Świat jest stworzony po to, aby stać się kiedyś piękną książką
Zakładki:
Książki 2013
Książki 2012
Książki 2011
A tutaj piszę o książkach
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Dekoratorskie
Książki - 2010
Książki- 2008
Książki- 2009
Napisz do mnie
Piszą o książkach
Strony o książkach
Szablon mojego bloga
Wydawnictwa
Wyzwania czytelnicze
Zaglądam również TU
Tagi
Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać
sobota, 26 października 2013

Piękna i wzruszająca, mądra, pouczająca, wyzwalająca silne emocje. Coś w człowieku pęka podczas lektury. Nie zgadza się na takie traktowanie, takie (przecież nie swoje własne – ale czyjeś) życie. Ogarniają go wściekłość, współczucie,  gotowość do buntu. Bije się z myślami, a co by było, gdybym to ja była na miejscu Liny. Inaczej spogląda się na swoje życie, w którym przecież niczego tak naprawdę nie brakuje, a ciągle i tak się narzeka. Właśnie dlatego takie książki są potrzebne – by nie zapomnieć – to raz, i by nauczyć się może trochę pokory, wyrozumiałości względem swoich czasem bardzo wygórowanych marzeń i ambicji. By ostygnąć, nabrać tchu i cieszyć się – cieszyć z tego, co zostało nam dane. Z małych rzeczy również. Że żyje się teraz – w tym momencie, a nie wtedy.

Tak mogłabym w skrócie podsumować  tę powieść i wrażenia polekturowe. A temat nie jest łatwy, bowiem to książka z katalogu książek łagrowych.

Lina ma dopiero 15 lat i całe życie przed nią. Ma wielki talent – pięknie rysuje i maluje, jest zafascynowana malarstwem Muncha, zwłaszcza jego obrazem: Krzyk. Bardzo przeżywa napad Sowietów na jej kraj – Litwę. W jej domu – gdzie ojciec był rektorem Uniwersytetu, często poruszano kwestię patriotyzmu, choć przed dziećmi unikano rozmów na tematy związane ze Stalinem i ZSRR. Przeżyła to, co znamy z historii i innych książek. Nagłe walenie do drzwi, wytargnięcie bolszewików do mieszkania, dwadzieścia minut na spakowanie się, wywózkę w wagonach bydlęcych na Sybir. Gdyby pisać o tym ogólnie – liczbach wywiezionych, zabitych, zagłodzonych na śmierć – to zawsze robi wrażenie. Jednak dopiero pojedyncze losy, osobiste tragedie pozwalają dokładniej zgłębić temat. Bo przecież podobnych życiorysów były tysiące, miliony. Tutaj uczucie współczucia wzmaga na pewno forma narracji. Lina opowiadana nam o tamtych wydarzeniach w pierwszej osobie – zupełnie tak, jakby siedziała obok i zwierzała nam się z największych tajemnic. Bo przez długie lata mogły być to tylko tajemnice. Nawet po opuszczeniu łagru za wspomnienie o tym co działo się na Syberii, groziła kara ponownej zsyłki. Sama książka – to ciekawe doświadczenie również z tego względu, że mogliśmy mieć możliwość poznania tamtych czasów z perspektywy Litwinki. Nie jest to historia prawdziwa. Autorka spędziła wiele godzin, dni na rozmowach z ludźmi, którzy przeżyli piekło na ziemi. Z tych różnych losów powstał wzruszający życiorys Liny, która wchodzi w dorosłość za kołem podbiegunowym. Poznaje co to miłość, tęsknota, strata najbliższych. Jak tylko nadarza się okazja zapisuje swoje wspomnienia w formie rysunków, które musi skrzętnie chować przed NKWD.

Ludzie  wywiezieni, którzy nazywani byli prostytutkami i złodziejami, zachowali swoją godność. Książka robi wrażenie.

Bardzo polecam!


Wydawnictwo Nasza Księgarnia





wtorek, 22 października 2013

Z przyjemnością przeczytałam ostatnią powieść Ewy Nowak dla młodzieży Bransoletkę. Opowiada ona o losach nastoletniej Weroniki, uczennicy ostatniej klasy gimnazjum. Jest w wieku dojrzewania, więc imają jej się problemy specyficzne dla jej wieku. Za chwilę wejdzie w dorosłość. Tymczasem życie szykuje dla niej wiele niespodzianek i dobrych i złych. Dziewczyna marzy o miłości i trochę naiwnie podchodzi do wszelkich nowych kontaktów z płcią przeciwną. Nic dziwnego, że wpadnie jak śliwka w kompot, gdy swoim zainteresowaniem obdarzy ją pewien przystojniak z klasy równoległej. Tyle że w działaniu Łukasza czai się podstęp. Chłopak ma niecny cel: bawi się uczuciami koleżanki i owija ją sobie wokół palca tylko dlatego, żeby dziewczyna pojechała za niego na warsztaty teatralne, a on dostał zwrot pieniędzy. Dziewczyna wyjeżdża, aczkolwiek niezbyt chętnie. Tyle że te czternaście dni spowodują wielkie zmiany w jej życiu. Weronika zupełnie inaczej spojrzy na swoich bliskich, na kolegów z klasy i przyjaciółki. I w końcu pokocha – szczerze i do końca, na dobre i złe. Z zimowych ferii wróci zupełnie nowa osoba.

Ewa Nowak już nie raz pokazała, że jest świetną obserwatorką życia młodych ludzi. Książkę czyta się wybornie – od problemów może faktycznie głowa zaboleć, przy czym autorka nie wprost, ale poprzez zachowania swoich bohaterów podpowiada niektóre rozwiązania. Poruszyła problem braku akceptacji, braku porozumienia, kompleksów, działania w zespole a nawet stosunek do zwierząt. Świetnie widać stan przeciętnej polskiej rodziny – zabiegani rodzice, którym często brakuje czasu dla dzieci, zwłaszcza tych dorastających. Tutaj na pewno zwraca uwagę mama, która niby słucha a jednak nie słucha. Ojciec wiecznie dogryzający córce. I brat – Kuba, który Kubą staje się pod koniec książki, bowiem wcześniej był tylko wstrętnym i odpychającym Bazyliszkiem.

Można wypróbować podany w powieści sposób na naukę (oj, można się pośmiać – ale czemu nie spróbować rozwiązania z tajnymi kompletami. Absolutnie niczego nie zdradzę).

Polecam i młodym i rodzicom. Myślę, że dzięki takim książkom można lepiej zrozumieć ich świat. A to dla nas rodziców, niezwykle cenne.

Wiek 15+

Wydawnictwo Literackie



niedziela, 06 października 2013

 czyli jak mała włoska wysepka odmieniła moje życie.

Pierwsze uczucie to – zazdrość. Przede wszystkim o odwagę, jaką miał autor. Można i ją na swój sposób wytłumaczyć. Bo nie wierzę, że wcześniej nie pomyślał – pojadę, a potem to wszystko opiszę: i może z tego wyjdzie fajna książka. I może jakiś temat na kolejną powieść znajdę, nabiorę doświadczenia, a przy okazji cosik zarobię. Nie on pierwszy, i nie on ostatni. A jednak ta odwaga kołacze mi w głowie – bo ja to istota dość roztropna jestem – i zanim podejmę decyzję, to oglądam wszystko i z góry i od dołu co najmniej z dziesięć razy, zanim powiem tak albo nie. No więc kolejne uczucie – jakby nie było: podziw. Bo wywrócić swoje życie do góry nogami o 180 stopni – to w końcu nie lada wyczyn. Mam kilku znajomych i rodzeństwo rozsiane po całym świecie, i nie powiem – czasem pojawia się odważna myśl, a gdyby tak.... No strach kończyć, naprawdę. Znów moja powściągliwość, również ta podróżnicza, bierze tutaj górę. Stąd przeczytałam z ciekawością, jak to jest, gdy ktoś podejmuje karkołomne decyzje. Bo co jak co ale zamieszkanie na maleńkiej włoskiej wysepce – takiej trochę na uboczu, chyba do takich można zaliczyć.

Marc Llewellyn jest z zawodu dziennikarzem. I pewnego dnia za namową znajomych z małej zapyziałej wysepki włoskiej postanawia razem z żoną i maleńkim dzieckiem, no tak: jeszcze z psem, wynająć domek we Włoszech i posmakować innego, niż to australijskie, życia. Tyle że myli się ten, kto oczekuje tu wielkiego świata Italii, słynnych miejsc, wielkich nazwisk znanych z mediów lub książek podróżniczych. Wyspa Lipari na Morzu Tyrreńskim – poznajemy ją akurat w środku zimy. Zimno, wieją nieprzyjemne wiatry (Wyspy Liparyjskie nazywane są też Wyspami Wichrów – i są, jak się potem okazuje, ku temu powody). Nie tak kojarzą nam się Włochy. Podobnie jak bohaterom tej opowieści, którzy pierwszy raz zetknęli się z Liparią podczas upalnego lata. Powoli, aczkolwiek skutecznie, Marck i Rohan oswajają tę wyspę – mają na to mało czasu – niespełna rok. Pomagają im jak tylko mogą: znajomi, właściciele wynajętego domu, mieszkańcy pobliskiego miasteczka, którzy i dziecko potrafią zabawić i mniej policzą za ryby albo warzywa, wreszcie rybacy, z którymi Marc najpierw remontuje łódź, a potem wypływa w morze. Książka traktuje o zwykłej codzienności, w której znaleźli się dziennikarz i analityk prasowy z wielkiego świata – z Sidney. Opisują pogodę, zakupy, wygląd domów mieszkańców, ich codzienne przyzwyczajenia. Nawet kury grzebiące w ziemi pod morwą. Nawet denerwującą sąsiadkę, która w dziwny sposób odpalała codziennie samochód. Rok – zupełnie inny niż te lata poprzednie, rok na poznanie zupełnie nowego miejsca i na poznanie siebie. Rok na podjęcie ważnych decyzji – zapewne i znalezienie swojego miejsca na ziemi.

 

Kiedy mieszka się na wyspie, pojawienie się przybyszów jest wręcz upajającym doświadczeniem. Wyspiarzom reszta świata zdaje się tak odległa, że odwiedziny to coś więcej niż tylko przyjazd – człowiek staje się łącznikiem z dalekim lądem, dzięki niemu możesz przerzucić linę przez morze i przyciągnąć coś egzotycznego.

 

Niespieszna opowieść o życiu gdzieś na prowincji. Rozgryzanie włoskiej wyspiarskiej mentalności (ach to powolne odchodzenie od mężów wyspiarzy – wysyłanie swoich rzeczy powoli w świat). Poznawanie uroków rodzinnego życia – no cóż, autor wciela się tu w rolę początkującego ojca. Bez technicznych nowinek. Podglądanie ludzi. Przepowiadanie pogody z nieba. Szukanie równowagi. Wszystko okraszone pięknymi włoskimi krajobrazami – to nic, że tutaj może bardziej surowymi, aniżeli – jak chociażby – w Toskanii. I wszędzie pachnie włoska kuchnia, i kawa, i fasola – tzw. czarne oczko, gotowana na parze z pastą. I oliwa z oliwek. I zupa z borlotti, kopru włoskiego i sardynek. Włochy z perspektywy Australijczyka – nie powiem, nowe, ciekawe doświadczenie.

 

Wydawnictwo Świat Książki

piątek, 04 października 2013

Dyplomacja sowiecka wobec Polski w okresie kryzysu politycznego 1923 - 1926

Międzywojnie przeżywa renesans. Na rynku wydawniczym dużo jest pozycji traktujących o wydarzeniach politycznych tego okresu i trzeba wiele trudu, aby w gąszczu licznych publikacji odkryć coś rzeczywiście nowego, wyjątkowego. Praca prof. Mariusza Wołosa podejmuje zagadnienie zamachu majowego, osadzonego w czasach kryzysu politycznego 1925-1926, z nieznanej dotąd perspektywy. Dzięki dotarciu do dokumentów sowieckiej służby zagranicznej, raportów i analiz dyplomatów, co w samo w sobie stanowi wyczyn wyjątkowy, zwłaszcza w wykonaniu cudzoziemca - Polaka, uzyskujemy nowe spojrzenie na przełomowe i dramatyczne wydarzenia, i na głównych bohaterów ówczesnego polskiego życia publicznego.

Moskiewskie archiwa dyplomatyczne i wywiadowcze kryją wiele tajemnic i zagadek. Są pilnie strzeżone, a wiedza na ich temat ściśle reglamentowana. Ich rąbka uchylił autor, docierając do ciekawych i nieznanych dotąd przekazów i źródeł. Drobiazgowa analiza materiałów przygotowywanych właśnie przez urzędników sowieckich wysokiego szczebla, na potrzeby aparatu Ludowego Komisariatu Spraw Zagranicznych, rządu i wszechwładnej Czeka, pokazuje kulisy działań i mechanizmy funkcjonowania dyplomatów, a przede wszystkim zdradza postrzeganie spraw polskich z perspektywy Moskwy. Dzięki tym relacjom można także uzupełnić sobie obraz funkcjonowania systemu bolszewickiego, jego państwowych i ideologicznych struktur i funkcjonariuszy. Meldunki czy przekazy dyplomatyczne, płynące z ambasad w Warszawie i Berlinie od poszczególnych dyplomatów, czy – jak w większości przypadków – agentów, zdradzają sposób ich funkcjonowania, wzajemne relacje, środowisko w jakim działali, w końcu ich cechy osobowościowe, umiejętności i kwalifikacje.

Ambasadą sowiecką w Warszawie kierował w tym przełomowym okresie Piotr Wojkow. To jego meldunki i relacje, z uzasadnionych przyczyn, przytaczane są w książce najczęściej. A dostarczają wiele informacji, nie tylko odnoszących się do wydarzeń, które próbował – zresztą z niewielką przenikliwością – naświetlać swoim zwierzchnikom w Moskwie. Widać też, jak w sowieckim aparacie i strukturach państwowych istotnym elementem, dla zachowania kariery, było dbanie o własny wizerunek w oczach przełożonych, poprzez ciągłe udowadnianie trafności wcześniej dokonanych ocen i wniosków, nawet jeśli całkowicie rozminęły się z rzeczywistością. Wojkow zazwyczaj błędnie postrzegał i przedstawiał sytuację w Polsce, nie rozumiał do końca postaw liderów najważniejszych obozów politycznych i ich najważniejszych celów, i w końcu, nie doceniał – jak rasowy bolszewik – czynnika państwowości i jedności narodowej.

Co równie ciekawe, byli i w służbie czerwonej gwiazdy postacie bardziej tuzinkowe. Zazwyczaj urodzeni Polsce, a nawet – zanim przeszli na służbę sowiecką – biorący udział w ruchu niepodległościowej lewicy. Dysponując dobrymi kontaktami wśród członków PPS, trafnie na ogół postrzegali wydarzenia. Do Moskwy docierały zatem materiały z różnych źródeł i dopiero krzyżowa ich konfrontacja pozwalała przybliżyć decydentom obraz wydarzeń nad Wisłą. Na przykład, wnikliwie rozwojowi sytuacji politycznej doby kryzysu politycznego i zamachu majowego przyglądali się Paweł Lewinson-Łapiński oraz Stefan Rajewski. Co jeszcze bardziej ciekawe, czynili to z Berlina, będąc pracownikami Oddziału Informacji Dyplomatycznej, tamtejszej sowieckiej ambasady. Obaj urodzeni w Polsce, związani wcześniej z lewicowym odłamem PPS, mieli szerokie kontakty w środowisku osób bliskich Piłsudskiemu. To niewątpliwie ułatwiało im pracę dyplomatyczno – wywiadowczą. Z kolei, w Moskwie, w Ludowym Komisariacie Spraw Zagranicznych, sprawami polskimi zajmował się Mieczysław Łoganowski, także urodzony w Polsce i również związany kiedyś z PPS-em.

Na ich tle postać Piotra Wojkowa, kierującego placówką w Warszawie, a więc będącego najbliżej „teatru działań”, wypadała nad wyraz marnie. Wśród członków korpusu dyplomatycznego stanowił wręcz przykład enfant terrible, a niechęć do niego wynikała z ogólnej pogardy dla bolszewików, jak również stąd, że Wojkow mógł osobiście uczestniczyć w mordzie na rodzinie carskiej. Jak pisze Wołos, ciążyło na nim „odium carobójcy, który miał na rękach krew niewinnych dzieci ostatniego z panujących w Rosji Romanowów”. Utrudniało mu to w oczywisty sposób kontakty towarzyskie, a tym samym dostęp do informacji. Poza tym dysponował dość marnym zmysłem politycznym i intelektualnym, toteż wartość jego analiz politycznych, czy kreślone scenariusze raziły błędami, czy wręcz ignorancją.

Nie bez znaczenia w całym kontekście była aktywność i profesjonalizm słynnej „dwójki”. Polski wywiad roztaczał bowiem troskliwą opiekę nad sowieckimi dyplomatami. Ci, wykorzystując zazwyczaj miejsca publiczne do spotkań z informatorami, te zadanie im jeszcze ułatwiali. Dość powiedzieć, że na kilka dni przed zamachem Piłsudskiego Wojkow w ogóle odrzucał możliwości wystąpienia zbrojnego przewrotu. A i później już po objęciu władzy przez piłsudczyków, twierdził, że walki wybuchły spontanicznie, bo celem stron była wyłącznie demonstracja siły. Aż dziw bierze, dlaczego tak marny obserwator, pełnił tak ważną funkcję w tak newralgicznym dla sowietów kraju, jakim była II Rzeczpospolita.

Autor pośrednio przebija się także przez relacje agenturalne, płynące od szpiegów ulokowanych w Polsce, miejscowych sympatyków komunizmu i członków partii komunistycznej. Można odnieść wrażenie, jak trudno było sowietom znaleźć dogodne i wiarygodne „źródła” informacji ulokowane na szczytach II Rzeczpospolitej. To kolejny dowód wartości elity polskiej tego okresu. Niestety, wartości raczej niedoścignionej. Lektura z pewnością nie zawiedzie.

(Recenzję napisał mój mąż Michał - były student prof. Wołosa)

Wydawnictwo Literackie