Świat jest stworzony po to, aby stać się kiedyś piękną książką
Archiwum
Zakładki:
Książki 2013
Książki 2012
Książki 2011
A tutaj piszę o książkach
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Dekoratorskie
Książki - 2010
Książki- 2008
Książki- 2009
Napisz do mnie
Piszą o książkach
Strony o książkach
Szablon mojego bloga
Wydawnictwa
Wyzwania czytelnicze
Zaglądam również TU
Tagi
Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać
wtorek, 30 września 2014

Książka, która przegoni nudę, a na dodatek wiele nauczy.  Przygoda z Polską to atrakcyjne połączenie historii, literatury, geografii, przyrody i ... dobrej zabawy. Dzieci poznają herby znanych miast, legendy, naszych granicznych sąsiadów, kamienice na Starym Mieście w Gdańsku, drzewa liściaste, popularne ptaki. Za sprawą tej nietypowej kolorowanki przenoszą się w  rejony Puszczy Białowieskiej, nad Biebrzę i Morze Bałtyckie, wspinają się po wysokich Tatrach. Mogą kolorować, uzupełniać obrazki za pomocą załączonych na końcu naklejek, wycinać znane budowle: zamek w Malborku i kamienice na Starym Mieście w Gdańsku i Pałac Kultury i Nauki. Łączą w pary postacie ze znanych legend, szukają różnic na budynkach podobnych niby do siebie jak dwie krople wody, rysują po śladzie, szukają wyjścia z kopalnianego labiryntu.

Gdyby te wszystkie informacje przekazywać małym dzieciom w sposób tradycyjny, pewnie (dzieci:) znudziłyby się. Poprzez zabawę, nietypowe zadania i lekturowe wyprawy w ciekawe miejsca, taka nauka staje się przyjemniejsza i bardziej wartościowa. To nie suche fakty, ale gotowe obrazy zapadające w pamięci. Dzieci wykonują rożne prace angażując różne zmysły i wykorzystując różnorodne techniki. Można pokusić się o wykorzystanie farb, kredek, a może dzieci spróbują zrobić kolorową wydzierankę? Dużo pracy, ale jaka satysfakcja:)!

W wersji o Polsce znajdziecie 77 naklejek oraz trzy kartonowe modele do składania. Ilustracje i krótkie notki mogą być punktem wyjścia do przekazywania większych ilości informacji na dany temat. Jeśli dzieci się czymś zainteresują - można sięgnąć po lektury pomocnicze. Dużym plusem jest tekst angielski tuż obok polskiego. Książkę można podarować jako prezent - na pewno przybliży nasz kraj i zachęci do tego, by nas kiedyś odwiedzić i zobaczyć wszystko na własne oczy.

Dostępna jest również wersja o Europie, o której pisałam tutaj.

Wiek 3+

Wydawnictwo Zuzu Toys



Dziewięcioletnia Jonna mieszka w domu dziecka "Czysty kąt". Jak sama nazwa wskazuje, jest to miejsce, gdzie szczególną uwagę przywiązuje się do porządku, higieny osobistej, schludnego wyglądu i czystości przede wszystkim. Nad całością czuwa bardzo niemiła osoba - oczywiście schludna i porządna - Gerd. Właśnie dowiedziała się, że czeka ją kontrola prowadzonej przez nią instytucji. A że według przepisów w domu dziecka jest o jedno dziecko za dużo, bez skrupułów oddaje jedno z nich dość oryginalnej matce adopcyjnej - mianowicie Gorylicy.

Jonna na początku jest z tego faktu bardzo nieszczęśliwa i niezadowolona. Dziewczynka kilka razy nawet próbuje uciec od Gorylicy. Tym bardziej, że miejsce nowego domu jest nieciekawe - to teren starej i opuszczonej fabryki. Mała wstydzi się swojej nowej opiekunki: jej wyglądu, zachowania, ubioru (ach te pantalony:))), sposobu mówienia. Jednak z czasem ta niechęć coraz bardziej ustępuje sympatii i prawdziwej przyjaźni. Dziewczynka przekonuje się, że niekiedy to, co najważniejsze, jest niewidoczne dla oczu. A pod grubą skórą owłosionej Gorylicy kryje się delikatna osóbka, z wielkimi pokładami miłości i pozytywnej energii, kochająca książki nade wszystko. I powiedzcie sami jak tu nie polubić taaakiej gorylicy:)

Moja mama Gorylica oswaja dzieci z tematem inności. Bo przecież Gorylica różni się od wszystkich pozostałych bohaterów tej opowieści. Historia ludzkości nie raz pokazywała, że obcy budzi niechęć i wrogość. Tak jest też w przypadku tytułowej bohaterki. Porządni ludzie patrzą na nią i kiwają głowami, odwracają się, robią głupie uwagi, sami czują się lepsi. Pozornie bardziej wykształceni, obyci w świecie. Tymczasem Gorylica jest istotą niezwykle oczytaną, polującą na białe kruki, marzącą o swoim prywatnym antykwariacie. Niewiele robi sobie z wrogich uwag i spojrzeń innych - świetnie, w niekonwencjonalny sposób, radzi sobie z uszczypliwościami, obłudą i chamstwem. Broni siebie i Jonny. Nie stara się na siłę przypodobać innym albo stać się kimś innym. Mama Gorylica ma swój honor i ideały, którym jest wierna. I choć na początku trochę czujemy obawę o małą Jonnę, wkrótce nie ma problemu z określeniem się, po czyjej jest się stronie. Taaak - Gorylica górą!

W książce nie brakuje rasowych czarnych charakterów - znakomicie urozmaicają fabułę. I nie mam tu na myśli różnych mieszkańców miasteczka, którzy na swój sposób uprzykrzają życie Jonnie i Gorylicy. Autorka pokazuje słabości takich instytucji jak domy dziecka oraz urzędów, które działają często tylko w swoim własnym interesie - nie bacząc na potrzeby i oczekiwania najbardziej pokrzywdzonych w życiu. I tak jest również w tej historii, która na szczęście znajduje tutaj (szkoda jednak, że po trosze nielegalny) happy end. 

Wiek 6+

Wydawnictwo Zakamarki

niedziela, 28 września 2014

Każdy pisarz (w niektórych przypadkach: autor:), bo pisarz to jednak wielkie słowo - przynajmniej mi się tak kojarzy) pisze coś, co następnie odkłada na później, a może odkłada na zawsze, stwierdzając, że jednak to nie to. A może w zamyśle, że pojawi się nowy pomysł, wena twórcza itede itede. Postronne osoby (czytaj: czytelników) pewnie interesuje to, co takiego ktoś napisał, czego nie pokazał światu, co schował w głębokich sejfach, szufladach, kartonach. Podobnie jest z Charlotte Bronte - autorką kilku słynnych powieści, a może i bohaterką sensacyjnego kłamstwa, co stara się udowodnić Eryk Ostrowski w książce  Charlotte Bronte i jej siostry śpiące. I tak jak z wypiekami na twarzy przed laty czytałam Sanditon Jane Austin (nieukończona z powodu śmierci autorki), tak tutaj z lekkim drżeniem serducha zagłębiłam się w czterech opowieściach, które mogły mieć swój dalszy ciąg, ale go nie miały - i Bóg jeden wie, z jakiego powodu.

Kiedy czytałam książkę, nie raz nachodziła mnie myśl, że to takie trochę wchodzenie w butach w czyjeś życie (tutaj: przyjemne), bo przecież autorka z pewnych powodów nie kontynuowała tych powieści. Może uważała je sama za słabe. Może nie chciałaby, by je czytać. A tu coś takiego. Może właśnie dlatego przygoda z tą książką (z tymi niedokończonymi książkami) to swego rodzaju podglądanie kogoś. Po książce Ostrowskiego na pewno wzrósł apetyt na książki Charlotte - i nie ma się co dziwić. Ja węszę dużą sensację i ciekawam bardzo, co świat literacki na to, bo książka na pewno narobi w tym środowisku szumu, jeśli już go nie narobiła:)

Najdłuższą z niedokończonych opowieści jest Ashwort (str. 7-85). Rozgrywa się na prawie osiemdziesięciu stronach. I tutaj pozostało najwięcej znaków zapytania, które wymagałyby wyjaśnienia, ale no cóż - koniec trzeba dopowiedzieć sobie samemu. Bo jakże ekscentrycznym wydaje się być pan Ashworth - jego recepta na życie, stosunki z najbliższymi. Zaintrygował mnie jego osobliwy stosunek do swoich ślubnych synów, których oddał mamce, nie znał ich w ogóle, nie widywał, nie rozmawiał. Jaka była rola tych chłopców w dalszej części powieści? Jak się ułożyło życie głównego bohatera?

Ciekawe, w jakim kierunku miała rozwijać się Emma (str. 101 - 115). Narratorka - wdowa, dokonuje krótkiego obrachunku z doświadczeniami na płaszczyźnie damsko - męskiej. Stwierdza nawet w pierwszym, jakże intrygującym, zdaniu, że wszyscy szukamy w życiu ideału. Po czym uwagę swą przekierowuje na okolicę, sąsiadów, zwłaszcza na pannę Wilcox, która prowadzi szkołę dla panien. Skupia się na postaci młodziutkiej panny Fitzgibbon, z którą związana jest pewna afera.

Państwo Moore (str. 137- 199) to ciekawa zajawka historii pewnego małżeństwa z wyższych sfer. Każdy z małżonków ma swoją receptę na życie, żaden nie chce podporządkować się drugiemu. Na kilkudziesięciu stronach można się przekonać, jak w dawnych czasach mężczyźni widzieli kobietę i odwrotnie. Trzy dramatyczne niekiedy rozdziały nie zapowiadały happy endu tej historii. Bo czy pan Moore dałby się okiełznać? Śmiem wątpić, ale .... kto wie. Czy słuchałby się żony i odwrotnie? Ta powieść mogłaby naprawdę narobić szumu w tak zwanym ówczesnym towarzystwie. Niektóre dialogi między małżonkami albo stwierdzenia są bardzo odważne jak na ówczesne czasy. Co by się wtedy działo:)

Historia Williego Ellina (str. 201 - 237) to opowieść o dwóch braciach, z których starszy Edward fatalnie traktuje młodszego Williego. Czyżby nawiązanie do Wichrowych Wzgórz i próba wyjaśnienia tajemnic Heathcliff'a?

Niedokończone opowieści oczywiście pozostawiły niedosyt, ale uchyliły rąbka tajemnicy z warsztatu wielkiej pisarki. Różna tematyka jak widać, sięgnięcie po różnorodne problemy epoki - ale bez końca - ten trzeba sobie dopowiedzieć samemu. Ciekawi mnie jeszcze to, czy ktoś kiedyś pomyśli o tym (a może już pomyślał?), by dokończyć te historie. Przecież już nie raz zdarzało się, że współcześni autorzy dopisywali ciąg dalszy. Kto wie, może kiedyś ktoś....

Wydawnictwo MG


czwartek, 25 września 2014

Oczywiście, że piersi budzą zainteresowanie. Bo skąd taka różnica? Te kobiece wyglądają zupełnie inaczej niż piersi męskie. No i jedna pani ma zupełnie inne piersi niż druga. Mniejsze, większe. Może niejeden rodzic musiał odpowiadać na pytania: „A dlaczego?” Książka w prosty i zrozumiały sposób tłumaczy mnóstwo piersiowych tajemnic i odpowiada na pytania, które na pewno tkwią w małych (a może i w dużych) głowach.

Dlaczego kobiece piersi są takie duże, kiedy zaczynają rosnąć, jak są zbudowane, dlaczego męskie piersi nie produkują mleka, jakie znaczenie mają piersi w życiu małego człowieka, co zawiera mleko matki. Na końcu znajduje się wyjaśnienie, że niektóre mamy nie mogły karmić swoich dzieci. Dzieci dowiadują się o mamie, która być może zmagała się z jakimś ważnym problemem (np. choroba), a jednak mimo to dzielnie wychowywała swoją pociechę. Książka kończy się dziecięca prośbą: „Mamo, opowiedz mi, jaki(a) byłem(łam), będąc małym dzieckiem”. To zachęta to rodzinnych opowieści, wspomnień, bycia razem. Wiem z własnego podwórka, że takie wspominki zawsze cieszą się dużym zainteresowaniem i nigdy nie ma ich końca.

Książka jest wspaniale zilustrowana. Dominuje pomarańcz ludzkiego ciała. Proste ilustracje zdradzają tajniki anatomii, objaśniają ludzkie ciało, w prosty sposób odzwierciedlają problematykę. Na pewno trafią do wyobraźni dziecięcej.

 

Wiek 5+

Wydawnictwo Tako



piątek, 19 września 2014

Na hasło biel mogę od razu wymienić: biały, alabastrowy, kość słoniowa, mleczny, chamois, kremowy, porcelanowy, perłowy. Natomiast nigdy nie słyszałam, żeby ktoś mówił tak: biała biel białej kartki, bezkresna biel zimy, spieniona biel ciepłego mleka, bezpieczna biel dmuchawca, biel białka oka, biel białka jajka. Albo taki żółty. Poważne źródła donoszą: bananowy, cytrynowy, bursztynowy, kanarkowy, słomkowy, złocisty, stare złoto itd. Za to tutaj znajdziecie: za każdym razem inną żółtość siuśków, bananową żółtość kartofli, oślepiającą żółtość południa, kwaśną żółtość cytryny, fluorescencyjną żółtość świetlików, żółtość, która kiedyś będzie dmuchawcem.

A zapowiadałam jeszcze jedną zaskakująca książkę o kolorach? Tak, tak - całkiem niedawno. I to jest cały Pomelo - maleńki słoń, który mieści się pod dmuchawcem. Prawie go nie widać, a jaki oryginalny, nietypowy. Myślę, że kilka przykładów z książki zachęci Was do tego, by zapoznać się z często zaskakującymi i śmiesznymi określeniami kolorów. A może sami z dziećmi wymyślicie nowe nazwy dla czerwieni, pomarańczu (pomarańcz dnia, który odchodzi:)?

Książkę można wykorzystać w przedszkolnych grupach, gdy mowa jest o kolorach. Dziecięca fantazja potrafi zrobić naprawdę wielką niespodziankę. Albo ze starszymi uczniami - na lekcji o sztuce - jak widzą kolory, a jak widzi je Pomelo. Będą pewnie też nieźle się bawić przy tej książce.

Książka ma mniejszy format niż te o Pomelo wydane dotychczas (podobnie jak Przeciwieństwa ok. 16 cm x 16 cm). Jest bardzo kolorowa, z Pomelo na każdej rozkładówce. Nasz bohater określa kolory jak .... nie mężczyzna (mam nadzieję, że się nie narażę męskim czytelnikom). Bo ponoć panowie widzą tylko żółty, a nie jego 100 odcieni. Żółty to żółty. A tu Pomelo analizuje, nadaje nazwy jak wytrawny znawca - powiedziałabym - artysta, erudyta i filozof. I niech tak zostanie:)))) Ciekawe, czym nas jeszcze zaskoczy?


Wydawnictwo Zakamarki



czwartek, 18 września 2014

O tej książce po raz pierwszy usłyszałam jakiś czas temu, kiedy to z jedną z konferencyjnych koleżanek zaczęłyśmy w ramach zmiany tematu (na ciekawszy:) rozmawiać o książkach. Każda wymieniła kilka tytułów jako: do przeczytania. Na hasło: ulubiona książka dzieciństwa Aneta bez specjalnego zastanawiania się wymieniła Dlaczego kąpiesz się w spodniach, wujku Astrid Lindgren. Dla niej ta lektura była jakby dalszym ciągiem Dzieci z Bullerbyn – wprawdzie z zupełnie innymi bohaterami – ale równie klimatyczna, zwracająca uwagę na przyrodę, fizyczne towarzystwo innych, beztroskie zabawy z rówieśnikami, zachęcająca do tego, żeby szukać piękna i cudów w rzeczach i chwilach codziennych i maluczkich. To zdradza od razu jaka jest ta lektura. Na pewno z racji swego wieku – po raz pierwszy wydano ją w 1964 roku. Wtedy nie było tych wszystkich nowoczesnych gadżetów – umilaczy i złodziei czasu. Dzieciaki, jeśli się bawiły – to tak naprawdę, dosłownie, własnoręcznie zmajstrowanymi zabawkami, w krzakach, nad wodą, w domku na drzewie, a nie na wirtualnym gadu – gadu.

Na małą wyspę przybywa rodzina Melkersonów: tata i czwórka dzieci – 19-letnia córka Malin i trójka braci: Johan, Niklas i Pelle. Mama dzieci nie żyje, stąd Malin troskliwie opiekuj się braćmi. Na wyspie wynajęty dom zaskakuje zarówno wakacjuszy jak i nas, czytelników. Bo przyznajcie sami, jak zachowalibyście się, gdybyście na miejscu zastali zamiast wakacyjnego domku z wygodami ruinę, w której brakuje szyb, z zepsutym piecem, przeciekającym dachem, bez bieżącej wody – tę trzeba samemu przydźwigać ze studni. Zagroda Stolarza (znów ta zagroda:), kryje jeszcze dużo niespodzianek, które sprawią, że te wakacje będą specyficzne. Rodzina szybko zaprzyjaźnia się z tubylcami, z dużą dozą optymizmu podejmuje rzuconą przez los rękawicę – i całkiem nieźle, jak na mieszczuchów, radzi sobie z problemami. Melkersonowie obcują z przyrodą, obserwują ją, uczą się jej. Patrzą w niebo i próbują odgadnąć, jaka będzie pogoda. Nie brak tu humoru i smutku – wrażliwcy niech uważają, bo są i takie momenty, przy których łzy pewne.

Ta książka to afirmacja prostego życia, w którym jest czas na zabawę, rozmowę z bliskimi i pracę. To rzecz o beztroskim dzieciństwie, które pewnie wielu rodzicom dałaby dziś do myślenia: ciągłe przebywanie na świeżym powietrzu, łażenie po drzewach, wtykanie nosa do każdej dziury i kąta, wyprawy łódką. A może warto niektóre pomysły przenieść na swoje podwórko?

Jak poradził sobie tata pisarz – artysta skądinąd, z problemami dnia codziennego i dlaczego książka nosi taki właśnie tytuł ? – odpowiedzi szukajcie słuchając audiobooka.

Jeśli miałabym krótko podsumować interpretację Edyty Jungowskiej, zrobiłabym to tak: „Lektorka w akcji”. W pozytywnym tego słowa znaczeniu. Jest to lektorka zaangażowana, wręcz jakby weszła w tekst, do tego świata, zatraciła się w nim. Odpowiednio modelując głos oddaje wesołe momenty, smutne, wzruszające. Gdzie trzeba - zawoła, krzyknie, powie szeptem, zaakcentuje to, na co wypada zwrócić uwagę. Burzy tym samym mit lektora niezaangażowanego, czytającego bezpłciowo teksty, które w takim przypadku są tylko i wyłącznie tekstami a nie literaturą piękną. Na pewno Edyta Jungowska wykorzystuje tutaj swoje aktorskie przygotowanie – z czego korzystamy garściami.

Książka Dlaczego kąpiesz się w spodniach, wujku? znana jest również pod innym tytułem: My na wyspie Saltkrakan (czyli: My na Wyspie Słonej Wrony).

Rysunki: Piotr Socha

Muzyka: Salwador z dali

Wiek 8+

Wydawnictwo Jung-off-ska



środa, 17 września 2014

Na naszej półce są dwie oryginalne książki o kolorach. Dzisiaj o pierwszej z nich (o tej drugiej wkrótce:)

Wydawnictwa przyzwyczaiły nas, że w "kolorowych" książkach najczęściej pojawia się wyraz określający dany kolor i zaraz obok odpowiednia barwna plama odzwierciedlająca go. Tymczasem Tullet jak zwykle zaskakuje. Okładkowa odciśnięta dziecięca ręka zachęca, by zamoczyć dłoń w farbach, poczuć ich temperaturę, konsystencję, ślizg, zapach. By się nimi bawić, eksperymentować, tworzyć, grzebać wręcz, mazać nimi, wodzić palcem. Zresztą nie tylko zachęca - autor nakazuje to zrobić. I jeśli ktoś nie boi się domowych eksperymentów z kolorami, można działać artystycznie według instrukcji. A na dziecięcej kartce zaczną dziać się czary...

Dzięki żółtej farbie pojawia się zieleń, czerwień z niebieskim utworzyły fioletowy misz - masz, a czerwień z żółtym daje pomarańcz. Tullet zachęca do zabawy z książką - proponuje nią potrząsnąć, przechylić, zamknąć, przytulić kolory (!), przetrzeć ręką. To samo kreatywni mogą robić na kartce obok - z prawdziwymi farbami:)). Czarny sprawi, że kolory staną się ciemniejsze, biały je rozjaśni. Można dużo dzieciom to wszystko tłumaczyć, samemu spróbować to dopiero artystyczna pycha. 

Tullet zaprasza do artystycznej podróży. Wchodzi się do tego świata, bawi, doświadcza. Kolory w artystycznym nieładzie, barwne plamy pomazane palcem albo na skutek sklejenia kartek. Niby przypadkowe działania - a jednak zamierzone, bo przecież Tullet nie odkrywa tutaj Ameryki. Jednak jako pierwszy wpadł na pomysł takiej niesztampowej lekcji o kolorach, która na długo zapada w pamięci.

Wydawnictwo Babaryba

Chciałabym dziś zwrócić Waszą uwagę na książkę wyjątkową. Każda z książek Iwony Chmielewskiej jest WYDARZENIEM. Każda zwraca uwagę i wyróżnia się na półce księgarskiej. Ale ta jest pozycją szczególną.

Temat, pomysł na jego przedstawienie - wszystko to robi wrażenie. Jest to swego rodzaju mieszanina delikatności, intymności i tajemnicy. Jednocześnie z łamaniem tabu - bo, powiedzmy szczerze, niewiele przykładów w literaturze dziecięcej (że wspomnę Pierwszą książkę o miesiączce), które traktują o miesiączce. Temat na pewno nie łatwy - a przecież związany z biologią kobiety. Nie łatwy z tego choćby względu, że niekiedy przez same zainteresowane spychany gdzieś w prywatne kąty i zakątki. Trudny do ogarnięcia słowami, fachowymi terminami - co powoduje, że niektóre kobiety używają wulgaryzmów albo infantylnych eufemizmów.

Chmielewska uchwyciła moment stawania się kobietą. Ten stan biologiczny przyrównuje do baśni. Uroczysty dzień nie ma jednak nic wspólnego z wielkim świętowaniem. Królewna - kobieta jest osłabiona, obolała i przestraszona. I potem - już co miesiąc - staje się Panią swojego królestwa.

Dużo tutaj elementów baśniowych: Księżniczka na ziarnku grochu, Królowa Śniegu, Królewna żabka. Są różne baśniowe motywy: smok, szklana góra, wieża, klątwa. Jest w końcu fragment słynnego portretu Barbary Radziwiłłówny - pięknej kobiety, której życie zakończyło się tragicznie.

Zwykła dziewczynka, dziewczyna na kilka dni staje się postacią z tych baśni - to swego rodzaju tygiel, eklektyczna postać, łącząca w sobie na raz kilka dziwnie znajomych postaci. Samotna - jakby uwięziona na szczycie szklanej góry, z sercem lodowatym jak u Królowej Śniegu, obolała jak księżniczka z baśni o ziarnku grochu.



Opowieść o dojrzewaniu - pełna ulotnych obrazów, pozwalających ją interpretować na swój prywatny sposób. W towarzystwie delikatnych ilustracji - z motywami: roślin, koronek, z bardzo kobiecym akcentem czerwieni - tutaj ledwie muśniętym ale wyrazistym, od razu zwracającym uwagę.

Książka dla kobietki i kobiety - małej i dużej. W zależności od momentu w życiu, doświadczeń, kondycji ducha i ciała - różnie odczytywana.

Pięknie wydana, na grubych kartach, z błyszczącym grzbietem, szyta. Polecam jako prezent ... dla kobiety.

Wydawnictwo Entliczek

poniedziałek, 08 września 2014

Chciało mi się babskiej książki na wakacje – to mam za swoje. W domu została świetna biografia Beksińskiego – ale nie moja. Doczytałam do pewnego miejsca i utknęłam – bo na plażę nie swojej książki brać nie chciałam. A niech mi kto opiaszczoną stopą wjedzie w cudzą własność – tak pomyślałam:) No więc nie zapakowałam do plecaka – i już po kilku stronach Ficner – Ogonowskiej zaczęłam żałować, że jednak Grzybiałkowskiej nie owinęłam w folię jakąś albo gazetę – by sobie zagwarantować udane wakacje (do tego potrzebna jest dobra lektura.) Tymczasem wymęczyłam się przy tym Alibii jak jakaś masochistka,  umierałam z nudów przy kolejnej herbacie nijakiej Hanki, tasiemcowych opisach. Było za dużo szczególików szczegółów, padłam przy opisie zabawy dziewczynek lalką Barbie. Nie, nie – najpierw opisie wszystkich prezentów dla każdego z przyjaciół – a dodam, że grono przyjaciół było liczne. Książka, która powinna być co najmniej o dwie trzecie cieńsza. Po powrocie z wakacji z przerażeniem odkryłam,że moja sąsiadka czyta tom, bodajże, trzeci.

Wydawnictwo Znak