Świat jest stworzony po to, aby stać się kiedyś piękną książką
Archiwum
Zakładki:
Książki 2013
Książki 2012
Książki 2011
A tutaj piszę o książkach
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Dekoratorskie
Książki - 2010
Książki- 2008
Książki- 2009
Napisz do mnie
Piszą o książkach
Strony o książkach
Szablon mojego bloga
Wydawnictwa
Wyzwania czytelnicze
Zaglądam również TU
Tagi
Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać
piątek, 29 września 2017

I się doczekałam kolejnego tomu. Dwójka śledczych: Pia Sander i Oliver von Bodenstein znów muszą rozwikłać zagadkę morderstw. Mała miejscowość w niemieckich górach Taunus – a tyle się dzieje. I to od kilku sezonów. Jednak mogę zapewnić, że nie ma przesytu. To trochę jak podglądanie kogoś z boku – i ciągle coś nowego. Począwszy od pierwszego tomu poznajemy nie tylko dwójkę głównych bohaterów, ale również inne osoby- ściśle lub luźno związane z Pią i Oliverem, z miejscowością czy wydziałem śledczym, gdzie pracują. Zmieniają się, jedni umierają, inni rodzą, wracają w rodzinne strony, wyjeżdżają. W najnowszym tomie przewija się naprawdę mnóstwo postaci. Ktoś policzył – jest ich prawie 60. To szerokie pole do popisu: co rusz przenosimy się ze śledztwem w inne miejsce, co rusz spotyka się kogoś innego. Mała miejscowość w Hesji istnieje naprawdę: Ruppertshain. Tutaj trup ściele się często i gęsto, ale autorka opisuje przecież to, co zna najlepiej – czyli okolice, w której sama od kilku lat mieszka. W najnowszej powieści wszystko zaczyna się od wypadku na campingu należącym do lokalnej gospody. W pożarze przyczepy ginie mężczyzna w dojrzałym wieku. Nie chcę tutaj zdradzać zbyt wiele, ale w kwestii morderstw i niebyt przyjemnych wypadków to jest zaledwie czubek góry lodowej. Śledztwo od samego początku nabiera rozpędu, a w trakcie jego prowadzenia wiadomo już, że: primo: i tym razem łatwo nie będzie; secundo: być może trzeba będzie sięgnąć do zdarzeń, które miały miejsce przed 40-u laty. Na czym polega szczególna trudność? Oliver von Bodenstein pochodzi z tych stron, wszystkich zna, niekiedy świetnie orientuje się w historii całych rodzin, koligacji. Tutaj spędził dzieciństwo. Trudno niekiedy dobrych znajomych, ba – przyjaciół traktować formalnie. A jak się okazuje trzeba po takie środki właśnie sięgnąć. Dotyczy to zwłaszcza tych znajomości szczególnych: bandy rówieśników z dziecięcych lat. I kiedy wydawać by się mogło, że powinny to być najpiękniejsze wspomnienia: bo wspólne włóczenie się po okolicy, psoty, wypady w naturę, rozmowy, zabawy - rzeczywistość okazuje się być zgoła inna. To bolesne wspomnienia: nagle okazuje się, że z perspektywy dorosłego widać pewne rzeczy inaczej, w szerszej perspektywie, których jako dziecko nie było się w stanie poddać analizie, właściwie zrozumieć. Mając doświadczenia nazbierane podczas długich lat życia łatwiej odpowiedzieć sobie na pytanie: kto był tym właściwym przyjacielem a kto wrogiem. I z takim krótkim wstępem Was zostawiam, bo nie chcę oczywiście psuć lektury wyjawiając z byt wiele. Dodam jeszcze, że tak jak i w innych powieściach cyklu śledztwo jest prowadzone jednym torem, natomiast autorka zdradza nam wiele na temat życia prywatnego obojga śledczych. Związek Pii się rozwija, Oliver ma bardziej skomplikowaną sytuację życiową. Dochodzą do tego coraz problemy z córką, która – ma charakterek, oj, ma. Książka wielkich gabarytów, 712 stron – czyta się szybko. Na pewno w jej towarzystwie warto spędzić długie jesienne wieczory.

Wydawnictwo Media Rodzina

czwartek, 28 września 2017

Pamiętam jak kilka lat temu, kiedy odłożyłam ostatni tom Cukierni, pomyślałam sobie: szkoda, że to już koniec. Książki czytane przez wszystkie panie w mojej rodzinie, pożyczane sąsiadkom, koleżankom. Kupowane pod choinkę, na prezenty. (Zawsze był to trafiony prezent). Teraz wszystkie ucieszyłyśmy się, że jest kontynuacja. Miejsce jest znane: Gutowo i najbliższe okolice. Niektórzy bohaterowie pojawili się w pierwszej serii. Teraz odwiedzamy ich znów, pojawiają się nowe osoby i nowe wątki. Na całe szczęście Gutowo liczy sobie kilka tysięcy mieszkańców, stąd nadzieja, że autorka – Małgorzata Gutowska- Adamczyk coś na pewno jeszcze w przyszłości wymyśli. To lektura dla tych, którzy lubią wspomnienia rodzinne, wycieczki do przeszłości, niedomówienia podczas opowieści i czekanie na rozwiązanie zagadki. Właśnie na to ostatnie trzeba będzie trochę poczekać, bowiem w pierwszym tomie jest kilka nierozstrzygniętych kwestii, tajemnice, krzywdy sprzed lat. W planach – kolejne dwa tomy i wierzcie mi, trudno się będzie doczekać. Autorka uchyla rąbka tajemnicy powolutku, na razie tworzy klimat, przedstawia swoich bohaterów i skomplikowane relacje między nimi. Koncentruje się na rodzinie Hrysiów – znani w okolicy cukiernicy biorą udział w konkursie na najlepszy wyrób cukierniczy. Cukiernia pod Amorem proponuje proste ciasteczko z … wróżbą. Siła tkwi właśnie w prostocie. Wystarczy skusić się na słodki smakołyk, a zwinięta w środku karteczka podpowie, co daną osobę być może czeka w przyszłości. Wszyscy po kolei kuszą się na słodkości i wszyscy łakomie pochłaniają oczami przepowiednie. Co ciekawe – wiele z nich faktycznie pasuje do życiorysów i obranych dróg. A czy ciastko wygra konkurs?

Gutowo odwiedzają dwie kobiety: Monika i Teresa. Obydwie bogate, spełnione w życiu. Czegoś jednak szukają, chcą zrozumieć, uciekają we wspomnienia. Krocząc uliczkami Gutowa, odwiedzając dawne miejsca ich bytności, budzą pamięć, przywołują ludzi, których dawno już nie ma. Z drugiej strony budzą też demony: każda z nich ma coś do ukrycia. Przez wiele lat spychane do zakamarków pamięci, teraz pojawiają się ze zdwojoną siłą, domagają się wyjaśnień, wyciągnięcia na światło dzienne. Tymczasem w cukierni praca wre. Dochodzi do konfliktów właściciela z synem. Waldemar wynajmuje nawet prywatnego detektywa, który ma wyjaśnić zagadkę tajemniczego częstego znikania Zbyszka. Kiedy okazuje się, że powód jest prosty i dość przewidywalny: kobieta, czujność rodziców Hryciów na chwilę zostaje uśpiona.

Książka oprócz ciekawych wątków fabularnych zawiera interesujące tło społeczno – historyczne. Powojenna Polska, czas wprowadzania komunizmu, czasy współczesne. Autorka co rusz opisuje jakąś ciekawostkę dotycząca danego życia: mnie wciągnął opis uprawy lnu. Dziś, kiedy ubrania z tej tkaniny są bardzo drogie, aż wierzyć się nie chce, że dawniej nawet biedota wiejska biegała na co dzień w lnianych sukienkach i portasach.

Niezmiernie miło było znów odwiedzić stare kąty. Trochę jak bohaterki – Monika I Teresa – również i my krążymy wśród starych kamieniczek, ogrodów, maleńkich sklepików. Szukamy tego, co poznaliśmy kiedyś. Ta książka ma coś z rodzinnej gawędy. Dawniej w jesienne i zimowe wieczory siadało się w kuchni przy stole i wspominało, opowiadało zasłyszane historie po raz setny. Gutowska tak właśnie pisze – snuje swoje opowieści, koncentruje się na jakimś szczególe, komplikuje ludzkie losy. Ku naszej uciesze – bo książka na pewno może się spodobać. Mało tego – nie można doczekać się kontynuacji. Mam nadzieję, że ta szybko nastąpi.

Wydawnictwo Prószyński i S-ka

środa, 27 września 2017

Dziwny tytuł: „Między niebem a Lou”. Kim jest Lou? To żona znanego kardiochirurga Josepha. Niedawno odeszła. Teraz rodzina pogrążona jest w smutku: najbliżsi: i mąż i dzieci z rodzinami starają się ułożyć życie na nowo. Lou już nie ma – jednak jej mały przebiegły pomysł nie pozwala się innym „rozsypać”. Na czym polega cała zagadka? To list odczytany u notariusza po śmierci kobiety. Widząc w jakiej sytuacji jest jej rodzina, jak kiepskie relacje są pomiędzy ojcem a córką i synem, między rodzeństwem, między wnuczkami, Lou postanawia działać nawet zza grobu. To Joseph dostaje zadanie scalenia rodziny i poprawy relacji. I choć zazwyczaj jest pod górkę – i to czasem tak bardzo, że sił braknie, że aż chce się targnąć na swoje życie – Joseph krok po kroku daje rade z wypełnieniem ostatniej woli zmarłej. A jest tyle do uporządkowania. Wyspa, gdzieś na końcu świata, z jeden strony jest tym czynnikiem, który dawniej podzielił członków rodziny – z drugiej zaś tym, co ich w końcu połączy. Bo któż z młodych chce spędzić życie w miejscu, w którym nic się nie dzieje. Kiedy kusi wielki świat karier w biznesie, filmie. Do pewnych rzeczy trzeba albo dojrzeć, albo się przekonać.  Nawet Joseph przez wiele lat dzielił swe życie między stolicę a kawałek skalistego terenu otoczonego zewsząd morzem. Poniekąd Joseph rozumie swoje dzieci, ich wybory i konsekwencje. Jednocześnie chciałby, by tęskniły za domem, odwiedzały go możliwie często, chciały z nim spędzać czas.

Książkę przeczytałam jakiś czas temu, a ciągle siedzi mi w głowie. To ze względu na mnogość  i wagę poruszonych w niej tematów. Odchodzenie ukochanej osoby, starość, tęsknota, trudne relacje z dziećmi, stosunki między nimi, świat z perspektywy dzieci. Lektura pokazuje, że trudno o łatwe wybory. Każdy z nich niesie z sobą jakieś konsekwencje. Ale też niosą one ze sobą nadzieję – i jest to bardzo wzruszające w tej książce – że warto się starać, że nigdy nie jest za późno. Myślę, że każdy tę książkę przeczyta inaczej. Z perspektywy rodzica, który ma już dorosłe dzieci warto pokusić się o swoje doświadczenia. A może nakłoni ona kogoś do zmian w życiu, wyciągnięcia ręki? Poniekąd to lektura właśnie o pożegnaniu, porządkowaniu swoich relacji i spraw przed opuszczeniem doczesnego życia.

Wydawnictwo Media Rodzina

piątek, 22 września 2017

14-letnia Greta musi poradzić sobie z problemami, jakie zgotowało jej życie i … dorośli. Problemy matki sprawiają, że dziewczyna musi opuścić Warszawę i przenieść się na prowincję do malutkiego Wilmowa. Zamieszka u ojca i jego nowej rodziny. Macocha Anna, przybrana 7-letnia siostra Lilka, nowe środowisko w szkole. Nastolatka musi stawić temu wszystkiemu czoła. Nie jest łatwo z Anną, gdyż ta wyczuwa ze strony pasierbicy zagrożenie. Nie jest łatwo w klasie, ponieważ ta jest manipulowana przez jedną z koleżanek. Milena nie jest absolutnie przygotowana na to, że ktoś może mieć własne zdanie. A Greta je ma – i to często. Ma odwagę nie tylko do wypowiadania swoich myśli, działa według swojego sumienia, nie patrząc na to jak zareaguje środowisko.  Greta jest w ogóle osobą nad wyraz dojrzałą. Pewnie to wynik jej niezbyt przyjemnej rodzinnej sytuacji. Chętnie pomaga innym, jest z jednej strony otwarta – z drugiej jednocześnie zamknięta, trochę wycofana. Nie manifestuje swoich uczuć. Dziewczyna otwiera się głównie przed młodszą siostrą Lilką. Zresztą ta maluda to jest już i tak odrębny temat – jej postać od samego początku chwyta za serce. Rezolutna dziewczynka, poetka nawiązuje dobry kontakt z Gretą i tym samym staje się zupełnie nieświadomie swego rodzaj pomostem między starszą siostrą a rodzicami, zwłaszcza macochą (jak ja nie lubię tego określenia).

Staram się czytać wszystko Barbary Kosmowskiej, co tylko wpadnie mi w ręce. Nieważne, czy to literatura dla dzieci czy młodzieży, zawsze trzyma poziom. Nigdy się nie zawiodłam. Często prezentuje bohatera, który ma odwagę podążać swoją drogą. To swego rodzaju outsider, który potrafi zaimponować odwagą w zachowaniu, w wyrażaniu swoich myśli i zdania. To nie oportunista, ale i może na swój sposób … wojownik, który uparcie zmaga się z przeciwnościami losu. I brnie w swoje racje, choć przecież mógłby wybrać łatwiejszą drogę – na skróty. Taka jest właśnie Gerta. Młodziutka, mądra gimnazjalistka, dziewczyna z charakterem, która mi zaimponowała. A zakończenie totalnie mnie zaskoczyło – co baaaardzo lubię.

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

środa, 20 września 2017

Wielodzietna rodzina z małego domku w norweskim lesie powraca. Ósemka dzieciaków, rodzice, babcia, pies Rurek. Co ciekawe - wszystkie dzieci mają imiona na literę „eM”. Babcia kiedyś mieszkała w domu spokojnej starości, ale teraz już nie. Bo w tej rodzinie było kiedyś i teraz. „Kiedyś” to życie w mieście, w jednym pokoju z kuchnią. „Teraz” to domek w lesie – zakupiony za połączone oszczędności, gdzie każdy ma choć odrobinę miejsca na swoją prywatność. W tej części (już czwartej) pewnej nocy do drzwi domku puka jakiś nieznajomy mężczyzna. Budzi strach, bo nikt nie spodziewał się wizyty, rodzice na zabawie, a na posterunku tylko babcia z wnukami. Na szczęście jest jeszcze psiak. Osobnik ów staje na progu z górą walizek i kufrów. To tytułowy Anton z Ameryki. Po trochu marnotrawny syn byłych właścicieli domu, który przez wiele lat nie dawał znaku życia. Właśnie przyjechał w odwiedziny. Tylko że domek w lesie już nie należy do jego rodziców.

Znacie takie uczucie: wyjeżdżacie daleko i marzycie o powrocie do domu rodzinnego. Znane kątki i zakątki, zapachy, wspomnienia. Sprzedaż domu jest dla Antona niezbyt miłą niespodzianka. Ale jest jakieś wyjęcie z sytuacji. Zbliżają się święta bożonarodzeniowe i rodzice Antona proponują zamianę domostw – na kilka dni. By Anton na chwilę mógł wrócić do krainy dzieciństwa. Ciekawe, co z tego wszystkiego wyniknie.

Powieści o rodzinie z ósemką dzieci ukazały się w Norwegii w latach 60-tych ubiegłego wieku. Stąd można poznać – jak w tamtych, dość odległych czasach, żyła na co dzień przeciętna rodzina. Nie przelewało się. Dzieci cieszą się z prezentów choinkowych od Antona: ołówków i stalówek do piór. Nie pasuje to do współczesnego szaleństwa prezentowego, prawda? Jest dużo informacji na temat spędzania świąt, jedzonych potraw, obowiązków związanych z prowadzeniem gospodarstwa. Dzieci są nauczone pracy, ale mają też większą … wolność. Mogą spędzać dużo czasu na świeżym powietrzu, wśród zwierząt. Jakże śmieszy scena sprowadzenia prosiaków do domu, by mogły na własne oczy zobaczyć choinkę. To książka o dzieciństwie, w którym może nie jest za bogato – pod względem materialnym. Ale z  drugiej strony aż kipi tu od innego bogactwa: pozytywnej energii, miłości, przyjaźni, zrozumienia i szacunku. Powieść trochę z lamusa, ale pokazująca, że można swoje życie budować na sprawdzonych wartościach. I jest to opowiedziane tak po prostu, bez wielkich słów. Czarno-białe ilustracje Marianny Oklejak trochę kojarzą mi się ze starymi fotografiami. Zupełnie jak byśmy zaglądnęli do albumu rodzinnego i powspominali – co się działo podczas pewnych odległych Świąt, kiedy na progu domu stanął Anton z Ameryki.

Wiek 5+

Wydawnictwo Dwie Siostry

wtorek, 19 września 2017

Pojawienie się „Kropki” w naszym domu zbiegło się z rozmową z moją siostrą na temat sztuki w ogóle, umiejętności rysowania i lekcji zwanej „plastyką” lub „wychowaniem plastycznym”. Ot, kołacze mi w głowie historia dziecka koleżanki, której pani od sztuki powiedziała, że nie może zapisać się na kółko plastyczne w szkole, bo i tak Julka nie umie rysować. I inne wspomnienie z drętwych lekcji, na których doceniani plastycznie byli tylko nieliczni uczniowie, bo większość i tak była uznawana za artystycznych przeciętniaków albo beztalencia. Gdzieś ta myśl o rzekomym braku talentu do czegoś, deprymuje przez lata i wytycza fałszywe kierunki, rodzi kompleksy. Moja inna znajoma opowiadała, że dopiero nauczyciele we Francji i Danii zapiszczeli z zachwytu nad jej pracami. Przez lata długo nie wierzyła w swój talent, bo kiedyś ktoś coś jej nieprzyjemnego powiedział. Dlatego „Kropkę” podarowałabym tym wszystkim, którzy odpowiedzialni są za edukację i wychowanie naszych dzieci. Koniecznie – do przeczytania – od dyrektora szkoły po nauczycieli wszystkich przedmiotów, pedagogów i psychologów, rodziców, dziadków, babcie i opiekunów. Wszystkich, którzy na co dzień kształtują osobowości i czasem nie potrafiąc zmotywować, przez jedną głupią nieprzemyślaną uwagę potrafią zniechęcić i podciąć skrzydła. Bo „Kropka” dotyczy umiejętności rysowania i malowania, ale tak naprawdę można odnieść ją do wielu aspektów życia. Mała dziewczynka nie wierzy w swoje plastyczne umiejętności. Gdy nauczycielka prosi ją o narysowanie czegoś, ta na odczepne rysuje tylko kropkę i … aż kropkę. Na szczęście mądra nauczycielka wie jak wyzwolić w dziewczynce olbrzymie pokłady energii do działania i wiary w siebie. Mała zwykła kropeczka jest początkiem odkrywania siebie, swojego talentu. To też symbol szukania drogi do siebie, poznania swoich potrzeb.

Prosta historia, która chwyta za serce. Niestety – trochę budzi też demony przyszłości (może za dużo powiedziane) u tego, kto niesprawiedliwie został skrzywdzony. Może ktoś usłyszał jakieś pogardliwe pytanie, w stylu: „TY?” Książka uczy, że warto w życiu próbować i nie poddawać się. Warto walczyć o swoje miejsce na ziemi. I warto zawalczyć o kogoś.

15 września na całym świecie obchodzi się Międzynarodowy Dzień Kropki. Można poczytać o nim tutaj. A jeśli w Waszej szkole, bibliotece jeszcze się go nie świętuje, kto wie, może ta niepozorna książka zainspiruje Was do działania w przyszłości.

Wiek 5+                                     

Wydawnictwo Mamania           

poniedziałek, 18 września 2017

Franciszek to strachliwa myszka, która boi się mrówek zamieszkujących ogród, wiatru, który porywa ubrania, przechodzenia przez mostek, zasypiania przy zgaszonym świetle, grubego głosu wujka Kazimierza, schodzenia po ogórki do piwnicy. A co się stanie jeśli mama tak naprawdę bardziej będzie kochać siostrzyczkę?

Jednak w obliczu niebezpieczeństw – zwłaszcza jeśli chodzi o ukochanego zwierzaka – wówczas myszek nie boi się już niczego. Rusza do akcji – na ratunek.

Książka fotograficzna dla maluszków o strachach i przygodach małego zwierzaczka. Z własnego podwórka wiem, że myszka zawsze będzie należała do ulubieńców małych dzieci. Myszka Franciszek to tak naprawdę symbol naszych dzieci – odczuwających strach w różnych codziennych sytuacjach. Pewnie do książkowych opowieści można by dorzucić kilka swoich rodzinnych historii.

W tej części Franciszkowi towarzyszy ukochany pluszak – z pewnością dodaje Franciszkowi odwagi. Warto mieć przyjaciela w trudnych momentach. To też okazja do tego, by porozmawiać z dziećmi o roli i wartości przyjaciela. Z najmłodszymi – całkiem malutkimi dziećmi, można tę książkę wertować tam i z powrotem, zadawać pytania, opowiadać co na obrazku. Mnóstwo tu szczegółów i szczególików, kątków (zwłaszcza w piwnicy), do których warto zaglądnąć. A ciekawskich milusińskich na pewno nie zabraknie. 

Napisałam wcześniej, że jest to książka fotograficzna. Franciszka można spotkać w ogrodzie, na łonie przyrody, nad rzeczką, w pokoju, czy ciemnej piwnicy. Wyraźne zdjęcia z głównymi bohaterami, przygody Franciszka pomagają dzieciom zrozumieć pojęcie strachu. A może pomogą go też pokonać. Ładne kadry może zachęca też do wędrówek, podczas których będzie można zaczerpnąć witaminy „N”(atury).


Wiek 0+

Wydawnictwo Literackie

piątek, 08 września 2017

W dzisiejszym świecie nadużywa się na pewno leków (ponoć w Polacy w tym przodują, niestety) i na pewno sztucznych witaminek. To znaczy – niby naturalnych, ale zaczarowanych w kolorowych pigułkach i tabletkach. Tymczasem mało kto zwraca uwagę na najbardziej naturalną witaminę wśród witamin, wręcz niezbędną do życia, jaką jest WITAMINA N. Przyznaję – przed lekturą książki o niej nie słyszałam. Może inaczej – wiedziałam, że owo N odgrywa ważną rolę w życiu człowieka, przy czym nie przyszłoby mi do głowy, by sprowadzać to do witaminy właśnie. A bez witamin nie ma  życia i zdrowia.  Chyba już domyślacie się o co tak naprawdę chodzi. To najbardziej naturalna witamina – mianowicie – sama NATURA.

Człowiek współczesny raczej ma marny kontakt z przyrodą. Choć na pewno w tym temacie trzeba unikać uogólnień. Mieszkaniec dużego miasta, zamknięty w klimatyzowanym pomieszczeniu ze sztucznym oświetleniem, prowadzący stresujący tryb życia, żywiący się fastfoodem, z notorycznym brakiem czasu.  Wiem, wiem – pewnych rzeczy nie da się zmienić. Ale gdyby spróbować – małymi kroczkami zbliżyć się choć trochę do natury? Do zieleni, drzew, dzikich ścieżek, naturalnego słońca i czystego powietrza? Moja siostra mieszkająca w Danii opowiadała mi, że gdy nadchodzi weekend- w jej kuchennym oknie, które wybiega na dróżkę prowadzącą do lasu, tłumy ludzi ciągną w tymże kierunku: sport, spacery, przechadzki. Skandynawowie od dawna doceniają przyrodę – i to w  różnych aspektach.

My Polacy mamy sporo do nadrobienia w tym temacie (choć na pewno wielu z nas wykonuje ponad 200% normy – za innych).

Tymczasem Richard Louv, autor głośnej książki „Ostatnie dziecko lasu” bierze właśnie naturę pod lupę i stara się pokazać, jak ważna jest ona w życiu każdego z nas: małego, średniego i dorosłego. Czujesz pustkę, czegoś ci brak: chęci, energii, motywacji – wybierz się na długi spacer. To że będziesz musiał uważać, by nie potknąć się o wystające korzenie, sprawi, że oderwiesz się od myśli związanych ze stresującą pracą w biurze, firmie albo szkolnymi ocenami dzieci. W niektórych krajach lekarze zamiast tabletek już teraz przepisują pacjentom witaminę N na receptach – łatwo dostępna, tania, sprawiająca przyjemność, pomagająca się odprężyć i porządnie odpocząć. Autor pokazuje w książce przyrodę jako antidotum na wiele bolączek. Zyskają na tym umysł, oko, ucho,  relacje międzyludzkie. I nie pisze o wielkich znaczących parkach przyrody, zachęca do odkrycia tej przyrody najbliższej, w zasięgu ręki. Podpowiada wręcz, jak zbudować więź z bioregionem. Książka inspiruje do działania nie tylko na rzecz samego siebie, ale na rzecz najbliższej społeczności. Podpowiada aktywności na świeżym powietrzu dla różnych grup wiekowych - jest źródłem pomysłów dla rodziców, wychowawców, opiekunów i nauczycieli. Może nawet włodarzy miast, którzy zamiast w plastik na placu zabaw powinni pójść „w naturę”. Wiele rzeczy jest oczywistych, wiele odkrywczych. Autor opiera się na wynikach badań, eksperymentów, obserwacjach. Często są one z jego podwórka, ale warto właśnie na takich przykładach się uczyć. Tym bardziej, że na wiele poczynań – akurat w Polsce – przyjdzie nam na pewno długo czekać. Zresztą – patrząc teraz na „ogólnopolską” wycinkę drzew, spory o Puszczę Białowieską, kwestię parków w stolicy – ręce naprawdę opadają i nie chcę tego nawet komentować. Wartościowa książka, z której można korzystać na wiele sposobów. A nuż pomoże zmienić nasze życie. Zamiast do centrum handlowego udać się właśnie na dłuższą przechadzkę wśród pól, do parku? A może założyć przyrodniczy klub rodzinny, a może zorganizować Kinderball nie w jakimś sztucznym bajkowym studio, ale w ogrodzie, w którym można hasać wesoło po trawie, na bosaka, wśród drzew i krzewów. Książka na pewno podpowie jak to zrobić i utwierdzi nas przekonaniu, że obraliśmy właściwą drogę.

Wydawnictwo Mamania