Świat jest stworzony po to, aby stać się kiedyś piękną książką
Zakładki:
Książki 2013
Książki 2012
Książki 2011
A tutaj piszę o książkach
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Dekoratorskie
Książki - 2010
Książki- 2008
Książki- 2009
Napisz do mnie
Piszą o książkach
Strony o książkach
Szablon mojego bloga
Wydawnictwa
Wyzwania czytelnicze
Zaglądam również TU
Tagi
Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać
niedziela, 31 października 2010

Tytułowy Nikodem Dyzma to przypadek zawrotnej kariery, od marginesu społecznego do gabinetów rządowych i progów arystokracji. Jak to się mogło stać? Otóż szczególne okoliczności sprawiły, że głupota zaczęła uchodzić za awangardę. Krzywe zwierciadło elit, awansu społecznego, życia towarzyskiego, duchowego, uczuć, materializmu  i pragnień.  Wszystko podane mistrzowskim piórem i ciętym słowem Dołęgi-Mostowicza, okraszone olbrzymią  dawką czarnego humoru. Mamy super przygodę, no i materiał na niejedną jeszcze ekranizację.

Książka pisana przed wojną, w zupełnie innym klimacie kulturowo-mentalnym, z innym etosem pracy, kariery, nastawienia do spraw publicznych. Z pewnością reprezentowała typ skrajnej ironii, mało realnej, odstającej całkowicie od rzeczywistości. Dziś mamy przed oczyma ludzi tamtej epoki, znanych głównie z kart historii, wspomnień, spuścizny kulturalnej. Z jakimż pietyzmem się doń dziś odwołujemy, traktując okres międzywojnia, jak ikonę młodego państwa, pełnego szlachetnych i zaangażowanych, wartościowych osób, wzbogaconych oczywiście traumą wojny. Czy w takim środowisku mógł zrodzić się powieściowy bohater – Dyzma? Człowiek wręcz tępy, nieokrzesany, nieoczytany, niewykształcony, nie znający języków obcych – dziś jakoś by to uszło, ale wtedy na salonach, z takimi „papierami”? Podejrzane kariery pewnie były, może co niektórzy zdołali przekroczyć mury lumpenproletariatu, choć wydaje się, że nawet praski cinkciarz miał wtedy kodeks honorowy. Jak wielką wyobraźnię poruszył Mostowicz, w jak perfidny sposób zagrał ówczesnym elitom na nosie, kreując, niczym Orwell, typ człowieka, który rzucał urok swym prostactwem i głupotą. Oczywiście przynależność przed wojną do elity władzy, do grupy „pułkowników”, z rodowodem sanacyjnym, otwierała drzwi do kariery, temu się zaprzeczyć nie da. Promocja miernych, ale wiernych, jest stara jak świat, ale w tej powieści głupota i cynizm przekraczają wszelkie normy.

W zasadzie nie wiadomo, czy się śmiać, czy płakać z proroctwa autora. Wtedy to była powieść, dziś może nawet uchodzić za studium socjologiczne niejednej przecież kariery. Wystarczy włączyć telewizor, sięgnąć po kolorowe okładki pism. Od Dyzmów się roi, z tą jednak różnicą do międzywojnia, że Dyzmami ich zwać nie wolno, bo relatywizacja wszystkiego zaciera granicę między tym, co mądre i głupie, piękne i brzydkie, szlachetne i podłe. Kto dziś o tym rozsądzi? Książka więc z czasem zyskuje na aktualności, demaskuje starą prawdę, że świat jest małym rozumem rządzony, ale przede wszystkim zachwyca ironią i wciąż bawi. Kto zrozumie meandry awansu i kariery? Nie jest przypadkiem, że Dyzmę prawdziwego, nie upudrowanego, odczytuje już na wstępie pół-szaleniec i wariat hrabia Ponimirski mówiąc „zarówno nazwisko, jak i wygląd świadczą, że pochodzisz z gminu, a chamy przecie honoru nie mają”. Czy tylko wariaci mogą zatem dostrzec prawdę? Książka stara, ale dobra.

Wydawnictwo Skrzat

Recenzję napisał mój mąż Michał

Świetna książka. I choć to do mnie niepodobne, nic więcej nie napiszę, bo byłoby to zbyt osobiste…

Wydawnictwo ZNAK

poniedziałek, 25 października 2010

A więc tak, przyznaję. Jestem turystką kanapową. Ale tylko teraz. Zmusiła mnie do tego rzeczywistość. Przynajmniej na razie i mam nadzieję, że to się wkrótce zmieni. Siedzę w domu i czytam o miejscach, gdzie chciałabym być. Kiedyś. I obiecuję sobie, że na pewno dotrzymam słowa. Mąż mi sekunduje i dzieci też.

-Mamo, w góry – słyszę mojego Tomka i wyobrażam sobie akurat jego,  w górach właśnie – zbuntowanego pięciolatka, który na spacerze zaczyna robić miny po pierwszym kilometrze:)

Czytam i robię plany. Bo jak tu się nie rozmarzyć, jak ma się taką książkę. Wróciłam przed kilkoma dniami z poznańskich targów Tour Salon 2010, gdzie na wystawie książki krajoznawczo – turystycznej za szybą zalśniło coś znajomo. Moja książka, od tylu tygodni czytana z westchnieniami zajęła na nich I miejsce w kategorii PRZEWODNIKI. Szkoda jedynie, że organizatorzy nie zadbali o to, by można było tę książkę wziąć do ręki, pomarzyć. Zwiedzający chodzili, kucali, nachylali się, by zmierzyć okiem grubość, dopatrzyć się ceny, nacieszyć oko fotografiami. Szkoda, że tak wyszło. A ja po targach utwierdziłam się w przekonaniu, że ten przewodnik to perełka, i że nie tylko ja tak myślę.

Elżbieta i Marek Wołoszyńscy napisali we wstępie, że minęło blisko 30 lat od wydania pierwszego, dokładnie opracowanego przewodnika po Górach Świętokrzyskich. W ciągu tych minionych lat, tak wiele się zmieniło. To próba ugryzienia tematu na nowo. Moim zdaniem – próba bardzo udana. W książce opisano szczegółowo same Góry Świętokrzyskie, poświęcono dużo miejsca Kielcom i okolicom, zaprezentowano 16 szlaków pieszych – jak choćby Szlak Henryka Sienkiewicza, Żeromskiego, szlak malowniczych ruin i zabytków techniki, pielgrzymów, ciekawostek geologicznych,  5 szlaków tematycznych (Geologiczna Ścieżka Dydaktyczna, Rowerowy Szlak Architektury Obronnej, Rowerowy Szlak „Miejsca Mocy”, Świętokrzyski Szlak Literacki, Świętokrzyski planowany Szlak Arche - Geologiczny). Oczywiście znajdziemy tu też liczne informacje praktyczne – adresy, strony internetowe, numery telefonów, dalej słowniczek terminów architektonicznych i geologicznych, dla łaknących wiedzy  - bogatą bibliografię. To, co mi szczególnie przypadło do gustu, to liczne ciekawostki, przytaczanie starych legend, wplatanie życiorysów sławnych mniej lub bardziej, piękne zdjęcia przyrody, widoki, że aż zapiera dech. Wadą tak pięknie wydanych przewodników są – … dobry papier, atrakcyjne wydanie i waga. I ta obawa, że się zniszczy w plecaku. Z mężem, wzorem naszych niemieckich znajomych, zawsze kserujemy sobie potrzebne nam strony, które idą z nami w trasę. Reszta zostaje w pokoju. Robimy na tych kartkach notatki, kreślimy trasy na mapkach. Potem nie żal wyrzucić, by w plecaku było mniej miejsca.

Na koniec przytoczę fragment Przewodnika po Górach Świętokrzyskich autorstwa T. Dybczyńskiego z 1912r. Pisownia oryginalna, a jakże, ale to przecież dodaje tylko smaczku.

Z kart dawnego przewodnika

Przedewszystkiem, co do ubioru, to niema potrzeby, żeby był specjalnie „górskim”. Lekki i letni – to najważniejsza. Nieźle jest, jeżeli obuwie jest mocno podkute; specjalnego obuwia do chodzenia po górach brać nie należy w Łysogóry, boby nie tylko nie pomagało, ale jeszcze utrudniało chodzenie. Dobrze mieć kapelusz słomkowy z dużym rondem, do osłony przed słońcem; wskazanem jest główkę w nim wyłożyć od środka czerwoną materją, ten kolor bowiem najlepiej ochrania przed porażeniem słonecznem. Praktyczna jest bardzo, szczególniej w dni słoneczne i na noclegach, lekka a ciepła peleryna lub palto, ale okrycia te sprawiają pewien kłopot w noszeniu. Na deszcze najwygodniejszą rzeczą jest też nieprzemakalny płaszcz gumowy, zwijający się w bardzo nawet małe zawiniątko. Do całości kostjumu turystowskiego  należy jeszcze laska, mocno okuta, niezbędna przy wchodzeniu na grzbiety górskie i gołoborza, byle nie zaciężka  i nie zbyt wysoka.


Takie klimaty jak najbardziej zachęcają do spakowania plecaka i wyruszenia na szlak:)

A tutaj zdjęcia z targów Tour Salon 2010



Wydawnictwo MUZA

Wampiry ostatnio w modzie. Melissa de la Cruz proponuje swoją wampirzą sagę – o society z Manhattanu. Wyższe sfery, arystokracja – nie ma co. Są tu zachwyt nad młodością, drogimi markami ciuchów, biżuterią, pięknymi sylwetkami młodych ciał, są sesje fotograficzne, absolutnie odlotowi chłopcy, którzy tak całują że aż strach, są ponętne dziewczyny. W takie oto dodatki autorka wplata w każdej z poszczególnych części jakiś nowy wątek. Młodzież w rodzinie czyta i się podoba. Mnie, przyznaję, trochę razi. Ale cóż, młodość rządzi się swoimi prawami. I choć autorka serwuje nam też (ależ napisałam) postacie ambitne, nietuzinkowe, które od życia chcą czegoś więcej niż tylko dużej liczby zer na swoim koncie bankowym, trudno oprzeć się wrażeniu, że służą one jedynie budowaniu kontrastu – zły i dobry, by przyciągnąć czytelnika. Młodego - jeszcze jak. Ja zaczęłam moją przygodę z tą serią od drugiego tomu. Szybko zorientowałam się w koneksjach rodzinnych, szybko poznałam dzieje głównych bohaterów i połapałam, o co tu chodzi. Sama fabuła poszczególnych części na pewno wciąga. Gdyby nie wampirze dodatki, można by pokusić się o stwierdzenie – ot zwykłe niezwykłe życie wyższych sfer. Problemy wchodzących w dorosłość wampirów to typowe problemy każdego przeciętnego nastolatka, który za chwilę przekroczy pewną niewidzialną granicę. To kryzys wartości, konflikt pokoleń, problemy tożsamości, to w końcu wiele pytań, szukanie odpowiedzi. To też mnóstwo emocji – złość, gniew, zazdrość, czasem też zawiść. To również uczucia – pierwsza miłość, przyjaźń, zdrada. Gdyby nie aspekt bogactwa, czasem wręcz barokowego, od którego aż kipi na niektórych stronach, w niejednej postaci można by odnaleźć nastolatka z sąsiedztwa. Tak pewnie należy tłumaczyć popularność tej sagi wśród młodych ludzi. Traktując tę książkę w kategorii dla młodzieży – można ocenić ją jako dobrą lekturę rozrywkową, bez wielkich aspiracji intelektualnych czy artystycznych. Co będzie w piątej części? Musimy poczekać …..


 

Wydawnictwo Jaguar

Wydawnictwo Nasza Księgarnia ogłosiło konkurs z Cukiernią pod Amorem w tle. Wystarczy zrobić zdjęcie pierwszego lub drugiego tomu Cukierni pod Amorem w okolicy, którą lubicie, charakterystycznej dla Waszej miejscowości lub regionu. Wydawnictwo czeka z niecierpliwością na zdjęcia nie tylko z Polski, ale również z najdalszych zakątków świata.

Autorzy najciekawszych zdjęć dostaną drugi tom książki ze specjalnym autografem autorki.

Zdjęcia należy przesyłać do końca października na adres:

a.napiorska@nk.com.pl

W temacie wpiszcie: Cukiernia – konkurs foto. Należy również wyrazić zgodę na publikacje zdjęć na blogu http://www.cukierniapodamorem.pl/,

Przed kilkoma dniami ukazał się drugi tom Cukierni pod Amorem. Cieślakowie.

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

niedziela, 24 października 2010

Autorka Bibliotekarek odbrązowiła tę świątynię, jaką dla wielu jest Jej Królewska Mość Biblioteka. Nie da się zaprzeczyć, że biblioteka to miejsce specyficzne. Magiczne. Tajemnicze. Pełne mądrych ksiąg. Dla mnie na pewno. Zawsze, gdy przekraczam progi mojej kochanej Biblioteki Miejskiej, czuję dziwny skurcz żołądka.  Proszę zachować ciszę – wisi na wielu drzwiach w tej świątyni. Chodzi się na paluszkach i dyskretnie kicha alergicznie pomiędzy zakurzonymi woluminami, żeby Broń Boże nie zakłócić spokoju obecnym Wielce Czcigodnym Wypożyczającym. A panie bibliotekarki to przecież anioły z niewidzialnymi skrzydłami i aureolą. Tymczasem tytułowe bohaterki  Teresy Moniki Rudzkiej to kobiety z krwi i kości, ze swoimi smutkami i radościami, kompleksami, ambicjami. Oto wychodzą z tej świątyni i wracają do domu, po drodze robią zakupy, gotują obiad, wycierają nosy zasmarkanym dzieciom, dbają o kota, podrywają facetów, martwią się jak wytrwają do końca miesiąca, zapożyczają się. To świat kobiet. Obgadują siebie nawzajem, zazdroszczą, obserwują, donoszą do dyrekcji. Autorka co rusz dopuszcza do głosu innego pracownika Miejskiej Biblioteki Publicznej Filia nr 32. Jedynie Żywia (czy pamiętacie, w jakiej książce, pojawiła się osoba o takim imieniu?) wypowiada się częściej w swoim pamiętniku. Czy tak jest naprawdę? Przypuszczam, że pomysł napisania takiej książki nie zrodził się przypadkowo. Być może to wynik jakichś obserwacji poczynionych przez autorkę? Biblioteka to w końcu też normalne miejsce pracy, gdzie spotykają się zwykli ludzie. Tak jak w szpitalu, sklepie, szkole. Nie robiłabym z tego sensacji. Faktem jest, że tak jak o szpitalu, szkole, posterunku policji są dziesiątki książek, tak o bibliotece – ta chyba jest pierwsza. Właściwie to nie ma tu nic nowego. Już wszystko gdzieś było. Aż wstyd przyznać, że tak łatwo dałam się wciągnąć w te kobiece gierki. Jeśli ktoś ma nadzieję, że mowa będzie o jakiejś misji biblioteki, osób tam pracujących, lub, o zgrozo literatury, srogo się zawiedzie. Jeśli chcecie przekonać się, jak to jest w bibliotece od kuchni, zapraszam.

Chętnie podpatruję co czytają inni. W Miejskiej Bibliotece Publicznej Filia nr 32 czytelnicy zaczytują się w Coelho i Miłości w sieci. Jak różne są gusta czytelnicze. U nas Coelho stoi. Już się go naczytali. Wiśniewski też. I to nawet w dwóch egzemplarzach!!!

Już w trakcie lektury, często miałam przed oczami „moje” bibliotekarki, które znam od dawna. Nie, nie prywatnie.  Z widzenia. W dziale dziecięcym, który okupuję z moimi dziećmi. Taszczymy torby książek. A że często tam jesteśmy, miłe panie przymykają oko, że moje dzieci wybierają ze mną i po 20 książek. W dziale dla dorosłych – też super. Kiedy kilka tygodni nowa pani bibliotekarka zawołała na mój widok radosne Dzień dobry! (coś w rodzaju Alleluja!) Pomyślałam sobie – w bibliotece cudnie jest. Tylko ta wyczekująca mina, bym zagadnęła, o coś zapytała. A ja schowałam się za regałem książek i zaczęłam przeglądać w pośpiechu szufladki mojej pamięci w poszukiwaniu tej Pani. Po miesiącu znalazłam – moja była uczennica. Nawet doszłam do tego, która klasa i jaki wychowawca. Zmyliły mnie pofarbowane kruczoczarne włosy. Tylko ten głos wydawał mi się znajomy.

A żeby już temat doprowadzić do końca, polecam fajne artykuły. Pierwszy z Wysokich Obcasów Pawła Smoleńskiego – Bibliotekarki.

Drugi: o seksownych bibliotekarkach ze Szczecina, które postanowiły obalić mit, jakoby bibliotekarka powinna koniecznie nosić okulary i mieć włosy upięte w kok.

A ja i tak wiem, że w bibliotece fajnie jest!!!

Philippe Grimbert napisał autobiograficzną opowieść o tajemnicy swojej rodziny, którą odkryła przed nim przyjaciółka rodziny, gdy chłopiec miał 15 lat. Wszystko zaczęło się wiele lat temu, gdy mały Philippe wymyślił sobie starszego brata, który był chodzącym ideałem – silny, wysportowany, zdrowy, mądry, przejawiający swoją siłę wszędzie tam, gdzie zabrakło jej małemu Philippe. Zupełne przeciwieństwo Philippe’a – chłopca wątłego, chorowitego, czującego, że zawiódł oczekiwania pięknych i wysportowanych rodziców, dbających tak bardzo o tężyznę fizyczną. Chłopiec rozmawiał z wyimaginowaną postacią, wyobrażał sobie siebie i brata w różnych sytuacjach życiowych. Nie chcę zdradzać Wam za dużo, by nie zepsuć emocji przy odkrywaniu tej rodzinnej tajemniczej historii razem z nastoletnim Philippe. W krótkich akapitach jest kawał ludzkiego życia. Zastanawiam się, ile jeszcze podobnych historii drzemie w wielu ludziach, nie odkrytych, schowanych w zakamarkach podświadomości. Nie tak dawno jak wczoraj, usłyszałam w radiu ciekawą teorię, jakoby każdy z nas pamiętał coś świadomie i nieświadomie. Czasem wystarczy moment, by wyciągnąć coś z głębokich szuflad pamięci. Tak było i w tym przypadku. Choć Grimbert nie znał brata, czuł jego obecność. Widział go w spojrzeniu matki i ojca. Widział go w ich zachowaniu. To piękna i poruszająca opowieść o trudnym powrocie do korzeni, to w końcu straszne odkrycia z czasów II Wojny Światowej. Jednocześnie potwierdza się stara prawda, że człowiek odcięty od swoich korzeni, gubi gdzieś wielką część samego siebie, ma problemy ze swoją tożsamością, czuje się niepełnowartościowy. Książka wywołała wielkie poruszenie w ojczyźnie autora – we Francji. Polecam!

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

czwartek, 21 października 2010

Połknęłam – zresztą jak to zwykle bywa, jeśli chodzi o książki Jodi Picoult. Wartka akcja, mnóstwo postaci, co rusz – przenosimy się miejsca na miejsce. Krótkie akapity, które wnoszą zawsze coś nowego. Zupełnie jakby przed moimi oczami pojawiał się kolejny kadr filmu. Zresztą niejeden mól książkowy przyzna, że powieści JP to gotowe scenariusze. Dla mnie to niezły substytut telewizji. To moje trzecie spotkanie z JP – i… najlepsze. Tym razem rzecz dzieje się na prowincji, w malutkim miasteczku, w którym to pewna firma chce wybudować centrum handlowe. I kiedy pojawiają się buldożery, zaczynają dziać się rzeczy dziwne – z nieba lecą na zmianę to płatki róż, to znów leje czerwony jak krew deszcz, mięso psuje się w zamrażarkach, a woda nie chce wrzeć. Oczywiście pojawiają się duchy, bo to w końcu niesamowita historia. Ktoś wyznał, że działka pod galerię handlową była kiedyś miejscem pochówku Indian Abenaki, żyjących w okolicy po dziś dzień. Jednych duchy nawiedzają, inni z kolei chcą duchy odnaleźć – a wszystko to w imię spokoju i jednych i drugich. Proszę się nie obawiać – to nie jest jakaś tam straszna historia – takich nie czytam, bo wolę zachować i spokój ducha i umysłu. Co mi się podobało – mnóstwo wątków, pokręcone i poplątane życiorysy bohaterów, które na końcu dają się ułożyć, jak klocki Puzzle, w zgrabną całość; sami Indianie Abenaki, którym autorka daje prawo głosu, dużo ciekawych wiadomości na temat eugeniki. Czasem odnosiłam takie wrażenie, że za dużo nam zostało przekazane, że pewne rzeczy i rozwiązania są przewidywalne – ale spokojnie – ja zupełnie inaczej rozwiązałam prawie 70-letnie morderstwo niż autorka – tak więc to dobra prognoza dla tej książki:))) Co jest „na nie” – zbyt rozbudowane wątki poboczne. Jak choćby chorego chłopca, cierpiącego na rzadką nieuleczalną chorobę. Jest to zapewne dobry temat na zupełnie odrębną książkę. Kolejna uwaga skierowana jest do tłumaczki – w pewnym miejscu pogubiłam się, gdy zaczęła nazywać Indian cyganami. Zaraz się zorientowałam w jej zamiarach, ale pierwsza myśl była taka – a skąd tam cyganie? Pisani wprawdzie z małej litery, w pejoratywnym znaczeniu, jednak myślę, że u wielu z nas wywołuje to natychmiast zupełnie inne skojarzenia. Nawet przeprowadziłam prywatne śledztwo i nie znalazłam możliwości takiego użycia tego wyrażenia. Być może się mylę, w razie czego będę wdzięczna za informację.

Książkę czyta się szybko, aż żal odkładać – bardzo spodobało mi się to, że autorka poruszyła tutaj problematykę Indian we współczesnym świecie. I jak to zwykle w jej książkach bywa, jest tu i miłość, i przyjaźń, od emocji aż kipi. Po prostu dobra książka.

Wydawnictwo Prószyński i S-ka

sobota, 16 października 2010

Bardzo fajnie czytało mi się tę książkę. Sprawdziłam – autorka na swoim koncie ma już kilka tytułów – i jeśli będzie mi dane – chętnie do nich zajrzę. Od jakiegoś czasu miałam ochotę na cosik babskiego i … polskiego. Koleżanki poleciły mi kilka sprawdzonych tytułów. Po kilku stronach – odkładałam, bo się nie dało czytać. Bełkot. Głupio pisać – ale czasem nawet zastanawiałam się, jak widzi swoich czytelników taka i taka pani, która coś takiego napisała. I kiedy zarzekałam się, że już nigdy – natrafiłam na Czerwona Bagna, w sam raz na jesienny wieczór. Na wtopienie się w koc z ciepłą herbatą wieczorem. Z pokoju dobiegały pochrapywania moich dwóch smoków, a ja się dałam uwieść do innego świata. Bo autorka ciekawie opowiada. Snuje swoje opowieści – nie za długie, nie za krótkie, takie w sam raz. Jej zaproszenia do przeszłości trochę przypominały mi rodzinne opowieści, których kiedyś słuchało się przy kuchennym stole, już po raz setny - o tych wszystkich ciotkach, babkach, stryjach, co swe uczucia ulokowali nie tak, jak powinni.   O duchach, zjawach.

Rób, co ci serce dyktuje. Najwyżej potem będziesz żałować - zwykły mawiać kobiety z Czerwonych Bagien. Ba, każde kolejne pokolenie kobiet w tej rodzinie zawdzięczało wręcz swe istnienie przestrzeganiu tej zasady. Już to powinno Was zaciekawić. Wszystkie pięć pokoleń kobiet ma ciekawy życiorys – od (prawie) stuletniej Rozy, do (prawie) trzydziestoletniej Kornelii, która leczy swoje rany w tym dziwnym miejscu. Magicznym. A tak. Niby takie bagna – zwykłe, nudne, a jednak mają w  sobie to coś. Coś, co sprawiło, że życie każdej z tych kobiet było jedyne w swoim rodzaju. Mężczyźni – są, są – spokojnie, a jakże, ale gdzieś w tle, jako dodatek. Mają swoje pięć minut, ale te mijają bezpowrotnie.  Zostają one – te silne, czasem nie; zawsze oryginalne, ambitne, raz rozmarzone, innym razem mocno stąpające po ziemi. Dzieją się tu rzeczy niezwykłe i zwykłe, smutek miesza się z radościami. Ot, takie niby – zwyczajne, niezwyczajne życie. Wszystko dobrze napisane – polecam.

I jeszcze coś mi się przypomniało: Oj, jak ja się uśmiałam przy tym fragmencie:

[Rozmowa ciotki Amelii z Rozą]

-Czytaj, czytaj – zrzędziła mi każdego dnia – a tam na wsi kawalery chodzą, panny się sztafirują, a ty siedź i czytaj, aż się zestarzejesz.”

Kobitki – oczywiście cytat ku przestrodze, a jak:))))

Wydawnictwo Prószyński i S-ka

niedziela, 10 października 2010

Od razu zwróciłam na nią uwagę. List napisany do syna przez ojca. W naszym środowisku, nawet powiedziałabym – kulturze – rzadko to się zdarza. To matki najczęściej piszą o swoich uczuciach w stosunku do dzieci. Ojcowie żyją w swoim tatowym świecie. Bo nie wypada, bo są ważniejsze rzeczy na świecie. Ich własny męski świat. Na refleksję na temat dzieci, rodziny, łzy, czasem strach nie ma w nim miejsca. Tak zwykło się przecież mówić i myśleć. Nawet patrząc na książki dla dzieci - to tata nie jest ich częstym bohaterem. To matka najczęściej towarzyszy maluchom w pokonywaniu trudności dnia codziennego. Freihow odkrywa przed nami nieznane mi do tej pory obszary tatowego serca. Zapewniam, że są wielkie.

O ludziach takich jak Gabriel mówi się często, że żyją we własnym świecie. Ale czy to tak naprawdę do końca prawda?

Bez nas, których jak w lustrze odbija się twoja wyjątkowa osobowość, jesteś samotny w najgłębszym tego słowa znaczeniu. – pisze autor.

Książka bardzo refleksyjna, osobista – przecież list. A takie właśnie powinny być listy. Przez to bardzo prawdziwa. Halfdan W. Freihow – norweski dziennikarz, wydawca, jest przede wszystkim ojcem trójki dzieci, w tym najmłodszego Gabriela, u którego lekarze stwierdzili autyzm. Autor pisze o swoich odczuciach i reakcjach. Gdzieś w tle pojawiają się inni członkowie rodziny, ale tylko na chwilę. Wiele tu słów o miłości, zrozumieniu. Książka szczera, bo nie każdy napisałby o swoich negatywnych reakcjach – takich jak złość, rozgoryczenie. Napisać o tym – to też swego rodzaju odwaga. Bo to przecież źle brzmi – irytować, wściekać się na dzieci, gdy tymczasem trzeba być zawsze kochającym i wyrozumiałym rodzicem. Nie zawsze tak jest, tylko nie wszyscy potrafimy o tym mówić. Freihow – tak. Życie na norweskim wybrzeżu, pustkowiu, gdzie tylko stoi chata miotana przez wichry, nie należy do najłatwiejszych. Są wzloty i upadki. Nie znajdziemy tu żadnych recept i podpowiedzi. Jest za to swego rodzaju piękne, niemalże poetyckie odkrycie ludzkiej duszy, ze wszystkimi radosnymi i smutnymi momentami w życiu. To obserwacja chorego dziecka i próba zrozumienia, wyjaśnienia, znalezienia odpowiedzi na nurtujące pytania. Jednak czy to możliwe?

Czasem trzeba życie przyjąć takie, jakim jest. Tak właśnie czyni autor. „Co za fantastyczne dziecko”

W moim egzemplarzu pełno podkreśleń ołówkiem, by coś nie przepadło. Wiele tu mądrych przemyśleń, sformułowań. Niektóre z nich już gdzieś były. W tym kontekście nabierają innego wymiaru. Stają się bardziej zrozumiałe. Czasem wzruszają. Jak choćby ten fragment:

(…) nie można ciągle dostawać od życia, niczego w zamian nie tracąc.

Pogodzić się  z tym to piekielnie trudne.

Czasem ogarniało mnie dziwne uczucie – oto czytam cudzy list, nie do mnie. Wstyd przed samą sobą, że robię coś takiego i strach, że ktoś mnie nakryje…

 

Wydawnictwo ZNAK

 
1 , 2