Świat jest stworzony po to, aby stać się kiedyś piękną książką
Archiwum
Zakładki:
Książki 2013
Książki 2012
Książki 2011
A tutaj piszę o książkach
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Dekoratorskie
Książki - 2010
Książki- 2008
Książki- 2009
Napisz do mnie
Piszą o książkach
Strony o książkach
Szablon mojego bloga
Wydawnictwa
Wyzwania czytelnicze
Zaglądam również TU
Tagi
Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać
niedziela, 28 lipca 2013

Ponoć większość biografii Marii Skłodowskiej – Curie skupia się na jej życiu do momentu otrzymania Nagrody Nobla. Potem to już jest cicho-sza, albo już bardzo pobieżnie. Piszę ponoć – bo nie znam ich aż tylu, bym mogła uchodzić za wyrocznię. Te, które trafiły w moje ręce, faktycznie spełniły to kryterium. Książka Shelley Emling na wskroś stereotypom koncentruje się natomiast na ostatnich dwudziestu latach życia kobiety naukowca, matki, przyjaciółki, siostry. Jest rok 1921 i Maria wraz z córkami – starszą Ewą i młodszą Ireną przypływa na Transatlantyku do USA. Jednak autorka cofa się o kilka lat. Znana w całej Francji Maria właśnie przechodzi załamanie nerwowe. Uwikłała się w romans z młodszym od siebie Paulem Langevinem. Gazety nie zostawiają na niej suchej nitki, żąda się wręcz, by madame Curie opuściła swoją drugą ojczyznę na zawsze. Statecznym siwobrodym panom naukowcom z Sorbony całkiem na rękę ta nagonka, bo nie w smak im, że taka zwykła baba zamiast niańczyć dzieci, zdobywa najpierw jednego Nobla, a potem, jakby tego było mało – drugiego. Naprawdę chętnie by jej się pozbyli ze swojego podwórka. Maria walczy po swojemu – jak może broni się, odpiera ataki, pewne rzeczy woli przemilczeć, chroni dzieci. Przez wiele miesięcy nie widzi swoich córek, incognito podróżuje do wód, by wrócić do zdrowia. W pewnym momencie waży zaledwie 47 kilogramów. Wprawa do USA to przełom. Daje Marii siłę. Z nieśmiałej kobiety – rodzi się zupełnie ktoś inny. Nawet dziewczynki zaczynają patrzeć na swoją kochaną Mé inaczej. Gdzieś uleciało złudzenie zwykłości. Bo ta Maria jest niezwykła. I to co daje jej Ameryka – ona oddaje jej w trójnasób. Daje amerykańskim kobietom siłę i wiarę w siebie. Wszak odniosła sukces, studiowała, zdobyła uznanie w świecie naukowym, jest profesorem na uniwersytecie. I to gdzie? – na Sorbonie. Jak Maria potrzebuje czegoś do swoich dalszych badań, rusza pospolite babskie ruszenie. Kobiety zbierają składki, by zakupić potrzebny pierwiastek.

Książka ta traktuje o Marii w ostatnim etapie jej życia. O jej zaangażowaniu w sprawy publiczne i rozwój nauki. O jej podróżach, relacjach z córkami. Mimo częstej rozłąki, Maria bardzo dba o kontakty z nimi. Często pis do siebie listy. W nich widać ich charakter obu – najpierw dziewczynek, potem dorastających panien. Bardzo skrupulatna, ambitna Irena – pisząca o wynikach działań matematycznych. Bardziej chaotyczna za to utalentowana artystycznie Ewa. Książka traktuje też o czasami trudnych kontaktach z naukowcami – niekoniecznie francuskimi. No cóż, ona sama była pierwszą i jedyną wyróżnioną kobietą w dwóch różnych dyscyplinach naukowych fizyce i chemii. Tak zostało do dziś. To ewenement w historii samej Nagrody. W tamtych czasach mężczyznom trudno było przełknąć taką zniewagę. W tle zatem wielkie nazwiska, wielkie wydarzenia. Jak wyglądał ten świat sprzed prawie 100 lat. Jak się zmieniał. Mimo tego, że autorka koncentrowała się na ostatnich latach życie Skłodowskiej – Curie wplatała w tekst informacje o jej dzieciństwie i młodości, rodzeństwie, rodzicach. Bez żenujących sensacji – wszystko na poziomie, stonowane.

 

Wnuczka Marii pani Langevin – Joliot powiedziała:

Moja babcia wróciła z Ameryki jako inna osoba. Ta podróż na zawsze ją odmieniła.

Jak? Takiej Marii naprawdę nie znałam.

 

Wydawnictwo MUZA



środa, 24 lipca 2013

Lato, lato – czegoś lekkiego było mi trzeba. W ostatni weekend chodziliśmy po górach, i kiedy o zmierzchu wracaliśmy do pensjonatu – marzyły mi się trzy rzeczy – zimne piwo, wygodne miejsce na tarasie i lektura. Dzieci bawiły się na placu zabaw tuż obok (Boże, skąd te dzieci mają tyle siły?), było przyjemnie – powietrze rześkie, komary tak nie gryzły jak na nizinach. Wszystkie marzenia się spełniły. Za dużo od życia nie oczekuję.

Lilith to kryminał rozgrywający się w przeciętnej polskiej pipidówce, która żyje plotkami, wszyscy znają wszystkich, a jeśli ktosik na schodach kościoła nadepnął babci Mariannie na odcisk trzy wieki temu, zemsta ciągle aktualna. Miasteczko żyje legendą i żyje z legendy. W przeszłości zdarzyło się tu tajemnicze morderstwo, Lipniów było też miejscem, w którym stracono ostatnią czarownicę. Co chwila do miasteczka zjeżdżają masowo turyści, którzy obchodzą różne święta pogańskie, a tymczasem w dziwnych okolicznościach giną młodziutkie dziewczyny o blond włosach i niebieskich oczach. Policja też nie kwapi się, by wyjaśnić te sprawy, mało tego, tuszuje skrupulatnie wszystko, co mogłoby zagrozić wizerunkowi miasta.

Książkę połknęłam w trymiga. Nie jest to literatura wysokich lotów – ale trzeba przyznać, autorka ma pióro lekkie i dobre pomysły. Brakowało mi jakiejś głębszej analizy przeżyć wewnętrznych – jak choćby tej: skąd ta nagła zmiana w zachowaniu Piotra, spadkobiercy dworu? Czy targały nim wątpliwości, wyrzuty sumienia? Za dużo było babskich plotek i pogaduszek, w których autorka starała się wyłożyć kawę na ławę. Strasznie mnie denerwowały zachowania głównych bohaterek, które z każdą przysłowiową pierdułką zaraz leciały do psiapsiółki, by jej się wypłakać w rękaw albo przekazać sensacyjne wiadomości. Nie wszystkie kobiety tak mają na szczęście. Michał – tajniak z CBŚ był tak gadatliwy, że aż nie wypadało. Paplał językiem na lewo i prawo, po czym zaraz jego słowa były powtarzane dalej. Brakowało mi w tej książce klimatu tajemniczości, jakichś niedopowiedzeń i wielkiej niewiadomej. Tajemnica była – ale rozwiązanie dość czytelne. Podsumowując – czytało się nieźle. Mam takie odczucia – dałabym piątkę za pierwszą połowę. W drugiej – wszystko było za szybko, zbyt pobieżnie.

Wydawnictwo Prószyński i S-ka

 



środa, 17 lipca 2013

Rzadko sięgam po poradniki typu jak wychować dziecko, ażeby ono (czyli dziecko) sprostało moim oczekiwaniom. Już dawno zauważyłam, że autorzy takich książek – tzw. eksperci - swoje – a dzieci swoje. Polegam na intuicji. Podskórnie czuję, co jest dobre dla moich dzieci – i czasem jest lepiej, czasem gorzej. Czasem z górki, a czasem pod. Ten kto ma dzieciarnię, pewnie zgodzi się ze mną, że wychowanie nie jest rzeczą łatwą. Ba – by nawet nie powiedzieć – jedną z najtrudniejszych. No chyba, że się machnie ręką – i jakoś samo się kręci. Ale zaciekawił mnie tytuł – że niby w Paryżu dzieci nie grymaszą. Jak to – przecież dzieci zawsze grymaszą:)))) Nawet przed lekturą podpytałam siostrę, która była przez kilka lat w Paryżu podglądała ludziska, paryżanki i ich dzieci mniejsze i większe – i faktycznie coś w tym jest. Ale jaka jest tego tajemnica, powiedzieć już nie umiała. Tę zagadkową sprawę postanowiła zbadać amerykańska dziennikarka, która pewnego dnia uświadomiła sobie, że dzieci w Paryżu są zupełnie inne niż te, które mają jej amerykańscy znajomi. Baaa- inne niż jej amerykańskie dziecko wychowywane właśnie w Paryżu. I zaczęła drążyć. Efektem tego jest ciekawa, w wielu miejscach autoironiczna, ocena stanu wychowania nad Sekwaną i za Oceanem. Bo różnic autorka doszukała się sporo. Zupełnie tak, jakby w kwestii podejścia do ciąży, porodu i wychowania pisała o mieszkańcach dwóch różnych planet. Nie jest to typowy poradnik – że trzeba postępować tak i tak. Autorka bierze pod lupę kilkanaście zastanawiających ją zagadnień, analizuje je, stara szukać się odpowiedzi wśród Francuzów, sięga do literatury (zwłaszcza do filozofa Rousseau – ale nie tylko – bibliografia jest naprawdę pokaźna), drąży temat uparcie, szuka różnic kulturowych – bo takowe są na pewno – i stara się je po ludzku wyjaśnić. Czy jej się udało? 

Na początku napisałam, że nie jest to typowy poradnik. Jednak gdy ktoś zechce, może zastosować w swojej ciężkiej pracy wychowawczej kilka sposobów na okiełznanie dziecka. Przy czym nie ukrywam – gros metod odnosi się do najmniejszych dzieci . Już od pierwszych chwil można nauczyć dziecko … cierpliwości. Francuzi intuicyjnie stosując tzw. pauzę. Uczą dzieci czekania. Potem nie ma się co dziwić, że przy stole paryskie maluchy cierpliwie czekają na kolejne dania (pełna kultura – bez ładowania paluchów do talerza), gdy tymczasem ich amerykańscy rówieśnicy w tym samym czasie roznoszą całą restaurację i rozrzucają jedzenie gdzie tylko się da. Dzieci francuskie nie grymaszą przy posiłkach, jedzą od najmłodszych lat warzywa i sery najróżniejszej maści bez marudzenia, nie pojadają między posiłkami, które są zawsze o stałych porach. Warto przyjrzeć się też francuskim rodzicom, którzy nie wkręcają swoich pociech w wyścig szczurów, nie boją się żłobków, nie zmuszają dzieci do wcześniejszego opanowania umiejętności czytania, pisania i liczenia. Raczej „otwierają oczy” na świat, doznania. Uśmiałam się przy opisie lekcji nauki pływania. Świetnie widać różnice kulturowe – czego oczekują rodzice amerykańscy, a czego francuscy od nauczyciela. Jest kilka informacji o tym, dlaczego Francuzki nie tyją i jak nauczyć dzieci tego, że wieczór jest dla rodziców, którzy mają prawo do swojej prywatności.

Tytuł książki to pytanie, na które na pewno znajdziecie odpowiedź w środku. Lekko napisana, z humorem, jest wnikliwą analizą metod wychowawczych nad Sekwaną. Nie nakazuje, ale podpowiada. Nie neguje, ale porównuje. Mnóstwo przykładów z życia, prób wprowadzania metod na własnym podwórku. Jakby nie było – lektura skłania do refleksji nad tym, jak my wychowujemy dzieci, jak byśmy się zachowali w danym momencie. Książka, która na pewno pozwoli potraktować rodzicielstwo trochę z przymrużeniem oka, pozwoli dojrzeć w nim jasne strony. Nie – nie obiecuje, że będzie łatwiej. Wręcz przeciwnie. Przygotowuje początkującego rodzica do tego, że wychowanie to żmudna i ciężka praca. Ale dająca też wiele satysfakcji. Rodzicielstwo – to też lepsze poznanie siebie, swoich reakcji i emocji. Jaki będzie tego efekt – z książki wynika, że pracuje się na niego latami – na relacje z dziećmi, z innymi członkami rodziny. I trzeba zacząć jak najwcześniej.

Wydawnictwo Literackie 



sobota, 06 lipca 2013

 

Dla wielu Brzechwa to przede wszystkim autor bajek wierszem. Mało kto zna chyba jakiś przykład wiersza poważnego (w domyśle – dla dorosłych). Nie wykluczam, że są takie osoby, ale w obliczu popularności takich perełek literackich jak choćby Na straganie, śmiem wątpić, że tamto się liczy. Ulubionym wierszem moich synów: pięciolatka i ośmiolatka jest Leń. Całkiem pokaźnych rozmiarów – mogą wyrecytować nawet wybudzeni z głębokiego snu z pamięci. Dzieci znajomych też opanowały coś z bajek wierszem. Sama pamiętam – Samochwałę, Na straganie, Na wyspach Bergamutach. Taki jest Brzechwa w naszej świadomości. Tymczasem bajki dla dzieci zaczął pisać późno, bo krótko po czterdziestce, nie mając żadnego doświadczenia z takim (bardzo wymagającym skądinąd) czytelnikiem, jakim jest właśnie dziecko. Bo prawda jest taka, że jak się nie podoba – to coś zostaje odrzucone w kąt. I nie pomogą żadne uzasadnienia typu, że przecież Brzechwa wielkim poetą był. Dzieci są najbardziej szczerym i prawdziwym krytykiem. Tymczasem Kaczka dziwaczka, Opowiedział dzięcioł sowie są z nami już tak dawno. I będą – co jest baaaaaaardzo pewne. To właśnie dzięki nim poeta stał się nieśmiertelny.

Sam Jan Wiktor Lesman (ur. 1898r - poeta wykorzystał rozgardiasz powojenny w dokumentach i się odmłodził. Zawsze podawał rok 1900 jako datę urodzenia. Takowa widnieje również na jego grobie) – adwokat z wykształcenia, chciał być poetą – i to poetą poważnym. Pisał poezję, teksty do kabaretów: piosenki, skecze (jako Szer-Szeń). I żył w cieniu swojego, ponoć bardziej zdolnego, kuzyna – Bolesława Leśmiana, który pewnego dnia stwierdził, że przecież nie może być dwóch poetów Lesmanów i wymyślił dla młodszego o lat dwadzieścia Janka pseudonim.

-Pomyśl – przekonywał krewniaka – jakie to piękne: opierzona część strzały.

I tak zostałem Brzechwą na całe życie”.

Punktem wyjścia książki Michała Urbanka są rodzice. On: Aleksander, inżynier po Instytucie Technologicznym w Sankt Petersburgu. Ona: Michalina Lewicka, była już po trzydziestce, gdy zdecydowała się podjąć trudy tułaczki i nudnego życia po rosyjskiej prowincji.

"Co parę lat wnoszono do domu wielkie kosze i skrzynie, do których pakowano nasze meble i rzeczy" - wspominała po latach siostra poety. "Zamieszanie i harmider, towarzyszące przeprowadzce, stanowiły dla nas wielką atrakcję". Nowe miejsce oznaczało nowych ludzi, nowe znajomości, nowe przygody.

Książka przedstawia różne aspekty życia Brzechwy – jego próby twórczości, często krytykowane przez kolegów po fachu, odrzucane przez wydawców.

-Synku, niedobre są te wiersze – powiedział mu kiedyś Tuwim, choć, jak wspomniał, „z wyrazami najwyższego zakłopotania”.

Jako prawnik wsławił się jako obrońca praw autorskich, działał aktywnie w Związku Literatów Polskich i ZAIKS-ie.

Dużo tu informacji na temat życia prywatnego, jego miłostek i małżeństw. Ciekawie przedstawiono czasy okupacji. Pewnego dnia został wyciągnięty siłą przez szmalcowników z cukierni i zaprowadzony na gestapo. Podczas przesłuchania stwierdził, że jest mu wszystko jedno – że nie jest Żydem, ale i tak mogą go zabić, bo kobieta, którą kocha, go nie chce. A życie bez niej nie ma sensu (chodziło o Janinę Serocką, którą poeta w końcu poślubił po wojnie. Była jego trzecią żoną). Niemcy rozbawieni tym, puścili go wolno. Mało tego, za chwilę ryknęli śmiechem, kiedy po kilku minutach zauważyli powracającego mężczyznę, który dopiero na dole przy wyjściu przypomniał sobie, że nie zabrał przecież swojego torcika mocca.

Książkę Urbanka – pełną szczegółów z życia, ciekawostek, wspomnień, anegdot czyta się jednym tchem. Autor zajął się też współczesnością – a to co z tym się wiąże – tematami trudnymi. Pamiętacie burzę wywołaną jakiś czas temu, żeby Brzechwa przestał być patronem naszych szkół i ulic? Bardzo ciekawa jest rozmowa z Krystyną, córką poety, o ich trudnych relacjach. Na samym końcu – bogata bibliografia, która zachęca do własnych dalszych poszukiwań.

Przez cały czas chciałem być poetą lirycznym. No, ale stało się inaczej” - powiedział pod koniec życia Krystynie Nastulance. „Przydarzyło mu się bowiem to, co się czasem poetom przydarza (…) złote jabłko znalazł nie tam, gdzie początkowo szukał”. (Ryszard Matuszewski)

 

Wydawnictwo Iskry