kiedyś oświetlano dwory. Można sobie jedynie wyobrazić, że było to nie lada wyzwanie. Dwory i pałace były raczej ciemne – oszczędzano na świetle. Rozjaśniały tylko w czasie wizyt ważniejszych osobistości, przyjęć i balów. Jak tylko rozjechali się goście, natychmiast wszystko wygaszano, chowano, owijano specjalnym płótnem, by uchronić przed kurzem. Osobny dział poświęcono lampie olejnej, która przez wieki przyświecała ludziom, a nowatorskie pomysły zaproponował w tej dziedzinie sam wielki Leonardo da Vinci. Wreszcie lampa naftowa i jej twórca – Ignacy Łukaszewicz, który pracował w latach 1848-1853 w lwowskiej aptece „Pod Złota Gwiazdą”. Przez lata rozpracowywał ropę naftową, która uchodziła za szkodliwą i niebezpieczną. W końcu udało się. Umownie przyjmuje się, że pierwsza lampa naftowa rozbłysła 31 lipca 1853 roku. Książka śledzi losy bardzo aktywnego racjonalizatora, który nigdy nie poddawał się w swoich doświadczeniach. Ponad połowa książki to opis najróżniejszych i najwymyślniejszych lamp naftowych. Ta pierwsza była bardzo prosta i tania, najczęściej wykonywana za grosze przez miejscowego … blacharza. Mogli na nią pozwolić sobie biedni chłopi galicyjscy. Ale lampa trafiła przecież na salony, do dworów, zamków, kościołów, pałaców. Nie mogły to być tylko i wyłącznie: zbiornik na naftę z grubej blachy i prosty rurkowy palnik pełniący funkcję kominka. Zaczęły powstawać dzieła sztuki, dopasowane oczywiście do danej epoki. Wersje dekorowane, z wyszukanych materiałów, z podstawami w kształcie kariatydy. Wszystko w zależności od gustu i zasobności kupującego. Najbardziej zadziwia fakt, że Łukaszewicz nigdy nie opatentował swego wynalazku. Więcej energii na pewno poświęcał chemicznemu oczyszczaniu ropy naftowej,  co zostało odnotowane w Austriackim Urzędzie Patentowym. Ostatni rozdział książki traktuje o świetle w sztuce i literaturze. Na końcu bibliografia. Książka bogato ilustrowana, przejrzysta, ze słownikiem na brzegach kartek.

 

Wydawnictwo Muza

 



poniedziałek, 09 lipca 2012

Bardzo chciałam przeczytać tę książkę. Przeszukałam wszystkie okoliczne biblioteki. Czatowałam na aukcjach, ale przyznam szczerze, że cena tej książki najzwyczajniej w świecie …szokowała. Pomyślałam sobie – poczekam, przecież w końcu ktoś ją wyda. I wydał – ku mojej radości. Jak przez mgłę pamiętam serial. Nie mogę sobie nawet przypomnieć twarzy młodziutkiej Giny. To raczej zaleta. Kiedyś wyludniały się ulice mojego miasteczka, jak wiadomo było, że będzie o pensji Matuli. W czasie obchodów Dnia Ucznia żeńskie klasy tłumnie przebierały się za wychowanki kalwińskiej pensji. W dodatku temperaturę rozgrzały bardzo zachęcające recenzje na blogach, pewna aura tajemniczości – że niedostępna, że droga, że w ogóle nie do zdobycia. To już wystarczyło, by Tajemnica znalazła się na liście książek pożądanych. Czyta się naprawdę wybornie. Niby książka dla młodzieży, ale pisana jednak inaczej, niż jest powszechnie przyjęte. Dobra literatura, opisy, które nie są zbędne i które absolutnie nie nużą. Wszystko poukładane, na swoim miejscu. Dla mnie najwartościowsze – tło historyczne i obyczajowe. Węgry za czasów II wojny światowej, ale wcale nie w szerokim spektrum. Zaledwie mały wycinek – świat skryty za murami klasztoru i mała miejscowość, jakaś pipidówka, w której mieszkańcy koegzystują z takim dziwolągiem, jakim również na owe czasy jest pensja Biskupa Matuli. Bo to placówka specyficzna. Nie można inaczej powiedzieć. Panują w niej rygor i dyscyplina. Wychowanki muszą odpowiadać w ustalony odgórny sposób starszym, ubierać się na jedną modłę, czesać również, wprowadzono surowy zakaz posiadania osobistych rzeczy. Wszystko równe, takie same. W jednolitej fryzurze trudno rozpoznać twarze. Nawet szczoteczka – dla wszystkich ascetyczny jednolity biały model, przypomina o ustalonym porządku. Ma być schludnie, ubogo. I trzeba się uczyć, uczyć i jeszcze raz uczyć. Do takie świata trafia czternastoletnia Gina. Prosto ze stolicy, gdzie do tej pory żyła w dostatnim świecie. Jej życie sprowadzało się do ploteczek, zabaw i prywatek u ciotki. Nic dziwnego, że Gina przeżywa szok, z początku się buntuje, wręcz nienawidzi ojca za taką i nie inną decyzję. Jednak z biegiem czasu dociera do dziewczyny, że ojciec – wysoko postawiony wojskowy, w ten sposób chce uchronić córkę przed grożącym jej śmiertelnym niebezpieczeństwem. W klasztorze jest też ktoś, kto nad nią czuwa. Ale niczego więcej nie zdradzę, by nie popsuć Wam przyjemności czytania tej książki.

 

Wydawnictwo Bona

 



sobota, 07 lipca 2012

Świat bez końca przeczytałam kilka tygodni temu. Jak zobaczyłam jej Grubą Wysokość Książkę (ponad 900 stron), trochę się przeraziłam. Zabrałam ją w delegację. Sięgnęłam podczas podróży powrotnej (jak już nerwy się uspokoiły – wiadomo, zawsze jakiś stres jest). Gdy ją zobaczył mój Szef – stwierdził, że to faktycznie …świat bez końca. Znaczy się … książka bez końca. A potem przepadałam – miałam dużo czasu, bo ponad 1000 km w autobusie. Innym pasażerom czas się dłużył niemiłosiernie, a ja znalazłam się w zupełnie innym wymiarze. Za książkę jestem wdzięczna mojej pani z biblioteki. Gdy po Filarach ziemi bezowocnie szukałam dalszej części na bibliotecznych półkach, pani X spisała tytuł, a po dwóch tygodniach książka już czekała. I Dom sióstr Charlotte Link również. Jeśli czytaliście Filary ziemi – sięgnijcie koniecznie po ten tytuł. Niech gabaryty nie przerażają. Człowiek dobija do portu i oblizuje się na jeszcze. To lektura dla tych, którzy lubią historię w tle. Bardzo barwne postacie, charaktery, oczywiście czarne również. Można dowiedzieć się mnóstwo ciekawych rzeczy na temat obyczajów, potraw, strojów. Nawet się nie obejrzałam, jak minęły te prawie 1000 stron. Polecam!

 

O Filarach pisałam tutaj

 

Tutaj opis Wydawcy:

Akcja „Świata bez końca” - kontynuacji najsłynniejszej książki Kena Folleta „Filary Ziemi” - zaczyna się 200 lat później, w roku 1327. Spotykamy tu potomków Jacka i Toma, bohaterów tamtej sagi. Na tle barwnej panoramy średniowiecza w okresie wielkich przemian i dziesiątkującej społeczeństwo zarazy toczy się epicka opowieść o walce o władzę, pieniądze i wpływy, o tajemnicach i zbrodniach, o nauce burzącej fundamenty wiary, w której ludzkie emocje – miłość, nienawiść, pragnienie zemsty – odgrywają wiodącą rolę. „Świat bez końca” to niewątpliwie najbardziej wyczekiwana kontynuacja wcześniejszej powieści, jaka ukazała się w okresie ostatnich lat.

 Wydawnictwo Albatros



Film poleciła mi szwagierka i dłuuuugo trwało, aż w końcu go obejrzałam. Na początku trochę z przekory siedziałam z ironiczną minką i coś tam mruczałam o francuskich Służących, ale z biegiem czasu moje mruczenie ustępowało.  Dałam się wciągnąć w tę historię, na chwilę zamieszkałam na szóstym piętrze z całą zgrają hiszpańskich służących, które podtykają każdego ranka zarozumiałym Francuzom jajko gotowane, koniecznie, trzy i pół minuty. Nie rozumiem tylko jednego, dlaczego ten film określany jest jako komedia. Na swój sposób ten film był …smutny. Jest humor, delikatny, czasem ironiczny, czasem dosadny. Niekiedy trzeba go się doszukiwać – a to w jakimś kontekście, minie aktora. Film o relacjach między ludźmi, o tym, że czasem mniej znaczy więcej. O kobietach, przyjaźni, jakiejś niewidzialnej nici łączącej ich losy. Tak jakoś przeżyłam ten film, może dlatego, że mam znajomą, która była kiedyś kobietą z szóstego piętra. Jej historie i przeżycia związane z burżuazyjną francuską rodziną lat 90-tych to materiał na kolejny film. Polecam! Bardzo!

 

Opis znaleziony tutaj:

Paryż lata 60. Jean-Louis Joubert, poważny makler giełdowy oraz kochający ojciec burżuazyjnej rodziny, odkrywa pewnego dnia, iż na szóstym piętrze budynku, który zamieszkuje od jakiegoś czasu, żyje kohorta uroczych hiszpanek. Młoda kobieta imieniem Maria, pracująca tuż pod jego sufitem, szczególnie przykuje jego uwagę. To właśnie ona pokaże mu swoje bujne i folklorystyczne życie, znacznie odbiegające od tego jak została wychowana. Zauroczony żywiołową grupą pań, po raz pierwszy zapomni o skostniałych konwenansach, które od tak dawna go krępują i podda się urokowi hiszpanek. Jednak czy to możliwe, zmienić się naprawdę w wieku 45 lat?

czas trwania: 1 godzina 44 min.

reżyseria:Philippe Le Guay

 

niedziela, 01 lipca 2012

Wiadomo było u nas w domu, że pieniądze piechotą nie chodzą, ale my owszem, chodziliśmy. Kiedy do naszego miasteczka Oficina docierał jakiś film, który mojemu ojcu wydawał się dobry, choćby ze względu na nazwisko głównego aktora czy aktorki, składało się grosz do grosza, żeby kupić bilet i wysłać mnie do kina.

Po powrocie musiałam opowiedzieć film całej rodzinie, która czekała już w salonie.

Przeczytałam kiedyś takie oto zdanie, że złe powieści stają się coraz grubsze. Tutaj na zaledwie 144 stronach (gdzieniegdzie z pustymi kartkami) mamy historię życia opowiadaczki filmów. Książka małego formatu – o wymiarach 130x250 mm przykuwa uwagę od samego początku. Nie sposób się oderwać. Czyta się szybko – w jeden wieczór, a ma się takie jakieś dziwne uczucie, że poznało się tak dobrze główną bohaterkę, jej czwórkę braci, nieszczęśliwego i sparaliżowanego od pasa w dół ojca. Chilijski pisarz Herman Rivera Letelier pisze tak, że czuć spiekotę Ameryki Południowej, piasek pustyni Atakama gryzie w oczy, a bieda mieszkańców okolicy, szczególnie rodziny Marii Margarity, wywołuje współczucie i chwyta za serce. Maria ma liczne rodzeństwo, ojciec nie może pogodzić się, że opuściła go piękna żona, każdy z nich ma swoje smutki i radości, a to co ich łączy – to wielka miłość do filmu. Mimo że w domu się nie przelewa , musi starczyć na kino. Tyle że nie dla wszystkich. Zostaje ogłoszony konkurs na najlepszego rodzinnego opowiadacza. Maria Margarita bardzo się stara, by oddać klimat każdego obejrzanego filmu. Spełniają się jej marzenia, pojawiają się plany na przyszłość i pieniądze. Jednak to dostatnie życie kończy się, gdy w miasteczku pojawia się … pierwszy telewizor. A potem następny i jeszcze następny. Bardzo wyrazista książka o ludzkich losach, marzeniach i szarości życia codziennego. O tym, że fortuna kołem się toczy, a wszystko ma swój kres.

Wydawnictwo MUZA