Świat jest stworzony po to, aby stać się kiedyś piękną książką
Archiwum
Zakładki:
Książki 2013
Książki 2012
Książki 2011
A tutaj piszę o książkach
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Dekoratorskie
Książki - 2010
Książki- 2008
Książki- 2009
Napisz do mnie
Piszą o książkach
Strony o książkach
Szablon mojego bloga
Wydawnictwa
Wyzwania czytelnicze
Zaglądam również TU
Tagi
Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać
niedziela, 31 lipca 2016

Kiedy rodzic słyszy diagnozę: dysleksja, wpada niekiedy w popłoch. Wiem coś o tym, bo długie lata pracowałam w szkole. Tymczasem jest to "potwór" do okiełznania. Takie książki jak ta, niewątpliwie mogą okazać się pomocne w procesie uczenia właśnie w przypadku dzieci, u których specjalista stwierdził trudności w nauce czytania i pisania.

Mimo tego, że jest to elementarz przeznaczony dla dzieci z dysleksją, to stwierdzam na rodzinnym przykładzie, że jest on atrakcyjną książką również dla dzieci, które rozpoczynają przygodę z czytaniem. Dla dzieci, które nie mają stwierdzonej dysleksji, ale z takich czy innych powodów mają problemy z czytaniem. Tak jest w przypadku mojego młodszego syna. Zaobserwowałam, że z przyjemnością czyta na głos i po cichu, dla mnie i dla siebie. Na pewno to zasługa atrakcyjnych tekstów. Mimo tego, że mam sentyment do „Elementarza” Falskiego, to jednak przyznaję, że teksty opublikowane w tym elementarzu są dla dziecka niezwykle ciekawe. Są to ciekawostki popularnonaukowe. Zaledwie kilka zdań do danej literki: góry, foka, tygrys, pioruny, wiewiórki, ocean, koń, jak, pająki, żółwie. Widać, że przeważa tematyka zwierzęca. Nie są to infantylne teksty, ale poważne informacje, zebrane w proste i zrozumiałe zdania. Autorka absolutnie nie unika trudniejszych pojęć i zagadnień, wyrazów. Teksty zatem dobrze się czyta ze względu na ich treść. Poza tym: wyraźna czcionka, szeroka interlinia. I jeszcze coś: klimat tej książki. Całość kojarzy mi się z dawnymi książkami, trochę w klimacie vintage, w tonacji stonowanych kolorów. Odnoszę wrażenie, że ta książka działa na małego czytelnika wręcz kojąco, uspokajająco.

Książka jest podzielona na rozdziały: nauka liter i dwuznaków, opanowanie sylab, czytanie słów. Na każdej stronie znajdują się też zadania dla dziecka i wskazówki dla rodzica. Pomogą one w doskonaleniu techniki czytania u dziecka. Po prezentacji danej literki, przedstawione są wyrazy, które daną literkę zawierają, potem krótkie teksty, w których zaprezentowano daną literę lub dwuznak. Autorka podpowiada co robić poza książką. Można wycinać literki, nakłaniać dziecko do składania wyrazów, można pokazywać dziecku słowa wielokrotnie i namawiać do rozpoznawania bez sylabizowania. Możliwości jest wiele. Sama książka jest pięknie wydana, z mnóstwem ilustracji, przykładów do ćwiczenia. Na pewno warto do niej często zaglądać.

Wiek 4+

(Trudno zakwalifikować tę książkę wiekowo. Jak już pisałam nadaje się ona do nauki czytania w ogóle. Można z elementarzem pracować etapami. Zapoznawać dzieci z literkami, potem wyrazami. Dopiero po jakimś czasie przejść do tekstów. Podaję wiek 4 +, ponieważ dzieci od najmłodszych lat przejawiają zainteresowane małymi kruczkami, które na dobranoc i nie tylko, czytają mu rodzice. Wiek można dostosować zatem do potrzeb dziecka. Być może ktoś będzie zapoznawał z elementarzem dzieci jeszcze młodsze.)

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

sobota, 30 lipca 2016

Każde nowe miasto jest swego rodzaju labiryntem ulic, placów, zaułów, ścieżek. Oczywiście nie dla tych, którzy znają dane miasto. Miejsc nieznanych jest w tej książce mnóstwo, bo powstały one w głowie autora – Jarosława Adama Kalinowskiego. Nie tylko Wy macie problemy z odnalezieniem właściwej drogi. Kot Benek, straszny żarłok, musi przejść po dachu, ale tylko po brązowych dachówkach. Trzeba dotrzeć do kranu, by go zakręcić – w przeciwnym razie woda zaleje cały dom. Pan Artur, śmieciarz, prosi, by posprzątać z nim bałagan. Idąc po odpadkach, dojdziecie do kontenera. Można wygrać bilety w kinie „Klatka”, wystarczy pokonać labirynt na figurze robota. Należy iść po ubraniach, by dostać się do automatu.

Ponad 60 labiryntów, które mogą być wizytówką każdego miasta: na stadionie, boisku, szkolnym, placu zabaw, budowie; u psiego fryzjera, szewca, krawca; w myjni samochodowej, muzeum, laboratorium. Pojawia się kilka fantastycznie dziwacznych miejsc: sklep z karmą dla kretów (!), UFO, labirynt lilii wodnych. Jedne labirynty krótkie i łatwe, inne z kolei wymagają dłuższego główkowania. Na pewno rozwijają orientację przestrzenną, uczą podejmowania ryzyka i decyzji, przyzwyczajają do porażek – gdyż nie zawsze dziecku uda się od razu obrać właściwą drogę. A gdy przypadkiem zabrnie się w ślepy zaułek – nic się nie stało – można wyruszyć w dalszą drogę, w innym kierunku.

Książka bogato ilustrowana, kolorowa, do zabawy i zabicia wolnego czasu i nudy w długie wakacyjne popołudnia.

Wiek 6+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

 

 

piątek, 29 lipca 2016

Pearl ma 15 lat, dopiero zaczyna „żyć”, a już tyle nieszczęść spadło na jej głowę. Jest marzec. Widzimy smutną nastolatkę w kościele na uroczystości pogrzebowej jej matki. Ona też miała plany – dopiero co wprowadzili się do nowego domu, chciała rozwijać swoje zainteresowania artystyczne, planowała remonty, przeróbki. Na dodatek mama umarła, a na świat przyszedł … Szczur. To znaczy dziecko, dziewczynka, maleńka Rose. Jednak dla Pearl jest to Szczur. Nazwała tak swoją siostrę, ponieważ z wyglądu przypomina jej to zwierzę. Szczur ma długą spiczastą twarz i piszczy przeraźliwie. I jest odpychająca, wręcz obrzydliwa. Pearl musi zmierzyć się z tyloma wyzwaniami i smutkami. Nowa niechciana siostra, która „zabrała” jej matkę, brak ojca, relacje z ojczymem, nielubiana babcia, trudna przyjaźń z Molly, problemy w szkole. Same kryzysy i to na wszystkich możliwych frontach.

Czytałam „Rok Szczura” na tarasie i przez głowę mi przeszło, że ja też miałam plany. Ułamek sekundy zadecydował o tym, że nie pojechałam tam i tam, że siedzę w domu zamiast działać. To inna sytuacja (zdecydowanie łatwiejsza) niż ta w książce, ale uświadomiłam sobie złożoność ludzkiego życia, bezsensowność planów, które może zmienić głupi przypadek. Życie Pearl też miało wyglądać inaczej. To właśnie rodzi w niej bunt. Odeszła mama, która tak świetnie potrafiła wszystko ogarnąć – i to mimo swojej zwariowanej natury. Pearl potrzebuje dużo czasu, by okiełznać potwora. By poprawić relacje z ojczymem, babcią, przyjaciółką, by zobaczyć sens kontynuowana nauki, by zobaczyć siostrę w małej istotce, która dopiero co pojawiła się na świecie, a już została nazwana Szczurem. Musi minąć długi rok, by zrozumiała, że kocha i jest kochana. A przez 12 miesięcy jest jak kolczasty jeż, który kuje i nikogo do siebie nie dopuszcza. Duża pomoc tutaj jest też mamy. Zapytacie, dlaczego? Bo mama pojawia się co rusz obok Pearl. Zaczęło się od uroczystości pogrzebowej w kościele, która zadziwiła samą zmarłą. Bo nie tak to miało wyglądać, nie tego chciała. Nastolatka i matka nadrabiają stracony czas, wyjaśniają mnóstwo kwestii, dyskutują, ale też obrażają się na siebie, czasem ranią. To nie są słodkie i łatwe rozmowy. Mama motywuje córkę do działania, podpowiada, ale i słucha, co jest tu ważne, bo Pearl czuje się tak, jakby była na samotnej wyspie. A wiadomo – nastolatek musi się komuś w rękaw wypłakać, choć za żadne skarby świata, nie powie tego otwarcie.

Bardzo dobra powieść dla nastolatków, która świetnie oddaje, co w młodej duszy gra. Brawo za brak łatwych rozwiązań, za pokazanie dorosłych i młodych ze wszystkimi ich wadami i zaletami. Za to, że autorka nie poszła w łzawy i tani happy end. Nieee, no co ja wypisuję. Jest happy end, i jest łzawy – ale strasznie tu wszystkim pod górkę. Autorka – wszystko dobrze przemyślała i naprawdę wiele rzeczy Was na końcu zaskoczy. Kiedy pojawił się Finn – chłopak z sąsiedztwa – aż westchnęłam do siebie – „Oooo nie”. Jednak spokojnie – ma on do odegrania ważną rolę, ale nie jak w filmach klasy b, gdzie chłopak lekiem na całe zło. Książka w wielu momentach wzrusza, niekiedy denerwuje, niekiedy bawi. Ale takie jej zadanie – wyzwala mnóstwo emocji. Ja chętnie podpowiadam ją rodzicom, ponieważ poruszyła w mądry sposób wiele problemów związanych z wchodzeniem młodych ludzi w dorosłość.

Wiek 14+

Wydawnictwo Dwie Siostry

 

środa, 27 lipca 2016

Wanda Markowska do tej pory kojarzyła mi się ze znakomitymi „Baśniami z dalekich mórz i oceanów” (wespół z Anną Milską). Prawdę mówiąc nie wiedziałam, że na liście jej książek są również „Mity Greków i Rzymian”. Solidny materiał poznawczy dla tego, kto interesuje się historią starożytną. Porównuję z „Mitologią” Parandowskiego. Tamte mity wydają się bardziej „naukowe” i poważne. Te Wandy Markowskiej dobrze się czyta, są jak opowieści snute długimi jesiennymi wieczorami.


Chcesz poznać Dzeusa?

„Jego imię jasność, światło, blask dnia, wysokie niebo jest jego siedzibą, a piorun i błyskawice sługami. On zsyła na ziemię promienną pogodę i dobrodziejstwo deszczu użyźniającego, on śniegiem bieli szczyty gór, ale gdy zmarszczy boską brew, czysty błękit zasnuwa się chmurami i burza, znak jego gniewu, chłoszcze świat wichurą i pali gromem.” (str. 23)

Hadesa?

„Poza „Wielką Dwunastką” bogów olimpijskich istniał jeszcze jeden bóg, potężny, groźny, nieprzebłagany. Strach było wymawiać jego imię, ludzie bledli na samo jego wspomnienie, nawet bogowie niechętnie go widzieli w swoim gronie.” (str. 95)

Hermesa?

„Zrodziła go Maja, córka Tytana Atlasa, w której zakochał się Dzeus ujrzawszy ją kiedyś w lasach Arkadii. W skalnej grocie na górze Kyllene, ukryta przed zazdrosną Herą, piastowała Maja swego synka. Przemyślny to był bóg, spryciarz i figlarz nie lada.” (str. 78)


Przyjemnie czyta się te teksty, choć niekiedy i styl i język jak najbardziej kojarzą się z przeszłością. Do tego mnóstwo informacji rzeczowych, konkretnych, ciekawostek. Cenię to tym bardziej, że w obecnej literaturze popularnonaukowej daje się zauważyć swego rodzaju „trend podlizywania się” młodemu czytelnikowi. Jakby autor przez specyficzny język, ujęcie tematu, chciał „zachęcić” czytelnika, by ten polubił akurat daną książkę i dziedzinę. U Wandy Markowskiej tego nie ma. To intelektualna uczta o świecie starożytnym, bez dróg na skróty. Nic z tych rzeczy.


Autorka poświęca dużo uwagi każdej opisywanej postaci. Przedstawia tak, że można wyrobić sobie samemu o niej zdanie. Mimo tego, że bohaterami tych opowieści są bogowie i herosi nakreślono ich jak postacie z krwi i kości, bardzo plastycznie z wadami zaletami. Jednych można wręcz polubić, innych nie.

Czyż można się dziwić okrucieństwu Aresa? Fakt, był bogiem wojny. Nielubiany, odrzucony – walczy, zabija próżnego młodzieńca, który połakomił się na cnotę jego córki. Sympatię od razu zdobywają Prometeusz, Hermes, Atena.

Czytając „Mity” pomyślałam sobie, że pewne rzeczy naprawdę wypada wiedzieć. Niekiedy nawet nie zdajemy sobie sprawy  z tego, jak mnóstwo odniesień do mitów jest w naszym codziennym życiu i języku: zwroty i wyrażenia, imiona (trener mojego syna od piłki nożnej ma na imię Narcyz), nazwy. Na pewno bardziej znana jest mitologia Greków niż Rzymian. Więcej miejsca poświęciła mitom greckim również Wanda Markowska (ok. 2/3 książki). Oprócz powszechnie znanych motywów (Syzyf, Ikar i Dedal, Antygona, Romulus i Remus) jest mnóstwo nowego do odkrycia.

W książce znajdują się również ilustracje. Nie ma ich znów tak dużo. Na pewno dominuje tekst. Zdjęcia są czarno-białe, najczęściej mniejszego formatu. Sprawdziłam: "Mity" Wandy Markowskiej zostały wydane jakiś czas temu. W międzyczasie było kilka wydań. To nawiązanie do starych solidnych wydawnictw, które duży nacisk kładły właśnie na część teoretyczną a nie wizualną. A czytanie tej książki to prawdziwa przyjemność.

Wydawnictwo Iskry

 

 

wtorek, 26 lipca 2016

„Mglisty, pochmurny wieczór jesiennej niedzieli w Londynie. Dzwony w kościołach biją bez ustanku, na ulicach cisza i pustka świąteczna; zmrok posępny obejmuje panowanie”

Tak się zaczyna „Maleńka Dorrit” Charlesa Dickensa.

W przypadku powieści XIX lubię moment przejścia w inny wymiar czytelniczy. Nazywam tak tę chwilę, kiedy zdaję sobie sprawę, że muszę zmienić nastawienie do czytanej książki. Z lektur, gdzie dużo się dzieje, pełno dialogów, akcja goni jak szalona, gdzie język współczesny muszę przejść do świata, w którym „zmrok posępny obejmuje panowanie”.

Arthur Clennam wraca po długiej nieobecności do Londynu. Razem z ojcem robił interesy za granicą. Teraz, jako prawie 40-letni mężczyzna chce pójść inną, swoją drogą. Jednocześnie poznaje w domu matki młodziutką 23-letnią Amy Dorrit. Ona sama całe swoje życie spędziła w więzieniu, gdzie jej ojciec został osadzony za poczynione długi. Arthur podejrzewa, że z Dorrit związana jest jakaś tajemnica, która dotyczy również jego bogatej rodziny.

Powieść Dickensa to nie tylko fascynująca fabuła, ale też ciekawy obraz dawnego Londynu i jego mieszkańców. Przez powieść przewija się cała masa ciekawych postaci. Autor nad każdym się pochyla, przedstawia jego rys, cechy charakteru. Jakże nietrudno wyobrazić sobie zgorzkniałą i schorowaną matkę Arthura – panią Clennam, z bandażami na rękach, zimną, z tajemnicą z przeszłości. A Jeremiah Flintwinch – gwałtowny brutal, źle traktujący swoją żonę? W końcu puste rodzeństwo Amy – egoistyczne i zepsute. Jest tu dużo więcej charakterów dobrych i złych, na tle których łagodnie zarysowane zostały sylwetki dwóch głównych bohaterów – Amy i Arthura. Dużo miejsca poświęcono Londynowi – z jednej strony blichtr i bogactwo, w jakim obracają się bogaci arystokraci. Z drugiej – ciemne i niebezpieczne zaułki, gdzie żyje biedota. Są tu bogate i wystawne przyjęcia, drogie toalety i klejnoty pań, jest gorączka inwestycyjna, w jaką popadli żądni zysków angielscy dżentelmeni, są samobójstwa i morderstwa. Na przykładzie Amy i Arthura można się przekonać – że trochę jak w bajce – prawdziwa miłość wszystko przezwycięży, a pieniądze wcale szczęścia nie dają.

To skrócona wersja powieści Dickensa.

Wydawnictwo MG

 



niedziela, 24 lipca 2016

Jo Lodge – po raz kolejny. Dwa najbardziej ulubione zwierzaki: kot i pies. Mały kotek udaje, że śpi, ale tak naprawdę zerka na myszkę. Po cichutku skrada się na łapkach, przygotowuje do skoku, wreszcie skacze i to tak zamaszyście, że wylewa kubeczek z mlekiem. Oj, jak bardzo smakuje świeże mleczko z podłogi. Wystarczy pociągnąć za odpowiednie zakładki i już mruga kocie oko, lekko stąpają kocie łapy, już się pręży grzbiet, a na końcu puszysty zwierzak z apetytem popija razem z myszką mleczko.

A psiak? („Kop! Mały piesek”) rusza uszkiem, wącha, rusza ogonkiem, kopie najprawdziwszą dziurę, razem z innym pieskiem szczeka. I tu też na naszych oczach dzieją się małe cuda: w ruch zostają wprawione: ucho, nos, ogon, łapy.

Jo Lodge jest autorką kultowej ruchomej serii o małych zwierzątkach (krówka, sówka, kurczak, dinozaur) i o krokodylu Panu Kłapie. Ładne, kolorowe obrazki, soczyste barwy, a przede wszystkim ruchomy świat – to zawsze fascynuje najmłodszych.  W obydwu książkach pojawiają się onomatopeje: pies szczeka, kot miauczy, ucho klapie klap, klap. Dzieci mogą naśladować dźwięki, a ruszając książkami wprawiają w ruch to, co dzieje się na obrazku.

Wiek 0+

Wydawnictwo Olesiejuk

środa, 20 lipca 2016

Na czym polega fenomen popularności tej książki? Odpowiedź nie jest trudna – na jej prostocie. Gdyby tak zrobić ankietę, którą książkę z dzieciństwa pamiętacie najbardziej, która spodobała się Wam przed laty, Dzieci z Bullerbyn znalazłyby się niewątpliwie w czołówce. Dlaczego? Dlatego, że świat w Bullerbyn jest taki poukładany, wszystko ma swoje określone miejsce, rodzice szanują dzieci, dzieci rodziców, wspólnie potrafią się bawić, gdzie przekazuje się pewną hierarchię wartości, tradycje, zwyczaje. Świat szczęśliwego dzieciństwa, w którym – o dziwo – dzieci mają pewne obowiązki (pomoc w licznych pracach domowych i gospodarskich), do szkoły i sklepu daleko,  na półkach niewiele zabawek i książek, bez telefonu, telewizora i komputera – a każdy kolejny rozdział świadczy o kreatywności dziecięcych główek, wymyślających co rusz to nowsze i ciekawsze zabawy – w Indian, spanie w stogu siana, polowanie na bawoły, ucieczkę z domu, skarby na wyspie, tajemnicze mapy, groty w sianie. Świat, w którym dzieci robią fajkę pokoju z długiego cukierka, pieniądze „na niby”, odlewają ołowiane żołnierzyki, wyobrażają sobie, że krowy na pastwisku to plemię Komanczów. Dzieci z Bullerbyn to moje kolejne okrążenie. W pierwszej rundzie przeczytałam je tyle razy, że nawet nie mogę nazwać konkretnej liczby. W pamięci mam tylko wykręcenie korków przez mamę, bo nie chciałam odłożyć książki, a rano trzeba było iść do szkoły. Pewne powiedzonka, scenki zostały na całe życie: migdał pękł, więc będzie para, Agda wyjdzie za Oskara; kawałek kiełbasy dobrze obsuszonej; pięciu Murzynów w ciemnej sieni. Oj długo musiałabym wymieniać.

Książka jest napisana prostym językiem, dowcipnie, mówi o ważnych sprawach dla dzieci - nic dziwnego, że trafia tak szybko do małych czytelników na całym świecie. Tak naprawdę Dzieci są już wiekowymi staruszkami:) Ich pierwsza część ukazała się w 1947 roku:) Jednak chyba nigdy się nie zestarzeją.

Bullerbyn istniało naprawdę. Jego nazwa to Sevedstorp. Do dziś jest wielką atrakcją turystyczną. To tutaj dorastał Samuael August, ojciec Astrid Lindgren. Zagrody Północna, Środkowa i Południowa ponoć mają się dobrze. Brakuje tylko lipy, która stała między pokojami Lassego, Bossego i Ollego.

Z dzieciństwa pamiętam wydanie z ilustracjami Hanny Czajkowskiej. Niedawno pojawiła się kolejna wersja ilustracji – tym razem wyzwanie podjęła Magda Kozieł-Nowak. Od kilku dni mam tę książkę i ciągle do niej wracam. Przepiękna. Pewnie, że gdzieś tam pojawia się sygnał – a to twoje kultowe był czarno – białe? To jest kolorowe, mnóstwo ilustracji na całą stronę i delikatnych muśnięć w rogu kartki, albo na pół strony. I tak jak w innych wydaniach, to świat wyłącznie dziecięcy – do którego został wpuszczony tylko Dziadziuś. Moim zdaniem ilustratorka stanęła na wysokości zadania. Pokazuję kilka mniej znanych kadrów, bo odkąd tylko książka się ukazała, w Internecie można znaleźć powtarzające się motywy. Tymczasem książka ma tak wiele ciekawych miejsc, że szkoda ich nie pokazać.

Dzieci z Bullerbyn to niewątpliwie jeden z piękniejszych momentów, jaki możemy podarować naszym dzieciom. Myślę, że w tej opinii nie jestem odosobniona.

Wiek 5+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

Zbiór najbardziej znanych utworów – poetki i tłumaczki, która już jako dziecko – w wieku 8 lat, wiedziała, co będzie robić, gdy dorośnie. Nie kluczyła gdzieś po tajemnych zakrętach i zakamarkach życia, kierunek dawno został wytyczony – trzeba się go było tylko trzymać. Zostać kiedyś pisarzem – taka myśl w głowie dziecka – ho ho – to się jednak rzadko zdarza.

Spora książka (158 stron) zawiera najbardziej znane i najpiękniejsze wiersze poetki.

Mnie fascynuje i inspiruje świat dziecięcych doznań opisany z niezwykłym wyczuciem, wrażliwością. Widać to zwłaszcza w tytułach: Mama ma zmartwienie, Pożałuj mnie!, Strasznie ważna rzecz, Smutny wiersz, Szybko!, Oj, strach, Marzenie, Moja tajemnica, Jak ja się nazywam.

 

Dzisiaj jestem smutna

jak ptak.

Dzisiaj jestem smutna

jak deszcz.

Leżę sobie w trawie

na wznak, sama nie wiem, czemu

tak jest.

(„Smutny wiersz”)

 

To rewir dziecięcych zabaw: Kopareczka, Kałużyści.

To w końcu małe - wielkie marzenia: A jak będę dorosła.

Poezja wkrada się w zwykłą codzienność: Na wystawie, Wędrówka, Spacerek, W parku.

W wierszach Wawiłow wszechobecna jest przyroda, natura – jej delikatność, ale też żywiołowy charakter – sama jest bohaterem, albo stanowi ważne i niezwykłe tło: Jabłonka, Trawy ździebełko, Drzewo, Miałem małe drzewko.  

Są też liczne zwierzęta: Wilki, Gołąbek, Kruk i żabka, Ptaki, Kucyk.

To też opis relacji międzyludzkich: Moja siostra królewna

Jak ją rąbnę niechcący,

zaraz leci do mamy,

ale to jest nieważne,

bo i tak się kochamy

z moją siostrą królewną.

(Moja siostra królewna)

 

Są wiersze matematyczne i zwariowane: Krzywy wierszyk, Trójkątna bajka, Posłuchajcie bajki nowej, prostokątnej i kwadratowej (nic dziwnego, że córka poetki – Natalia Usenko, w niekonwencjonalny sposób układa zadania matematyczne w Świerszczyku)

Są w końcu wiersze – bajki:, w których widać bezmiar dziecięcej fantazji: Zawalił się pałac, Nie wiem kto, Daktyle, Kurka Złotopiórka, Złoty paw, Taki wielki pies, Czarny lew, Brzydkie zwierzę, Czarne kury, Kruk i Żabka, Dama i Prosię, Pan Sikorek, Kto zabił kota Mruczka?, Siedzieli na ganku, Jak cesarz pije herbatę, Dziwna bajeczka, Bajka o królewiczu, kalejdoskopach i babie, Bajka o stu królach Lulach.

Dla mnie jako mamy ważne są dwa wiersze Szybko i Świnka. Ten drugi uczy, że trzeba i warto chwalić swoje dzieci. Od mamy - Świnki można się wiele nauczyć:

Chwaliła świnka

swojego synka:

-Jaki milutki!

-Jaki śliczniutki!

Różowe uszki!

Króciutkie nóżki!

Wesoła minka!

Bura szczecinka!

A jaki ryjek! A jaki brzuszek! Ach, mój brudasek!

Ach, mój świntuszek!

 

Mnie brakuje w tym zbiorze króciutkiego utworu, który jakoś sam wszedł do naszego rodzinnego życia. Swego czasu bardzo pomagał dzieciarnię zapędzić do łóżka – zważywszy na „groźne” zakończenie – ale co tam – u nas było zawsze dużo śmiechu, zabawy i wygłupów:)

Kto pierwszy pójdzie do łóżka,

Dostanie z makiem placuszka!

Kto pójdzie drugi do łóżka,

Dostanie tylko okruszka!

A trzeci co dostanie?

A trzeci dostanie … Lanie!

Książka jest bogato ilustrowana przez Jolę Richter – Magnuszewską. Bardzo podobają się zwłaszcza sceny nocne – trochę nostalgiczne, smutne, z nutką refleksji. Pozostałe też – tematyka różnorodna, jest kolorowo, każda rozkładówka, to inny świat.

Wiek 4+

WydawnictwoNasza Księgarnia

piątek, 15 lipca 2016

Jeszcze niedawno na naszym osiedlu było biało - czerwono. To za sprawą EURO 2016. Wszyscy dosłownie oszaleli sportowo i … patriotycznie. Pamiętam kilkanaście lat wstecz, i kilka – nigdy takiego szaleństwa biało – czerwonego nie było. Nigdy polskie symbole narodowe tak mocno nie były eksponowane, tak widoczne – na ulicach, domach, w strefie kibica itd. Oczywiście można dyskutować – co do pewnych kwestii. Bo niekiedy aż ciśnie się na usta – tak nie wypada. Przecież symbolom narodowym należy się szacunek. Szacun – jak mówią teraz młodzi ludzie. I jeżeli ktoś ma w kwestii symboli narodowych jakieś wątpliwości, pytania, to na pewno książka Alfreda Znamierowskiego je wyjaśnia: flagi na lusterku, flagi, na których ktoś coś nabazgrał, narysował. Noooo panowie, nie do końca tak można.

„Orzeł Biały” po „Mazurku Dąbrowskiego” to kolejna cenna pozycja, którą warto mieć w domu. Wyjaśnia chyba wszystkie kwestie, w każdym razie te najważniejsze, związane z naszym godłem narodowym i barwami. Autor książki – wspomniany już Alfred Znamierowski, zna się w tym temacie jak mało kto. Heraldyk, weksylolog zaczyna swą książkę od początku – czyli od tego jak Gniezno zbudowano. Wraca do legendy o Lechu, który zbudował gród tam, gdzie zobaczył gniazdo białego orła. Potem Przemysław II – bliska mi postać, bo to książę wielkopolski nadał prawa miejskie mojemu miastu. W 1295 roku koronowany na króla Polski jako pierwszy użył Orła Białego jako symbolu państwa polskiego. Herb z orłem był na pieczęci majestatowej króla.

W związku z lekturą tej książki przypomniała mi się (głupia) dyskusja w pewnej stacji telewizyjnej, w której to dziennikarze starali się udowodnić, że na naszym godle orła… nie ma. Miał być nim bielik, który orłem nie jest, tylko …orłanem. I tę kwestię wyjaśnia autor, co chciałabym w recenzji podkreślić (str. 19): „Orzeł w polskim herbie nie jest wyobrażeniem żadnego rzeczywistego ptaka, lecz orłem heraldycznym, czyli stylizowanym przedstawieniem ptaka z przesadnie dużym dziobem, fantazyjnie zakończonym ogonem i potężnymi łapami”.

Z książki można się też dowiedzieć jak na przestrzeni dziejów zmieniał się kształt Orła Białego. Autor wyjaśnia różnicę między „godłem” a „herbem”, przedstawia proporce i chorągwie – znaki „bojowe – rozpoznawcze” na polach bitewnych. Pisze dużo o barwach narodowych. Wiedzieliście, że pierwszymi barwami narodowym Polski były niebieski i czerwony – i to w różnych odcieniach? Biel i czerwień zostały ustanowione nimi w dniu 7 lutego 1831 r. Alfred Znamierowski zwraca też uwagę na „kokardy narodowe”, które w ostatnim czasie zrobiły olbrzymią „karierę”. Przed 11 listopada jak Polska długa i szeroka wszystkie przedszkolaki robią biało – czerwone kokardy, mylnie nazywane kotylionami. Autor podkreśla ich kolorystykę – białe serce, obrzeże czerwone (uwaga, bo można zrobić kokardę Monako).

W książce znajdują się również informacje o polskich flagach i banderach, orle wojskowym, orle dla zasłużonych, herbach województw. Oprócz wiedzy teoretycznej warto zatrzymać się na rozdziale o tym, jakie zasady obowiązują w związku z wywieszaniem flagi narodowej. Na pewno przeciętny zjadacz chleba, fan drużyny narodowej, byłby zdziwiony co można, wręcz należy, a czego nie można.

Książka bardzo starannie wydana, z mnóstwem ilustracji: fotografii, rycin, rysunków. Na końcu „Słowniczek heraldyczno – weksylologiczny” i bogata „Bibliografia” dla tych, którzy zechcą zgłębiać tajniki polskich symboli narodowych.

Zajrzyjcie koniecznie do środka

Wydawnictwo Bajka

czwartek, 14 lipca 2016

Kiedy Astrid Lindgren wysłała po raz pierwszy „Pippi” do wydawnictwa, ta została uznana za „zbyt wywrotową”. A jednak autorka nie poddała się. Tu poprawiła, i tam, i jeszcze tam. Następnie zgłosiła swoją książkę do konkursu i tym razem wygrała. Tak się zaczęła kariera obydwu pań: i Astrid i Pippi.

Wizerunek dziewczynki stworzyła Ingrid Vang Nyman. Pippi od samego początku zdobyła serca najmłodszych. Nic dziwnego, że dużą popularnością cieszyły się kolejne części przygód, filmy, kreskówki. Nadszedł też czas na komiks, który swoją premierę miał w  roku 1957 w piśmie dla dzieci (fajnie brzmi) „Klumpe Dumpe”. Można go tam było poczytać i oglądać aż do roku 1959. W 10 lat później ponad 30 historyjek komiksowych zostało opublikowanych w sześciu książkach.

Komiks nawiązuje oczywiście do przygód opisanych w powieści. Tutaj wersja skrócona, uproszczona, z najważniejszymi, scenami – dla młodszych dzieci, ale i dla miłośników komiksu w ogóle (tutaj wiek nie zna roli – jak ktoś wpadł, to przepadał :). Dobra lektura jako trening czytania – połączenie obrazu i słowa w dymkach komiksowych.

W tej książce znajdziecie 12 historyjek komiksowych z najsilniejszą dziewczynką świata: Pippi wdaje się w bójkę, Pippi i złodzieje, Pippi na proszonym podwieczorku, Pippi i pożar, Pippi obchodzi urodziny, Pippi rozbiera choinkę, Pippi ktoś odwiedza, Pippi ma mocne zęby, Pippi urządza przyjęcie pożegnalne, Pippi wchodzi na pokład, Pippi znajduje spunka i Wigilijni goście Pippi.

Książka na wesoło (złodzieje), odważnie (pożar), łzawo (spotkanie z ojcem), refleksyjnie (wigilia ze zwierzętami), przygodowo (zabawa w duchy).

Komiksy z Pippi mają swoje lata, zaskakują i dziś nowoczesnymi, odważnymi i ciekawymi rozwiązaniami ilustracyjnymi. Ich autorka (1916 – 1959) stworzyła też ilustracje do innych książek Astrid Lindgren: „Dzielnej Kajsy” i „Dzieci z Bullerbyn”.

Wydawnictwo Zakamarki

 
1 , 2 , 3