Świat jest stworzony po to, aby stać się kiedyś piękną książką
Archiwum
Zakładki:
Książki 2013
Książki 2012
Książki 2011
A tutaj piszę o książkach
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Dekoratorskie
Książki - 2010
Książki- 2008
Książki- 2009
Napisz do mnie
Piszą o książkach
Strony o książkach
Szablon mojego bloga
Wydawnictwa
Wyzwania czytelnicze
Zaglądam również TU
Tagi
Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać
piątek, 27 sierpnia 2010


Co za nieprzewidywalna książka. Tak zaskakująca, że czasem odczuwałam coś w rodzaju złości i zażenowania, bo przecież według moich ciągle na próżno uaktualnianych ustaleń miało być inaczej. Ostatecznie poddałam się i dałam wolną rękę autorowi, który doprowadził swoją historię do końca, a ja w spokoju mogłam oddać się lekturze bez tych wszystkich moich czytelniczych propozycji – potem to będzie tak.

A wszystko zaczęło się od ogłoszenia takiej treści:

„PRZEDSIĘBIORCA Z PROWICJI SZUKA ŻONY GODNEJ ZAUFANIA. KIEROWANY PRAKTYCZNYMI, NIE ROMANTYCZNYMI WZGLĘDAMI. ODPOWIEDZI LISTOWNE. RALPH TRUITT: MIEJSCOWOŚĆ TRUITT, WISCONSIN. ZAPEWNIAM DYSKRECJĘ”.

Pewnego zimowego popołudnia a.d. 1907 z pociągu, który właśnie z dużym opóźnieniem przybył na stację kolejową na oddalonej prowincji wysiada kandydatka na żonę godną zaufania. Jak się okazuje – kobieta inna niż na zdjęciu, które trzyma w dłoni Ralph Truitt. Ta jest dużo młodsza i olśniewająco piękna. Prosi, by dać jej szansę. I tu zaczyna się lawina dziwnych zdarzeń, nieprzewidywalnych zwrotów akcji. Starszy mężczyzna, dziś mówiłoby się o nim, po przejściach. Młoda kobieta – pełna temperamentu, zdeterminowana, tajemnicza. To musi być mieszanka wybuchowa. Nie chcę za dużo zdradzać, by nie psuć przyjemności czytania. W każdym razie Goolrickowi udało się ukazać, jak skomplikowaną istotą jest człowiek, który często tak do końca nie jest w stanie poznać samego siebie. Mimo, że zakończenie jest naprawdę zaskakujące, ja do końca nie jestem pewna czy aby przekonujące. Przemiana a’la Wigilijna opowieść Dickensa? Wprawdzie tu bez udziału duchów. Kogo, albo czego? O tym sza, bo się w końcu wygadam. Czy jest to faktycznie możliwe? Nie wiem, życie niesie z sobą tak wiele niespodzianek, a niejeden z nas przeżywa rzeczy niemożliwe. Tak jak to się zdarzyło bohaterom opowieści Goolricka. Książka bardzo nastrojowa, czasem mroczna, z klimatem. Czy do końca romans? Raczej ciekawe studium człowieka.  Na pewno książka o pożądaniu, miłości, ludzkich odwiecznych marzeniach. Podobały mi się opisy nastrojów, przyrody osadzonej w surowym klimacie. Nie każdy to lubi. Jednak te opisy świetnie odzwierciedlały stan duszy człowieka. Smutnej, zbolałej, rozdartej, okaleczonej... i tęskniącej za ciepłem drugiego człowieka.

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Podobnie jak przy pierwszej części – tak i teraz przepadłam. Gdyby ktoś nie wiedział, co mam na myśli to krótko sprecyzuję - zaczynam czytać wieczorem, a potem nagle stwierdzam, że właściwie na dwie godzinki nie opłaca się iść spać, bo i tak zaraz muszę iść do pracy – tylko jak tu przeżyć dzień bez krzty snu? W dodatku po pracy, zamiast się położyć, jestem na pełnych obrotach przy dwójce rozrabiaków. Ot, ciężki bywa żywot mola książkowego.

W pierścieniu ognia jest świetną propozycją dla starszej młodzieży i dla dorosłych. Przenosi nas do przyszłości jakiegoś dziwnego państwa - tworu, które powstało na ruinach Ameryki Północnej. Co roku Kapitol organizuje Igrzyska Śmierci. Katniss i Peeta zwyciężyli w 74 rozdaniu – po raz pierwszy zdarzyło się, że przeżyło dwóch zwycięzców. Myliłby się jednak ktoś, że oto dwójka młodych ludzi zrobiła swoje, wróci do domu i będzie pędzić sielankowy żywot. Kapitol nie śpi, tym bardziej, że zachowanie głównej bohaterki, spowodowało falę protestów i niechęci. Katniss i Peeta szykują się do objazdu dwunastu dystryktów, a podczas tej podróży zobaczą więcej niż mieli zobaczyć, zaczną rozumieć pewne fakty i zaczną dojrzewać do podjęcia bardzo trudnych decyzji.

Mimo tego, że świat z książek Suzanne Collins to czysta fikcja literacka, nie sposób myśleć o pewnych rzeczach, które się jednak zdarzają – może nie w stu procentach pokrywają się, ale może … kto wie. Jak choćby scena z przyjęcia, podczas którego goście prowokują wymioty, by za chwilę znów obżerać się w nieskończoność smakołykami ze stołu.  Gdy tymczasem setki tysięcy cierpią straszny głód. Czasem nawet zadaję sobie pytanie – dokąd zmierza świat… Właściwie człowiek interesujący się zmianami gospodarczymi, historią, polityką pokusiłby się o kolejne wątki, które pasują do tego, co dzieje się w poszczególnych dystryktach, a potem na arenie. Bo Katniss w tej części znów wróci na pole walki – ale dlaczego i jak się skończą 75 igrzyska – nie zdradzę. Czy ja napisałam może: Jak się skończą? Jak skończy się druga część trylogii? Wszyscy, którzy są już po lekturze, czekają na kolejny tom, bo po kolejnej części więcej pytań niż odpowiedzi. Świetnie napisana, świetnie przetłumaczona, pełna zwrotów akcji, niespodzianek, a przede wszystkim emocji – POLECAM!

Obydwie części zdobyły serce wielu w mojej rodzinie:)

Zachęcam do przeczytania pierwszej części – Igrzyska śmierci.

Wkrótce kolejny tom!

Wydawnictwo Media Rodzina

niedziela, 22 sierpnia 2010

Fajnie mieć taką książkę pod ręką we wakacje, gdy wakacji praktycznie się nie ma. Podtytuł wyraża całą jej istotę: Opowieści z pobocza drogi. Autor pisze o miejscach, które rzadko są na trasie turystów masowo zadeptujących Tatry, Bałtyk, Mazury. Dociera do miejsc, o których nam się nie śniło. Pisze o rzeczach, na które na co dzień nie mamy czasu – bo kogo obchodzi jakieś tam licho w rosochatej wierzbie, albo leśna kapliczka, białe kwiatki zawilców przy leśnej dróżce czy krzyk myszołowa. Historie, jakich próżno szukać w tradycyjnych przewodnikach turystycznych. Ale to nie tylko suche fakty, to refleksja nad płynącym życiem, nad pośpiechem, który stał się niestety niemiłym elementem naszej codzienności, to też ukłon w stronę ludzi, których już nie ma, a którzy opowiedzieli mnóstwo ciekawych historii, nie, ludzi wcale nie znanych – wprost przeciwnie, prostych mieszkańców z prowincji, nie szukających poklasku i sławy. To umiłowanie naszych korzeni, historii, literatury, malarstwa, sztuki prostej i czasem prymitywnej, to umiłowanie zapachów i smaków z dzieciństwa, niepowtarzalnych, umiłowanie bliskości drugiego człowieka, który żyje dla innych i oddaje swój talent innym. To życie bezinteresowne, ciche, gdzieś na uboczu, nie rzucające się w oczy, opis miejsc, do których trudno dotrzeć, a gdy się już dotrze, to zawrócić trzeba, bo droga się właśnie skończyła.

Z przyjemnością stwierdzam, że znam kilka miejsc opisanych w tej książce, a które przechowuję z wielkim pietyzmem w moich szufladkach pamięci, i do których zawsze miło wracam we wspomnieniach – Puszcza Kampinoska, a w niej moja droga leśna, którą przemierzałam tyle razu z moim małym synkiem Tomkiem, Zaborów – przy Trakcie Królewskim, jego klasycystyczny kościół, Leoncin – miejsce narodzin I. B. Singera, ruiny zamkowe w Czersku, które pierwszy raz zobaczyłam odwiedzając ogród naszych znajomych,  I cieszę się, że tak wiele miejsc mam w swojej głowie, których autor nie opisał, a które są tylko moje.

Są takie drogi, wąskie i na uboczu, przy nich miejscowości, w których stoją kościoły, dwory i przydrożne krzyże zapewne prowincjonalnej wartości artystycznej. Omijają je turystyczne wycieczki, przeganiane od krakowskiego Wawelu po gdański Długi Targ. Gdy się odwiedza te wioski, miasteczka i przydroża, niespiesznie, mając czas na patrzenie i na refleksję, wtedy przychodzi chwila na smakowanie. To pejzaż dla koneserów, o wyjątkowym bukiecie. Smakuje jak najlepsze wino…

A to jak te historie zostały spisane, to już inna sprawa. Czasem słucha się albo czyta kogoś i aż ciarki po plecach przechodzą. Tak opowiada właśnie Lechosław Herz.

Kiedy pierwszy raz wzięłam Wardęgę do ręki pomyślałam sobie – nie podoba mi się, jak została wydana. Jak z poprzedniej epoki – przemknęło mi przez myśl. Jakież to było mylące. Teraz po lekturze, myślę sobie – jakże często wabią nas książki piękne, barwne, na błyszczącym papierze. Potem okazuje się, że prócz pięknych zdjęć niczego tam więcej nie znajdziemy. Tutaj – książka niepozorna, a tak cenna i ważna. Macie też coś takiego – gdy kogoś lub coś polubicie – od razu wydaje Wam się to lub ktoś piękniejszym? Tak jest i z tą książką – a może to taki celowy zabieg wydawnictwa, znanego skądinąd właśnie z pięknych książek. By odwrócić uwagę od tego, co powierzchowne, co mija – bo tak z urodą właśnie jest – aby skupić się na tym, co ważne i ciągle aktualne. Dlatego też podsumowując – napiszę na sam koniec – to książka dla koneserów potrafiących znaleźć w książce To Coś.

Wardęga – wyraz, który używano raz w znaczeniu włóczęgi, to znowu: wartości, oszacowania i dobytku [Zygmunt Gloger, Encyklopedia staropolska]

Wydawnictwo Iskry

czwartek, 12 sierpnia 2010

Chadzam sobie do dwóch bibliotek, w tym jednej wiejskiej, w której nie można niczego znaleźć. Czy to możliwe? Pewnie, że to możliwe. Nie napiszę gdzie to, bo pani jest przemiła i byłoby jej pewnie smutno, gdyby ją ktoś publicznie obsmarował. Niby są tu działy: Literatura polska i obca, i Polityka, i Ogród, i Oświata i Lektury itd. Ale wszędzie panuje wielki chaos, a mnie ogarnia poczucie bezsilności – fajnie jest, gdy idę na żywioł i przeglądam to, co mi akurat wpadnie w ręce. Ot choćby taki Mankell w dziale historycznym, albo „Gry i zabawy dla dzieci” w dziale ROMANSE. Ż kotłuje się z Z, ktoś chyba faktycznie alfabetu nie zna. Gdy szukam konkretnego nazwiska, przebieram w całej konkretnej literze i dwóch obok, tak na wszelki pożarny słuczaj, bo już nie raz tak się zdarzało, że poszukiwana książka była obok. Jednak gdy mam określony cel – i szukam tak jak wczoraj Władysława Zambrzyckiego, to wierzcie mi, ogarnia mnie czarna rozpacz.

Sprawdzam najpierw w katalogu, czy w ogóle jest. Jest! Jest! Radość moja jest wielka. No więc szukam, i szukam, i szukam. Łażę między regałami i nadal szukam. Ach,  w międzyczasie zjawia się rezolutna pani w fioletowym fartuchu (nie mam nic przeciwko fioletowym fartuchom) z mopem w ręce (była 15.30 – a biblioteka otwarta do 16.00) i staje wyzywająco naprzeciw mnie, by pokazać, że już jest. A ja sobie szukam tego Zambrzyckiego i zaczyna mnie ogarniać coś w rodzaju klaustrofobii bibliotecznej. W dodatku ta ufioletowana pani  – co wyjdę z jakiegoś działu – to ona mac, mac, maca podłogę mopem. A wiadomo, że towar macany należy do macanta, więc, patrzy srogim wzrokiem pewnie myśli – Niech no tylko pańcia wejdzie na mokre. Że też to traci czas na takie cós. Czytanie, phi. W końcu idę do sympatycznie wyglądającego młodego człowieka, przystojnego wysokiego bruneta o zniewalającym spojrzeniu ( w skrócie: SWMCPWBOZS) .

-Przepraszam – grzecznie pytam  SWMCPWBOZS a  - Gdzie mam szukać książek Władysława Zambrzyckiego?

SWMCPWBOZS rozkłada tylko bezradnie ręce i tak powiada.

-No wie pani, ja to za bardzo się na tym nie znam. Ja to tutaj tylko staż mam.

poniedziałek, 09 sierpnia 2010

Zacznę recenzję od stwierdzenia: czekam na następną książkę Kirstan Hawkins. I to z niecierpliwością. Kapelusze to książka dla tych, którzy lubią dać się zaskoczyć, kochają niedopowiedzenia, klimaty typu – wszędzie i zawsze, nigdzie i nigdy. Bo mimo tego, iż w powieści pojawiają się atrybuty współczesności – pepsi, jeansy itd., to czasem miałam takie odczucia, jakbym znalazła się w zupełnie innym świecie. Jakim? Sama nie wiem. Książka ma klimat, który spotkać można i w słynnej już powieści Sto lat samotności, i w kultowej Czekoladzie i u Allende. Z każdego coś uszczknięte – po drobince.

Dona Nicanora w młodości dała się ogłupić pewnemu lowelasowi, który spłodził z nią kilkoro dzieci, a poza tym spowodował całą furę najróżniejszych kłopotów, które kobitka musiała rozwiązywać już sama. Odrzuciła miłość golarza don Bosca. A potem wiadomo jak było. Zauroczenie minęło i przyszła szara codzienność – braki, samotność, bieda. Długo trwało, zanim dona Nicanora zrozumiała pewne prawdy. Zanim do tego doszło, towarzyszymy jej w snuciu marzeń o sklepie z kapeluszami, w doli i niedoli. Spotkamy najróżniejsze charaktery, dla przykładu: lekarza z bogatego domu z wielkiego miasta – tu w szpitalu bez chorych, w Valle de la Virgen, miasteczku, do którego nie traficie, o nie, bo nie ma go na żadnej mapie, dalej - dziwak gringito – człowiek skądś tam, z kieszeniami wypchanymi dolarami, z daleka, może to ty, może ja, turysta ciągle szukający czegoś w dzikich stronach, burmistrz – skorumpowany dupek, wierzący w to, że zawsze będzie tak samo – aż do skończenia świata. Książka o wszystkim i o niczym. O rzeczach ważnych i przyziemnych. Czyli – samo życie, z przymrużeniem oka i na poważanie. A jak to wszystko jest napisane. Pycha.

Wydawnictwo Prószyński i S-ka

niedziela, 08 sierpnia 2010

Ostatnio byłam baaardzo pracowita. Uszyłam patchwork z łodziami Wikingów. Szczegóły na blogu - Półeczka z książkami.

Miałam właśnie napisać coś nowego. Miałam usiąść w fotelu i poczytać książkę. Miałam posłuchać porannej ciszy. Specjalnie wstałam tak wcześnie. Pomogła mi w tym natrętna mucha, za co jestem jej właściwie wdzięczna, bo ostatnio mam tak mało czasu dla siebie. Tup,tup, tup. Słychać na schodach małe stópki. Teraz już nic nie napiszę, nie przeczytam. Posłucham ciszy z … z synkiem…