Świat jest stworzony po to, aby stać się kiedyś piękną książką
Archiwum
Zakładki:
Książki 2013
Książki 2012
Książki 2011
A tutaj piszę o książkach
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Dekoratorskie
Książki - 2010
Książki- 2008
Książki- 2009
Napisz do mnie
Piszą o książkach
Strony o książkach
Szablon mojego bloga
Wydawnictwa
Wyzwania czytelnicze
Zaglądam również TU
Tagi
Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać
poniedziałek, 31 sierpnia 2009

Jako dziecko bardziej lubiłam Filemona, za którym teraz przepada mój Tomek. Z wiekiem bliższy stał mi się Bonifacy – trochę leniwy, kochający wygody i ciepełko, z dystansem podchodzący do życia i doświadczony. O książce piszę na stronie Półeczka z książkami.

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

sobota, 29 sierpnia 2009

Ostatnie lato to opowieść, w której teraźniejszość miesza się z przeszłością. 86-letnia Charlotte, mieszkająca w Ameryce postanawia odwiedzić przed śmiercią swoje rodzinne strony koło Olsztyna. Wybiera się tam ze swoją zbuntowaną wnuczką Laurą. Runął Mur, Niemcy zjednoczyły się, zmieniła się Polska. Przeszłość- to stare pamiętniki młodziutkiej Lottie, która właśnie skończyła 18 lat i wchodzi w dorosłe życie. To opis życia w majątku w Prusach Wschodnich, wojny,  ucieczki i nowego życia w powojennych Niemczech.

Książkę dosłownie połknęłam. I choć nie brak w niej kilku naiwnych elementów, było dużo miejsc, które ciekawie oddają tło społeczne i historyczne tamtych czasów, miejsc, przy których się najnormalniej w świecie po babsku wzruszałam. W interesujący sposób przedstawione zostały też rysy postaci. Rodzina młodej Charlotte była podzielona na przeciwników Hitlera i fanatycznych wyznawców.

Sama autorka jest potomkinią Marthy Gertrude Salewski, z domu Plewe, która podczas ostatniej wojny utraciła ukochane osoby i dom w Prusach. To właśnie wizyta Catrin Collier w rodzinnych stronach swojej babki była inspiracją do napisania tej powieści, która jest swego rodzaju manifestem kobiet przeciwko wojnie. Wydawać by się mogło, że trudniej mają mężczyźni- na froncie, w okopach. Nic bardziej mylnego. Na kobietę podczas wojny spadał obowiązek walki o utrzymanie domu, uprawa ziemi, wykarmienie dzieci i starców. Gdy czytałam, przemknęło mi przez myśl, że Charlotte z czasów wojny bardzo przypomina mi Scarlet O’Hara z Przeminęło z wiatrem. Ta sama determinacja, ten sam upór.

Kiedy kilka lat temu byłam w Monachium jako au-pair, zamieszkałam u rodziny o bardzo bogatej  i ciekawej historii. Hugenoci, którzy po słynnej Nocy św. Bartłomieja musieli uciekać z Francji, zostali przyjęci przez Prusy Wschodnie. Każdy pierwszy chłopiec nowego pokolenia nosił imię Louis - na cześć króla francuskiego. Mały trzylatek, którym się opiekowałam, był faktycznie imiennym dziwolągiem wsród tych wszystkich Peterów, Philipów i Oskarów. Rodzinne opowieści dotyczące mieszkania w majątku koło Königsbergu pojawiały się dość często. Stare fotografie, zrazy królewieckie przygotowywane przez babkę, bajki czytane po rosyjsku dzieciom, których i tak nikt nie rozumiał, czy kolorowy łubin, którego dopatrzyli się moim zdjęciu z rodzinnych stron, a który, taki sam, ponoć rósł w ich ogródku. W końcu pojawiły się też i te dotyczące wojny, wyzwolenia przez Rosjan i ucieczki. Wspomnienia, do których mieli prawo. Opowiadali, bo na to pozwalałam, bo byłam ciekawa, jak na wojnę patrzy ta druga strona. Były to opowieści bez jakiejkolwiek nachalności, poczucia krzywdy. Tak mi się wtedy przynajmniej wydawało. Po książce Ostatnie lato zdaję sobie sprawę  z tego, że takie były tylko moje odczucia. Bo samo pojęcie Ostpreußen siedzi głęboko w tych ludziach, jest ikoną, świętością. Nawet, jeśli pogodzili się już z historią i przestali analizować powojenne atlasy z mapami, na których Prusy Wschodnie były zaznaczone jako: Zur Zeit unter der russischen/ polnischen Besatzung (obecnie pod okupacją rosyjską/ polską). 

W książce Catrin Collier brak jakiejkolwiek megalomanii, pretensji. Bez obaw - nikt nie domaga się rewizji granic. To próba zrozumienia i odtworzenia strasznej historii, która niestety jest naszym wspólnym dziedzictwem, czy tego chcemy, czy nie.

Wydawnictwo Prószyński i S-ka 

czwartek, 27 sierpnia 2009

Mam słabość do książek Allende. Pochłaniam je szybko i łakomie. Portret w sepii to druga część trylogii. Równie entuzjastycznie pisałam o Córce Fortuny i Ines, pani mej duszy. Chilijska pisarka buduje literacki świat tak, że nie sposób oderwać się od jej książek. Niektórzy mówią o nich – literatura dla kobiet. Jeśli tak, to z najwyższej półki. Przed czytaniem Portretu zachęcam jednak do sięgnięcia po część pierwszą. Jeśli nie, mimo przypominania najważniejszych wątków z Córki Fortuny, coś może umknąć, pozostać niedopowiedziane.

Portret w sepii to dalszy ciąg swego rodzaju sagi rodzinnej, która opowiada nie tylko o życiu Aurory del Valle między San Francisco i Chile, ale również o jej przodkach i ich losach. Główna bohaterka przychodzi na świat w 1880 roku. W związku z tragicznymi życiorysami jej rodziców, wrasta w domu swoich dziadków (bohaterów Córki Fortuny) Dziwny splot wydarzeń doprowadza do tego, że Aurora przeprowadza się do swojej babki ze strony ojca, Pauliny, bogatej matrony, z którą następnie wędruje do Chile. Wychowywana pod kloszem, w luksusach, pewnego dnia zapragnie być osobą samodzielną, a co z tego wyniknie, tego już nie zdradzę. Książki Allende zawierają zawsze bogate tło społeczne, historyczne i polityczne. Stąd śmiem twierdzić, że kwalifikowanie jej książek do literatury kobiecej to totalna bzdura. Sama autorka w licznych wywiadach przyznaje się do bardzo drobiazgowego przygotowania swoich książki, czytania niezliczonych tomów na dany temat. Zresztą podczas lektury wyczuwa się, że czytelnik jest traktowany bardzo poważnie, wręcz rozpieszczony – a w tym przypadku bardzo mi to odpowiada. Są tutaj rodzinne tajemnice większego i mniejszego kalibru, ploteczki sensacyjne i nie, prywatne tragedie i komedie. Ale przede wszystkim to duża porcja historii Chile, o której wiemy tak niewiele. Barwny portret społeczeństwa i wydarzeń politycznych sprzed ponad 100 lat dotyczący Europy, Kalifornii i Ameryki Południowej. Kobiety, jak to zwykle u Allende bywa, charakterne, żywiołowe i buńczuczne. Cieszę się, że przede mną jeszcze ostatnia część Dom Duchów.

Wydawnictwo Muza

środa, 26 sierpnia 2009

Petera i jego siostrę Lenę znamy z pierwszej części Ja też chcę mieć rodzeństwo. Przyznaję, że gdy na świat miał przyjść Mikołaj, i pierworodny Tomek miał łzy w oczach słysząc, że wkrótce pojawi się ktoś nowy, odbierany przez niego niestety jako konkurent, ta lektura okazała się bardzo pomocna. Książkowe dzieci urosły. Lena bardzo zazdrości bratu, że chodzi już do szkoły. Chce sama przekonać się co to znaczy, być uczennicą. Pewnego dnia Peter zabiera ją ze sobą. Lena poznaje kolegów i koleżanki brata, panią, zasiada w szkolnej ławce, je najprawdziwszy szkolny obiad, obserwuje, jak dzieci uczą się, co robią na przerwach. Peter lubi szkołę i Lena też.

Na recenzję zapraszam na blog Półeczka z książkami.

Wydawnictwo Zakamarki 

poniedziałek, 24 sierpnia 2009

Wszystkiemu winien zwariowany film Woddy’ego Allena Viky Cristina Barcelona z Penelopą Cruz w roli głównej jako równie zwariowana Maria Elena. Muzyka i Barcelona w tle, o której słyszę tylko achy i ochy – szczególnie w sezonie wakacyjnym, zrobiły swoje. Ale nie o filmie chcę tu pisać, ale o książce dwojga autorów. Obaj panowie stworzyli coś nowego według starego i sprawdzonego przepisu. Znana postać, tu Antonio Gaudi, wielki hiszpański architekt, tajemnica i niezliczone zagadki wymagające wyjaśnienia – i to wszystko. Jan Givell na krótko przed śmiercią powierza swej wnuczce Marii pewien sekret skrywany od lat. Maria, która traktuje na początku owo wyznanie jako swego rodzaju niepoczytalność przed śmiercią, zostaje wciągnięta w sensacyjną historię, która odmieni jej życie. Wyszła z tego dobra książka, która zadowoli gusta czytelnika nastawionego na rozrywkę, dziwne poczynania sympatycznych głównych bohaterów, jeszcze dziwniejsze zwroty akcji i zaskakujący koniec. Plusy - to mnóstwo informacji o życiu bożego architekta, dane dotyczące jego warsztatu i największych dzieł, zdjęcia Barcelony, intrygująca fabuła. Minusy – za dużo skojarzeń z Kodem Browna. Niestety, ale wszyscy naśladowcy mają chyba tego świadomość. Bez porównań ani rusz. Morderstwa, alchemia, święta relikwia, klimat pełen magii i symboli. Nie jestem wielbicielem gatunku, ale nie powiem – czytało mi się przyjemnie i szybko. Wśród moich znajomych zdania są podzielone – od na „tak” do zdecydowanego „nie”. I dobrze – książka żyje swoim życiem, a im więcej zamieszania wokół niej to tym lepsza reklama. Dla mnie odskocznia, co widać na liście książek przeczytanych. Co najważniejsze – po lekturze chętnie wybrałabym się na południe Europy, by samej przekonać się o wielkości geniusza, szaleńca, rycerza Moria (?)

Wydawnictwo Muza

niedziela, 23 sierpnia 2009

Kiedy kilka tygodni temu skończyłam czytać Sensacje z dawnych lat, pomyślałam sobie – szkoda, wielka szkoda. Nawet jeśli się wraca do znajomych kartek, to nic nie jest w stanie zastąpić smaku odkrywania ich treści po raz pierwszy. Tymczasem Intymne życie niegdysiejszej Warszawy jest w podobnym klimacie. Podobnym znaczy jednak różnym, co dotyczy zawężenia pewnych informacji do określonego miejsca i epoki. Warszawa, wiek XVIII i XIX. Już sam tytuł wzbudza niemałą ciekawość, bo słowo intymne dodaje, było nie było, pikanterii całej sprawie i wywołuje od razu skojarzenia tylko z jedną konkretną dziedziną. Nic bardziej mylnego. Prawda jest taka, że Stanisław Milewski dotyka tematów niewygodnych, rzec można, tabu. Warszawa jakiej nie znamy, nie blichtr Nowego Światu, ale szarości i cienie warszawskiego półświatka. Zbrodniarze, nierządnice, zwierzyniec książąt mazowieckich, zabawy i rozrywki zwykłych mieszkańców i towarzystwa, słynne reduty, gry hazardowe, które wówczas kwitły; klimat targowisk i hal, czyli brzuch miasta; i podwórza z kataryniarzami, handlarzami białego piasku wiślanego; klęski budzące powszechną grozę – od pożarów po wypadki i odszkodowania za nie; stare panny i różnego rodzaju perypetie matrymonialne, losy uwiedzionych i porzuconych,  usuwanie niechcianej ciąży, tysiące sierot i podrzutków, wizyty w lupanarze, złodzieje, procesy o świętokradztwo, żebracy, sztuczni kalecy, szkoły żebracze, wreszcie gliny warszawskie, które starały się nad tym wszystkim zapanować, z różnym skutkiem. Ciekawam bardzo, kto z czytających tę recenzję umiałby odpowiedzieć na pytanie: Skąd pochodzi ów znany obecnie wszystkim bardzo dobrze termin glina? Dla ambitnych taka informacja – rozwiązanie zagadki w ostatnim rozdziale książki, bo prawidłowych odpowiedzi na próżno szukać w słownikach.

Książka solidnie i ciekawie napisana. Autor często powołuje się na Bolesława Prusa, sławnego varsavianistę Wiktora Gomulickiego; znawcę tematu Ludwika Krzywickiego (teścia Ireny Krzywickiej, kochanki Tadeusza Boya Żeleńskiego) przytacza artykuły z gazet minionej epoki, dokumenty, stare kroniki, ogłoszenia, wspomnienia, karykatury. Bibliografia jest przebogata. Wszystko to na papierze ciekawej barwy, współtworzącym klimat, okraszone licznymi starymi rysunkami. Podczas lektury czułam się tak, jakbym miała przed sobą książkę bądź pismo z epoki. Jednym słowem perełka, która cieszy i umysł i oko. 

Jedna z ilustracji: Dręczyciele podwórzowi spokojnego lokatora warszawskiego (1883r)

 Wydawnictwo Iskry

sobota, 22 sierpnia 2009

Przeczytałam w dwa długie wieczory. I głośno się do tego przyznaję. Bo zauważyłam, że na blogach jest wokół pani Kalicińskiej całkiem spore zamieszanie. Od zachwytów po totalną krytykę na "nie". No cóż, wilcze prawo blogerów. Ja wielkim recenzentem nie jestem, czytam książki wszelakiego rodzaju, gorsze, lepsze, i nie czytam po kryjomu, by kogoś zauroczyć wyżynami swego intelektu. Miłość… mi się po prostu po babsku spodobała. A sięgając po nią zdawałam sobie sprawę, do jakiego gatunku należy. Rzeczpospolita Babska, nieprawdaż? Tak więc nie oczekiwałam żadnych ambitnych horyzontów literackich. Po tygodniu pracy, położeniu dzieci do łóżek ostatnią rzeczą, jakiej bym wtedy potrzebowała to chyba książki z górnej półki. W Miłości … można czepiać się wielu rzeczy: dialogów, ciągłego wracania do tego, co było w poprzednich częściach – ale nie ukrywajmy - książka ma pewien klimat, a Kalicińska podobnie jak jej bohaterki – to czarownica, która nieźle nas czaruje/ oczarowuje (?!). Nawet jeśli wszystko nad rozlewiskiem jest zbyt sielskie, anielskie, to prawdę powiedziawszy, po ludzku im tego wszystkiego zazdroszczę. Bo u mnie jak nie idzie, to nie idzie, a Gośce układa się wszystko, i to jak należy. Nawet jej pożycie z Januszem, uzależnionym od alkoholu, wydaje mi się o wiele łatwiejsze, niż to, które obserwuję u znanej mi pary. Nie wspomnę o pierogach, które nijak mi się nie lepią, rosole, który zawsze wychodzi mętny. Kalicińska jest swego rodzaju fenomenem. Gdyby żyła w Ameryce i wydała tę książkę, pewnie zostałaby milionerką. U nas jej się nieźle dostaje. I to najczęściej od kobiet. Pewnie, obraz kobiety, jaki przedstawiła nie wszystkim odpowiada. Zostawić stolycę dla jakiejś mazurskiej dziury, to dla niektórych nie do pojęcia. Lepienie pierogów też nie wzbudza zachwytów współczesnych kobiet. A jednak… Czasem się zastanawiam, jak to się dzieje - niby nikt nie czyta, a jednak od wielu miesięcy jest na liście bestsellerów. W bibliotece są zapisy na tę książkę. Jeśli ktoś potrafi mi to wytłumaczyć, to proszę bardzo.

Wydawnictwo Zysk i S-ka

poniedziałek, 17 sierpnia 2009

Czego zazdroszczę autorom tej książki? Oczywiście – domu w pięknym miejscu, właściwie swego rodzaju raju na ziemi, ale przede wszystkim odwagi. Bo zmienić zupełnie swoje życie o 180 stopni, nawet, jeśli jest to malownicza Toskania, to wyczyn nie lada. A na taki krok decyduje się dwójka ludzi – gdzieś za nimi zostają Nowy Jork, Paryż, ciepłe i zimne kraje. Od wyboru do koloru. Zmęczeni gonitwą za czymś bliżej nieokreślonym, wybierają życie na prowincji, pełne słońca, wyrafinowanych smaków, zapachów ziół. Myślałam, że po lekturze Pod słońcem Toskanii, Bella Toskania nie skuszę się na nic więcej w podobnych literackich barwach, a tu proszę. Bardzo przyjemna lektura na wakacje, zwłaszcza dla kogoś, kto przez bite osiem godzin musi siedzieć w pracy za biurkiem.

Czasem mam wrażenie, że owego ciepłego jesiennego dnia, kiedy TO wszystko się zaczęło,  ktoś rzucił jakiś czar na autora i jego żonę, że zawładnął ich myślami i wytyczył tylko jeden cel – właśnie życie w Toskanii. Bez znajomości języka, żadnych więzi z regionem, tradycjami, kulturą. Bo przyznajmy – można by pomyśleć, że Nowojorczyk pasuje do włoskiej prowincji jak kwiatek do kożucha, a tu proszę. Gdzieś tkwią w człowieku tęsknoty za krainą wiecznej szczęśliwości, domem pełnym specyficznych zapachów i smaków. Gdzieś drzemią głęboko i czasem wystarczy chwila, by się zbudziły ze snu. Krajobrazy, ludzie, jedzenie, zapachy tymianku, szałwi i bazylii, cyprysy, wzgórza, owoce pełne słońca, małe kościółki, kamienne domy z okiennicami i charakterystyczną dachówką, winnice, łąki, pola. Książka też rozbudziła moje tęsknoty i też gotowam wszystko rzucić, by to zobaczyć na własne oczy, przeżyć. Lubię książki, które traktują o narodzinach czegoś nowego– choćby idei, kariery. Tutaj rodzi się nowe stare życie, nowy dom, a my jesteśmy w to wszystko wciągnięci. Poszukiwanie trufli, spotkania z ludźmi, nowe odkrycia i doświadczenia. Autor opowiada swoją historię z przymrużeniem oka i humorem. Spełnienie marzeń. Ktoś kiedyś powiedział taką ciekawą rzecz: są dwa rodzaje nieszczęść. Pierwsze, gdy nie możemy dostać tego, o czym marzymy. Drugie, gdy to coś znajdzie się już w naszych rękach. Ta książka to absolutne zaprzeczenie tej teorii. Mimo, że traktuje o sprawach dnia codziennego, jak poszukiwanie domu, rozmowy z ludźmi, przygody kulinarne – czyta się o tym z prawdziwą przyjemnością i ma się wrażenie, że jest się uczestnikiem tych wydarzeń. A to każdy czytelnik baaaaaaardzo sobie ceni.

 Wydawnictwo Prószyński i S-ka

czwartek, 13 sierpnia 2009

Książka od dłuższego czasu leżała na półce i czekała na swoją kolejkę. Trochę zniechęcała mnie cukierkowa okładka i jej grubość. Ostatnio czytałam głównie papierowe cegły i pustaki – stąd mój apetyt na coś cienciejszego (jak mawiał majster S. na budowie). Tymczasem książka okazała się świetną zbeletryzowaną biografią chińskiej artystki Pan Yuliang. Jeśli lubicie książki Stone’a czy Wyznania gejszy Arthura Goldena to i Malarka z Szanghaju powinna przypaść Wam do gustu.

Na początku powieści przenosimy się do Paryża. Jest rok 1957. Malarka Yuliang robi przegląd swojego dotychczasowego życia. Najpierw dzieciństwo w Chinach na początku XX wieku, śmierć rodziców, wychowywanie przez wuja, który w wieku 14 lat sprzedaje dziewczynkę do burdelu, gdzie zostaje pierwszą kurtyzaną. Yuliang pojawiła się na świecie w roku dzika. Ma to zagwarantować wierność i niechęć do ruszania się z miejsca zamieszkania. To usypia czujność Matki Chrzestnej – właścicielki owej instytucji. Jakże się myli – największym marzeniem Yuliang jest wolne życie. Dostaje swoją szansę, z której skorzysta. Poznaje wysokiego urzędnika, umiejącego dostrzec w dziewczynie nie tylko powab i piękno ciała, ale przede wszystkim piękno ducha i umysłu. Tych dwoje łączy pokrewieństwo dusz, szacunek, zamiłowanie do nauki. To od niego Yuliang uczy się pisać, to on dostrzega talent malarski, wreszcie to on pomaga zrealizować swojej ukochanej marzenia. Bo dziewczyna nie ma natury dzika - ciągle chce czegoś nowego, zmienia miejsca zamieszkania, poznaje nowych ludzi. Z nieśmiałej i zakompleksionej dziewczynki wyrasta na pewną siebie kobietę. Przychodzi czas, gdy trzeba dokonać trudnego wyboru – co wybierze?

 

Niewiele wiadomo na temat prawdziwego życia malarki. Autorka książki poruszyła niteczki swojej wyobraźni i utkała ciekawą fabułę. Droga – od burdelu do artystycznego atelier, z Chin do Francji. Świetny obraz stosunków społecznych – koniec cesarskich Chin, narodziny komunizmu, pozycja społeczna kobiety, głęboko zakorzenione tradycje – jak choćby słynne połamane kwiaty lotosu czy niewolnictwo.

Pan Yuliang zmarła w Paryżu w 1977 roku – schorowana i biedna. Podzieliła los setek innych artystów. Zostawiła ponad 400 dzieł sztuki – w tym rzeźby, obrazy olejne, akwarele, szkice. Jej akty, które kiedyś zszokowały Chiny, jeszcze dziś budzą kontrowersje. Jeśli ktoś chce mieć w kolekcji coś jej autorstwa, musi wysupłać z kieszeni kilka milionów euro. Świetna książka, wciąga, czyta się szybko – szkoda by było, żeby tak przeszła bez echa. Polecam!

Wydawało mi się, że całkiem dobrze orientuję się w świecie malarskim – gdy tymczasem, co rusz zaskakuje mnie jakieś kolejne odkrycie. Dla mnie obrazy Yuliang są objawieniem. W książce autorka świetnie uchwyciła narodziny fascynacji malarstwem zachodnim, jakże innym od tradycyjnego chińskiego. Od obrazów o tematyce religijnej, w których dominowały sceny z Ukrzyżowania do portretów, martwej natury, scen z życia, przede wszystkim aktów. Urzekł mnie portret matki dzieckiem i akwarela – Figle. Gdybym miała te wspomniane wyżej miliony …

 Ciekawe informacje na temat artystki znalazłam tutaj

Wydawnictwo Muza

niedziela, 09 sierpnia 2009

Czytanie tej książki zbiegło się z pewnym festiwalem. Siedziałam wygodnie w fotelu, gdy M. z hukiem wyłączył telewizor i zły dodał – Gdzie tu jest śpiew! Faktycznie, ile dzisiaj jest śpiewu w śpiewaniu, a ile potu i pracy innych ludzi, by wyczyścić wszelkie niedoskonałości, ile wkładu nowoczesnej techniki w sukces artysty? Czy dziś trzeba mieć talent do śpiewania, czy może wystarczy tylko dobrze WYGLĄDAĆ? Gdy czytałam autobiografię Mieczysława Fogga – właśnie teraz, to tak jakbym czytała o przybyszu z innej planety. Ambicja, wielki talent, a przede wszystkim długie godziny żmudnych ćwiczeń – nuty, przepona, nuty, przepona. Dosłownie bzik totalny na punkcie rzeźbienia głosu. Dopieszczanie każdego dźwięku, każdej nutki – śpiewnie wyłącznie na żywo, z tremą - jak się okazuje, jak diabli, że aż głos odbierało i zapierało dech w piersiach. Bo trzeba było liczyć tylko na siebie, bo gdyby coś zawiodło – to już tylko cud mógł pomóc.

Z książki zapamiętałam takie oto wspomnienie artysty, że jego mama, która dożyła sędziwego wieku i miała to szczęście śledzić długą karierę syna, zawsze robiła mu wymówki, że nie śpiewa nic nowoczesnego. Jeszcze kilka lat temu, gdy niemal w każdą niedzielę Polskie Radio raczyło nas piosenkami Mieczysława Fogga, przyklasnęłabym pani Fogiel. Dziś ze łzą w oku wspominam tamte czasy i przyznaję, że od czasu do czasu słucham na YOU TUBE starych piosenek, trzeszczących, czasem przerywanych, czasem z niewyraźnym fragmentem. Wsłuchuję się w słowa i jestem pod wrażeniem. Pieśń o matce, o siwym włosie, ostatniej niedzieli. Jakiś czas temu słyszałam wypowiedź pewnej kobiety. Gdy jej matka wiedziała o koncercie Mieczysława Fogga w radiu, tego dnia szła do fryzjera, ubierała piękna suknię wieczorową, biżuterię, eleganckie buty – i tak wystrojona siedziała przy odbiorniku i słuchała piosenek Pieśniarza Warszawy, jak zwykło się mówić o M. Foggu.

Od palanta do belcanta to zapis wspomnień artysty spisanych przez Zbigniewa K. Rogowskiego. Mieczysław Fogg urodził się w 1901 roku i tak naprawdę nazywał się Miecio Fogiel. Fogg to jego pseudonim artystyczny. Już jako mały 5-letni chłopiec każdą większą uroczystość rodzinną uatrakcyjniał swoim występem. Kiedy został pracownikiem Poczty Polskiej i wypisywał najróżniejsze faktury i świstki- podśpiewywał sobie pod nosem i wymykał się na lekcje śpiewu do sław. Ta książka to swego rodzaju gawęda – o zwykłym chłopcu z Warszawy, który miał marzenia i robił wszystko, by je realizować. Oj była to droga pod górkę. Ileż to razy artysta sam chciał zrezygnować z nauki, albo zbijały go z tropu niepochlebne słowa nauczyciela. Za chwilę znów jakaś uwaga rzucona mimochodem dodawała mu skrzydeł. Chór kościelny, kabaret Qui pro Quo, występy solowe, udział w filmach (m.in. epizod w słynnym serialu Dom, gdzie artysta zagrał siebie), występy na całym świecie. Niesamowita energia, entuzjazm, optymizm, radość życia i radość pracy dla innych. 1 września Fogg razem z Hanką Ordonówną śpiewali godzinami na dworcu dla rannych żołnierzy, w czasie Powstania Warszawskiego, z innymi artystami Warszawy – dla powstańców.  W książce mnóstwo nazwisk – ludzi związanych ze światem artystycznym – wspomnę tu choćby znanego i uwielbianego przez moją Babcię Jana Kiepurę, który podobnie jak Miecio wchodził na operetkę za parę grosików wciśniętych do ręki woźnemu, bo nie było go stać na bilet. Dalej - Hemar, Ludwik Jerzy Kern, Jan Brzechwa, Julian Tuwim, Tadeusz Sygietyński i wielu innych. W tle Warszawa – z pierwszymi tramwajami elektrycznymi, kurierami roznoszącymi gazety; potem zniszczona  1944 i odbudowana po wojnie.  Droga do kariery Mieczysława Fogga była daleka i trudna. Kiedyś usłyszałam takie ciekawe stwierdzenie, że tylko w alfabecie słowo KARIERA stoi przed słowem PRACA. Gdy wejdzie się  zbyt szybko na tę drabinę sukcesu – łatwo z niej spaść i się poobijać. Mieczysław Fogg robił to powoli i z rozwagą. Ale gdy znalazł się na jej szczycie, pozostał już do końca. Książka kończy się takim oto stwierdzeniem: Oświadczam państwu, że byłem młody, jestem młody i tak długo będę młody, jak długo państwo będziecie sobie życzyć…

Panie Mieczysławie – święta racja i zapewniam, że jest pan młody:)

We wspomnieniach nie znajdziemy nic wstrząsającego – wszystko w granicach rozsądku. Nie będzie dreszczyku emocji i skandalu. Książkę czyta się przyjemnie i szybko. Całość okraszona jest licznymi zdjęciami z życia artysty.

 

Wydawnictwo Prószyński i S-ka

 
1 , 2