Świat jest stworzony po to, aby stać się kiedyś piękną książką
Archiwum
Zakładki:
Książki 2013
Książki 2012
Książki 2011
A tutaj piszę o książkach
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Dekoratorskie
Książki - 2010
Książki- 2008
Książki- 2009
Napisz do mnie
Piszą o książkach
Strony o książkach
Szablon mojego bloga
Wydawnictwa
Wyzwania czytelnicze
Zaglądam również TU
Tagi
Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać
niedziela, 24 sierpnia 2014

Wakacyjna opowieść - z tajemnicą. Autorka zastosowała dość powszechnie znany motyw w literaturze dziecięcej: otóż Marcel, rezolutny 10-latek, wakacje miał spędzić zupełnie w inny sposób. Kiedy dociera do niego, że będzie musiał całe dwa miesiące zostać u dziadków na wsi - nie jest zadowolony. Początkowa nuda zmienia się w intrygującą przygodę. Chłopiec podczas porządków w piwnicy natrafia na stary pamiętnik pradziadka. Z niego to dowiaduje się o skarbie rodzinnym. I tak po nitce do kłębka - chłopiec krok po kroku rozwiązuje zagadkę i odkrywa rodzinne tajemnice, których tu akurat nie brakuje.

Temat, wydawać by się mogło, na opasły tom - tymczasem autorka potraktowała go sprawnie i bez zbędnych dłużyzn i opisów. Raz dwa przechodzimy do kolejnego etapu rozwiązywania zagadki. Przy takim zabiegu jest miejsce na charakterystykę bohaterów i miejsc, budynków, są powroty do przeszłości - dużo tego, a przy takim sposobie pisania nie ma mowy o nudzie. Czyta się bardzo fajnie - historia wciąga, jest kilka niebezpiecznych momentów, które wywoływały zdenerwowanie u małego słuchacza. I choć taka książka jest skazana na happyend - było miło towarzyszyć Marcelowi przy szukaniu skarbu z przeszłości. Poza tym taka lektura inspiruje do stawiana pytań na temat własnej przeszłości, przodków. A nuż ktoś odkryje, że tak jak Marcel, pochodzi z hrabiowskiej rodziny. U nas padło pytanie na temat naszych (może:) arystokratycznych korzeni, ale stety niestety, mimo wysiłków umysłowych, nie doszukaliśmy się żadnego pra--pra-pra-pradziada Juliana hrabiego, i to ani z mojej strony ani z męża, a już tym bardziej dworu czy zamku, w którym można by szukać skarbów. Padło jeszcze pytanie, czy można tak sobie opukiwać mury w kościele - wiadomo - w jakim celu - tym bardziej, że po moim mieście krąży legenda o skarbie (rzekomo) ukrytym w murach kościoła farnego przez uciekiniera z Francji po rewolucji francuskiej. Tak więc drodzy rodzice - jeśli to czytacie - uważajcie na dzieci po tej lekturze, bo dziecięca kreatywność nie zna granic:)) Są gotowe nawet opukać mury w kościele aż po sam sufit - byle tylko przeżyć fascynującą przygodę:)

Bardzo fajna - jeszcze - wakacyjna - lektura. Okazuje się, że przygoda czeka na dzieci tuż za rogiem. Znajdą tutaj tajemnicę, humor (urokliwe ilustracje), czarny charakter, niespodzianki i powody do tego by zaszczękać z nerwów zębami - oczywiście wszystko w odpowiedniej dawce dla ośmiolatka +.

Wiek 8+

Wydawnictwo Skrzat

Więcej o książkach dla dzieci na blogu Półeczka z książkami:)



czwartek, 07 sierpnia 2014

Smakowity temat dla każdego, kto kocha książki.

Warszawskie kawiarnie literackie to cenna monografia poświęcona miejscom zjawiskowym: gdzie nie kawa była najważniejsza, ale bohaterowie pierwszego planu: poeci, prozaicy, dziennikarze, artyści w ogóle. Wydzielona salka, czasem tylko stolik, dla literatów, artystów, do której dostęp mieli tylko wybrańcy. Dostęp reglamentowany, broniony przez konkretną osobę.


Profesor Makowiecki zaczyna od eopki … romantyzmu. Od kawiarni Pod Kopciuszkiem, gdzie bywał m.in. Niemcewicz. Dalej oczywiście kawiarnie młodopolskie. I tu paradoks, ponieważ opowiadanie o kawiarniach warszawskich tego okresu trzeba było zacząć od kawiarni … krakowskich. W końcu słynne już kawiarnie 20-lecia międzywojennego, których nazwy gdzieś pewnie słyszeliśmy: Pod Picadorem, Kresy, legendarna Ziemiańska, Instytut Propagandy Sztuki.

Autor prowadzi nas konsekwentnie od jednego miejsca do kolejnego. Opowiada o ludziach, którzy byli związani z daną kawiarnią, o publiczności, która przychodziła, by obejrzeć swoich idoli. Taka kawiarnia w dawnych czasach była miejscem naprawdę specyficznym. W epoce wolnej od telewizji, radia jako takiego, portali plotkarskich, dla wielu było to wręcz miejsce święte. Podpatrzeć jak się zachowują ludzie sztuki, jak czytają swoje utwory, jak się noszą, co jedzą, jak się zachowują w towarzystwie. Zobaczyć ich na własne oczy - to było dopiero coś. Makowiecki pisząc o tak wielu miejscach wplata mnóstwo informacji o danej epoce, tle historycznym, społecznym, kulturowym.Skupia się na wyposażeniu kawiarni, instrumentach, repertuarze, cenach.

Wyliczankę bywalców danej kawiarni autor dokumentuje też dorobkiem literackim, albo i artystycznym w ogóle, danej postaci. Wśród nich byli wielcy tego świata - jak i maluczcy, meteoryty - pojawili się na chwilę, dziś niewielu o nich pamięta.

Kawiarnia kształtowała też nowy obyczaj, modę, ubiór. Była więc miejscem rozrywki i konsolidacji środowisk literackich, umożliwiała kontakty, zawieranie znajomości, lansowanie określonych postaw, opinii i wartości literackich, rozprowadzanie nowin ze świata artystycznego, dawała bezpośrednie kontakty twórców z publicznością.

R. Kanarek, Kawiarnia literacka, [w:] Słownik literatury polskiej XIX wieku, pod red. J. Bachórza i A. Kowalczykowej

Pytanie – czy takie kawiarnie literackie są dziś jeszcze u nas? Jeśli tak, to gdzie? Zastanawiam się jak takie kawiarnie – z historią, z przeszłością (oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu), miałyby się do dzisiejszych lokali, w których podaje się kawę. Oczywiście, że celowo i trochę prowokująco używam wyrazu: lokale. Bo jak określić wydzielony kącik w galerii serwującej wprawdzie ileś tam rodzajów kawy – ale bez klimatu, w pośpiechu, z głośną muzyką wątpliwej jakości, między jednym zakupem a drugim. Picie kawy w nerwowym tle, z komórką służbową rozbrzmiewającą co rusz, albo z nosem zatopionym w laptopie. A gdzie magia miejsca, specyficzny klimat. Nawet – jak się okazuje – wcale nie piękne. Ale tworzone przez ludzi i dla ludzi, i w końcu przez publiczność – podsłuchującą, słuchającą, obserwującą. I reguły dostępu do stolika. Ale to już zupełnie inna historia.

Wydawnictwo Iskry






Kolejna książka Tullet'a, która tak bardzo zaskakuje, że chce się i śmiać i podskakiwać:) Bo takiej książki dla dzieci dawno nie widziałam, żeby sprawiała tak wiele niespodzianek i radości. Więc dlaczego sobie nie podskoczyć, albo nie zanucić pod nosem? Turlututu to dziwaczny osobnik z wielkim okiem i koroną na głowie. Zaprasza do wspólnej wędrówki: na biegun, na pustynię, na księżyc. Tam za zimno, tu za ciepło – nic to, wystarczy nacisnąć guziczek i już przenosimy się w inne miejsce. Masz ochotę pomalować ścianę na zielono? Nic prostszego – trzeba tylko dobrze wymieszać żółtą farbę z niebieską. Ściana jest mokra – to podmuchaj. Masz dobry humor - pośpiewaj w języku Turlututu. Pukasz do drzwi, włączasz światło, głośno wołasz, robisz psikusa czytającej osobie, wypowiadasz magiczne zaklęcia, szukasz Turlututu w różnych pudełkach, sprawiasz, że rośnie on i ciągle rośnie. Czy to możliwe? Ależ oczywiście, że tak. Ta książka to nie tylko doskonała zabawa, to też niesamowite pole do dziecięcej wyobraźni, która jest bezgraniczna. Dużo śmiechu i tajemnic, pułapek i zagadek – i dla małych i dla dużych. Propozycja wspólnej zabawy Tulleta to również ciekawa kontrpropozycja dla książek interaktywnych inaczej  – które gęsto zapełniają księgarskie półki. Ale nie ma tak łatwo – nie odezwie się tu gotowy dźwięk – trzeba go wytworzyć samemu. Nie zaświeci się światło – trzeba sobie to wszystko wyobrazić. I to jest właśnie siła tej książki. Kreatywność górą.

Wiek 4+

Wydawnictwo Babaryba

wtorek, 05 sierpnia 2014


Przy ulicy Astronomów,

w jednym z bardzo wielu domów,

mieszkał sobie razem z żoną

roztargniony pan Astronom.

W domu nie widziało go się,

bo wciąż błądził po Kosmosie,

przez ogromne teleskopy,

których zresztą miał na kopy, przez soczewki i lunety

badał gwiazdy i planety.

 

Znaliśmy dzięki Bajkom Grajkom - gdzie głosów użyczyli m.in.: Krzysztof Kolberger, siostry Winiarskie, Jerzy Bończak, Bożena Dykiel, Jerzy Tkaczyk. I choć powinnam pisać o książce, nie sposób wspomnieć tamtej produkcji - z lat 80-tych. Bardzo optymistyczna historia pewnej rodziny. Właśnie tak wyobrażam sobie familię,w  której KTOŚ ma pasję - tutaj tato bez przerwy spogląda w niebo. Nic dziwnego, że jego dzieci: Teleskopek i Teleskopka idą tą samą drogą. Dzieci są zajęte wieloma codziennymi sprawami: karmieniem kota, obserwacją świata dokoła, ale psocą niesamowicie,a przy okazji przemycają do tekstów mnóstwo informacji na temat Słońca, Księżyca,planet, Kopernika, gwiazdozbiorach, gwiazdach. Nie ma tu absolutnie czasu na nudę. Ktoś kiedyś powiedział: aby zapalić innych, samemu trzeba płonąć. Od pana Astronoma bije tak wiele optymizmu i pozytywnej energii, że nie sposób nie dać się porwać i zainteresować żywo tematem. Z tej opowieści można naprawdę wiele się nauczyć.

Dzieci wiercą dziurę w brzuchu, czyli zadają pytania, a  tato cierpliwie odpowiada. I to jak:

Dlaczego Słońce świeci?

To jasne jest od razu.

jeśli się wie, że Słońce

to wielka kula gazów.

Te gazy wciąż są w ruchu

i żarzą się i prażą

w słonecznym wielkim brzuchu.

Słońce to kula gazów,

to gwiazda rozżarzona,

stąd właśnie płynie światło,

stąd płynie ciepło do nas.

Popatrzcie naokoło:

to wszystko, co widzicie - świat roślin, ludzi, zwierząt -

Słońcu zawdzięcza życie.

 

W środku znajdziecie sympatyczne ilustracje Marty Kurczewskiej, która jest autorką wizerunku wikinga Tappiego;)

Wiek 5+

Wydawnictwo Literatura

 

 



niedziela, 03 sierpnia 2014

Autorkę określiłabym – z dużą dozą sympatii – naczelną biografką kraju. Wprawdzie od czasu do czasu pojawiają się książki o znanych postaciach, ale nikt inny spośród polskich autorów dla dzieci nie ma na swoim koncie aż tylu tytułów w tej dziedzinie co Anna Czerwińska-Rydel. Farenheit, Schopenhauer, Korczak, Chopin, Czochralski, Tuwim, Heweliusz, Skłodowska-Curie, a ostatnio Wieniawski, Fredro, Makuszyński, Lutosławski i Wedlowie.

Każda biografia z długiej listy tytułów to zarazem inny pomysł na przedstawienie głównego bohatera. W książce o Lutosławskim autorzy udzielają głosu uczennicy Ani, która przy okazji klasowego wyjścia do filharmonii, ma przeprowadzić wywiad z mistrzem. Mała Ania to nie kto inny jak sama Anna Czerwińska-Rydel, która w przyszłości napisze pracę magisterską o aleatoryzmie kontrolowanym w utworach Mistrza. Z jednej strony to książka bardzo osobista, z drugiej udana próba wytłumaczenia dzieciom, jak powstaje współczesna muzyka i czym różni się ona od uporządkowanych i miłych dla ucha utworów Bacha czy Chopina. Podobnie jak w innych książkach Czerwińska-Rydel pokazuje swoich niezwykłych bohaterów jako zwykłych ludzi z pasją, którzy poświęcili swoje życie na realizację marzeń. Ale robi to bez zbędnych wielkich słów, huku, sensacji.

W przypadku Lutosławskiego koncentruje się na jego twórczości i tym, co związane z muzyką. Zabrakło mi tutaj informacji na temat życia prywatnego. Moja uwaga wynika oczywiście z porównania z innymi tytułami. W większości z nich autorzy poświęcili dużo miejsca właśnie tej tematyce. Tutaj, jeśli takową podejmują, i tak wszystko kręci się wokół nut i dźwięków. Rodzina Mistrza była zakochana w muzyce – ten grał, tamten śpiewał. Jeśli ktoś przebywał w takim środowisku, od samego początku był skazany na muzykę.

W książce o Lutosławskim ilustracje przypominają abstrakcyjne obrazy, są jakby w ruchu, jak rozedrgane dźwięki w utworach Mistrza. A może wyobraźnia pozwoli Wam usłyszeć nawet muzykę?

Recenzja na stronie Xiegarnia.pl

Więcej na stronie Półeczka z książkami

piątek, 01 sierpnia 2014



O tym, że warto filozofować z dziećmi - przekonywałam już nie raz. Również przy okazji serii:Dzieci Filozofują. Do tej pory ukazały się trzy części - o życiu, uczuciach, dobru i złu. Ta najnowsza skupia się na - Ja. Co jak co, ale ta tematyka powinna zainteresować najmłodszych.

Książka dotyka wielu aspektów, które nurtują małego człowieka: wolności, wyglądu, rodziców, różnic, wieku i zwierząt. 

Punktem wyjścia zawsze jest ...pytanie. Przypomina to antyczne szkoły filozofii. Tam też szukanie prawdy miało swój początek w pytaniu, czyli problemie. 

Czy jesteś zwierzęciem, czy cieszysz się, że rośniesz, czy jesteś taki jak inni, czy jesteś coś winien swoim rodzicom, czy lubisz przeglądać się w lustrze, czy sam decydujesz o tym, kim jesteś? 

Autor dzieli przysłowiowy włos na czworo. Ogląda medal z każdej strony - bo pytania wyjściowe rodzą kolejne pytania, a te kolejne. Są jak domino, które ruszając jeden klocek, wprawia w ruch inne. Mało tego - ten proces naprawdę trudno zatrzymać. Autor prowokuje - mówiąc: dobrze, a skoro jest tak, to dlaczego nie może być inaczej - i znów prowokuje podając zupełnie inny przykład. Małe (i duże) głowy myślą, drążą dziury w brzuchach - i oto właśnie chodzi. Książka, która wspaniale uczy myślenia, motywuje do wypowiedzenia odważnie swojego zdania, uczy uzasadniania swoich wyborów i postaw. 

Filozofowanie zwykle kojarzy się nam jako czynność niesamowicie poważna. Tymczasem ta książka często śmieszy - a to za sprawą m.in. wesołych ilustracji. Jedne większe, inne w wersji mini, przedstawiają człowieka w rożnych sytuacjach życiowych -w  których - kto wie - pewnie nie raz - odnajdą się i dzieci i dorośli. Filozofowanie jest dobre dla każdego - na pewno wzmacnia relacje, przyczynia się do lepszego poznania innych, skłania do refleksji w zabieganym dniu codziennym, w końcu budzi ciekawość - a z tego ostatniego elementu potrafią powstać rzeczy naprawdę wielkie. 

Więcej o książkach dla dzieci na blogu: Półeczka z książkami

Wiek 7+

Wydawnictwo Zakamarki