Świat jest stworzony po to, aby stać się kiedyś piękną książką
Zakładki:
Książki 2013
Książki 2012
Książki 2011
A tutaj piszę o książkach
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Dekoratorskie
Książki - 2010
Książki- 2008
Książki- 2009
Napisz do mnie
Piszą o książkach
Strony o książkach
Szablon mojego bloga
Wydawnictwa
Wyzwania czytelnicze
Zaglądam również TU
Tagi
Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać
środa, 15 września 2010

Gdybym nie trafiła kiedyś na świat blogów i nie zaczęła czytać recenzji, ta książka pewnie nigdy by mnie zainteresowała. Jej okładka to nie moja bajka. A jednak pozory czasem mylą. Po baaaardzo pochlebnych recenzjach, niektórych wręcz pełnych zachwytu, wzięłam i ja się do czytania. Trochę to trwało, bo książka liczy sobie prawie 800 stron. Na początku – przyznaję - był chaos. Mnóstwo nazwisk, dziwacznych zdarzeń, miejsc. Potem z każdym rozdziałem wszystko stawało się klarowniejsze, a ja zapadałam się coraz głębiej w fotel. Opowieść fantasy, stylizowana na czasy średniowieczne, kończy się zdecydowanie za szybko, ale nic to – w końcu to zaledwie pierwsza część smakowitej trylogii: „Pieśń lodu i ognia”.

Każdy rozdział to inny bohater. W tle cała masa pomniejszych ludków, którzy wkręceni są w tryby historii toczącej się powoli naprzód. Nic do końca nie jest jasne, ani przewidywalne. Białe nie jest białe,  a czarne – czarne. Właśnie tak lubię. Brudny świat polityki, układów. Tfu. Akcja zaskakuje -  choć tak naprawdę nie dzieje się tutaj aż tak wiele. Oto lord Eddard Stark zostaje mianowany namiestnikiem królewskim, na miejscu niejakiego lorda Jona Arryna, który pożegnał się z życiem w dość dziwnych okolicznościach. Na dworze Winterfell zostaje żona Starka, on sam z trójką swoich dzieci udaje się na południe. A tam …

Autor koncentruje się na opisie osób, ich reakcji na pewne zdarzenia, dokonuje analizy ich zachowań, ambicji, marzeń, dążeń. Owszem - pełno tu intryg, dworskich knowań, są opisy spotkań, walk, bitew. Jednak najważniejsze nie jest wcale – co? ale dlaczego? To człowiek stoi w centrum, mnóstwo życiorysów bohaterów, których losy są ze sobą powiązane. Podoba mi się umiłowanie autora do szczegółu, koncentrowanie się na przysłowiowej kropce nad „i”. Gdyby nie kilkanaście dziwacznych postaci – wilkory, demony, smoki, można by nawet pokusić się o stwierdzenie, że to książka historyczna. To co zapada w pamięć to specyficzna atmosfera – w książce jest tak jakoś mroczno i zimno. Co jakiś czas pojawiają się niesamowite opowieści, które nianie opowiadają małym dzieciom ku przestrodze. Naprawdę mogą ciarki przejść po plecach.

Książkę czytałam bardzo dokładnie – autor nie szczędzi nam historii kto z kim i dlaczego. Opuszczenie fragmentu grozi później znakiem zapytania. Zresztą, co tu dłużej pisać - czytanie tej książki to czysta przyjemność, do której bardzo zachęcam. Martin podniósł w świecie książek fantasy poprzeczkę bardzo wysoko, i coś mi się wydaje, że będzie teraz bardzo trudno ją komuś przeskoczyć. A może ktoś już tego dokonał, tylko ja o tym nie wiem…. Będę wdzięczna za informację.

Wadą książki jest to, że można się w niej pogubić – szczególnie na początku. Przy każdym kolejnym rozdziale miałam wrażenie, że już byłam w tym miejscu, tylko nie widziałam kiedy i z kim. Niech Was to nie zniechęca, bo ominie Was naprawdę smakowity literacki kąsek.

Wydawnictwo Zysk i S-ka

Tagi: fantasy
18:42, be.el
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 06 września 2010

Do zabawy zaprosiła mnie Abiela. Moim zadaniem jest wymienić 10 rzeczy, które lubię;

A więc lubię:

  1. Gdy moje dzieci tulą się do mnie i mówią, że kochają mamę najbardziej na świecie.
  2. Mój nowy dom, w którym za chwilę zamieszkam.
  3. Gadać z moim mężem przy lampce dobrego wina.
  4. Bawić się z moimi maluchami. Wymyślać dla nich zabawki.
  5. Książki.
  6. Marzyć.
  7. Przyrodę.
  8. Ciszę.
  9. Grzebać przy maszynie do szycia.

10.  Słodycze – zwłaszcza marcepany w czekoladzie. To lubię za bardzo. Zdecydowanie nie powinno się znaleźć na ostatnim miejscu.


Zapraszam Briar-kę:)

niedziela, 05 września 2010

Cóż za przewrotny tytuł. Bo czyż po tamtych czasach mogą nadejść kiedykolwiek czasy spokojne? To też pytanie retoryczne. Dla wielu, zwłaszcza dla Żydów, II wojna światowa wyznaczyła bardzo wyraźną granicę – przed i po. Ale mówić o „po” spokojne czasy? To jakaś ironia losu, chichot historii. A może zwykła próba zwykłych ludzi,  tysięcy, którzy przeszli przez piekło, powrotu do normalności. Lizzie Dorn pokazuje nam swoich bohaterów właśnie w zwykłych scenach dnia codziennego – bez patosu, ot tak zwyczajnie, czasem szaro i buro: w wałkach u fryzjera, albo z obnażonymi paznokciami u zwykłej manikiurzystki Lei. Ludzie gadający o tym i owym, o pogodzie, zakupach, dzieciach. A jednak tamte czasy tkwią w nich głęboko – Drobne dłonie Dorki. Grube palce żony rabina. Miękkie ręce pani Paliwody. Długie palce pani Resistance. Opuchnięta ręka Madame, śpiewaczki operowej. Najładniejsze na osiedlu ręce Idy Cytryn. Ręce. I znów ręce. I kolejne historie i życiorysy. Bo nie da się uciec od tamtych czasów. To książka o stracie i smutku. Wielkiej stracie i wielkim smutku. I o olbrzymiej woli przetrwania i życia dalej. Mimo wszystko. To próba stworzenia pozorów normalności, z dala od miejsca, gdzie tyle się przeżyło, gdzie tyle siebie się zostawiło. Być może utraciło i serce i duszę, a dla Tel Awiviu – zostawiło tylko ciało. Ręce, które dopieszcza Lea.

To książka smutna. Ciekawa. Zobaczyć jak radzą sobie ludzie, którzy przeżyli Holocaust. Właściwie podglądnąć ich. Niewiele tu koszmarnych scen, szczegółów – jak było. Jednak właśnie ten brak, odczuwalny skutek tego czegoś nienamacalnego, sprawia, że i mnie podczas czytania ogarnął wielki smutek. Współczucie, zrozumienie, szacunek i chęć pocieszenia, choć to na nic się zda.

Książka na wrzesień, kiedy tyle bolesnych wspomnień i rocznic. Dla tych, którzy nie chcą zapomnieć, szukających prawdy i zrozumienia...

Wydawnictwo MUZA