Świat jest stworzony po to, aby stać się kiedyś piękną książką
Archiwum
Zakładki:
Książki 2013
Książki 2012
Książki 2011
A tutaj piszę o książkach
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Dekoratorskie
Książki - 2010
Książki- 2008
Książki- 2009
Napisz do mnie
Piszą o książkach
Strony o książkach
Szablon mojego bloga
Wydawnictwa
Wyzwania czytelnicze
Zaglądam również TU
Tagi
Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać
piątek, 21 września 2018

Ktoś może zadać pytanie: „No dobrze: Czytam sobie. Poziom 3” i co dalej? Tymczasem pojawiła się nowiuteńka, świeżuteńka seria dla bardziej zaawansowanych czytelników, właśnie takich, dla których wspomniany wyżej Poziom 3 to już żadna przeszkoda. Dzieci, które go opanowały, mogą w przypadku „Czytam z bakcylem” liczyć na rozbudowaną fabułę, zdecydowanie więcej stron. Nadal pozostaje poręczny format, który pasuje do mniejszych rąk, wiele ilustracji, dość szeroka interlinia, wyraźna czcionka. Te dwa elementy są niezwykle ważne – kilka dni temu mój 10-latek przyniósł do przeczytania lekturę szkolną. Chodzi o „Katarynkę” Prusa wydaną dawno temu – tego nie dało się czytać właśnie ze względu na mikroskopijną czcionkę i wąską interlinię – naprawdę groziło osłabieniem wzroku. Wracając już do serii „Czytam sobie z bakcylem” – do tej pory ukazały się dopiero dwa tytuły, ale mamy oczywiście nadzieję na więcej: opisywana właśnie „Tajemnica namokniętej gąbki” i „Maurizio. Kot w okularach” ( o niej wkrótce).

Zofia Stanecka wspomina, że do napisania „Tajemnicy …” zainspirowały ją wspomnienia sprzed lat – kiedy to jej bracia darzyli ją opowieściami o podobnej tematyce, mrożących krew w żyłach i wywołujących gęsią skórkę. Tajemnicę tej dawnej namokniętej gąbki z opowieści braci autorka postanowiła wyjaśnić po latach – po swojemu. Czy się udało? Mnie się wydaje – że tak (ciekawe tylko, co bracia na to?). W szkole Bratka zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Chłopiec wezwany za karę do tablicy bierze w dłonie kredę – o zzzrgozzzo, mokrą i śliską, o zielonkawej barwie. Na dodatek tego, z rąk nauczycielki wyślizguje się namoknięta do granic możliwości gąbka. I gąbka i kreda śmierdzą strasznie. W znalezionych trampkach pełno zielonych glonów. Bratek z Ziutkiem postanawiają wyjaśnić Tajemnicę Namokniętej Gąbki. Pewnego dnia Ziutek przechodząc koło szkoły zauważa w oknie jakiś cień tajemniczej postaci. Po żmudnym śledztwie okazuje się, że ten cień należy do…. No właśnie do kogo? Przyjaźń, przygoda, zagadki i tajemnice, szkolny klimat, wścibska siostra Klara – to wszystko znajdziecie w tej dosyć sporej książce. Warto – dla fajnej przygody, dla tajemniczych spotkań i dla ilustracji.

Wydawnictwo Egmont

sobota, 15 września 2018

Któż nie zna Kubusia Puchatka? Aż nie śmiem pytać. Tymczasem w Stuwiekowym Lesie pojawia się Krzyś. Ale nie jest to ten sam chłopiec, którego znamy z książek dla dzieci. Nic z tych rzeczy – to już dorosły mężczyzna, w eleganckim kapeluszu i płaszczu. Można by się pokusić nawet o stwierdzenie, że imię Krzyś, jakim po latach powitał go kochany Kubuś Puchatek, w ogóle do niego nie pasuje. Krzyś (Krzysztof?) przybył po latach do miejsca, które kiedyś było mu bardzo bliskie, gdzie byli jego wierni przyjaciele. Tymczasem tyle się zmieniło. I Krzyś się zmienił – jest jakiś smutny, mówi tylko o tym jak ważne są Ważne Rzeczy.  Krzyś inaczej postrzega Las – jako bardziej ponury niż dawniej, a on sam czuje się w nim bardzo zagubiony. Patrzy na świat oczami dorosłego człowieka. Nie widzi drobiazgów. Zresztą cały czas powtarza: „Nie jestem dzieckiem”. I kiedy mężczyzna chce pozbierać rozsypane papierzyska, Kubuś znika. Krzyś wędruje po Stuwiekowym Lesie i chce działać, chce szybkich efektów. Ale jakby powiedział Kubuś: „Czasami jedyna rzecz, którą powinniśmy zrobić, to NIC nie robić”. Krzyś zaczyna właśnie … nic nie robić. I sprawy znajdują rozwiązanie. Kubuś się odnajduje, a Krzyś z pomocą swoich dawnych przyjaciół zmienia się: staje się radośniejszy i nawet jest skłonny uwierzyć, że na świecie istnieją hefalumpy. Po prostu odnajduje w sobie….kiedyś zagubione dziecko.

Książka dla dzieci, ale też i ważna lektura dla dorosłych. Ile dziecka masz w sobie? Gdzie są twoje dziecięce ideały, marzenia? Czy koniecznie wszystko musi być widoczne dla oczu? Dzieci odnajdą w tej lekturze swoich starych przyjaciół znanych z kreskówki i książek.

Baaardzo podoba mi się klimat tej książki. Kojarzy mi się z latami 50-tymi i 60-tymi ubiegłego wieku. Moda na kapelusze i długie płaszcze u mężczyzn, twarz Krzysia jak na reklamach w stylu vintage.

Wiek 5+

Wydawnictwo Egmont

środa, 12 września 2018

W komiksie Mieczysława Fijała przenosimy się w czasy a’la średniowieczne, gdzie królowie, księżniczki i … smoki.  Właśnie panuje książę Nieład. Jego włości robią wrażenie – są naprawdę i piękne, i rozległe. Pewnego dnia w  krainie mlekiem i miodem płynącej pojawia się smok. Oczywiście władca główkuje nad tym, jak tu pozbyć się poczwary. Klasyczne rozwiązania w postaci wysłania do smoczej jamy dzielnego rycerza, niestety nie przynoszą spodziewanego efektu. A może rozwiązania należy szukać u czarownika Monrou? Przy  jego pomocy pokonanie gada to będzie błahostka. A jednak nie. Sam wróżbita szuka sposobów i wtedy nachodzi go pewna myśl. W poszukiwaniu ratunku, udaje się do przyszłości i sprowadza stamtąd dwóch nastolatków: Oskara i Fabrycego, którzy w czasach współczesnych biorą właśnie udział w wycieczce klasowej do starego zamku. Dwaj dzielni śmiałkowie (hi hi) ze smart fonami w ręku właśnie się chwalą, że pokonali smoka? Chyba domyślacie się, o jakiego potwora tu chodziło. No ale cóż, Monrou nie miał pojęcia o grach komputerowych. Całość okaże się dziwnym zbiegiem licznych okoliczności, pomysłów, sztuczek, strachów, śmiesznych scenek. Bo ta wspomniana wyżej dwójka z przyszłości będzie musiała poradzić sobie w nowej rzeczywistości. Jak nic na myśl przychodzi francuski klasyk filmowy, świetna komedia: „Goście, goście” (dla starszych). Znajdziecie tutaj humor słowny i sytuacyjny, mnóstwo zwrotów akcji, charakternych bohaterów, świetne komiksowe ilustracje. Oskar i Fabrycy nieźle narozrabiali – w obydwu wymiarach. W jednym walcząc ze smokiem, w drugim – psując klasie wycieczkę do zamku. Szczegóły i dobra zabawa – już w komiksie.

 Wiek 6+

Wydawnictwo Egmont

piątek, 07 września 2018

Antoni Ferdynand Ossendowski to nie tylko autor wielu książek dla dorosłych i dzieci. To również, a może i przede wszystkim – podróżnik i badacz z krwi i kości. Odwiedził różne zakątki świata, a to co widział, przeżył – opisywał. Trasa jego podróży wiodła też do Japonii – kraju, który długo nie był przyjaznym ludziom z zewnątrz. Na przełomie XIX i XX wieku ta sytuacja zaczęła się zmieniać, a Ossendowski należał do tych szczęśliwców, którym dane było postawić swoją stopę na wyspach. Książka „Szkarłatny kwiat kamelii” została wydana w ramach serii „Podróże retro”. Tak więc Japonia, którą w niej spotykamy, już dawno nie istnieje. To ciekawe doświadczenie – i jakby podróż w czasie. To Japonia, w której są gejsze, niewolnice, samurajowie, szoguni. I te obrazy to nie żadna egzotyka, kultywowanie tradycji, lecz zwykła codzienność. Krótkie opowiadania z bohaterami, sugestywnymi opisami krajobrazów. Rzeczy używane na co dzień: sumiaki, koto, szerokie obi, samisen. Ulice tętniące życiem, słychać gwar, nawoływania sług, rzemieślników. W tle krajobrazy i przyroda Japonii. Jest też miejsce na refleksję i zadumę, jak w opowiadaniu „Na ścieżkach Fudżi”. Pątnik wędruje po świętej górze – smutny, bez radości życia. Spotyka najpierw mędrca, który tłumaczy mu zawiłości jego życia – bez dużej liczby słów. I dziewczynę – też smutną jak on. Tych dwoje nagle znajduje w sobie siłę, by z tej góry wrócić razem. A my poznajemy prawdę, że na pewne rzeczy nigdy w życiu nie jest za późno.

„Wejdź człowiecze na szczyt Fudżi, obejrzyj widnokrąg i zrozum życie do dna, do reszty, do ostatniego drgnienia jego, do najcichszego echa”.

Tak pisze Ossendowski. Pewnie inaczej niż współcześni podróżnicy, którzy po wyprawie dokądś tam – zaraz publikują książkę. Inaczej opisuje – przecież za jego czasów nie było  tych wszystkich nowinek technicznych, z pomocą których mógł ubogacić swoją książkę. Dlatego zwracała uwagę na szczegóły – w ludziach, otoczeniach – by oddać najlepiej jak potrafił, to co zobaczył.

Wydawnictwo Zysk i S-ka

czwartek, 06 września 2018

Ela lubi wszystkie psy. I bardzo marzy o swoim psiaku. Dziewczynka w dniu codziennym ma do czynienia z różnymi psami, różnym rasami. Ale jest jeden minus – żaden z psów nie jest jej. Prośby Eli  o psa tato dziewczynki zbywa zdawkowym „Zobaczymy”. I tak jest ciągle. Tymczasem marzenie jest wciąż aktualne i nie zmienia się, mimo że Ela poznaje również minusy posiadania zwierzęcia. Bo trzeba z nim wyjść  na spacer, gdy na dworze plucha i mróz. Niekiedy psiak pomoczy śliną, albo tak mocno pociągnie, że trzeba puścić smycz. I czasem chrapie tak głośno, że zasnąć nie można. I nie chce słuchać, tylko uparcie nie rusza się z miejsca. To wszystko nic nie znaczy dla Eli – liczy się tylko pies. Aż w końcu nadchodzi ten dzień , kiedy … Pewnie już się domyślacie , jakie będzie zakończenie tej historii.

Cudna opowieść dla najmłodszych dzieci, która pokazuje, że warto mieć marzenia, i że pies to przede wszystkim odpowiedzialność. Przy tej lekturze można rodzinnie porozmawiać o obowiązkach wynikających z posiadania zwierzęcia w domu – wszystkich plusach i minusach. Książka jest do tego pięknie zilustrowana. Kilka lat temu (jak ten czas biegnie – sprawdziłam 8 lat!) pisałam już o Eli. Polecam również Jabłonkę Eli, o której możecie przeczytać tutaj.

Wiek  3+

Wydawnictwo Zakamarki

środa, 05 września 2018

Tego nie znajdziecie w podręcznikach historii – choć prawdę mówiąc niektóre treści dozwolone tylko dla oczu starszych czytelników. Ale pomijając te dorosłe treści podręczniki szkolne są bardzo formalne, przynudzają – i jak tu zainteresować historią? Wiem, co mówię, bo obydwaj synowie w wieku szkolnym – i historia w jednym paluszku. A że zbliżają się rocznice jesienne – co rusz znane nazwisko lub wydarzenia pojawia się w mediach lub na ustach wielu – bo „wszystkich” raczej nie napisze. Dlaczego? Bo nie dla wszystkich właśnie historia jest interesująca. Ale jednego jestem pewna – gdyby podręczniki zawierały więcej ciekawostek, ploteczek –a nie tylko suche fakty, wówczas: myślę, że i krąg miłośników historii by się znacznie poszerzył. Żeby było jak w tej książce (ale powtarzam – adekwatne treści do danego wieku) – jednak moje doświadczenia , moich synów pokazują, że raczej na zmiany nie ma szans (decyzje odgórne) – można natomiast wzbogacać swoją wiedzę na własną rękę. Trzy rozbiory Polski trwające równe 123 lata – tutaj przedstawione z przymrużeniem oka, niekiedy ironicznie, satyrycznie. Mnóstwo wydarzeń, o których nie miałam pojęcia. Czy wiecie np. kto złożył jako pierwszy hołd poddańczy okupantom, a kto został najwierniejszym sługą Najjaśniejszej Rzeczypospolitej i króla Stanisława Augusta Poniatowskiego? Hmmmm. Też nie widziałam. Odpowiedź w książce. Autorzy dotykają wielu aspektów życia w rozbiorowej Polsce. Jest wielka polityka np. uroniona łza cesarzowej Marii Teresy podczas podpisywania rozkazu zajęcia Podhala. Jest wyjazd wspomnianego już ostatniego naszego króla Stanisława Augusta do Grodna, gdzie zrzekł się korony. Jest Kościuszko w chłopskiej sukmanie – bo podobnie jak amerykańscy dowódcy po zwycięskiej bitwie pod Racławicami włożył mundur jednostki, która najbardziej odznaczyła się w walce. Ale są i zwykli mieszkańcy – i nie tylko znany Drzymała ze swoim wozem (choć tu też były niezłe perypetie z tym jego domem na kółkach), ale i matrony krakowskie, które zażądały dla oficerów sztabu księcia Józefa Poniatowskiego kary śmierci za … taniec nago pod Sukiennicami. I zwykli mieszkańcy zaborów: pruskiego i rosyjskiego przywożący swoje dziatki pod miasteczko Skała koło Olkusza, skąd można było popatrzeć na Polskę – światła wieży Mariackiej w Krakowie.

Mnóstwo świetnych opowieści, historii, interpretacji – niekiedy smutnych i wzruszających, ale też i śmiesznych. Życiorysy mniej i bardziej znanych ludzi – jak Maxa Factora – Faktorowicza czy Chawy (Heleny) Rubinstein, codzienność wbita w tryby ostrej rusyfikacji i germanizacji, absurdy polityki antypolskiej, władcy obcych monarchii, którzy przez 123 lata byli nam miłościwie panującymi, jak choćby cesarz Austrio-Węgier nazywany poufale „naszym starym pierdołą”. Jest dużo dużo więcej. A jeżeli zdarzy Wam się przy tej lekturze podśmiechiwać pod nosem, rubasznie, lub nawet trzymając za brzuch – przypomnijcie sobie o słowach, które padają w „Rewizorze” Gogola:  „Z czego się śmiejecie? Z siebie się śmiejecie”.

Wydawnictwo Media Rodzina

wtorek, 04 września 2018

Bardzo mi się ta książka podoba. I treść, i szata graficzna, nawet papier. Ma też wartość sentymentalną, bo przez chwilę rodzinnie byliśmy związani z Warszawą. I teraz zdarza nam się zatęsknić – za poznanymi miejscami i ludźmi. A po lekturze chciałoby się tam pojechać i odwiedzić stare kąty. Tyle że za chwilę łapiemy się za głowę – za daleko, za gorąco, zaraz szkoła. Uff – dobrze że są takie książki. Lektura przybliża postacie najbardziej znanych warszawiaków. Oczywiście są wśród nich osoby mające mocną pozycję – w tym towarzystwie: Stanisław August Poniatowski, Chopin, Jan III Sobieski. Ale są i takie osoby, które nie-warszawiakom na pewno pozostają nieznane: np. Antoni Magier. Niektórzy związani z miastem przez chwilę, na jakiś krótki etap – inni na całe życie.

Każda postać przedstawiona jest tak, jakby obserwator właśnie spotkał ją na jeden z warszawskich ulic. Nie liczy się czas, epoka, data. Franciszek Fiszer, ponoć pierwowzór bajkowego Pana Kleksa, w tużurku z goździkiem w butonierce, wchodzi do Hotelu Europejskiego i zasiada przy stole. Maria Skłodowska-Curie spuszcza głowę i zaciska pięści – przecież nie lubi wystąpień publicznych. Mieczysława Ćwiklińska – aktorka – kroczy Marszałkowską na premierę do teatru. Zagra w sztuce „Drzewa umierają stojąc”. Król Jan III Sobieski cieszy oko suto zastawionym stołem. Czegóż na nim nie ma - same smakowitości. Za chwilę ktoś wzniesie toast na cześć władcy.

Zawsze pod tymi reporterskimi tekstami znajduje się nota biograficzna z konkretnymi informacjami na temat danej osoby. Niemniej mi osobiście podobają się fikcyjne sceny z życia warszawiaków, które mogły się zdarzyć naprawdę, a które pokazują też charakter danej postaci. Dzięki temu zabiegowi są one nam bliższe, odbrązowione, zdjęte z pomników. Do tekstów przemycono informacje z życia społecznego, artystycznego, z historii. Można dowiedzieć się o przywilejach szlachty polskiej, zamiłowaniu królowej Bony do lekkich dań z warzyw, o ucieczce pierwszego władcy elekcyjnego Henryka Walezego. Daty, legendy, znane miejsca i ludzie – którzy tworzą i tworzyli historię. Wszystko w ciekawej oprawie graficznej – w formie kolaży rysunków i fotografii, niekiedy z przymrużeniem oka. Ale czy tego właśnie nam nie potrzeba? Spojrzenia na swoją historię bardziej na luzie, z humorem, tak normalnie – bez nadętości, moralizowania? Dla mnie ta książka – jest bardzo na plus.

Wiek 7+

Wydawnictwo Dwie Siostry

poniedziałek, 03 września 2018

Moja ulubiona seria dla dzieci – Czytam sobie. Tym razem coś z mitologii nordyckiej. Pojawiają się dwie mityczne postacie: Thor i Loki. Dwaj bracia – różni od siebie jak ogień i woda. Thor – bardziej dostojny, poważny. Loki to stary spryciarz, psotnik, szaleniec wręcz. Właśnie wpadł na pomysł, by obciąć włosy ukochanej Thora – Sif. Przyłapany, musi odkupić swoje winy. Nowe włosy mają zrobić dla Sif karły. Jednak Loki nie byłby sobą, gdyby nie spróbował trochę narozrabiać. A co zrobi? – o tym doczytacie już w tej malej książce. Małej – nie małej – muszę dodać. Bo sama książka przypomina poważną lekturę dla dorosłych – samodzielny egzemplarz z ponumerowanymi stronami. Zamknięta całość, książka – której przeczytanie od deski do deski na pewno cieszy. Starsi czytelnicy też odczuwają satysfakcję po lekturze kolejnej książki. Przeczytać całą książkę – dla niejednego dziecka to wyczyn nie lada.

Akurat ta historia moim zdaniem przeznaczona jest dla bardziej zaprawionych w boju czytelniczym. Gdy dziecko przeszło już na poziom drugi serii „Czytam sobie” na początek poleciłabym prostsze historie, a tę podsunęłabym dziecku, które jest bardziej rozczytane. Tytułów jest cała masa – jest z czego wybierać. W opowieści o Thorze i Lokim pojawia się więcej trudnych wyrazów, nazw, imion: Skidbladnir, Mjollnir, Frejr czy Gungnir.

Historia wciąga, zapoznaje z inną kulturą. Czcionka jest duża, co ułatwia czytanie. Jest mnóstwo ilustracji, charakternych bohaterów, dużo się dzieje. Na końcu książki „Dyplom sukcesu” oraz sześć tematycznych naklejek.

Poziom 2 to składanie zdań, 800-900 wyrazów w tekście, dłuższe zdania – pojedyncze i złożone, elementy dialogu, 23 podstawowe głoski oraz „h”, ćwiczenie sylabizowania.

Wydawnictwo Egmont

niedziela, 02 września 2018

Zastanawiam się, jak to się stało, że ta książka ominęła mnie w dzieciństwie. Z ciekawości sprawdzam zasoby biblioteczne i jak się okazuje: elektroniczny katalog mojej miejskiej biblioteki wskazuje wydanie z 1971 r. Gdzieś mi umknęły po drodze – z jednej strony szkoda, z drugiej – cudnie taką perełkę odkryć po latach. Baśnie zawsze były moim ulubionym gatunkiem, zaczytywałam książki na śmierć, a teraz po latach wracam do nich przy nadarzającej się okazji. Bo z baśni się nie wyrasta – zdradzę, że pysznie smakują w jesienne i zimowe wieczory przy kominku:) A te pory roku zbliżają się wielkimi krokami.  

54 tytuły, z których trzy są powszechnie znane – wręcz mocno zakotwiczone w powszechnej świadomości – bo któż nie zna „Trzech małych świnek”, „O Jasiu i łodydze fasoli” i „Trzech niedźwiadków”? Pytanie: kto wie, że właśnie te tytuły, wielokrotnie ekranizowane, mające mnóstwo literackich wersji, mają właśnie korzenie angielskie. Wczytując się dokładniej w teksty i mając za sobą dziesiątki przeczytanych baśniowych tekstów: z Irlandii, Niemiec, Francji, Włoch, dalekiej Skandynawii – można doszukać się jakichś znajomych wątków, uniwersalnych motywów, charakterystycznych postaci. Ale głęboką analizę zostawię znawcom – ja jedynie oprę się na swojej prywatnej teorii – jako miłośniczka historii domyślam się, że na treść tych baśni miała wpływ historia Wysp, burzliwa, wojenna, podbojowa, szalona, którą tworzyły różne ludy, różne wpływy. To nakładanie się różnych kultur, tradycji, obrzędów, wierzeń. Ale to zjawisko, które ma miejsce nie tylko w przypadku baśni angielskich – ale chyba wszystkich, z jakimi miałam do tej pory do czynienia. Czytam baśnie polskie a gdzieś w głowie mi kołacze – gdzieś to już czytałam, skądś znam ten temat. Przy czym muszę przyznać, że akurat w przypadku baśni angielskich jest wiele tekstów oryginalnych, jedynych w swoim rodzaju, które właśnie dlatego przykuwają uwagę czytelnika, bo są nieprzewidywalne, nowe. Jak na przykład baśń do okładkowej ilustracji – bardzo dziwna i wesoła zarazem, kojarząca mi się trochę z dickensowskim poczuciem humoru. Ta baśń, zwłaszcza końcowa scena, wpisuje się w klimat powieści Dickensa. W książce jest mnóstwo świetnych tekstów, które bawią i uczą - pochodzą z epoki, w której literatura miała pewną misję do wypełnienia. Jednak bez obaw - nie ma w nich nadmiernego moralizowania - można wyczytać za to między wersami mądrość ludową, jest dawna Anglia, są baśniowe postacie, ale też zwykli mieszkańcy Wysp, których przygody, szczęścia i nieszczęścia dnia codziennego miały czytelników czegoś nauczyć - a nie tylko bawić.

Nie obawiajcie się, że język baśni angielskich trąci myszką. Oczywiście zdarzają się wyrazy rzadko używane, ale nie jest ich znów tak wiele. Właściwie nie mam żadnych zastrzeżeń do tłumaczenia Janiny Carlson i Kaliny Wojciechowskiej sprzed lat. Czyta się dobrze, język jest prosty i zrozumiały. Zwróćcie uwagę na datę powstania tych baśni - są one już nobliwymi staruszkami. Ich autor żyła na przestrzeni wieków: XIX i XX (1854-1916), one same ukazały się w 1890 r. (!!!). Naprawdę są w wyśmienitej formie mimo upływu lat. 

Książka ukazała się jako 26 tom serii "Mistrzowie ilustracji". 

Wiek 6+

Wydawnictwo Dwie Siostry

sobota, 01 września 2018

Po książkę sięgnęłam z sentymentu do dwóch poprzednich książek Autorki: „Pod słońcem Toskanii” i „Bella Toscana”. Była to też miła odmiana i odskocznia od ostatnio czytanych książek z gatunku kryminałów, thrillerów. Sympatyczna lektura z nienachlanym przesłaniem, że na wiele spraw w życiu NIGDY NIE JEST ZA POŹNO. Nawet będąc w jesieni życia, gdy się jest skłonnym myśleć, że się już swoje życie „przeżyło”, i że wszystko co dobre i co złe nas już spotkało. Raczej tak chcą myśleć trzy bohaterki książki. „Chcą” – napisałam świadomie – bo jednak coś im w głowie kołacze, że jednak myśleć powinny inaczej. Camille, Susan, Julia – spotykają się po raz pierwszy w życiu w domu opieki podczas dni otwartych tejże instytucji. Właśnie zastanawiają się, czy dalsze lata życia spędzić w tym miejscu – lepiąc z gliny, malując, spacerując, w towarzystwie innych staruszków. A jednak – mimo wszystko – w zamknięciu i odosobnieniu. I nagle okazuje się, że te 3 kobiety znajdują wspólny język, świetnie się rozumieją. Do tego pojawia się – UWAGA – nowy pomysł (cudny – dodam od siebie). Bo sami przyznacie, że propozycja wspólnego zamieszkania przez rok we Włoszech w Toskanii brzmi niezwykle apetycznie. I tak się też dzieje. Kobiety wynajmują willę z historią, z kamiennymi posadzkami, freskiem na ścianie, dużym ogrodem i … z przemiłą sąsiadką – amerykańską poetką. Cała trójka musi rozgryźć Włochy, Włochów i język włoski.

Wiecie co? Chłonęłam tę książkę, bo ciekawym doświadczeniem był apetyt starszych kobiet na życie, ich pasje, marzenia, które teraz – po sukcesach zawodowych, odchowaniu dzieci, mogły się wreszcie zrealizować. Ich losy, problemy (a tych jest całkiem sporo) to jedno, a Włochy w tle to drugie. Zatęskniło się za Toskanią, pysznym jedzeniem. Każda z pań jest inna, ma inne pasje – stąd tak wiele obszarów z tematu „Włochy” można tutaj dotknąć. Jedna z nich uwielbia kuchnię, stąd jest świetną przewodniczką po włoskich smakach. Inna maluje – więc wtajemnicza nas w tematy sztuki. Trzecia ma pasję ogrodniczą – oj zaraz chciałoby się przeprojektować styl własnego ogrodu na „włoski”. Sąsiadka Kit wprowadza nas natomiast w obszary literatury.

Pojawia się oczywiście lekka (ale tylko – lekka) zazdrość, że amerykańskie emerytki mogą sobie pozwolić na taką ekstrawagancję. Roczne wakacje we Włoszech z możliwością wykupienia domu na własność – fiu, fiu. Fajnie. Ale w końcu od czego są książki? W tle liczne informacje o  mieszkańcach prowincjonalnej miejscowości, kultury, języka, sztuki, kulinariów. Aż chce się tam pojechać. Zaraz, natychmiast. Dobrze, że są takie książki.

Wydawnictwo Prószyński i S-ka